Martwy Punkt: Pętla na Szyi, Rozdział 1.1

                                                                          R o z d z i a ł  1
"Czas Kuro oraz upadek domostwa pani Jane"

                                                                                    1.
30 października, 1352 roku

     Edward Clark, a dla przyjaciół Eddie. Jako jeden, niestety, z wielu spędził swoje, choć krótkie życie w znanym domu dziecka w Mortuum, zwanym także potocznie Domem pani Jane. Tego dnia, pani Jane wraz ze swoimi podopiecznymi udali się do Kaplicy North, której pastorem był mąż pani Jane – Clance, aby pożegnać się ze swoim przyjacielem, który leżał teraz kilka metrów pod ziemią.
     Po bardzo długim nabożeństwie, przed bramami świątyni doszło do sprzeczki pomiędzy Lorraine, a Henrym – oboje byli sierotami i oboje mieszkali pod jednym dachem u pani Jane. Kłótnia była na tyle głośna i poważna, że zainterweniował Kuro, znany Święty Łowca.

                                                                                   2.
     Kuro przechadzał się wzdłuż ulic Mortuum. Dzisiejszego dnia słońce prażyło niemiłosiernie. W porównaniu do ostatnich ulew, sprzed paru dni, to było wręcz jak powrót do normalności. Od bardzo długiego czasu pogoda w Yami przechodziła sama siebie. Wielu mieszkańców narzekało na to, twierdząc, że zabiera to chęci do życia. Jeśli nie ciężka ulewa, to wręcz upiorny skwar. Spowodowało znaczne zwiększenie stężenia umieralności w kraju.
     A Święci Łowcy nie mieli też za łatwo. Służyli (jak wiele przyszłych historyków stwierdziło) jako policja. Z tą różnicą, że nie mogli spędzać godzin w zamkniętym pomieszczeniu i chłodzić się. Oj nie. Każdego dnia, nieważne czy upał, czy mróz musieli kontrolować, czy aby nikt nie podjął jakiejś bójki. Ich problemem były płaszcze, które w takim słońcu połyskiwały, co zdradzało ich pobyt. Były wykonane z białego materiału i sięgały one aż do kolan. Każde było ozdobione na środku jednym, wielkim emblematem państwa Yami. Prezentował on małego kruka, który siedział u szczytu berła królewskiego, który zawsze nosił król Arthur. Był to długi, ozłacany kij, gdzie na górze usadowiona była niebieska kula ze skrzydłami. Nazywali je Leari’yonem. Sądzono także, że był to jeden z Claymore, błogosławionych darów-broni, ofiarowanych przez boga Omega, aby pomogły zniszczyć plagę demonów i zamknąć Bramę Piekieł. Jednak były to tylko pogłoski, a sam król uważał to za staroświeckie mity.
     ‘Czuuuuję~… śmieeeeeerć…’ syknął głos w głowie chłopaka. Podrapał się po niej. Demon Xen. Demon Cienia, który żył w ciele Kuro od ponad sześciu miesięcy.
     - Jak ty to wyczuwasz? - zapytał po cichu i wrócił wspomnieniami do czasów, jak jeszcze był jednym z Niemagicznych Kmiotków.

                                                                                  3.
     Niemagicznymi Kmiotkami nazywało się osoby, które jeszcze w Erze Światła nie posiadały magicznych zdolności. Był to w pewnym stopniu powód do wstydu, ponieważ w poprzedniej erze (a przynajmniej takie były zapiski), osoby o magicznych zdolnościach stanowiły jedynie pięć procent. Przez to prześmiewczo te czasy nazywały się Ciemnostanem.  
