Martwy Punkt: Pętla na Szyi, Rozdział 6

„Odwet”

1
     Chłopak zasiadł do lektury, mając cały czas na oku osłabioną dziewczynkę. Usadowił się wygodnie i otwarł z powrotem na pożądanej stronie. Każdy z dzieciaków, którzy otaczali go ze wszystkich stron ze spokojem wsłuchiwali się najpierw w ciszę, później w jego głos, opowiadający krótką „legendę o Utopku”.
     Zobaczywszy podobiznę potwora, Kuro wzdrygnął się. Najechały go natrętne myśli, których bał się odkąd pamięta. Lorraine, jako jedna z nielicznych osób, na której mu zależało zginęła z ręki tego monstrum, widniejącego na kartach książki.
     Widniejący pod ryciną tekst był całkowicie wykreślony. Liczne kreski uniemożliwiały rozczytanie opowieści.
- Cholera.. - szepnął do siebie i przewrócił stronę, mając nadzieję, że znajdzie coś więcej.
     Miał szczęście, bowiem znajdowała się w podobnej formule historyjka. Na samej górze widniał tytuł, a zaraz pod nim płynęły zdania. Były one napisane odręcznie, przypominało to wręcz ukrytą wiadomość. Kuro poprawił książkę w dłoniach i zaczął czytać. Inni słuchali go dokładnie, choć widać było na ich twarzach przerażenie, tak jakby spodziewali się czegoś. Nie trudno się domyślić więc, że nie po raz pierwszy jej słuchają.

     “Ongiś, w starym świecie, kiedy kroczyło jeszcze magiczne nasienie, żył w małej wiosce Arek. Był wtedy początek wiosny. Mały urwis, który nie znał granic swych wybryków. Raz rozsiał po wsi wieści, że Marysia przeokropnie śmierdzi. Jego ojciec, gdy się o tym dowiedział, kazał mu przenocować razem z kurami w zagrodzie. Chłopak nie bardzo wzruszony, wsłuchiwał się w to, co niosło mu licho. Od wiatru szumu, po ludzki głosu huk.
     Drugiego dnia postanowił on odegrać się na ojcu. Jego ukochana, druga po zmarłej matce Areczka, prowadziła gospodę. Szanowana za swą zaradną pracę, nienawidziła innych, postawionych niżej od siebie. A wiedział, kogo nie lubiła najbardziej.
     Temu też Barbara zdziwiona, kiedy to ujrzała u swego przybytku, dwie luźnych obyczajów dziewczyny. Jak ryknęła, jak huknęła, wtem jej przyjaciółka, imienniczka, za nią głosu podjęła. A Areczek ucieszony, woła, że dwie baby za kurwami ganiają.
     Później rozsierdzony tatuś, lał synalka całą noc. Od tyłu, swym długim batem bo gołej dupie karał. Nazajutrz uciekł od niego, bowiem chciał uwolnić się od ciężkiego jarzma ojca. Nie chciał nawet słuchać, co ten miał do powiedzenia.
     Błąkał się tak, aż usłyszał muzyki głos. Nie była to jednak zwykła melodia. Wołała go, płakała za nim. Błagała, aby przyszedł do nich. Świadomy swego losu, pogodził się, że za ucieczkę z domu rodzinnego czekała go surowa kara. Nie minęła chwila, kiedy stanął twarzą w twarz z Utopkiem, wiejskim duszkiem, który unosił złe dzieci, wprost do świata wiecznej ulgi. Płynęły one razem na arce, przez rzekę Styks. Oddalając się, śpiewali razem:

Historia ta niesie wielkie przesłanie
i zgrozę we wszelkie sienie.
Żył w pewnej wsi Areczek,
znany ze swych obraźliwych karteczek.
"Marysia śmierdzi" - krzyczy jedna
by druga jej prędko
odpowiedziała,
że dwie Basie od sierocińca
gonią kurwy z gościńca.
Lecz dziś los Areczka się kończy
topiąc się w rzece Styks.
Porwał go Utopek, zgroza dla wielu,
aby pod wodą nie umrzeć za młodu.
Przygrywa mu ten szmaciany potwór
tworząc z arki piekła otwór.”

     Skończywszy, dostrzegł na dole stronicy dwa ostatnie zdania, napisane wielkimi literami. Nie były kontynuacją historii, a może nawet jej spuentowaniem. Może i ostrzeżeniem. Brzmiały one:

NIECH ZATEM NIKT NIE ODWAŻY SIĘ STANĄĆ NA DRODZE KU WIECZNEMU SZCZĘŚCIU. NAWET TY

     zapisane najprawdopodobniej krwią. Taak. To na pewno ona. Kuro wszędzie poznałby ten wyrazisty odcień czerwieni. Jedna rzecz nie dawała mu spokoju.
     Fakt, że zostało to napisane dużo później niż tekst powyżej, był wystarczająco interesujący. Charakter pisma także się różnił, więc nie pisała tego ta sama osoba. Przerażało go to, że krew nie zostawiła żadnych plam, na sąsiedniej stronie. Nie przebijała nawet papieru.
     - Skąd Marry ma tą książkę? - zapytał, wertując kolejne kartki, wychwytując kolejne tytuły jak m.in. „Sabat czarownic”, „Papierowy księżyc”, czy „Czyste zło”. Wszystko miało przedrostek ‘Legenda o’ i zawierało niewielkie, często niewyraźne ryciny. Zatrzymawszy się przy historii o wiedźmach na wzgórzu, które gotowały dzieci i je zjadały, zobaczył adekwatny rysunek, przedstawiający starą, przygarbioną kobietę. Nosiła spiczasty kapelusz. Długi, haczykowaty nos sięgał aż wielkiego kotła, w którym topiło się jakieś dziecko. Wystawiło ono ręce, licząc, ze ktoś mu pomoże. Pokręcił głową. Nie bardzo wierzył w wiedźmy, a przynajmniej nie w taki wizerunek, jaki został tu przedstawiony. Na zamku oraz od współtowarzyszy broni nasłuchał się wielu historii na ich temat. Nie należały one do najprzyjemniejszych.
     - Nie wiadomo… - szepnęła Annie. To oderwało chłopaka z zamyśleń i spojrzał na nią. Pogłaskał po głowie i powiedział, żeby odpoczywała. Nie był pewien, co dokładnie jej dolegało. Miał złe przeczucia.
     - Kilka miesięcy temu, chyba pod koniec sierpnia – powiedział David. Siedział obok Patricka, który wyglądał jakby zobaczył trupa. Kuro przypomniało się spotkanie, w alternatywnym końcu, kiedy to chłopak próbował go zabić. Miał przed oczami widok jego gnijącej skóry, odrywającej się od ciała. Zmroziło go od środka, a przez plecy przeszły go dreszcze. Ich spojrzenia zetknęły się, a Kuro momentalnie odwrócił wzrok.
     - Jakoś tak… - Katie przetarła oczy dłońmi i ciągnęła dalej – pamiętam jak znalazła tą stronę. Bez żadnego komentarza przeczytała ją. Najpierw wykreśliła wulgarne słowa, a potem kazała nam jej nigdy nie czytać. Potem schowała ją w swojej szafce, a my zaraz po jej zniknięciu ją odszukaliśmy – Kuro wrócił do tamtej opowiastki, ale tym razem tego czerwonego napisu nie było. Wręcz można by powiedzieć, że wyparował. Na papierze ostały się ślady, jakby kiedyś naprawdę coś tam się znajdowało. To utwierdziło chłopaka, że musi przejść do konkretów, zanim oszaleje z przerażenia.
     - Czytaliście ją? Tę historię? - dodał, a oni, jak jeden mąż, pokiwali zgodnie – Dlaczego?
     - Kiedy pani Jane opuściła dom – narracja padła tym razem na nie zastąpionego Patricka. Widać było, że nieco się uspokoił – tak jakby pamięć zaczęła nam wracać – chłopak nie przerwał mu, a tylko zmarszczył brwi, na znak, że nie bardzo rozumie – prawie rok temu zaczęliśmy odczuwać dziwną obecność. Szczególnie mówiąc o strychu, gdzie znajduje się ta dziwna szafa. Z początku wydawało się to niczym dziwnym, tłumaczyliśmy to sobie naszą bujną wyobraźnią, ale gdy Marry przyznała, że też odczuwa dziwną presję stamtąd, spanikowaliśmy. Po jakimś czasie przydarzyło nam się coś dziwnego, co mogło się skończyć dla nas źle – nabrał powietrza i kontynuował – jednak zapomnieliśmy o tym, a raczej coś sprawiło, że tak się stało.
     - Co dokładnie wam się przytrafiło? - spytał, a w tyle głowy pozostała taka myśl, że mógł właśnie popełnić karygodny błąd. Takim pytaniem, mógł jedynie rozdrapać stare rany, które i tak zostawiły na dzieciakach spore piętno.
     Popatrzyli po sobie. Pierwszy odezwał się James.
     - Nam nie stało się nic specjalnego – po czym zaraz sprostował – w sensie mi i Katie – byli rodzeństwem, ale strasznie się od siebie różnili. Ona była władcza i pewna siebie. Łatwo się denerwowała. On natomiast był oazą spokoju. Trochę też wycofany i nieśmiały. Przypominali mu Roy oraz Railiego. Z takim wyjątkiem, że Katie dało się lubić.
     - Nam też nie – dopowiedziała Betty i wskazała na swoje siostry; Vicktorie oraz Zoë. Wyglądały identycznie – blond włosy, średniego wzrostu oraz piękne, zielone oczy. Spotkał je straszny los, ponieważ straciły matkę, a ojciec je zostawił na pastwę losu. Przygarnęła je wtedy Marry, która jak zawsze zlitowała się nad nimi. Dała im dom, którego wcześniej nie były w stanie zaznać. Wieczne kłótnie i przekomarzania. Pijaństwo oraz przemoc.
     - Więc… - westchnął Kuro i popatrzył na pozostałą trójkę. Czekał, aż któreś z nich zacznie.
2
     Długo nie musiał czekać, bowiem pierwszy odezwał się David, który bez dłuższego owijania w bawełnę, rozpoczął swoją historię.
     - Wydarzyło się to jakoś pod koniec czerwca – odchrząknął nerwowo – Pamiętam, że tego dnia wyjątkowo było ciepło. Leżałem u siebie w pokoju i odpoczywałem. Wtedy jeszcze Eddie był z nami. Właśnie on przybiegł do mnie zapłakany i prosił o pomoc. Jak zawsze, Henry się nad nim znęcał – przerwał na chwilę. Bardzo zmieszany, próbował powstrzymać się od łez. Te wspomnienia, a szczególnie związane ze zmarłymi znajomymi, mocno na niego oddziaływały. Kuro pierwszy raz widział go w takim stanie. Uważał go za zimnego typa, bo na takiego się kreował. Nie pamiętał, że lata temu, kiedy razem biegali po sierocińcu, byli najlepszymi przyjaciółmi. Widział wiele w jego życiu łez, tylko niestety żadnej z nich nie pamiętał.
     Kuro poczuł się w pewnym stopniu zobowiązany. Położył rękę na ramieniu chłopaka, a ten pod wpływem jego ciepła, trochę się uspokoił. Popatrzył na niego i w głębi serca doświadczył małe, ale widoczne przebłyski z przeszłości. Chociaż na chwilę zobaczył w nim znowu swojego przyjaciela. I ta chwila popchnęła go do kojącego uśmiechu, który podziałał na Davida. Kontynuował.
     - Próbowałem go uspokoić, mówiąc, żeby się nim nie przejmował. Zobaczyłem wtedy, że Henry obsmarował jego plecy błotem. Powiedziałem, żeby tu zaczekał, a ja sprowadzę panią Marry. Wtedy też wyjście zastawił mi Henry i stawiał się do mnie. Przepychaliśmy się, aż w końcu nie wytrzymałem i dałem mu w nos – chichot – pamiętam, że później dostałem solidne lanie od pani – myślał nad czymś. Jego wzrok na ułamek sekundy wbił się ślepo w ścianę, aby zaraz wrócić do nich i opowiadać dalej – Mniejsza o to. Zacząłem jej szukać, ale dowiedziałem się od Jamesa, że niedawno wyszła – Kuro rzucił krótkie spojrzenie na chłopaka, oczekując potwierdzenia. Ten jedynie lekko kiwnął głową – Wróciłem do Eddiego i pomogłem mu się przebrać, a także się umyć. Siedzieliśmy tak chwilę, aż przestał płakać. Zaproponowałem mu kubek chłodnego soku ze spiżarki. Więcej nie mogłem zaoferować, a też z biegiem czasu patrzę na to jak w pewnym rodzaju błąd…
     - Nie miałeś o tym pojęcia przecież – wtrącił się nagle Patrick, który wyglądał na pochłoniętego historią, choć pewnie już ją słyszał – nikt nie wiedział, że jeżeli tam pójdziesz…
     - Tak, ale mimo wszystko mieliśmy kategoryczny zakaz przesiadywania tam – Marry była przemiłą osobą. Zazwyczaj spokojną i taką chciała być przedstawianą. Miała swoje ekscesy i momenty gniewu. Nie można było jej zarzucić jednak niczego złego. Jak każdy, miała także swoje zasady, których się trzymała. Jedną z nich był właśnie owy zakaz, który nałożyła na swoje dzieci. Nie chciała, aby podbierały ich zapasów, ponieważ mieli ich mało – Chciałem nagiąć ten zakaz tylko dla Eddiego, aby mu umilić dzień. Nie był to taki rarytas jak butelkowane mleko, które kupowała ze straganów, ale swojski liem, jaki mieliśmy w beczkach był równie dobry. Prawie – dodał uśmiechając się. Każdy z dzieciaków, które tu mieszkało, miało bzika na punkcie mleka. Było ono dla nich jak słodycze dla szlachty.
     - Wracając, postanowiłem nagiąć zasady i wkradłem się do spiżarki. Na początku było okej. Znalazłem klucz, przedostałem się do środka. Wziąłem ze sobą kubek i zacząłem szukać pełnej beczki. Przedzierając się przez te ciemności, poczułem na sobie dreszcze. Już wtedy mi coś nie pasowało. Atmosfera znacznie się zagęściła, ociężała. W pewnym momencie przestałem cokolwiek widzieć. To co miałem przed oczami, zlało się ze sobą. Wyciągnąłem przed siebie prawą rękę i wodziłem nią po omacku. Złapałem się pierwszej z brzegu beczki, a wtedy coś przebiegło mi po ręce. Zdębiałem… - nabierał powietrza, jakby miał się zaraz udusić. Kuro poczuł, że chłopak się trzęsie – wszędzie rozpoznam ten dotyk… Najpierw jeden, potem drugi, trzeci… A zaraz za nimi cała chmara pająków oblazła mnie. Serce biło coraz szybciej, a ciało mnie sparaliżowało. Gdy dotknęły mojej szyi, zacząłem się miotać. Zrzucałem jeden po drugim, ale zaraz wracały nowe. Błądziłem tak, odtrącając je, aż w końcu potknąłem się o coś i wpadłem głową prosto do otwartej beczki – nabrał powietrza i dodał - Nie wiem, kto ją otworzył, ale na pewno nie ja. Poczułem, jak wpadam w głąb gęstego soku. Szczerze czując go na swojej skórze, miałem ochotę wystawić język i posmakować tego nektaru. Ale ze świadomością, że pająki mnie oblegają, powstrzymałem się i momentalnie zacząłem tonąć. Ręce przygwożdżone były do brzegu baryłki, nie mogłem nimi ruszać. Coraz więcej brakowało tlenu. Jeden z intruzów… - Kuro odsunął się od niego, marszcząc brwi
     - Masz na myśli pająki? - pokiwał głową i mruknął „mhm” - nie powinny one z ciebie zlecieć w takiej gęstej substancji?
     - Właśnie powinny! - oburzył się, ale jego głos bardziej przypominał histerię, aniżeli irytację. W jego oczach pojawiły się pierwsze łzy, które od razu przetarł dłońmi. Załamał się – a nie schodziły. Jeden powoli swoimi nóżkami chciał wejść do moich ust… - zająknął się. O dziwo Kuro nie poczynił tego samego gestu co wcześniej, aby pocieszyć dawnego przyjaciela. Przez jego historię, on sam teraz siedział sparaliżowany i nie mógł racjonalnie myśleć. Coś powoli układało się w jego głowie, do czego miał się przyznać już niebawem. Na ten sam pomysł wpadł jednak Patrick i Katie. Wsparli go duchowo, dlatego mógł mówić dalej – Nagle poczułem jak ktoś, albo coś liże mi prawą dłoń. Trochę zdrętwiała, więc ciepło z ust tego czegoś był nieznośny. Myślałem, że umrę, szczególnie gdy poczułem jego ostre jak brzytwa kły. Wtedy też coś mną szarpnęło, a beczka przewróciła się roztrzaskując się – wciągnięcie nosem, kolejne zająknięcie – Liem powoli wypływał, a  ja odzyskałem swobodę. Zaciągnąłem się bardzo mocno powietrza i wyczołgałem stamtąd. Pająki zniknęły, ten potwór także… Uratował mnie Patrick, który martwił się, że tak długo mnie nie ma – spojrzał na chłopaka obok i znowu zaniósł się płaczem. Chwile tak siedzieli w akompaniamencie jego cichego szlochu.
     - To może ja opowiem swoją historię… - zaczął Patrick, kiedy David powoli się uspokajał – Nie jest ona jakoś porywcza, ani emocjonalna, chociaż mocno się na mnie odbiła – spojrzał w bok, a po chwili wrócił wzrokiem na resztę – Po obiedzie w czasie z jednego z lipcowych wieczorów, położyłem się spać do swojego pokoju. Nie potrafiłem zasnąć i tak samo jak David odczułem, że atmosfera wokół mnie gęstnieje i robi się niebezpiecznie. Momentalnie chciałem wyrwać się stamtąd i wrócić do przyjaciół. Kiedy chciałem to zrobić, coś mnie przytrzymało, wciągnęło do środka. Poczułem na sobie śluz, a po ciele rozpełzło się pełno galaretowatych ślimaków. Uwierzcie – zaśmiał się ironicznie. Kuro widział w nim całkowicie odmienne podejście, niżeli u Davida. Nie wątpił, że Patrick przeżył to równie mocno, jak jego towarzysz, ale odbierał te wspomnienia z dystansem. Nie rozpamiętywał ich, przez co nie pogłębiał swojego strachu – to było strasznie obleśne. Myślałem, że zwymiotuje na siebie. Wstrzymałem oddech i starałem się nie myśleć o tym. Nagle, nad sobą dostrzegłem stojącego z złowrogim uśmiechem mężczyznę. Był bardzo podobny do tego z ryciny w książce – pokazał na otwartą książkę, dokładnie na tej konkretnie stronicy – blady, zakrwawione oczy i ostre zęby. Temu też domyśliłem się, że Davida zaatakował ten sam potwór. Po tych zębach. Ja też je poczułem… - jakby stracił pewność siebie, Patrick osowiał i spuścił z siebie powietrze – Tego nie da się zapomnieć.
     - Co było dalej? - dopytał Kuro, kiedy jego umilkł na dość długo. Popatrzył na niego i opowiedział do końca historię.
     - Zacząłem się szamotać i wić we wszystkie strony. Czułem, że im mocniej próbuje się wydostać, tym głębiej wpadam i… tonę. Wtedy też ten gnój rozwarł paszczę i chciał mnie ugryźć, ale do pokoju weszła Katie. Zrzuciła ze mnie przykrycie, a cała tamta sceneria i potwór – zniknęły…
     Siedzieli tak w ciszy nie mówiąc nic do siebie. Było to strasznie męczące i przerażające, wysłuchiwać tylu krzywd w przeciągu niemal jednego wieczoru. Najgorsze, że w głowie Kuro układała się w pełni jedna historia. Po głowie chodziła mu legenda o Utopku, która bardzo mu coś przypominała. Chciał jeszcze przesiedzieć chwilę, ułożyć to w całość.
     Doszło do niego, że w tym pokoju została jeszcze jedna osoba, która najprawdopodobniej została zaatakowana przez to samo monstrum. Popatrzył na leżącą na łóżku Annie. Jej policzki zrobiły się całe czerwone.
     - A ty? - spytał cicho. Chciała coś powiedzieć, ale uprzedziła ją Katie.
     - Lepiej jej tym nie męcz. Ona z ich trojga przeżyła swój atak najbardziej… - chwila zawahania. Wydęła wargi, patrząc na dziewczynkę – sprawił największy ból… pokazał się jako jej matka – Kuro tym razem zamilkł na dość długo.
     O matce Annie dowiedział się dokładnie dzisiaj, kiedy jeszcze gaworzyli sobie spokojnie o sobie. Annie właśnie wtedy powiedziała Kuro o swojej zmarłej matce na gruźlice. Miała wtedy około sześciu lat. Za wiele też nie powiedziała, ale widać było po niej, że bardzo za nią tęskni. Nawet wymówienie jej imienia – Róża, co było pięknym imieniem – sprawiało niesamowity ból. Sam też poniekąd stracił osobę, która była poniekąd jego matką.
     Domyślał się więc, że takie rozdrapanie ran, jakie musiała przeżyć było okropnym doświadczeniem. Wolał więc nie pytać, a poddał się głębokiej zadumie.
     Wynikało z tego, że ktokolwiek, kim nie byłby tajemniczy przybysz, lubował się w atakowaniu oraz zabijaniu dzieci. Nieważne, czy miały po piętnaście, czy dziesięć lat. Żerował na ich bólu, smutku, cierpieniach. Odnawiał stare, zagojone trudem rany. Doprowadzał do szału. Nękał. Kiedy pojawia się, inni odczuwają, bądź widzą czyjąś obecność. Ciekawe jak było w przypadku Eddiego czy Henrego…
     ‘Ale dlaczego zginął Mike Redwood pod koniec października? Nijak nie zaliczał się do wcześniej opisanej grupy? Był już ustatkowanym mężczyzną, mający swoją własną rezydencje niedaleko zamku.” Kuro trochę go znał. Cóż, musiał. Należał do rady, a do niej zasiadała tylko szlachta, pilnująca swojego czubka nosa. Był aroganckim, hedonistycznym zbokiem. Takim go znał i takim go opisywał innym. Wątpił, żeby Mike zrobił coś, co nie spodobałoby się Utopkowi.
     ‘Oruk mówił ci, że to on go zabił’ – w jego głowie zasyczał ten sam, znajomy głos. Znowu Xen dawał się we znaki. Nawet mu go brakowało – ‘Utopek poluje na o wiele młodsze osoby. Nigdy nie zainteresowałby się takim starym fiutem.’
     - Podsumujmy to wszystko – powiedział Patrick, po dłuższej ciszy. Kuro popatrzył na niego nerwowo, jak zerwany z transu. Uniósł dłoń, na znak aby poczekał chwilę. Był już na dziewięćdziesiąt procent pewien swojej teorii, ale musiał coś sprawdzić. Złapał za tekst i w mgnieniu oka, tak jakby zapamiętał go po pierwszym czytaniu znalazł to jedno zdanie, które rozświetliło mu umysł. „Był wtedy początek wiosny”
     - Zaczekajcie – bąknął niepewnie. Chłodny dreszcz przeszedł mu po plecach. Wahał się, czy chciał im opowiedzieć jeszcze jedną historię. Nie jego, ale z raportów, które kiedyś czytywał. Bardzo przerażającą, bijącą na głowę wcześniejsze – Jest jeszcze jedno, co chciałbym wam opowiedzieć. Historia mrozi krew w żyłach… - w ich obecnej sytuacji, nie było raczej rzeczy, która mogłaby zaskoczyć. Szczególnie teraz. Musieli jednak przygotować się na potężny wstrząs i strach, z jakimi wiązała się ta opowiastka.
     - No, to mów – powiedział David, wycierając ostatnie łzy – Czekamy.

