Księżycowa księżniczka cz 5

Wyruszyli pospiesznie, jak tylko pogasili ogień. Drużyna była zmęczona, ale strach przed nieznaną, złowrogą siłą był silniejszy niż ich wyczerpanie.  Jechali całą noc. Dotarli do rzeki. Wszyscy uzupełnili worki na wodę. Konie były mniej zmęczone, niż ludzie. Niektórzy rycerze kąpali się w rzece. Wszystkie konie skubały trawę.  
— Tam jest las. Może coś upolujecie. Mamy jeszcze cztery dni drogi, prawda? Ludzie muszą coś jeść. Ja nie jem mięsa.
— O tak? To co będziesz jadła, Kalijo?
— W lesie są jagody i maliny.
— Ale to ci nie wystarczy.
— W osadzie miałam chleb, ser i mleko. Mieliśmy jarzyny i inne owoce. Nie jem wiele. Może znajdziemy jakąś inną osadę.
— Poczekaj, zdaje mi się, że jeden z moich ludzi pochodzi z tych stron.
Gruther oddalił się do żołnierzy. Wrócił po małej chwili.
— Jest tam mała wioska. Ale ostatnio grasuję tu banda. Musimy nadrobić jeden dzień, może warto spróbować.
— Zrobisz to, Gruther?
— Tak. Muszę znaleźć dla ciebie jedzenie. Poza tym moi ludzie są zmęczeni. Spałaś kiedy na sianie?
— Bardzo często. Kiedy byłam dziewczynką podczas żniw, często spałam na sianie. A i później lubiłam leżeć. Siano ma taki wspaniały zapach.
Gruther wydał nowe polecenia. Człowiek, który znał okolicę miał ich poprowadzić. Ale mieli wyruszyć dopiero jutro. Grupa wybrała się do lasu. Wrócili po trzech godzinach. Upolowali trzy króliki i dzika.  
O ile króliki miały miękie mięso, to dzik był łykowaty. Gruther zaproponował Kaliji, ale odmówiła.  
— Gdybyś umierała z głodu, też byś nie zjadła?
— Nie umrę z głodu. Przyniosłeś mi dość owoców lasu. Do jutra mi starczy.
Rozłożyli posłania ze skór. Gruther pomyślał, ze Kalija jest bardzo dzielna. Na wszelki wypadek spał blisko jej. Rozstawił straże. Sam musiał uważać na piękna dziewczynę, ze zgłodniałymi kobiety mężami nigdy nie wiadomo. Widział spojrzenia swoich ludzi. No cóż, Kalija była naprawdę piękna.  
    Wyruszyli skoro świt. Pod wieczór dotarli do wsi. Na szczęście wszyscy tu byli. Ludzie z wioski dali im jadło i picie. Cała drużyna wyspała się w kilku stodołach. Ponieważ wieś była mała i nie było karczmy. Był za to mały kościół.  
Gruther wypytał o sytuację. Wieś została napadnięta dwa razy przez dużą grupę bandytów i uciekinierów. Ostatnio trzy dni temu. Ponieważ mieszkańcy byli ubodzy, bandyci wzięli tylko duży zapas jedzenia. Niestety porwali cztery dziewczyny. Zabili jednego z mieszkańców, narzeczonego jednej z dziewek.  
     Ludzie Gruthera wyspali się i najedli, a potem wyruszyli w drogę.  
Gruther podzielił się myślami z Terlachem. Rozmawiali o bandytach.
— To i tak lepiej niż by je zabrali mongołowie.
— Los na tej ziemi nie jest lekki. Ale mężom jest łatwiej — przyznał Terlach.
— To przez grzech w raju — powiedział Gruther.
— Naprawdę tak myślisz, czy tylko tak mówisz? — zapytała Kalija.
— Sam już nie wiem. Jest tyle niesprawiedliwości.
Na horyzoncie pokazała się grupa jezdnych.
— To nie mogą być bandyci. Tamtych było około trzydziestu.
— To Połowcy — wyszeptał Gruther. Jest ich dwie setki. Nieustannie plądrują tutejsze ziemie. Mają szybkie konie. Nie zdołamy uciec.
    Jeźdźcy na małych koniach zbliżali się szybko. Gruther miał rację. Wojownicy mieli wygolone z przodu głowy i długie warkocze zaplecione z tyłu. Byli już w odległości mniejszej niż strzał z łuku. Ponieważ wiedzieli, że mają przed sobą małą grupę nie marnowali strzał. Ich zakrzywione szable za chwilę dokonają rzezi. I nagle, kiedy wszyscy widzieli już śmierć, stało się coś dziwnego. Jak z pod ziemi wyrosła czarna postać pomiędzy wojskiem Gruthera, a pięciokrotnie liczniejszymi napastnikami. Połowcy nie zatrzymali rozpędzonych koni. Dwie setki jeźdźców objęła srebrna chmura. Po chwili srebrny pył opadł na ziemie. Na ziemi leżały łuki, kołczany i szable. Ani koni, ani ludzi. Ale nie! Ktoś tam był.
Gruther, który miał dobry wzrok, dostrzegł cztery kobiety. Zapłakane podbiegły do żołnierzy. Ale zanim dotarły do nich, ciemna postać pojawiła się przed Grutherem. Była to kobieta. Rycerz nie zastanawiał się ani chwili kim jest postać. Miała czarne długie włosy, prawie do ziemi. Ciemnobłękitną suknię, przepasaną srebrnym sznurem. Podeszła do Gruthera i Kaliji.  
— Uratowałam cię Gruther i jeszcze nieraz to zrobię. Masz szczęście, że jej nie dotknąłeś. Jesteś mój.