     Mało osób wie o tym, ale Kuro też do nich należał. Ba, nie różnił się od wielu chłopskich dzieci czy sierot. Długi czas spędził w przytułku Marry Jane i często odwiedzał ją, jak swoją starą przyjaciółkę. Kiedy miał piętnaście lat, adoptowała go niska dziewczyna o niebieskich włosach i żółtych oczach. Nazywała się Ellie Magellan i mieszkała ze swoim ojcem, Marcusem, który zmarł rok później. W domu dziecka od zawsze miał opinię cichego i miłego chłopaka i nie zmieniło się to nawet po pięciu latach. Jednak nie zmieniało to tego, że starszaki znęcały się nad nim z powodu jego słabości i braku mocy. Dzieciaki na tym etapie dojrzewania nie mogą jeszcze określić jakim rodzajem magii władają, ale potrafią przesuwać, czy podnosić przedmioty. Kuro nawet tego nie umiał. Często zamykał się w schowku na miotły czy uciekał. Dotykały go ostre słowa innych osób, nie tylko tych, które znał z przytułku, ale w głębi siebie sądził, że to nieprawda. Że ma coś w sobie, czego nie ma nikt. I nie mylił się. Świadczyła o tym blizna na prawym ramieniu, którą często w takich momentach oglądał. Kiedy był małym dzieckiem, sądził że to pieprzyk, ale z wiekiem to się rozpełzło po całym ramieniu, tworząc trzy złączone okręgi. Czuł, że to jest coś, co dopiero z czasem pokaże o sobie znać, a da mu to niezwykłą moc. Ellie tak samo sądziła, kiedy ukradkiem dostrzegła znamię u Kuro. Chociaż chłopak czekał latami, w końcu otrzymał to, o czym pragnął.
     Miesiące temu, mniej więcej pod koniec marca odbył się turniej, który miał zadecydować, kto stanie się nowym Elementalistą Światła, bądź jak niektórzy mówili – Ceaserem. Jest to osoba będąca mniej więcej na równi z królewską rodziną w hierarchii. W całym przedsięwzięciu brali udział młodzi, utalentowani chłopcy, którzy opanowali Cztery Strony Natury – Ognia, Wody, Wiatru i Ziemi, aby stanąć na czele kraju i móc opanować ostatnią, Świętą Stronę i władać potężną magiczną mocą elementalistów. Ostatni Ceaser, który był ojcem mojego przyjaciela, Railiego, aspirującego na jego pozycję, zaginął ponad rok temu. Półroczną, krajową żałobę przerwało ogłoszenie  wielkiego turnieju, który miał się odbyć za kolejne trzy miesiące. Wydawałoby się, że ogromny całun nieszczęść spowijający Yami  miał z czasem zniknąć, a wybranie nowego Elementalistę zakończy niepowodzenia tego kraju.  
     Jednak w dniu turnieju doszło do ataku na księżniczkę Loli, którą zamordowano pod Przenajświętszą Kaplicą, znajdującą się blisko siedziby rodziny królewskiej. Świadkowie, którzy znaleźli jej ciało często nie potrafili wydukać z siebie ani jednego słowa, a w międzyczasie ono zniknęło. Kuro, który był Świętym Łowcą od dwóch lat przesłuchiwał paru ze świadków. Widział, jakim to jest dla nich traumatycznym przeżyciem. Z cząstkowych  opisów dało się jednak wysnuć między innymi liczne rany cięte i kłute , pogryzienia. Jeden mężczyzna, taki stary dziadek, który jak mu opowiadał o tym, cały drżał, uznał że podszedł do księżniczki. Stwierdził, że jej kończyny były jakby oderwane od reszty korpusu i na nowo przyszyte krwawą nitką. Chłopak w to jednak nie wierzył, póki sam tego nie zobaczył.
     Parę dni później atak na stolicę przeprowadził Kult Demonów, jedna z najgroźniejszych sekt. Ich przywódca po dziś dzień nie był znany. Przemieszczali się ciemnymi uliczkami i sekretnymi przejściami. Choć ich grupa nie liczyła dużej ilości członków, mieli w swoich szeregach najgorsze demony, sukkuby i ifryty z czeluści piekieł. Jednym z nich był Sallos, chochlik, który przybierał ludzkie kształty. To on zapisał się w pamięci Kuro najbardziej, choć teraz słuch po nim zaginął i wszyscy sławią chłopaka jako jego pogromcę. Często wracał do tych dni pamięcią.
     „Ale teraz mam Magellana” - kontrował te myśli tym o to zdaniem. O tak. Nikt nie wiedział o tym, że Kuro posiada starożytny Zmieniacz Czasu. Pozwalał on na podróże w przeszłość, jak i w przyszłość. Znalazł go, wtedy jeszcze młody Marcus Magellan. Mężczyzna jednak nie opowiadał za dużo o prawdziwej formie tego skarbu. Często jednak wspominał, że jest to jest atrybut archanioła Ulururu, Władczyni Czasu, jednej z córek najświętszego boga, zesłaną za karę na Ziemię. Nim zderzyła się w gruntem, zabrała z niebios swój relikt, Mutatio Tempus, zwany też Klepsydrą Bogów, czy Zmieniaczem Czasu. Według wierzeń miała ona ofiarować go swojemu ziemskiemu zastępcy i mianować go prawowitym Władcą. Przedstawiali to jako kilka złotych okręgów kręcących się wokół złotej monety w środku, na której wyryta była klepsydra, a dookoła unosiła się niebieska energia. Często Kuro śmiał się, kiedy widział takie freski na ścianach i chwytał się swojego złotego zegarka kieszonkowego. Nie wiadomo jak, ale Marcus wpiął w jeden z zegarków tą broń i nazwał go swoim nazwiskiem jak każde inne swoje dzieło. Wyrył na nim wielkie, ozdobne M, które wysadził fioletowymi kamykami, a pół roku temu, Kuro stał się jego właścicielem. Ofiarowała mu go Ellie, który po śmierci ojca trafił do niej, zanim… no właśnie co?