3
     Kuro nie znał wielu szczegółów dotyczących tej historii, jedynie te, które fundowały mu raporty i zapiski innych Świętych Łowców. Dlatego może warto opowiedzieć ją z nieco szerszej perspektywy.
     
     początek marca, tego samego roku
Tego też czasu padły znacznie poważniejsze oskarżenia wobec Garrego Elliota. Jak wcześniej zarzucano mu drobne kradzieże, czy obleśne traktowanie kobiet, tym razem padły spekulacje, że on stoi za zniknięciem kilkunastu dzieci, starszych czy młodszych, z Mortuum. On oczywiście do niczego się nie przyznawał, ale w tym czasie już wiedział, że źle skończy. On to wiedział, a także Aleksiej Risch, jego niedoszła ofiara.
     Jeżeli ktoś kiedyś powiedział Aleksiejowi, że rodziców powinno się szanować, nieważne jacy by byli, to musiał nie znać jego ojca. Christian Risch był nazywany przez znajomych Chris. Opisywali go jako pogodnego mężczyznę, kochającego ojca i wspaniałego przyjaciela. Naprawdę, było to niemało dziwne, szczególnie, że wiedzieli o jego relacji z Garrym. Obaj panowie znali się długi czas. Byli jak ogień i woda. Gdy patrzyło się na Garrego, można było zobaczyć, ze jest podejrzanym typem. Cholernie owłosiony, przysadzisty. Charakterystyczne rysy twarzy, które sprawiały, że mężczyźnie źle się patrzyło z oczu. Ci którzy go trochę znali, mogli potwierdzić podejrzenia i robili to nawet z ochotą… pijąc w karczmach, rozgadując to ludziom.
     Tym bardziej zrobiło się głośno o Garrym, kiedy adoptował z domu dziecka dziewczynę. Wielu opowiadało, że miała ona długie, falowane włosy w odcieniu kasztanu. Piękne brązowe oczy, które zawsze patrzyły na ciebie przyjaźnie. Ludzie pomrukiwali, że za niedługo będzie jej pogrzeb. Nikt z tym nic nie zrobił do pewnego czasu, co będzie powodem kolejnej ze śmierci. Wielu krytykowało znajomość Chrisa z Garrym, ale nikt by nie uwierzył, że mógłby mieć coś z nim wspólnego.
     W końcu Christian Risch był jednym z bogatszych mieszczan w Mortuum, który ofiarował mnóstwo pieniędzy na rzecz przytułków oraz kościołów, nawet gdy bieda doskwierała. Dbał o obce dzieci, jak o swoje własne. Przejmował się sprawami ludu. Często występował w Radzie, jako poseł. Poniekąd on odpowiedzialny za to, że Domostwo Pani Jane funkcjonowało po dziś dzień. Relacja między nim, a Marry była tajemnicza. Wielu plotkowało, że to on był przed Clancem. Uznano ją wtedy za głupią, że wybrała jakiegoś mnicha ślęczącego w murach kaplicy, aniżeli ustatkowanego mężczyznę. Jednak w porównaniu do innych wybranek Christiana, ona nie była głupia, tak jak o niej mówili.
     Głównym problemem w tych błędnych założeniach było to, że ilość dobrych uczynków wykluczało opcje, że może być z nim coś nie tak. Ba, jego maska którą zakładał na co dzień, przykrywała to jeszcze bardziej. O tym się nie mówiło – nikt nie chciał mówić. Nawet ludzie nie dopuszczali do siebie takiej myśli, że z nim może być coś nie tak.
     Jedyna osoba, która doświadczyła jego tyranii, a poświadczyła później za dowód, był jego młodszy syn Aleksiej. Tak, młodszy. Dziesięciolatek miał jeszcze brata starszego o pięć lat – Mattiego. Ich mama popełniła pod koniec zeszłego roku samobójstwo. Za dnia była miłą kobietą, która zarażała optymizmem i niosła pomoc – jej pracą było leczenie ludzi. Kiedy jednak słońce gasło, zapadał zmierzch, wychodziły z niej wszystkie bóle i cierpienia z przeszłości. Nie potrafiła poradzić sobie z ciężarem, jaki zostawili na niej rodzice, bliscy, a nawet własny mąż, który często powtarzał, że „Marylka cuchnie”. Jednak, kiedy kobieta odeszła z tego świata, on równie mocno to przeżył. Można powiedzieć, że za bardzo.
     Aleksiej pamiętał dzień od razu po pogrzebie matki. Zobaczył swojego ojca płaczącego, po raz pierwszy w życiu. Mało ze sobą rozmawiali. Traktował go inaczej przez swoją delikatną cerę i łagodne usposobienie. Często wyrażał się o nim wulgarnie. Aleks bał się go, ale empatia i zrozumienie popchały go do tego, aby go pocieszyć. Jego małe serduszko biło coraz szybciej, im bliżej stał taty. Położył rękę na barku ojca i wyszeptał czule, że wszystko będzie dobrze.
     Jego dotyk chyba sprawił Christianowi ból, bo zerwał się natychmiast i uderzył chłopaka zaciśniętą pięścią. Obróciło go i cofnęło o kilka kroków. Upadł z hukiem. W głowie mu zabrzęczało i małe światełka zamigotały. Tamten jednak nie odpuszczał. Stanął nad nim. W tej jednej chwili ich spojrzenia się złączyły. Aleksiej widział gniew w jego oczach – prawdziwy gniew, który namawia go do sprawiania bólu. Christian widział zaś w Aleksie nikogo więcej niż ciotę. Nieudacznika, cholernego cieniasa. Brzydził się nim. Brzydził się, że jego własny syn wyrósł na jakąś niedorajdę. Nienawidził swojej żony, że ta nie pozwoliła zrobić z niczego prawdziwego mężczyzny. Dlatego trzeba to naprawić.
     Spadły kolejne, potężne ciosy. Za drugim prysnęła krew z nosa, a za trzecim wiedział, że straci przytomność. Może nawet umrze.  
     Wtedy do pokoju wbiegł Matty, zaalarmowany niepokojącymi odgłosami. Powiedział ojcu, aby zostawił jego brata. Christian o dziwo posłuchał go. Zszedł z chłopaka i wyszedł stamtąd. Matty zignorował jego pomruki i pomógł szybko bratu. Zatamował obfite krwawienie oraz pozwolił mu odpocząć. Opiekował się nim przez kilka dni, aż w końcu wrócił choć w pewnym stopniu do siebie. Niestety nosa nie dało rady naprostować bez żadnych narzędzi, do których dostępu nie mieli. Tak też Aleksiej od tamtego momentu miał problemy z oddychaniem. Za każdym razem gdy pociągnął nosem, bolało go niesamowicie fizycznie, ale też psychicznie, bo to przypominało mu o ojcu.
     Kolejne tygodnie były nadzwyczaj spokojne. Aleksiej razem z tatą mijali się często w domu, czy też na podwórku, ale przez ten czas nie doszło do jakichkolwiek rękoczynów.  
     Więcej czasu chłopak spędzał u siebie. Inne dzieci wyśmiewały jego deformacje nosa, ponieważ wyglądał komicznie, to fakt. Może gdyby nie prawdziwa geneza tego zjawiska, to równie mocno śmiałby się z tego. Jednak ich śmiechy sprawiały mu ból. Jedyną osobą, jaka mu została był Matty. Do czasu.
     Od połowy lutego coraz częściej odwiedzał ich właśnie Garry Elliot, którego dopiero poznał, kiedy ostatni raz widział się ze swoim bratem. Doszło tego dnia do naprawdę przerażającej sceny. Garry przychodząc do nich otwarcie oznajmił Christianowi, że chce wziąć jednego z chłopaków, aby go zabić. Chłopaki spojrzeli po sobie, a Chris odębiał. Traktował go za swojego przyjaciela, a ten chciał odebrać kogoś ze swojej rodziny. Wtedy miał jeszcze resztki świadomości i rozumu. Zapierał się, wzbraniał. Mówił, że to są jego synowie i nie pozwoli ich skrzywdzić. Włochaty mężczyzna tłumaczył mu uparcie, że tak musi być. Mężczyzna spochmurniał, patrząc na synów. Jego wzrok padł na Aleksieja. Chłopakowi wydawało się, że ten uśmiechnął się pod nosem. Wiedział co go czeka.
     Wtedy też wtrącił się Matty mówiąc, że on pójdzie. Chwila zwątpienia. Protesty, krzyki. Za żadne skarby ojciec nie chciał puścić chłopca na śmierć. Minęła godzina, aż w końcu zdecydował się oddać Mattiego w ręce Garry’ego pod warunkiem, że on pozwoli mu przy tym być.
     Nie minęło zbyt długo, a tamci zniknęli. Aleksiej został sam.  
     Zamknął się w pokoju i siedział tam przez długi czas. Tata nie wrócił po godzinie, dwóch, trzech – więc usnął.
     Mijały dni. Aleksowi wydawało się, że słyszał trzaskanie drzwiami, długie szybkie kroki i kolejne trzaśnięcie. Obserwował wtedy, czy nikt nie przyszedł. Raz nawet widział mężczyznę, ale ten po jakimś czasie znowu opuszczał dom. Podejrzewał, że ten proces to nie był jednorazowy cios w plecy. To się ciągnęło tygodniami, aż w końcu Christian wrócił na stałe. Zapamiętał ich pierwsze spotkanie po tym czasie, aż za dobrze.
     Ojciec stanął nad chłopakiem, złapał go swoimi masywnymi rękami i nie pozwolił się ruszać. Potem został brutalnie zgwałcony. Po jakimś czasie, Aleks uznał, że było to o wiele gorsze niż szybka śmierć. Nawet krzyki, prośby, błagania nie dawały efektów. Chris totalnie zatracił się.
     Z czasem pomagał mu Garry, który często w tym czasie sprawiał mu inny ból fizyczny, tyle że w inny sposób. Szczypał go, ciął skórę, albo dźgał go nożem. Nie było to gorsze niż to, co robił mu ojciec. Za każdym razem płakał. Za każdym razem bał się, że to rozerwie go od środka.  
     Na początku marca Aleksiej podsłuchał rozmowy dwójki mężczyzn. Dowiedział się wtedy, że ofiar było znacznie więcej. Usłyszał nazwiska. Niektóre zostały zagłuszone przez huki, czy szurania krzeseł. Wyłapał jednak kilka charakterystycznych. Powtarzał je sobie w głowie, aż do momentu, gdy dwójka opuściła tamto miejsce. Znalazł kawałek papieru i zapisał na nim jedno po drugim;
     „Bobby Franck
     Emilly Franck
     Missy”
i na końcu
     „Matty Risch”
Po czym dopisał, kim jest zabójca i że napomknął coś o łóżku. Podpisał się. Miał pokraczne pismo, ale wierzył, ze ktoś to odczyta. Wiedział też, że to był ten moment, aby stąd uciec.
     Wyszedł z domu ba, wybiegł. Mężczyźni dbali paradoksalnie o jego samopoczucie, aby nie wzbudzać podejrzeń. Mimo tylu krzywd potrafił biegać. Nie było widać po nim jego bólu. Choć cierpiał niemiłosiernie bardzo.
     Podbiegł do pierwszej lepszej kobiety i poprosił ją, aby doręczyła to do Świętych Łowców. Ta, gdy zapytała się co to jest, odpowiedział, że pomoże to osadzić pewnego mężczyznę w więzieniu.  
     Biegł wzdłuż ścieżki, ku bramie. Niski wzrost pomógł mu schować się za nadjeżdżającą karocą i uciec bez zainteresowania strażników. Spędził wiele dni w lesie, żywiąc się byle liśćmi i jagodami. Przebywał niedaleko rzeki Styks oraz klifu obok miasta, nazywanym Klifem Egzekucyjnym. Z daleka oglądał, jak głowa Garry’ego odcinana jest od jego ciała. Poczuł momentalnie ulgę. Miał nadzieje, że niedługo po nim zostanie tam ścięty jego ojciec i będzie mógł wrócić do miasta.
     Tej nocy miał koszmary związane z mężczyzną. Śniły mu się te wszystkie dzieci, zmasakrowane, pewnie też zgwałcone przez niego. Widział ich śmierć, może zbliżoną do realiów.
     Następnego dnia wyczekiwał orszaku żołnierzy oraz ludzi, obserwujący egzekucję, jednak nic takiego nie nastąpiło. Kolejnego dnia to samo. Powoli zaczął powątpiewać w to, że jego ojciec w ogóle zostanie ukarany. Powoli odmarzał i przymierał z głodu. Położył się spać, postanawiając, że uda się nazajutrz do miasta.
     Niestety jego plany pokrzyżowało coś dziwnego. Coś, co było ponad wszystkich ludzi na świecie. W środku nocy usłyszał muzykę. Rozpoznałby ją wszędzie. Ktoś grał na flecie teraz? Kiedy wszyscy śpią dookoła, ktoś postanowił przerwać ich spoczynek muzyką? Do tego jeszcze nieudolną, pełną błędów muzyką. Aleksiej stwierdził, że ta osoba musi używać starego, zużytego fletu, ponieważ jego brzmienia były okropne.
     Mimo to te dźwięki przywiodły go do celu. Podążył za nimi, aż natrafił na starego mężczyznę, siedzącego u brzegu klifu, spoglądającego w dół. Nosił stary kapelusz, a jego ubrania były przemoczone i zniszczone. Chłopak wdrapał się po ścianie i zapytał, dlaczego nie daje mu spać. Ten nie odpowiedział mu, a jedynie wskazał ręką na to, co bardzo przykuwało jego wzrok, bo nawet obecność Aleksieja mu nie przeszkadzała. Popatrzył tam i zobaczył setki rąk wyciągniętych ku górze. Niektóre rozpoznał – jego ojca czy Garry’ego. Wiele z nich było od jakichś dzieci. Serce podskoczyło mu do gardła i chciał uciec. Wtedy mężczyzna złapał go, pokazując twarz. Cała blada, ze złowrogim spojrzeniem żółtych ślepi. Wiedział, że dał się złapać w pułapkę. I to pułapkę ze sromotnym skutkiem.
     Potwór ukazał swoje nagie, ostre zęby i odgryzł mu dłoń, po czym wrzucił wprost do wody. Wpadając, stracił orientację, nie wiedząc gdzie jest. Zaraz po tym, te wszystkie osoby, które tu pływały, włącznie z jego oprawcami rzuciły się na niego. Rozrywały go żywcem – to czego najbardziej się obawiał żyjąc z ojcem. W którymś momencie zmarł, ale zmarli nadal pastwili się nad nim, aż została jedna wielka plama krwi, a niektóre kończyny pływały po tafli wody.
     Zauważył to pewien pasterz, który od razu pobiegł do stolicy, zawiadamiając Łowców. Ci znaleźli głowę chłopca i po dłuższej sekcji poznali w nim Aleksieja Rischa. Tej interwencji dowodziła Roy oraz Krieg. Gdyby nie ten drugi, sprawa zostałaby pewnie zamieciona pod dywan. Została ona jednak nagłośniona na tyle, że ojciec zmarłego chłopaka został posądzony o morderstwo i skazano go na śmierć. Niedługo potem cała wieść o nim umilkła na rzecz pokonania Kultu Demonów. Wszystko zbiegało się zbyt podejrzanie, aby mógł to być przypadek.