     Chłopak od kilku miesięcy miewał zaniki pamięci. Miał słabą pamięć, to fakt, nawet jego koledzy z pracy to zauważyli, ale nie żeby zapominać o swojej przyszywanej matce, a zarazem i mistrzyni. Niekiedy bał się, że gdyby nie ten zegarek, całkowicie by o niej zapomniał.

                                                                                 4.
     Eddie Clark został oddany przez swoją matkę do domu dziecka, ponieważ, jak ona uważała, jego zachowanie było naganne. Wyliczała pani Jane jego występki, jak na przykład rozbicie szyby z jednego okna w jej niemałym domu, czy rozbicie porcelanowego talerza, który dostała od swojej prababki z czasów, kiedy jeszcze państwo Yami nie istniało, około tysięcznego roku tej Ery. Kiedy kobieta, wręcz bardzo przejęta swoimi opowieściami, mówiła jak jej chłopak jest okropny i zły, Marry spojrzała na niego.
     Trzymał się on bardziej z tyłu. Był bardzo niziutki jak na osiem lat. Widać było, że matka go głodowała, ponieważ dało się bez jakichś dokładnych oględzin określić kształt i grubość jego kości. Miał małe, czarne oczy, a jego ruda czupryna zasłaniała z prawej strony poparzenie, chociaż nieskutecznie, bo rozlewało się ono aż do brody.
     - Słucha mnie pani w ogóle?! - wrzasnęła oburzona matka, tak że Marry Jane podskoczyła, a jej blond włosy zaczesane na bok, nieco się rozwiały w przeciwną stronę. „Co za babsztyl” - pomyślała Marry i z udawanym spokojem założyła swoje włosy za ucho. Spojrzała na wzburzoną kobietę i uśmiechnęła się ironicznie.
     - Tak, słucham panią – odpowiedziała i od tego momentu słuchała ją aż do końca z uwagą.
     - Tak jak mówiłam, wyjeżdżam za granicę z nowym partnerem, a nie mogę wziąć tego smarka, bo bym oszalała, tak samo jak mój luby! – z tego co Jane pamiętała, był to już jej piąty. W głębi duszy chciała się wyrazić o niej bardzo wulgarnie, tak jak mówią o kobietach wolnych obyczajów, ale z racji tego, że była znana ze swojego nadmiernego opanowania, nie mogła tego zniszczyć. „Przez taką kurwę nie mogę sobie zdeptać dobrego imienia, ale cholera kto to widział tak wyrażać się o swoim dziecku? Jej powody pozostawienia go samego tutaj były wręcz absurdalne”. Nagle przeszedł ją dreszcz a w głowie zabrzęczał złowieszczy głos. ‘Chooodź tuu… szmato. Wybzykaaam cięęę...’. Złapała się za szyję spanikowana, a mała kropelka potu spłynęła jej po policzku. Z zamyśleń wyrwał ją głos gburowatej matki – Także liczę, że pozytywnie pani rozpatrzy moją prośbę. Najlepiej od zaraz! - „Taak, najlepiej od razu”  
     - A więc, dobrze. Przyniosę p-potrzebne papiery – coś ją ukuło. Pierwszy raz kilku lat się zająknęła. Starała się o tym nie myśleć i podeszła do swojej szafki i wyjęła mały stos kartek. Położyła je przed nią i zachęciła gestem ręki, aby zajęła się podpisywaniem. Były to między innymi  
kwestia formalne – że opiekun zgadza się, aby jego dziecku zostały odebrane wszelkie prawa do dziedziczenia i że wywiązuje się od opieki nad nim. Dziewczyna widziała po niej, że ona się… cieszy. Z każdą kolejną stroną jej szyderczy uśmiech rósł, a z nim wstręt Marry Jane do niej.
     Kiedy odłożyła ostatnią kartkę a z nią ułamany długopis, właścicielka uśmiechnęła się słabo i rzekła do niej:
     - Dziękuję, pani Clark za… - ale zanim dokończyła, tamta machnęła ręką i powiedziała
     - Już nie kochana! Żadna pani Clark, a pani Monteqius! Do widzenia! - było to najdziwniejsze pożegnanie w całej historii Marry. Fakt, odkąd prowadzi przytułek spotykała wiele osób, które nie radziły sobie z wychowaniem swoich pociech. Były też te smutniejsze przypadki,  kiedy to dziewczyna znalazła jakiegoś dzieciaka na ulicy, moknącego na rzewnym deszczu. Ale  zdarzały się takie irracjonalne przypadki jak ona. Wielka dama, która wpadła w sidła znanego  księcia. Akurat Jane znała tego całego Monteqiusa. Był on synem króla krainy sąsiadującej z ich,  państwem Hikari. Oprócz tego, że jest przystojny nie słyszało się o nim zbyt dobrych słów.  podobno traktował innych gorzej, niż bydło, a sam był cyniczny i pyszny. Do tego inteligencją  raczej nie grzeszył.
     - Rajskiego życia ci życzę, głupia dziwko – szepnęła, wraz z momentem, kiedy to ta arogancka kobieta trzasnęła drzwiami. Nie była świadoma, że ta sama kobieta, dwa lata później zostanie uduszona podczas snu, właśnie przez swojego męża – pana Monteqiusa.  
     Niekiedy nie wiedziała, jak ma do tego podchodzić. Tacy ludzie byli wyjątkami w całym morzu przykrych, a nawet dotykających przypadków. Jednak nie dało się ukryć tego, że irytowały one niemiłosiernie.
     Nagle, młody Eddie się rozpłakał. Usiadł na podłodze i zaniósł się głośnym płaczem. Marry spojrzała na niego czule i z uczuciem przytuliła chłopaka. On jednak nie odwzajemnił uścisku. Cały czas, łzy spływały mu po policzkach i szeptał coś. Dziewczyna jednak nie usłyszała dokładnie co on mówi, domyślała się, że woła on mamę.  
     Cóż, to było dla niej straszne. Pomimo takich ran, jakie rodzice zadawali swoim dzieciom, one nadal ich kochały. Czternaście lat pracowała tutaj i z reguły był ten sam schemat. Dziecko trafiało tutaj. Strach, niepewność i żal. Potem tęsknota i nieprzespane noce, zalane płaczem. Dopiero po dłuższym czasie, każdy z osobna potrafił przyznać, że kochają nadal swoich rodziców, ale zarazem ich szczerze nienawidzą za spieprzone życie.  
     W pewnym momencie drzwi się otwarły i do pokoju wszedł chłopak. Kobieta spojrzała na niego ze łzami w oczach. Nosił ten sam strój, co inne dzieci. Wzrostem, jedynie o głowę był wyższy od Eddiego. Miał szaro-białą czuprynę, ostrzyżoną na krótko. Spoglądał na nich swoimi niebieskimi oczkami i uśmiechnął się troskliwie.
     - Mamo – tak nazywali Marry Jane. W ten sposób chciała, aby pomimo ciężkich momentów mogli poczuć się jak w domu – co się stało? - zapytał czule i podszedł do niej.
     - Kuro, to jest nasz nowy kolega. Nazywa się Edward Clark – powiedziała, a w tym samym czasie, malec odsunął się od niej i ze łzami poprawił ją.
     - Nazywałem się Edward Clark. Teraz jestem tylko Edward – spojrzał po nich, a oni zdziwieni wymienili spojrzenia – Możecie mnie nazywać Eddie. Kiedyś mnie tak nieznana mi dziewczyna nazwała. Spodobało mi się od razu! - powiedział z entuzjazmem, żeby zaraz jego emocje opadły, a on sam pobladł na twarzy – Nie wiem co się z nią stało. Chciałem ją kiedyś odszukać, ale… boję się że nie żyje – miał się już rozpłakać, ale wtedy Kuro złapał go za rękę i przyciągnął do siebie.