     Kuro opowiedział im tę historię, oczywiście nie pełną, ponieważ nie miał on o niej bladego pojęcia, nie tylko dlatego, że imię chłopaka oraz jego końcowy los bardzo przypominał mu ten z legendy. Dostrzegał tam też wiele powiązań, ukrytych znaczeń oraz jeden przekaz. Utopek był demonem, to nie ulegało wątpliwości. Sprowadziły go tutaj czyny Elliota oraz działalność Kultu. Pamiętał jeszcze, kiedy walczył z Sallosem, wspominał coś on ofiarach dla wyższego celu. Że tez wcześniej o tym nie pomyślał…
     Przedstawił swoje spostrzeganie innym. Powiedział także, że te zabójstwa mają duże powiązanie z Garrym i trzeba coś z tym zrobić. Wszyscy podzielili jego opinię, nawet Annie, która właśnie zsunęła się z łóżka, żeby zaraz po tym wylądować na podłodze, wymiotując i plując krwią.

4
     9 grudnia, 1352 roku
Jakiś czas minął od ostatniego spotkania Mephi z Kuro, o którym chłopak nie pamiętał. Dziewczyna dobrze zadbała, aby wymazać przedwcześnie to wspomnienie z jego głowy. Nie na stałe niestety – wróci, kiedy po raz kolejny się spotkają. Jednak w tym czasie, będą oni po dwóch stronach konfliktu.
     A szkoda – pomyślała pewnego razu, kiedy dopadły ją wyrzuty sumienia – naprawdę wydawał się sympatyczny.
     Odkąd przybyła do miasta odczuwała bardzo dziwną atmosferę wśród mieszkańców. Nie żeby widziała ich zbyt często – z reguły w dni targowe, kiedy to oblegali główną alejkę. Na co dzień, błąkając się po bocznych uliczkach częściej spotykała strażników, aniżeli zwykłych mieszczan. Ale w tych właśnie momentach odczuwała niepokój. Byli chłodnie, jakby pozbawieni życia. Jedynie dzieci, które znacznie częściej mijała tryskały energią i widocznie im nie przeszkadzała ta atmosfera.
     Obwiniała ona ustrój państwa, jak i metody władzy, które królowa lubiła, ale prowadziły one do jednej, wielkiej katastrofy. Wielu badaczy i uczonych z Hikari, skąd pochodziła Mephi, było zdziwionych, że przez tak długi czas państwo Yami nadal istniało. Prawdopodobnie była to zasługa królowej Caudy. Tak więc przyczyniła się ona do skrajnej biedy i ubóstwa niższych warstw społecznych, ale zarazem dzięki niej ten kraj jeszcze funkcjonował. To bardzo ich fascynowało, dlatego też Mephi przybyła tutaj.
     Miała zinfiltrować je od środka i dowiedzieć się czegoś o tej kobiecie. Dostała także dodatkowe zadanie, które jeszcze bardziej ją przerażało.  
     Każdego dziewiątego dnia miesiąca, odbywał się sabat wiedźm. Nikt dokładnie nie wiedział, gdzie albo co planują. Jednak Mephi dostała informacje od zaufanego informatora, że jest to spotkanie o tyle tajne, że odbywa się w umysłach.
     Wiedza o wiedźmach jest ograniczona. Nikt przez lata nie badał ich działalności, a żyły one już za czasów elfów. Świadczą o tym ich spiczaste uszy. Był jednak pewien stary mędrzec, który zdołał wyciągnąć coś ze swoich badań i spisać je na papier, a te zapiski przetrwały do dziś. Mówiły one między innymi o Widzeniu, czyli starej zdolności, polegającej na zaglądaniu w głąb świadomej przestrzeni. Dzięki niej potrafią się odszukać, przeprowadzać rozmowy na odległość, bądź przewidzieć niedalekie momenty. Z biegiem czasu, ta umiejętność osłabła i kosztowała je znacznie większej ilości energii. Dlatego też spotkania odbywały się raz w miesiącu.
     Dziewczyna czuła się dumna przez to. Opanowała sztukę Widzenia dość szybko i nie sprawiało jej to tyle bólu. Tego dnia, Mephi postanowiła wedrzeć się prosto do nich i dowiedzieć się jak najwięcej. Nie mogła się doczekać ich reakcji. Planowała, że tak parę dni po sabacie, spróbuje dotrzeć do umysłu królowej, a następnie ucieknie stąd i zda raport swoim oficerom.
     Wieczorem, znalazła na skraju miasta dom, który według jej informacji był tajnym przejściem, między nim, a miejscem poza murami. Nie była to jakaś duża chatka. Dwa pokoje – sypialnia oraz salonik. Całość wykonana z drewna – dosłownie. Każdy najmniejszy element wystroju był wykonany z tego samego rodzaju drzewa. Jedynie co się wyróżniało to pociemniałe lustro oraz białe prześcieradło na łóżku. Właśnie gdyby nie ono, Mephi nie znalazłaby sprawnie ukrytej klapy za nim. Odsunęła je trochę, a otwierając zobaczyła korytarz, prowadzący najpewniej w jednym kierunku. Z jej rachunków wychodziło na to, że informacje nie kłamały – prowadził on za mury.
     Wróciła, aby zamknąć drzwi i usiąść w kącie, aby nikt jej nie usłyszał, ani zobaczył. Spojrzała na swój kieszonkowy zegarek. Pokazywał godzinę dziewiątą w nocy. Westchnęła ciężko – czekały ją jeszcze trzy długie godziny.