     - Spokojna twoja rozczochrana! - zawołał, cały uradowany – kiedy to było? - spytał
     - Chyba rok temu, jeśli mnie pamięć nie myli… - odpowiedział speszony, a Kuro momentalnie dokończył
     - No to tym bardziej! Jest szansa że żyje, prawda Mamo? - zwrócił się do Marry Jane, a ta tylko się uśmiechnęła i kiwnęła głową – No właśnie! Będziemy jej szukać, spokojnie Eddie! Chodź, zapoznam cię z moimi przyjaciółmi, Patrickiem i Davidem! - i obaj wybiegli z pokoju, trzymając się za ręce. Po chwili zniknęli za drzwiami, a Marry wytarła swoje oczy.
     Strasznym było, że mimo tak zażyłej, choć krótkiej, przyjaźni między chłopakami po siedmiu latach Kuro, nawet nie zjawił się na jego pogrzebie. Ba, nawet nie pamiętał kim on jest. Nie płakał za nim, tak jak Patrick i David, którzy lata później dostali się na studia za granicą. Nawet ich nie pamiętał. Musiał udawać, że wszystko rozumie, co mówi ta zapłakana kobieta. Czuł się nieswojo ze sobą, kiedy nie mógł przypomnieć sobie Eddiego, a wiedział, że był to ktoś dla niego ważny.

                                                                                  5.
     Do momentu, aż Kuro nie opuścił domu dziecka wraz z Magellanami, Eddie cieszył się wręcz z pobytu w przytułku. Niestety, w dniu jego jedenastych urodzin, przyprowadzono do nich nowego chłopaka. Henry, który był o rok starszy od Eda, trafił tutaj, ponieważ jego ojciec i w zasadzie jego jedyna rodzina, zmarł z przedawkowania aspirum – znanego alkoholu, który był strasznie silny i uzależniający. Już pierwszego dnia sprawiał problemy. Dowiedziawszy się, że jakichś chłopak ma urodziny, postanowił podarować mu swój prezent, w postaci kilku pięści na brzuchu i dwóch na twarzy z każdej strony. Oczywiście wszystko zrobił tak, aby wyglądało, jakby on sam się przewrócił z wysokich schodów na pierwsze piętro. Chociaż to przeszło, za każdym kolejnym razem, kiedy to Henry spuszczał łomot jemu, albo jego przyjaciołom dostawał naganę,a raz nawet w gniewie, Marry wymierzyła mu karę trzciną. I od tego momentu zaczęło się, jak to nazywał Patrick, prawdziwe gnębienie. Nie fizyczne – psychiczne.
     Nie wiadomo jak, ale dowiedział się o poparzeniu na twarzy Eddiego. Jak on sam opowiadał przyjaciołom, to była kara za rozbicie jednego z drogocennych talerzy matki. Wzięła wtedy garnuszek wrzącej wody i chlusnęła nią w jego twarz. Kiedy to każdy dzieciak wtedy zrozumiał tą sytuację, tak Henry to wykorzystał i nabijał się z tego, a z nim kolejne osoby. Czemu? Po prostu bały się, że gdyby stanęły w obronie swojego niewinnego i kruchego kolegi to ten opryszek też by się na nich uwziął, a ich życie zmieniło by się w piekło.  
     Tak więc kolejne cztery lata dla Eddiego były straszne. Obrywało się tak samo jego dwójce przyjaciół, bo jako jedyni cały czas starali się go chronić. Henry mimo swojej postury i prezencji tępego osiłka, nie był aż taki głupi. Celował z reguły w najczulsze punkty każdego z chłopaków. Czy to rude włosy i spalenizna na twarzy, czy pająki lub ślimaki – wszystko mogło znaleźć się na jego tapecie i powodowało to strach na ich twarzach. Wyżywał się na nich tak samo jak jego rygorystyczny tata, wyżywał się na nich. Często zanim wymierzał kolejne ciosy chłopcom w jego głowie pobrzmiewał gniewny głos, który nawoływał go, aby podszedł, bo musi dostać lanie. Nieważne co by zrobił, a raczej nie zrobił. Kara się należała.
     Jednak punktem kulminacyjnym tego teatrzyku było tego samego dnia, kiedy zginął Eddie. Nic się na to nie zapowiadało, ale nagle Henry zakradł się do jego pokoju. Na łóżku był porozrzucane kartki, na których Edward zapisywał wszelkie informacje na temat swojego życia. Opisywał tam wszystko, i te złe rzeczy i dobre. Nie szczędził też słów na niego. Chociaż to go nie ukuło. Nie przejmował się tym.  
     Bardziej zainteresowały go wzmianki o pewnej tajemniczej dziewczynie. Z tego co pisał, wynikało że spotkał on ją parę lat temu, i do teraz ją szukał. Gdzieniegdzie widniały jakieś informacje na temat jej możliwego pobytu. Niektóre były starsze, ale też znalazły się jakieś nowe. Henry uśmiechnął się i podarł jedną, gdzie było napisane „Ta dziewczyna to chyba jest Lorraine”. Zanim Eddie wrócił do pokoju, on zgarnął wszystko z jego łóżka i zaniósł do kuchni gdzie znajdował się wielki piec. Na nieszczęście, Ed to zauważył znacznie szybciej i zaczął ich szukać. Wpadł nagle na Davida.
     - Uch! - wyrwało się im obojgu z ust po zderzeniu. Wtedy David zwrócił się do niego – co się dzieje?
     - Moje notatki… zniknęły – powiedział chłopak i wstał. Był biały jak kreda na twarzy i wystraszony – widziałeś je?! Tam były też urywki z gazet!
     - Eddie… - powiedział speszony David – widziałem przed chwilą jak Henry wrzuca coś do pieca – chłopak rozszerzył oczy – możliwe, że jest to to, czego szukasz. Hej! - ale zanim zdążył go złapać, on już zbiegł po schodach i biegł w jego stronę.  
     - Henry!! - wrzasnął, kiedy dostrzegł klęczącego opryszka i wrzucającego po kolei kartki i fragmenty gazet. Rzucił się na niego, ale nie dało się tego ukryć, jego przeciwnik dysponował znaczną siłą. Odrzucił go kopniakiem i na oczach biednego chłopaka wrzucił resztę notatek do ognia, po czym zamknął klapę z hukiem i spojrzał szyderczo na niego.
     - Ojej, popatrz. Cały twój cholerny dorobek został w przeciągu sekundy sfajczony przez malutki ogień. Muszę ci jednak podziękować, bo przynajmniej nie będzie nam teraz zimno – i zaniósł się okropnym śmiechem. Eddie chciał się już rozpłakać, kiedy to Henry kontynuował – Fajną sobie dziewczynę znalazłeś, frajerze. Jakąś brudaskę z ulicy. Dziwadło jedne. Może też ma siurka jak ty – powiedział i poniekąd żałował tego później. Chłopak wstał i odepchnął dręczyciela na piec, a ten poparzył sobie plecy.
     - Mam w nosie co o niej powiesz, Henry! - krzyknął tak głośno, że nawet Marry Jane, która siedziała w swoim biurze to usłyszała – Jesteś perfidnym gnojem, którego ojciec kochał, ale kurwa jedynie bić! - były to pierwsze przekleństwa z ust Eddiego. David i Patrick, którzy niedawno przybiegli z innymi dzieciakami do kuchni byli w niemałym szoku nagłej wulgarności swojego przyjaciela – byłeś dla niego nikim, jak jedynie szmacianą lalką do wyżywania się! - to chyba ugodziło go, ponieważ niespodziewanie popchnął Eda na ziemię i zaczął okładać pięściami. Wtedy do akcji dołączyli jego przyjaciele i Lorraine – dziewczyna, która gdzieś rok temu przyszła do domu dziecka i od razu zaprzyjaźniła się z trójką przyjaciół.  
     - Jesteś zerem cieciu! - wrzeszczał Henry próbując wyrwać się z ich uścisku – Jesteś ciotą! Nawet twoja matka tak uważała, kiedy cię tu zostawiała!! - i w tym momencie wydarzyło się kilka rzeczy naraz. Eddie po chwili jak to usłyszał wstał i ze łzami w oczach wybiegł z domu, a pani Jane weszła do środka i spoglądając na resztę dzieci zapytała zła co się stało.
     - Henry nazwał Eddiego ciotą i powiedział, że jego mama zostawiła go tutaj z tego powodu – powiedziała Lorraine.
     - Zamknij się! - wrzasnął chłopak.
     - Henry, to prawda? - spojrzała na niego wychowawczyni.
     - Tak, to prawda! I to i to! Jest cholerną ciotą!
     - Boże Henry, ile razy mam ci powtarzać, że masz nie obrażać swoich kolegów? - westchnęła i pomasowała swoje czoło z nadmiaru emocji.
     - Teraz nawet nie wiemy gdzie on jest! - wtrącił Patrick.
     - Co? - Marry popatrzyła na niego wystraszona i podeszła do nich – Co ty mówisz?
     - On mówi, że Edward uciekł – rzekł David.