     W końcu po długim czasie czekania, dziewczyna przeczesała swoje krótkie blond włosy. Usiadła, krzyżując nogi i wyciągnęła przed siebie książkę, kładąc ją na podłogę. Dla niej teksty pisane to były źródła wiedzy, ale także i mocy. Nie ważne, czy była to pokaźnych rozmiarów księga, czy krótko i zwięźle zapisany zwój pergaminu. We wszystkim drzemała potęga.
     Wybiła dwunasta. Dziewczyna nabrała ogromną ilość powietrza, skupiając swoją manę w głowie. Czuła jej przepływ. Siedziała tak przez dłuższy czas, aż oczy wywróciły się w tył głowy, odsłaniając białka. Mephi zastygła w bezruchu patrząc w jeden punkt z lekko otwartymi ustami. Krew – bo niestety takie zaklęcia wiązały się z dość powolnym, ale obfitym krwawieniem – zaczęła sączyć jej się z nozdrzy.  
     A ona sama wylądowała w ciemnej przestrzeni. Po raz pierwszy użyła swojego Widzenia bez konkretnego obrazu, czy myśli. Nie wiedziała od czego zacząć, ani kogo szukać. Dostała jednak informacje, o pobycie jednej z wiedźm tutaj, więc postanowiła wejść do swojej podświadomości i przez nią odszukać sabatu. Nie była świadoma, że teraz ta wiedźma stała naprzeciw niej.
     Rozglądała się dookoła. Słyszała tylko dziwny szum. Nie mogła wydobyć z siebie ani jednego dźwięku. Żadnych pochopnych ruchów, albo wpadnie i nie dowie się niczego. A kolejny sabat byłby dopiero za miesiąc. Postanowiła się rozejrzeć. Teraz oprócz szumu, słyszała stukot własnych butów.  
     Po jakiejś chwili zrobiło jej się zimno. Popatrzyła na ręce i wystraszona, zaczęła biec naprzeciw siebie, niosąc za sobą głośne echo. Całkowicie zbladła. Nie siedziała dłużej niż pięć minut, a już dawało się to we znaki. Domyślała się, że krwawienie nabrało na sile i za niedługo straci przytomność. Nie bacząc na możliwość zdemaskowania zawołała.
     - Halo?! - pogłos. Rozniosło się to we wszystkie strony – Jest tu ktoś?! -kolejne przerażające brzmienia echa pobudziły jej emocje. Bała się, że jest tu sama, że utknęła w swojej własnej świadomości i nikt nie pomoże się wydostać. Teraz już po prostu marzła. Marzła i łkała. Złapała się za ramiona, pocierając szybko.
     Nagle usłyszała kroki. Popatrzyła się w tamtą stronę, a jej pobłażliwa pozycja niemal natychmiast zmieniła się w arogancję. Zobaczyła kobietę pełną gracji, kroczącą dziarsko przed siebie. Następowała z nogi na nogę, stukając obcasami o podłożę. Jedną rękę trzymała na biodrze, a druga zwisała swobodnie. Patrzyła na Mephi swoimi czarnymi oczami. Ciemne loki, opadały idealnie na jej ramiona.
     Dziewczyna wyczuła w niej magiczną aurę – to była jedna z zalet czarodziejek. Potrafiły rozpoznać, czy ktoś posiada moc, czy też jest zwykłym przeciętniakiem. Nie spotkała w swoim życiu wiedźm, ale ta specyficzna mana, jaka w niej krążyła, dała do zrozumienia, że właśnie z nią ma do czynienia.
     - No proszę, kto by się spodziewał, że spotkam tutaj Strażniczkę Porządku, prawą rękę oraz kundla monarchy z Hikari, samą Mephelani DeCroix – uniosła ramiona w iście ironiczny sposób. Cały czas uśmiechała się w podobny sposób do niej. Stanęła jakieś trzy metry od niej i dodała – Kundla, czy raczej sukę?
     - Wypraszam sobie – obruszyła się. Jej grzywka wpadła do oczu. Zdmuchnęła ją stamtąd, ale nadal przykrywała znaczną część twarzy – nie będzie mnie obrażała jakaś wiedźma – stanęła w bojowej pozycji. Nieznajoma jedynie prychnęła.
     - No cóż. Szanuję, że chociaż próbujesz się mi postawić. Nie wielu ma taką odwagę – zbliżała się powoli do Mephi. Zaczęła odczuwać od niej presję, mimo to nie pozwoliła sobie w kaszę dmuchać.
     - Jestem od ciebie znacznie potężniejsza, suko – syknęła, przymierzając się do ciosu – ja i moi poplecznicy z Hikari możemy ciebie oraz twoje siostry zetrzeć w proch.
     - Mogłabyś? - zdziwiła się. Chwile pomyślała i powiedziała – Nawet jeśli, to po co? Z tego co wiem, Sophia, wasza królowa ma raczej pozytywne stosunki wobec wiedźm – Mephi zatkało. Popatrzyła na kobietę, a bojowe nastawienie uleciało - Wiele z naszych ją zna, w tym także ja. Zrobiłaś sobie z nas wrogów z własnych powodów – i tu trafiła w sedno. Fakt, dostała zadanie, aby zrobić także wywiad wśród wiedźm, ale nie ze złowrogich powodów. W zasadzie, nikt jej nie podał żadnych powodów. To ona, przez swoją chorą ambicję i chęć pokazania swojej wyższości nad prekursorkami magii. Od początku jej szkolenia była świadoma, że nigdy nie osiągnie. Nawet gdy zrodzona została z łona wiedźmy.
     Zabolało ją na tyle mocno, że już więcej się nie odzywała. Nieznajoma zatriumfowała. Odsunęła się od Mephi i spojrzała w prawo, skąd nadchodziła inna osoba, będąca jej celem. Uśmiechnęła się. Jeszcze tydzień temu nie powiedziałaby, że to właśnie królowa Yami stoi za uwięzieniem jej córki.
     - Długo miałam czekać, Caudo? - zapytała, obserwując jej wolne ruchy. Nogi przykrywała długa, czerwona sukienka. Włosy, które zawsze były proste, tym razem spięte były w kucyk. Kobieta uśmiechała się, a czarodziejka wraz z wiedźmą poczuły przerażenie na plecach. Z tym, że po Mephi było to widać. Ta wzdrygnęła się i cofnęła o trzy kroki. „Kogoś mi ona przypomina” - pomyślała i zerknęła na wiedźmę. Towarzyszka ani drgnęła. Jedynie pełen pogardy uśmieszek zszedł z jej twarzy. Nie była świadoma, że po czole kobiety spływają krople zimnego potu, a plecy oblegały ciarki.
     - Tyle ile będzie to potrzebne – powiedziała aksamitnym głosem, a Mephi momentalnie przeszedł chłód. Patrząc na nią, do jej głowy przychodziło tylko jedno. Widziała w niej czyste zło. Tak jakby cała nienawiść, zło oraz grzechy tego świata skumulowane były w tej jednej osobie. Rozpoznała w Caudzie postać z legend i mitologii o tym świecie.
     Według nich istniała kiedyś na tym świecie największa grzesznica, stworzona przez samego bożka piekieł, Kitsune. Nazywali ją  kobietą-grzechem, czystym złem. Mało kto znał jej prawdziwe imię. Wielu opowiadało, że gdzie nie poszła, tam spadały klęski żywiołowe, głodowe. Mężczyźni zdradzali swoje żony, a żony mężów. Dzieci umierały na nieznane dotąd choroby, a ona pławiła się w ich nieszczęściu. Takim była demonem.
     I to tego demona, Mephi widziała teraz w królowej Caudzie. Próbowała przerwać połączenie, ale coś ją tu trzymało. Zrobiło się nieprzyjemnie jeszcze bardziej, kiedy dotychczasowa towarzyszka przeszła obok Caudy i rzekła
     - I tak mam już czego chciałam. Bywaj – i zniknęła w otchłani.
     Mephi zaczęła histeryzować. Chciała jak najszybciej oddalić się od królowej, ale coś cały czas przyciągało ją do niej. Zamiast zwiększać, dystans między nimi drastycznie malał. Kobieta zaśmiała się.
     - Że też ta idiotka Sophie myślała, że zdołasz włamać się do mojego umysłu i wrócisz stąd cała i zdrowa – nagle uśmiech zszedł i spoglądała na nią gniewnie. Mephi zaczęła płakać, gdy ich spojrzenia się spotkały. Czuła, że to koniec. Jej serce cholernie szybko łomotało. Nie potrafiła złapać oddechu. Czekała na śmierć. Stanęła na wprost kobiety, wyczekując, aż ją zabije. Wprawdzie, Cauda machnęła ręką, która zmieniła się w zakończoną spiczastymi szponami łapą, ale ktoś ją uratował.
     W połowie drogi od śmierci rozniosło się potężne echo.
     - Wystarczy.
     I natychmiast pojawiła się z powrotem w starym domku. Nabrała powietrza ze świstem, a gałki oczne obróciły się, wracając na swoje miejsce. Lustro, które wisiało w pokoju, pękło. Dziewczyna popatrzyła na nie. Rysy biegł wzdłuż szkła i układały się w prymitywny obrazek błyskawicy. Przetarła dłonią usta i dopiero teraz zauważyła, że uszło z niej bardzo dużo krwi. Cała była zachlapana czerwonym płynem, ale też dużo spadło na podłogę, tworząc plamę.
     - Musisz się stąd wynosić – powiedziała ta sama osoba, która ją wyciągnęła stamtąd. Przynajmniej tak sądziła, ponieważ głos był podobny. Popatrzyła do góry i zobaczyła groteskowo ubraną kobietę. Dominował u niej róż i purpura. Krótka, bufiasta sukienka z wieloma ozdobnikami oraz granatowym pasem, okalającym jej brzuch. Czarne obcasy, sięgające cholewką, aż po kolana. Nosiła ze sobą parasol, którym zasłaniała część twarzy, ale dostrzegła spod niego jedno oczko. Miała piękny fiołkowy kolor, błyszczący się w ciemności. Jej włosy, pięknie falowane, o takim samym kolorze co oczy, opadały na ramiona, zupełnie podobnie jak u tamtej kobiety. Ona też była wiedźmą, czuła to. Gdyby nie, to nie byłaby w stanie wyciągnąć ją z opresji – Rozumiesz? Uciekaj stąd, zanim cię wytropi – powtórzyła i wyszła z domu. Mephi zobaczyła przez ułamek sekundy, że na dworze leje deszcz. Ukuło ją poczucie chłodu. Zawsze tak miała, kiedy widziała na zewnątrz, padające krople, stukoczące o szybę jej okien.
     Nie czekała dłużej, tylko wskoczyła do środka, zamykając klapę w pokoju. Upadła z hukiem na podłogę, ale zaraz się pozbierała i pobiegła przed siebie. Miała mieszane uczucia. Z jednej strony ulga, że nadal żyje. Że udało się uciec. Z drugiej strony pogarda i nienawiść wobec obu kobiet, ponieważ kolejny raz pokazał jej, że nie ma co się równać z mocą wiedźm.
     Ciążyło na niej pewne piętno, o które nie prosiła. Stała się kimś, kim nie chciała, a do tego na każdym kroku pokazywano jej, że i tak nie ma co porównywać się z wiedźmami, rasą bliską wymarciu. Ambicje nie pozwalały spocząć. Chciała przez kolejny czas poddać się treningom, aby w przyszłości chociaż dorównać ich sile.
     W drodze do domu, Mephi jeszcze kilka razy rozpamiętywała ten wieczór. Wtedy też płakała, zakrywając twarz dłońmi.

5
     - Znalazłaś coś? - prawie w tym samym momencie, Marius siedział obok Vidomii, która podobnie jak Mephi, zdecydowała się włamać do umysłu Caudy. Jakiś czas temu tylko podejrzewała królową o ten czyn, ale gdy wczoraj zobaczyła jej twarz, zanim uciekła do portalu, była już w dziewięćdziesięciu procentach pewna. Ten wypad, tylko ją utwierdził.
     Kobieta „obudziła się” i otarła twarz z krwi. Nie było jej za wiele, chociaż jakiś czas tam spędziła. Mężczyzna dobrze dbał o nią, aby nic się nie stało. Popatrzyła na niego i coś popchnęło ją, aby dać mu całusa. Dzień wcześniej, była zła za wcześniejsze traktowanie. Teraz potrzebowała go jak nigdy dotąd. On czuł dokładnie to samo. Kochał ją.
     - Wiem, gdzie trzymają Marry – powiedziała i podniosła się z podłogi. Pomógł jej Marius, pozwalając się, aby oparła się o jego ramię. Gdy stanęli obaj, kobieta mówiła dalej – jest tutaj niedaleko chatka z drewna, oddalona jakoś od nas z dwa kilometry? Od niej później jest chyba dwa razy tyle do Yami, i paręset metrów od tajnego wyjścia, więc pasuje – po czym dodała pochmurnie – jest w ciężkim stanie. Cauda zbiła jej gorączkę, ale z tego co widziałam to dostała nawrotu.
     - Pozwoliła ci ot tak wejść do jej wspomnień? - zdziwił się, kiedy słuchał opowieści kobiety. Usiadł na sofie obok, a ręką zaprosił kobietę obok. Ta skorzystała i odparła.
     - Mnie też to zastanawiało – zastanowiła się chwilę i nagle ją olśniło – No przecież! - ten popatrzył na nią, czekając, do czego doszła – Była tam też Mephelani DeCroix. Ta mała czarodziejka od Sophii. Prawdopodobnie szpiegowała dla niej, bo ta podejrzewa, że Cauda jest…
     - Demonem? - zapytał ciekawy. Nie interesował się sprawami politycznymi, ale coś wiedział. Głównie dowiadywał się w Kraju Północy, w którym często przebywał oraz od Vidomii. Pokręciła głową i westchnęła ciężko.
     - Czymś gorszym. O wiele – nie chciała o tym mówić, bo sama miała ciarki na plecach. Zmieniła temat – Chyba pilnuje ją jedna osoba tylko. I to też tłumaczy, po co jej był Necrophill. Otóż była to dziewczynka z sierocińca Marry. Cauda wskrzesiła ją wczoraj, a ta dręczy Marry.
     - Dręczy?
     - Były bardzo związane ze sobą. Bardzo to przeżywa, że dziewczynka nie żyje – popatrzyli po sobie. Zamilknęli na trochę, aż Marius wstał z kanapy i poszedł do pokoju.
     - Za parę dni dopiero będziemy mogli ją odbić – rzekł szorstko, a kobieta popatrzyła na niego z wybałuszonymi oczami. Obruszyło ją to, że mężczyzna chce to załatwić dopiero za kilka dni.
     - Dlaczego?! - zawołała zrezygnowana. Mogła udawać gniew, czy żal. Wiedziała, że miał w tym jakiś powód, bo gdyby nie to, ruszyliby natychmiast na ratunek. Za długo znała Mariusa, aby nie poznać jego intencji.
     - Muszę pozamykać kilka spraw u Yūny. Kilka ważnych spraw, Vidomia. Nie wiem ile mi to zejdzie, ale pospieszę się – złapał ją za dłoń, przyciągając do siebie – Gdy tylko je załatwię, nawet się nie obejrzysz, a Marry będzie leżała tutaj spokojnie i odpoczywała. Chodźmy spać – pocałował ją namiętnie. Poszła za nim, ale w tyle głowy nadal pozostawały wątpliwości.
     - Pospiesz się, proszę… - szepnęła cicho, tak, że jej nie usłyszał. Miała nadzieję, że córka okaże się silną i wytrzyma jeszcze te kilka dni w męczarniach. Choć były spokrewnione, to wiedziała, że w obliczu bólu nawet więzy krwi nie pomogą. Mimo to, była dobrej myśli. Przynajmniej trochę.