     - No i chuj z… - Henry już chciał powiedzieć coś obraźliwego, ale nie zdążył, bo sięgnęła go dłoń pani Jane. Wszyscy się zdziwili. Ona była z tych osób, która rzadko kiedy karała lub podnosiła głos. Jednak teraz puściły jej nerwy.
     - ZAMKNIJ SIĘ JUŻ HENRY! - chłopak zdziwiony jej zachowaniem zamilkł i przestał stawiać opór. Ta wzięła go posadziła na krzesło i jeszcze raz strzeliła mu z otwartej dłoni. Po tym, mówiła dalej – Już mnie doprowadzasz do szału synek. Od początku sprawiasz problemy same problemy! Widzisz zresztą sam! - kolejny strzał – Jeśli Eddie zniknie, bądź zginie to będzie twoja wina! Dobrze wiesz, że on sobie nie poradzi na ulicy – każdy z osobna był wstrząśnięty zachowaniem Marry Jane. Kobieta spojrzała po dzieciach – jedne młodsze, drugie starsze – i powiedziała po chwili – Macie go znaleźć tak? - i opuścili dom. Znaleźli go na następny dzień martwego.

                                                                                   6.
     Edward uciekłszy z domu dziecka nie miał za dużo na myśli. Nie chciał przebywać w jednym w miejscu wraz z Henrym. Po prostu nie chciał. Miał dosyć jego gnębienia i dręczenia. Ed dobrze wiedział jaka prawda była z jego mamą. Była dziwną kobietą, zbyt wymagającą, a on, no cóż, był po prostu dzieckiem i nie za wiele jeszcze umiał, czy rozumiał. A ją, jako kobietę z dużymi ambicjami to po prostu irytowało, dlatego opuszczając kraj chciała go zostawić tutaj, niżli brać go ze sobą. Starał się to zrozumieć, ale bolało go jak cholera. Henry ugodził go prosto w serce, prosto w czuły punkt jego dziecięcych obaw i bólu. W to, dlaczego jest takim kruchym człowiekiem. W coś, co potrafiło go zabić.
     Schował się dwie przecznice dalej, kryjąc się za wielkim kontenerem za znaną w tym rejonie restauracją „Śliwkowy miód”. Spędził tam resztę dnia, aż do późnego wieczora.  
     Gdy powoli dzień przysypiał, a niebo stawało się pomarańczowe, chłopak najzwyczajniej zasnął. Do tego momentu go nie znaleźli, a wiedział że po ostatniej masakrycznej śmierci Michela Redwooda, ich opiekunka pilnowała ich dwa razy bardziej niż zwykle. Temu też, nim nastała godzina szósta wieczór, każdy z podopiecznych musiał już być w domu i zameldować się u pani Jane. To też wiedział, że tym bardziej go nie znajdą. Pewnie na następny dzień zgłoszą zaginięcie, ale wtedy już go nie będzie. Planował jak najszybszą ucieczkę z tego kraju i zaczęcie nowego życia. Chciał jednak najpierw odwiedzić swojego starego przyjaciela, Kuro. Słyszał, że teraz uważają go za bohatera, ponieważ zdołał zabić demona Sallosa, który prawie pół roku temu zaatakował stolicę. Chłopak nie wiedział, że Kuro już dawno go nie pamięta i nie wie kim jest. Nim zdążył coś zrobić, popadł w lekki sen przez to, że był zmęczony. Ale chyba to nawet dobrze, że nie zdążył go spotkać.
     - Eeeediieeee – ktoś zasyczał niedaleko miejsca, gdzie Ed teraz leżał. Zerwał się na równe nogi i popatrzył dookoła. Świat spowiła już noc, i jedynie światło, jakie było to te od gwiazd i słabych lamp ulicznych. Chłopak szukał osoby, która go wołała i chyba znalazł. Zza wielkiego kontenera dostrzegł małą dziewczynkę u wylotu ciemnej uliczki. Nie zdążył jej jednak dokładnie obejrzeć, bo ta w tej samej chwili zniknęła. Usłyszał jedynie chichoczący głos, prawdopodobnie należący do niej – choooodź zaa mnąąąą… - coś go pokusiło, aby podążać za nią. Wyszedł z ukrycia i wyszedł na główną ulicę i znowu ją dostrzegł. Stała dziesięć metrów od niego. Nosiła przewiewną, niebieską sukienkę, a jej włosy były przewiązane wstążką o tym samym kolorze, co jej ubiór. To były jedyne rzeczy, które rzuciły się w oko Eddiemu, bowiem ona znowu zbiegła tym razem w kolejną uliczkę. Nie kojarzył zbytnio tych okolic, ale postanowił dalej za nią iść.  