6
     11 grudnia, 1352 roku
     - Jesteś gotowa? - stali obaj na zewnątrz. Marius jak zawsze w swojej wyjściowej szacie, wykonanej z aksamitu. Przepasany był czerwonym pasem, a w ręku trzymał swoją laskę. Takie ubranie wystarczyło mu, bowiem przez setki lat, jak już tu chodzi, nauczył się radzić sobie z chłodem. Natomiast Vidomia, która stała bardzo blisko niego, nieco trzęsła się z zimna. Pomimo, że nosiła grube, skórzane futro, sięgające po kostki. Nosiła skórzane, wysokie buty. Popatrzyła na niego ze swoim uśmiechem pełnym gracji i spokoju. Cieszyła się, kiedy jeszcze godzinę temu Marius wrócił do domu i oznajmił, że ruszają natychmiast z odsieczą, ale także i tym momencie. Szczerze nie sądziła, że wyrobi się w przeciągu dwóch dni. Teraz była jeszcze pewniejsza, że im się uda, chociaż była to ich pierwsza taka akcja od dłuższego czasu.
     - Użyjemy teleportu? - zapytała, pomijając jego pytanie. Podniósł lekko kąciki ust, jakby się zastanawiał.
     - Zdradzimy momentalnie swoją obecność… - odparł. Spojrzał w rozciągającą się białą przestrzeń oraz sypiący na ukos śnieg. Zaraz dodał – W sumie i tak wiedzą, że przyjdziemy – prychnął i sprawdził, czy za pazuchą ma miecz. Czując jego klingę, westchnął i poprosił, aby złapała się go. Owinęła swoją ręką jego.
     Zamknęła oczy. Chwila skupienia wystarczyła, aby przekazać mu obraz, który zapamiętała sprzed paru dni. Gdy widział to samo co ona, uniósł otwartą w połowie dłoń, szepcząc jakieś słowa. Za każdym jednym, pojawiała się w powietrzu runa, układająca się w okrąg. Było ich pięć, trzy u góry, dwie z dołu. Miały bladoniebieski kolor. Dopiero kiedy mężczyzna zamachnął się ręką, a smugi śniegu, wspierane magią otoczyły je, zmieniły swój kolor na ciemny granat. Huknęło, a w środku okręgu obraz zmienił się diametralnie, ponieważ pojawił się tam drewniany domek. Dokładnie to, co wcześniej widzieli, jednak trochę rozmazany. Wzdłuż tarczy portalu, od wewnętrznej strony, ulatniały się niebieskie płomienie, wchodzące do środka. Vidomie przeszedł dreszcz, ale od razu się opanowała. W tym momencie nie było czasu na emocje.
     Weszli przez portal i od razu pojawili się na miejscu. Kobieta rozejrzała się, a za nią to samo uczynił Marius.
     - Wydaje mi się… - zaczęła, kiedy skupiła swój wzrok na prostej chatce, stojącej w środku wielkiej zamieci. Uprzedził ją, nim zdążyła coś powiedzieć.
     - Że chatka nie istnieje, prawda? - ta pokręciła głową. Podeszła bliżej i jakby grom ją uderzył, spojrzała na lubego.
     - To też, ale wyczuwam demony oraz zmarłych – mężczyzna zmarszczył brwi. Chciał to zweryfikować, więc skupił swoje siły na słuchu i faktycznie. Kobieta miała rację. Usłyszał szepty, towarzyszące umarlakom, ale także krzyki, które były charakterystyczne dla obecności demonów. Skupiwszy się jeszcze bardziej, rozpoznał, że są to ma’hi. Potężne, czworonożne potwory z psią mordą. Ich łapy miały tylko cztery palce, ale za to ostro zakończone szponami. Miały krótki ogon, żarzący się.
     - Masz rację – odparł po chwili ciszy i spojrzał na partnerkę. Chciał się uśmiechnąć do niej czule, ale w tej sytuacji ciężko było mu się przełamać. Muszą bardzo uważać i nie dekoncentrować się. Inaczej mogą umrzeć. Nie wiedzieli na jakim stadium rozwoju są te stwory, ani jaka dusza zalęgła się w ciele zmarłej dziewczynki – dużo niewiadomych… - mruknął mężczyzna, a Vidomia to zignorowała. Myślała tylko o tym, żeby wydostać córkę. Sięgnęła za pas, aby sprawdzić, czy nie zgubiła ostrza. Na szczęście, nadal tam było.
     - Chodźmy – powiedział Marius i skierował się do wejścia. Chwile na niego patrzyła, żeby zaraz do niego dołączyć.
     Kiedy znaleźli się przy drzwiach, stary elf przyłożył ucho. Nie wydobywał się stamtąd żaden hałas. Zakładał kilka opcji – albo wszyscy się gdzieś ukrywają, jak na przykład w piwnicy, albo szykują zasadzkę. W obu tych założeniach był cień prawdy.
     Pchnął stare, zbutwiałe drzwi. Weszli do środka, rozglądając się za sobą. Nikt na nich nie naskoczył, ani nie zaatakował od razu.
     - Ładnie tu – szepnęła kobieta, podziwiając wystrój wnętrza. Znajdowali się teraz w kuchni, która nie była, aż tak ozdobiona jak salon, do którego prowadziło wejście naprzeciw nich. Zauważyła w środku pełno szafek drewnianych z szybami, za którymi znajdowała się porcelana. Każdy najmniejszy szczegół został dopracowany i dopieszczony. Uśmiechnęła się – przytulnie
     Przed wejściem do salonu znajdował się mały korytarz. Bliżej znajdowały się schody na górę, a obok za zamkniętymi drzwiami, najprawdopodobniej wejście do piwnicy. Kobieta przyłożyła ucho i usłyszała ciche powarkiwanie. Serce jej zabiło. To tutaj...
     - Marius! - zawołała za nim, ale ten nie odpowiedział. Spojrzawszy na niego, zauważyła, że gapi się on na coś przez przejście. Na coś, bądź na kogoś. Podeszła tam i zobaczyła małą dziewczynkę stojącą na środku pokoju. Miała ciemne włosy od brudu i kurzu. Oczy przepełnione były czernią, a ubrania podmokłe, zgniłe.
     - Vidomia, idź po Marry, ja się nią zajmę… - ale mylił się. Zanim cokolwiek zdążył zrobić, dziewczynka wrzasnęła. Kobieta szybciej się zorientowała. Schowała się za ścianą i tylko patrzyła, jak fala dźwiękowa zabiera jej kochanka ze sobą, wywalając go na zewnątrz. Odgłosy z dołu się zaostrzyły. Jak dotąd ich nie słyszeli, teraz wiedzieli o ich obecności. Musiała działać.
     Wyjrzała przez wejście, szybko badając teren. Podłoga była wykonana z drewna. „Jesteśmy w domu” - pomyślała i uśmiechnęła się do dziewczynki. Ta o dziwo odwzajemniła go, ale żaden z nich nie był szczery. Vidomia dotknęła ściany, rzucając zaklęcie z dziedziny magii ziemi – tego czego się specjalizowała, będąc niegdyś wiedźmą. Przez belki przeszła mana, trafiając do podłoża. Stąd, szybka droga do miejsca położenia nieumarłej. Nici drewna odrywały się jedno po drugim, tworząc pnącza, które ją uziemiły. Otoczyły jej nogi do połowy i strąciły z równowagi. Upadła, a zaraz po tym, kolejne złapały ją wokół tułowia. Kobieta wiedziała, że wydostanie się prędzej czy później, ale mimo to musiała działać. Podbiegła do drzwi i wyważyła je siłą woli. Spojrzała w dół.  
     Chwyciła za sznurek, aby zapalić światło, ale to nie dało upragnionego efektu. Żarówki migotały tylko, zamiast stale świecić. Dzięki temu jednak wiedziała, że schody są strome i musi uważać. Zeszła na sam dół, a wtedy zobaczyła trzy ogromne bestie, stojące blisko siedzącej osoby na środku pokoju. Po niebieskich oczach i blond włosach poznała ją.
     - Marry! - krzyknęła, a córka obejrzała się na nią. Płakała rzewnie ze szczęścia. Widać było po niej, że jest cała rozpalona. Z boku sączyła się krew.
     Nagle jedna z ma’h ruszyła ku niej. Pochwyciła do lewej ręki swoje krótkie ostrze, wyczekując ataku. Prawą dłoń otworzyła i w odpowiednim momencie sprawiła, że bestia straciła równowagę. Leciała teraz bezwiednie na nią. Zdążyła pochwycić łapę, którą atakowała, a drugą przygniotła obcasem. Wbiła nóż prosto w serce. Wyciągnąwszy je, kiedy potwór zastygł w bezruchu, prysnęła krew na nią, brudząc jej ulubione futro. Przeklęła siarczyście, a wtedy na zewnątrz, aż się zatrzęsło. Gdyby nie Marius, Vidomia miałaby jeszcze na głowie tego ożywieńca.
     Mężczyzna widział z tamtego miejsca wszystko, co się działo. Wiedząc, że pnącza oplatają dziewczynę, powoli wstawał, rozmyślając. Absurdem było, aby nieumarły władał potężną mocą falową. Z jego osobistych obserwacji, takimi zdolnościami cechowały się głównie demony – między innymi lilith, ifryty, wampiry. Żaden umarlak, jakiego spotkał nie cechował się podobnymi umiejętnościami.
     W ułamku sekundy, mała zerwała blokujące ją drewniane nici. Poderwał się na kolana i uderzył otwartymi dłońmi o śnieg. Ten aż podskoczył do góry, obsypując jego głowę. Po ziemi przeszło ciężkie trzęsienie. Przemieszczając się po podłodze domu, rozwarło ono wyrwę. Trafiło ono przednią ścianę, która zerwana z fundamentów, spadła wprost na dziewczynkę. Cała konstrukcja trzęsła się chwilę. Z szafek powypadały różne sztućce oraz przedmioty.
     Marius obserwując powiewający dookoła kurz, przetarł oczy ze śniegu. Jego lica poczerwieniały od zimna. Pobiegł do środka i zaklęciem rozwiał wszelkie pyły, ułatwiając widoczność. Zanim jednak się zorientował, co się dzieje, już zawisł w powietrzu, duszony telekinezą. Omal się nie opluł ze złości. „Lata jednak robią… Kurwa dałem się podejść jak dziecko” zaklął, próbując się wydostać z zaklęcia. Dziewczynka zdążyła uniknąć zagrożenia, a teraz stała z wyciągnięta ręką przed siebie, powoli ją zaciskając.
     - Szkoda, brudasie, że skończysz tak nędznie. Zabije cię mała dziewczyneczka – powiedziała. Fakt, może wyglądem nadal przypominała małą dziewczynkę, ale jej głos nijak miał się do postury. Był on bardziej basowy i pełny zgorszenia.

     Vidomia wykorzystała okazję i powtórzyła sztuczkę z pnączami. Tym razem wydostały się one ze szczelin kamieni, utworzonych po trzęsieniu. Obie ma’hi ruszyły na nią, ale nie zdążyły. W miejsce, gdzie nastąpiły, pojawiły się pnącza. Złapała je w sidła, ale na tym nie chciała skończyć. Były one za słabe, żeby mogły utrzymać takie cielska. Skupiła jeszcze więcej many w sobie i energicznie poderwała ręce do góry. Demony przebiły kamienne kolce, które  utworzyła, nim zdążyły uciec. Zastygły w bezruchu, a Vidomia podeszła do Marry i rozwiązała ją.
     - Kochana, czemu nie uciekłaś wcześniej? - zapytała, chwytając ją ramieniem. Poczuła lekką ulgę, że znowu mogły być razem – przecież masz w sobie mój pierwiastek, mogłaś…
     - Byłam za bardzo wycieńczona, a zanim bym coś zrobiła, to zabiliby mnie – odparła z płaczem. Zatrzymały się na chwilę, a Marry zawyła – do tego jeszcze ona… ona nie żyje… - Vidomia nawet nie dopytywała. Domyśliła się, że chodzi o tą małą gówniarę na górze. Tylko, co ona tak naprawdę znaczyła dla Marry? Patrzyła na nią z żalem. Powiedziała czule, że muszą się spieszyć. Ta pokiwała głową. Nagle jej postawa się zmieniła. Odsunęła się od matki i rzekła.
     - Daj mi się z nią rozprawić – położyła rękę na ścianie, i zaczęła wdrapywać się po schodach. A gdy Vidomia chciała jej pomóc, ta warknęła – dam radę! - nie mówiła nic więcej. Kobieta ostatni raz obejrzała się za ramię, oglądając martwe cielska demonów. Zaraz po tym podążała za córką.

     Obie kobiety akurat trafiły na moment, kiedy dziewczynka dusiła Mariusa. Vidomia głośno nabrała powietrza i na chwilę zapomniała o obietnicy. Już rwała się do ataku, ale to Jane odsunęła ją od tego pomysłu, wybiegając naprzeciw. Dziewczyna spojrzała na nią, i w mgnieniu okna runęła na ścianę za sobą. Chodź Marry Jane nie przeszła żadnych rytuałów, ani nie była w pełni wiedźmą, odziedziczyła po matce jedną rzecz – telekinezę, którą latami opanowała do perfekcji. Kiedy założyła swój sierociniec, nie miała okazji do treningów. W zasadzie, mało praktykowała już ten swój styl, ale natury się nie oszuka – pewnych rzeczy się nie zapomina.
     Marius momentalnie runął na ziemię, obok swojego kostura. Vidomia podbiegła do niego, aby sprawdzić, czy nic mu nie jest. Marry trzymała prawą rękę uniesioną w stronę dziewczynki. Drugą, podniosła wszelkie noże i widelce, jakie walały się po podłodze. Było ich około piętnastu łącznie. Wystarczająco.  
     - Nie… - zająknęła się. Próbowała się wyrwać z uścisku, ale kobieta pokręciła głową. Vidomii w tamtym momencie zdawało się, że łza spływa po jej policzku.
     - Wybacz, Lorraine – popatrzyła w stronę narzędzi. Obróciła dłoń, a każdy z nich odwrócił się ostrzem ku dziewczynce. Machnęła ręką, tak, że każdy ze sztućców wbił się w to małe ciałko, unieruchamiając je. Odetchnęła na chwilę. Jane prawie się przewróciła, ale zdążyła doczłapać do reszty. Oparła się o swoją matkę.
     - Nic wam nie jest? - zapytała i złapała się za krwawiącą jeszcze ranę. Obaj nie zdążyli nic powiedzieć, ponieważ ożywieniec wrzaskiem wyciągnął każde z narzędzi i cisnął prosto na nich. Marius zdążył zareagować, strącając je z toru lotu. Za nim od razu Marry po raz kolejny zaskoczyła ich swą siłą. Wykorzystała chwilę furii oponentki, by strącił ją z nóg, a zaraz potem zrzucić na nią szafkę. Potem kolejne komody. Cisnęła nawet starym zegarem, znajdującym się w rogu pokoju. Po takim wysiłku jednak straciła przytomność. Bezwiednie położyła się w ramionach Vidomii, która zawołała, aby otworzył portal. Spod gruzu i szczątków dawnych mebli wydobywał się krzyk. Wiedzieli, że zaraz znowu zaatakuje, a jeżeli takie rany jej nie zabiły, to mieliby problem, żeby przynajmniej ją unieruchomić na dłużej.
     Instynktownie wybiegli z domu, a Marius już od progu rzucał zaklęcia, aby otworzyć portal. Zrobił to znacznie sprawniej i szybciej, jakby dawka adrenaliny pobudziła jego młodzieńczy zapał. Przystanął, żeby przepuścić obie panie, a sam obejrzał się za siebie. Tak jak się spodziewał, nie było już żadnej chatki. Widział jedynie kopiec, spod którego wyłaniała się postać. Nie było na co czekać. Zaraz za nimi wbiegł do portalu, zamykając go za sobą. Udało im się zbiec.
7
     9 grudnia, Domostwo Pani Jane
Gdy ktoś wśród mieszkańców domu dostawał gruźlicy, z reguły spisywano go na straty. W przeciągu kilkunastu lat zdarzył się jeden, może dwa przypadki, kiedy dziecko zdrowieje. Choć ten przypadek należy do właśnie tych wyjątków, to sytuacja była okropna.
     Pięć dni temu, kiedy Kuro skończył opowiadać historię o Aleksieju Rischu, Annie poczuła dreszcze na plecach. Zaczęła się trząść z zimna. Nawet ciepła kołdra nie wystarczyła. Chciała wstać z niego, ale nim to uczyniła, zwymiotowała. Straciła przytomność i upadła na podłogę.
     Kuro sprawdzając, co jej dolega, oniemiał. Była cała rozpalona, wręcz rozżarzona. Polecił dwóm chłopakom przynieść mokre ręczniki. Dziewczynom zaś, aby zabrały jakieś koce ze sobą. Został tylko on i Patrick. Kazał mu przynieść jakąś szmatę, aby ją wytrzeć. Robił to wolno, a jego ręce się trzęsły. Bał się, że dziewczyna może umrzeć z powodu wysokiej gorączki. Pierwszy raz miał z takim czymś do czynienia. Nigdy wcześniej, oprócz lekkich przeziębień, nie chorował. Kiedy dzieciaki zbiegały się do pokoju, on zapytał.
     - Co jej dolega? - inni patrzyli na niego wystraszeni. Znali odpowiedź, ale była ona dla nich zbyt przerażająca, aby przeszła im przez gardło. Ten jednak nie chciał czekać i przyłożywszy ręcznik do czoła, zawołał – Mówcie!
     - Dopadła ją gruźlica – powiedział David, po czym dodał – tak przynajmniej nam się wydaje.
     - Jak to, wydaje się wam? - zmarszczył brwi. Patricka zmieszało. Spojrzał kątem oka na Davida. Domyślił się, że chodzi o coś, co powinien pamiętać, a jak zwykle zapomniał. „Cholera, co się dzieje z tą pamięcią?!”
     - Davida swego czasu dotknęła gruźlica – westchnął Patrick – kilka lat temu, kiedy był mniej więcej w wieku Annie. Te same objawy jak u niej. Też wymiotował i miał wysoką gorączkę. Na szczęście wyzdrowiał. Marry wtedy opowiedziała nam więcej o tej chorobie – chłopak splótł dłonie, pocierając palce – stąd o niej wiemy. Bez odpowiedniej pomocy, Annie jest skazana na śmierć… - Kuro nic nie odpowiedział. Obserwował obu ze spokojem. W obu widział smutek i żal. Czuł, że znowu ich zawiódł.