     Mijały minuty bezustannego podążania za tajemniczą postacią, kiedy to ona wydawała się rozbawiona całą sytuacją. Za każdym razem, kiedy Eddie myślał, że już ją sięgnie, ona pojawiała się na końcu kolejnej dróżki i znikała za kolejnym budynkiem. Irytowało go to, ale chciał za nią biec. Coś go pchało do tego. Coś fascynującego, a zarazem przerażającego. Coś tak samo przerażającego jak jej śmiech.
     W końcu ją dogonił. Znajdował się – no właśnie w tym problem, że nie wiedział. Szukał jakichś punktów, które pomogłyby mu ustalić swój pobyt, ale na nic. Było zbyt ciemno, a lampy miejskie, które zostawił za sobą, wbiegłszy do ślepej uliczki nie pomagały.
     - Kim jesteś?! - zapytał dziewczynę, która stała bokiem do niego i wpatrywała się w ścianę. Przekręciła głowę w jego stronę i wyszczerzyła w zęby w pełnym obłędu uśmiechu. I dopiero teraz ją poznał. To była ta sama dziewczynka, która parę lat temu, wpadła w oko Eddiemu i nazwała go tak pieszczotliwie, jak teraz wołają do niego przyjaciele. Jego pierwsza i chyba prawdziwa miłość życia. Tryskał energią, że ją znalazł, ale zaraz przeszedł przezeń dreszcz. Mimo, że wyglądała tak samo jak tamta, to różniła się od niej. Biła od niej martwa aura, a ona sama miała ciemne i głębokie oczodoły, a nie te same brązowiutkie oczka, jakie Ed pamiętał.
     - Co tam Ed? - zagaiła, a jej głos z każdym kolejnym słowem zniżał ton i zmieniał się w bardziej demoniczny – Słyszałam, że ta twoja plugawa matka zostawiła cię w domu dziecka. Co za szmata nie? Jak mogła potraktować tak mojego kochanego Eddiego? Tego kochanego Eddiego, który drży na myśl o swojej mamie. Musisz ją nienawidzić  Edwardzie. Chodź, dołącz do mnie. Popływamy… he, he, heeeee…. - przedłużyła ostatnią głoskę jak tylko potrafiła, a chłopak całkowicie wystraszony krzyknął na nią.
     - Nieprawda! Kochałem swoją matkę!… - i nagle jej całe ciało się rozpadło. Eddie nabrał szybko powietrza i zamilkł. Chociaż walczył ze sobą, to ostatecznie podszedł do niej, a raczej do tego co z niej zostało. Złożyła się niczym w jedną kupkę kończyn i ubrań. Głowa była odwrócona do dołu, więc Eddie ją obrócił i doznał szoku.
     Nie było już tam tej samej dziewczyny. Tam była jego matka, pani Clark. Lecz nie przypominała dokładnie jego rodzicielki. Jej twarz była pokryta trądem, ropieniami i zgnilizną. Emanowała od niej okropna woń martwego ciała. Chłopak cały wystraszony odsunął się od tego energicznie, przez co szturchnął głowę, która przeturlała się w jego stronę. Chciał krzyknąć i uciec stamtąd, kiedy to jakaś postać złapała go i przywarła razem z nim do ściany.
     - Oj nieładnie kłamać Eddieee… - zaskrzeczała postać. Czuł, jakby ona miała ze dwa metry, choć czuł jej oddech na szyi – nienawidziłeś swojej matki, przyznaj, gardziłeś nią. Ale cóż, jeżeli tak ją kochałeś, to dołączysz zaraz do tej brudnej szumowiny – i młodzieniec poczuł jak jego paszcza się otwiera szeroko i przywiera swoje zęby do prawej strony jego twarzy, tam gdzie miał opuchliznę. Zaczął krzyczeć. Z każdą sekundą zęby coraz mocniej i głębiej zagnieżdżały się w jego głowie, a czaszka powoli pękała pod naporem siły. Sprawiało to niesamowity ból, aż... aż w końcu potwór odgryzł część jego twarzy, a Edward Clark zamilknął na zawsze. Rzucił go na ziemię niedaleko Kaplicy North, gdzie znalazł go następnego dnia Henry wraz z kapłanem tamtej świątyni, ojcem Clancem. Widok był przerażający z bliska, a w szczególności kiedy obserwowali, jak jego mózg wypływa z pęknięcia w głowie.

Dodaj komentarz