          - Czy jest coś o czym powinienem wiedzieć? - minęło pięć dni od tamtego momentu. Sytuacja nie była, aż tak drastyczna, ale dziewczynce nadal zagrażała śmierć. Najgorsze, że chłopaka nie stać było na lekarza, ani żadne środki medyczne. Zdołali zbić jej gorączkę do niższych temperatur. Już nie wymiotowała, ale nadal ciężko oddychała i bolało ją przy każdym wdechu.
     Przez ten czas Kuro mało odzywał się do innych. Szczególnie do Davida, czy Patricka. Nie mógł za dużo czasu spędzać z nimi, ponieważ był cały czas przy Annie. Do tego zauważył, że obaj go unikali. Dopiero po paru dniach pojawił się w pokoju jego rudawy kompan. Był już wieczór. Chłopak usiadł obok Kuro i wpatrywał się w przyjaciółkę. Kiedy padło to pytanie, nieco się zestresował. Mimo to odpowiedział mu.
     - Jeżeli pijesz do tamtej sytuacji, to niestety tak – spojrzał na niego i uśmiechnął się słabo – Kiedy David zachorował, nikt nie chciał go odwiedzać w pokoju – ukuło go to w serce. Wiedział już, do czego zmierza – każdy, oprócz ciebie. Marry próbowała cię wyrzucać stamtąd. Nie chciała, żebyś się zaraził, ale ty nie słuchałeś. Dav często powtarzał i powtarza, że byłeś dla niego bliski jak rodzina – westchnął. Miał załzawione oczy – Nie bierz tego do siebie, że on tak często wybucha. On po prostu bardzo emocjonalnie podchodzi do tego. Bardzo cieszył się, że znowu mógł z tobą mieszkać.
     - Musze już iść – powiedział, a taka nagła zmiana tematu zaskoczyła Patricka. Poderwał się na nogi i zawołał za nim. Ten rzucił mu krótko, że sprowadzi pomoc i niech się zaopiekują dziewczyną.
     Wyszedł, a może nawet wybiegł z domu. Nie zważał na to, że na dworze leje jak z cebra, że noc była dzisiaj znacznie ciemniejsza. Już dawno wybiła dwunasta, ale on się tym nie przejmował. Kierował się w stronę zamku. To było jedyne miejsce, jakie przychodziło mu teraz do głowy. Miał nadzieję, że tam znajdzie jakąś pomoc. Nawet gdyby mieli ściąć mu łeb w cenie, nie przeszkadzało mu to.
     Od jakiegoś czasu Kuro dotykało znacznie więcej, niż kiedyś. Traktował siebie jako osobę zimną, podłą i bezuczuciową. Dotychczas, bo teraz widział, jak bardzo stał się wrażliwy na zewnętrzne bodźce. Trafiło go, kiedy wyszło na to, że David ma go za rodzinę. Boże, jak bardzo chciałby odzyskać pamięć. Zobaczyć w głowie znowu te wszystkie wspomnienia.
     Przeszedł z jakieś dwieście metrów. Przez chwilę stracił on orientację w terenie i tylko brnął przed siebie. Wtedy to odezwał się Xen.
     „Zawracaj” - zasyczał groźnie. W jego głosie Kuro usłyszał ostrzeżenie. Przystanął na chwilę i rozejrzał. Choć nadal było ciemno, mniej więcej wiedział, gdzie jest. Główna alejka, pomyślał, i zaraz demon przemówił ponownie - „Ktoś jest w domu. Ktoś obcy”
     Nie zastanawiając się, czym prędzej udał się z powrotem do domu. Z nieba coraz bardziej padało. Nim wszedł do środka, usłyszał lekki grzmot piorunu, jakby ostrzegawczy. Pchnął drzwi, a na korytarzu zobaczył trójkę dzieciaków. Z prawej strony stała Katie i James. Dziewczyna pokazała palcem pokój od Annie. Kuro tylko pokiwał głową, że rozumie o co jej chodzi. David obserwował go, będąc bardziej na uboczu. Czując to spojrzenie, chłopak zadrżał. Ręce mu się trzęsły, a w wewnątrz niego zrobiło się gorąco. Parę kropel z jego przemokniętych włosów, kapnęło na podłogę. Wejrzał przez framugę i oniemiał.  
     Obok Annie, tak jak wcześniej, siedział Patrick, ale tym razem był cały wystraszony. Tuż koło niego siedziała kobieta o fioletowych włosach. Była zwrócona bokiem do Kuro, dlatego pierwsze co zauważył u niej, to wystające, spiczaste uszy. Nie miała przy sobie żadnej peleryny, a mimo to była sucha jak nitka. Może to dzięki groteskowemu parasolowi, który leżał na podłodze. Spojrzała na chłopaka i uśmiechnęła się delikatnie. Wpatrzony w dziewczynę, zarumienił się. Przez chwilę zapomniał o całym świecie, że nie dotarły do niego nawet jej słowa w obcym mu języku.
     - Mizu o kaishite mou ii? – ta, widząc jego minę, szybko się poprawiła – Przepraszam, zapomniałam się. Chciałam powiedzieć: czy możesz mi podać wodę?
8
     - Emm… co? - zająknął się Kuro po chwili. Uroda przybyłej kobiety totalnie go oniemiała – Co mówiłaś? - westchnęła ciężko. Spodziewał się, że krzyknie na niego albo powie coś niemiłego.
     - Pytałam, czy możesz mi podać wodę? - mimo to powtórzyła  ze spokojem w głosie. Nadal uśmiechała się słodko – Najlepiej w jakiejś dużej misce – sprecyzowała, a chłopak jak w jakimś amoku, wycofał się z pokoju i pobiegł w stronę spiżarki. Nie mieli w domu miski, ale za to kilka dni temu zdołali wykupić kilka wiader wody. Otworzył drzwi i zabrał pierwsze z brzegu. Pędził z powrotem tak szybko, że część, wylewała się po drodze.
     Postawił je na ziemi i obserwował dalszy bieg wydarzeń. Reszta, która wcześniej wystraszyła się obecności kobiety, stała teraz za drzwiami, wyglądając za nią. Ta skrzywiła usta w grymasie, którego Kuro za bardzo nie rozumiał. Wyglądała, jakby brzydził ją sam fakt używania tak obskurnie zrobionego wiadra. Nieco to wkurzyło chłopaka, ale milczał.
     Położyła prawą dłoń na klatce piersiowej dziewczyny, zginając palce tak, jakby chciała się wbić w nią. Annie zaczęła momentalnie kaszleć. Słychać było, że z trudem łapie każdy oddech. Wtedy palce kobiety zaświeciły się na jasny fiolet. Kuro załomotało serce. Przypomniał sobie przelotne opisy wiedźm i poukładał je w jedną całość. Wszystko się zgadzało – magia, spiczaste uszy oraz nietuzinkowa gracja i spokój. Liczne historie usłyszane kiedyś, złączyły się w jedno. Ruszył przed nią. Jeżeli opisy były prawdziwe, to był pewien, że kobieta ma wobec nich złe zamiary. Zamachnął nieudolnie pięścią, żeby zaraz po chwili zostać odrzuconym na ścianę. Upadł z hukiem na podłogę. Patrick zerwał się z siedzenia i pomógł wstać chłopakowi. A kiedy to zrobił, wiedźma skończyła robotę.
     Kuro spojrzał na nią i dostrzegł, że teraz jej cała prawa dłoń połyskuje czerwienią. Kobieta pochyliła się nad wiadrem. Zdejmowała tą czerwoną maź z siebie, a ta wpadła prosto do wody. Zauważył też, że Annie już nie kaszle, a oddech znacznie się unormował. Spała teraz spokojnie, jak gdyby nigdy nic.
     Tamta wstała i podeszła do Kuro.
     - Mogłabym na kilka dni tu przenocować? - zapytała z tym samym uśmiechem, co wcześniej. Chłopak znów się odurzył, zapominając o sytuacji sprzed paru minut – będę wam pomagała i oczywiście wyleczę do końca tę biedną dziewczynkę. Ma jeszcze gorączkę i… - szczerze, już jej nie słuchał.
     Kiedy cała grupa chciała odrzec, że ma sobie ona pójść, jedynie Kuro przystał na pomysł, aby kobieta z nimi została. Niestety nie mieli nic do gadania. Wiedzieli, że był to głos decydujący.

     Oboje siedzieli całą noc, rozmawiając ze sobą. Można by rzec, że chłopak stracił rozum przez nią, ale jednak zachował jego resztki. Zdecydował się tego dnia pójść bardzo późno spać, aby dowiedzieć się od niej czegoś interesującego. Przebywając sam na sam, serce biło mu przez cały czas.
     - Jak nas znalazłaś? - było to pierwsze jego pytanie, kiedy znaleźli się w jego pokoju. Kobieta trzymała w obu dłoniach kubek, popijając schłodzony sok ze spiżarni. Popatrzyła na niego. Chrząknęła i odłożyła kubek na stół obok. Wyglądała, jakby zastanawiała się nad odpowiedzią, choć nie traciła z nim kontaktu wzrokowego. Peszyło go to jeszcze bardziej.
     - Dzisiaj o północy był wyjątkowy dzień, dlatego mogłam was znaleźć – powiedziała, ale nie bardzo to dało do zrozumienia chłopakowi. Ta, świadoma tego, dopowiedziała po chwili – Mogłam usłyszeć i zrozumieć twój głos w głowie, wołający o pomoc. Twoje myśli… nieee, nie ten głos – Kuro wzdrygnął się. Kobieta widocznie czytała mu teraz w myślach, ponieważ faktycznie – kiedy wspomniała o „głowie w głowie”, skojarzył to sobie z Xenem. Skąd mogła wiedzieć o jego obecności?, pomyślał, marszcząc brwi – Ten drugi, który cię tu od razu sprowadził, za bardzo mnie nie lubi. Wyczuł mnie, jak tylko przekroczyłam próg tego domu – sięgnęła po napój, a zaraz po tym zagaiła go – Jednak to nie on nastawił cię na to, abyś mnie zaatakował – pokiwał lekko - A więc co?
     - Plotki – przerażało go to, że ona tyle wiedziała o nim. Wyglądała na taką, co czyta w myślach i jest zawsze o krok, a może nawet o dwa do przodu od swojego rozmówcy. Przerażała, a zarazem podniecała go dalsza rozmowa – dużo słyszałem na temat wiedźm – zaraz pożałował swoich słów. Kobieta spojrzała nań wilkiem i warknęła.
     - Masz tupet chłopaczku. Nawet ci się nie przedstawiłam, a ty już traktujesz mnie gorzej, bo jestem innej nieco rasy niż ty? Przyszłam wam, kurwa pomóc, bo uwierz mi, gdyby nie ja, ta dziewczynka już jutro śpiewałaby z innymi dziećmi w niebie – przeczesała lekko włosy do tyłu i kontynuowała – ma w sobie silne mutageny po matce. Jej odporność jest osłabiona i ma duże zadatki, aby chorować. Zwykły katar może ją zabić – syknęła na koniec. Dopiero wtedy zrozumiał, że jego słowa mogły ją urazić. Chciał to szybko naprawić.
     - Przepraszam, naprawdę nie chciałem cię urazić i jestem… jesteśmy bardzo wdzięczni za twoją pomoc… - wodził oczami po pokoju. Zastanawiał się, co powiedzieć, aby odbić od tematu. Wybrał najgorszy możliwy sposób – To w sumie, jak się nazywasz? - nastała niezręczna cisza. Ich spojrzenia się spotkały. Czuł na sobie jej gniew i zażenowanie. Skulił się na krześle, a wtedy ona się zaśmiała. Śmiała się przez bardzo długi czas. Rozluźniło to nieco Kuro, choć nadal był speszony.
     - Nie musisz się krępować moją obecnością – rozbawiona przetarła łzy – jeżeli mnie nie poznajesz, to ci się przedstawie. Na dworze nazywają mnie księżną Marianną – Kuro nagle olśniło. Dopiero teraz poznał w tajemniczej dziewczynie księżniczkę, córkę królowej, Mariannę. Momentalnie chciał się jej ukłonić, ale ta machnęła ręką i kazała, żeby nawet tego nie robił – ale przez to, że znasz moją prawdziwa naturę, chcę żebyś nie łączył mnie z królewskim dworem. Naprawdę nazywam się Loli.
     - Kuro – przedstawił się i uśmiechnął
     Resztę wieczoru spędzili na swobodnym gawędzeniu o życiu. Opowiadała mu o tym, jak trafiła na dwór, a królowa przygarnęła ją i zrobiła z niej swoją córkę. Z jej opowieści, Cauda przedstawiała się naprawdę w dobrym świetle, jako dobroduszna matka. Mimo to Loli mówiła to bez przekonania. Oprócz tego, Kuro wypytywał coś na temat samych wiedźm, jednak każde pytanie kwitowała zdaniem „jesteś zbyt ciekawski, Kuro”
     Temat w końcu zszedł jakoś na sprawy kraju. Konkretnie skupili się na znikających dzieciach i zagrożeniu, jakie ich czeka. Chłopak opowiedział jej czego się dowiedział. Wspomniał również o Utopku i możliwym powiązaniem z Garrym Elliotem. Dziewczyna siedziała, słuchając skupiona. Udawała, że o niczym nie miała pojęcia.
     - Co planujesz? - zapytała w końcu, a on wzruszył ramionami.
     - Chcę poprosić Railiego o pomoc. Mam podejrzenia, którymi tylko z nim chciałbym się podzielić póki co – uciął tym temat, a kobieta zrezygnowana wstała z siedzenia i udała się do swojego pokoju. Wychodząc, powiedziała:
     - Z tego co wiem, Raily jest teraz zajęty innymi sprawami, ale możesz do niego pójść. Ale dopiero za parę dni, kiedy Annie wyzdrowieje, wtedy też wrócę z tobą – splótł ze sobą dłonie, słuchając ją. Uśmiechnęła się. Dodała na koniec – myślę, że czas to skończyć – i zostawiła go samego.
     Dnia dwunastego grudnia Kuro uda się do zamku, a wtedy historia obróci się o sto osiemdziesiąt stopni i nabierze rozpędu. Zmieni ona wszystkich. Niektórych całkowicie nie do poznania. Będą i tacy, którzy powrócą do swojego starego ja. Mimo to, będzie to początek końca. Końca, który zapoczątkuje nowe czasy.

Dodaj komentarz