Patrzyła na nich swoimi srebrnymi oczami.
— Nie cieszysz się siostro, że mnie widzisz?
— Nie jesteś moją siostrą, demonie — powiedziała cicho Kalija.
Derija puściła jej słowa bez komentarza.
— Tamta wieś była i tak obłożona klątwą. Oszczędziłam im tortur ze strony świętych ludzi. Wiesz, Gruther, że kiedy jechałeś do Kaliji, wysłali chłopca, żeby ich zawiadomił, że jedziecie ich wyciąć. Zaraz potem szpieg biskupa wysłał gołębia z wiadomością. Powiedz swoim ludziom, żeby odesłali dziewczyny z powrotem. Te skośnookie ludziki wycięły w pień bandę, co je porwała ze wsi. Jestem blisko. Jeśli któryś z nich je ruszy, wiesz co będzie. Derija zaśmiała się upiornie i znikła. Zapłakane dziewczyny dobiegły. Teraz Gruther dostrzegł cztery konie, ocalałe ze zniszczenia.
— Ona nie jest taka zła — powiedział.
— Jak możesz tak mówić, ma setki ofiar na swoim sumieniu — uniosła się Kalija.
— Ja też mam — burknął Gruther.
— Ale ty nie zabijałeś dzieci!
Młodzieniec znowu zobaczył twarz dziewczynki.
— Nie celowo, ale tak. Obraz tego dziecka chyba mnie nigdy nie opuści.
— Nie wiem o czym mówisz!
— Lepiej, że nie wiesz.
Gruther nie chciał opóźniać powrotu.
— Który z was nie chce już zabijać w imieniu Chrystusa?
Te słowa były mocne, ale prawdziwe.  
Wystapiło dwóch jego ludzi.  
— Nic o tym nie wiem. Odwieźcie je nienaruszone. Możecie potem zrobić co chcecie. Możecie zostać we wsi, jeśli was przyjmą, albo pojechać gdziekolwiek.
Żołnierze pomogli dziewczynom wsiąść na konie. Po chwili się oddalili.
Kalija spojrzała na Gruthera z miłością, ale po chwili posmutniała. Nie powiedziała jednak słowa.

Przez następne kilka dni jechali bez żadnych niespodzianek. Minęli kilka wiosek, które udzieliły im jadła i schronienia. W połowie czwartego dnia dostrzegli w oddali zabudowania. Dojechali do wielkiego miasta. Zanim tam dotarli poczuli zapach. Gruther się przyzwyczaił. Ale po dłuższych wyprawach jego nozdrza stały się bardziej wyczulone. Kalija robiła wrażenie, że nic jej nie przeszkadza. Patrzyła na budynki. Szczególnie zainteresował ją kościół. Był wielki. A kiedy dzwon zaczął bić w południe, stała zapatrzona.
— Co robi, że to wydaje taki dźwięk?
—To dzwon. Pokażę ci. I tak jedziemy w tym kierunku.  
Jeszcze tego samego wieczoru Gruther rozpuścił swoich ludzi. Wiedział, że większość z nich spędzi dwa dni w kilku karczmach. Sam udał się do budynku znajdującego się niedaleko kościoła. Z tego miejsca i od tych ludzi otrzymał rozkazy.  
Rozmawiał z dwoma możnymi i jednym przedstawicielem władz kościelnych.  
— Musimy rozważyć twoje słowa, Gruther. Do tej pory nie traciłeś ludzi. Pozostań w mieście.
— Potrzebuję żołd dla moich ludzi.
— Otrzymasz go jutro. Dla tych co żyją. A co to za białogłowa?
Jeden z możnych wyraźnie przyglądał się Kaliji.  
— To mieszkanka pogan. Jednak jest wyznawczynią Pana. Ma znajomość Słowa. Przywiozłem ją, bo chciała zaświadczyć swoim słowem, że wszystko co mówiłem jest prawdą.
— Musimy rozważyć to co mówisz. Słowa niewiasty nie mają takiej mocy, co męża, ale weźniemy to pod uwagę. Czy zechce przysiąc na Pana przed radą? Jak masz na imię, niewiasto?
— Jestem Kalija, panie. Nie muszę przysięgać na Pana, mam go w sercu i duszy.
— To także rozważy rada. Poucz tą niewiastę jak się zwracać do służących Chrystusa, Gruther. Możecie odejść.
Gruther i Kalija oddalili się.  
— Pokażę ci dzwon.
Szli w kierunku wieży kościoła. Gruther rozważał w myślach przebieg rozmowy. Powoli zaczynął rozumieć to o czym wcześniej nie myślał. On i jemu podobni, byli tylko małymi robaczkami. Czym byli lepsi ci, którzy wydawali mu polecenia? Nie byli lepsi. Jeżeli nie byli równi to byli gorsi. On zabijał, oni wydawali wyroki. Gruther nie znał dokładnie Pisma, ale miał w sercu pojęcie o Bogu. Nigdy przedtem nie rozważał o tym. Aż do chwili kiedy poznał Kaliję. Nie pamiętał poprzednich rozmów i w ogóle nie zdawał sobie sprawy, że coś wymazało dużo wiadomości z jego pamięci. Ale czuł, że dziewczyna jest lepsza od wszystkiego co znał. Równolegle zaczął myśleć o demonie. Czarownicy. Deliji. Mimo, że już doszło do wymiany słów na jej temat, Gruther nadal miał to samo przekonanie w swoim sercu. Dla niego tajemnicza Delija nie była całkiem zła. Miał dowody. Uratowała jego i jego wojsko. A głównie Kaliję. Gruther nawet nie zastanawiał się nad motywami postepowania tej istoty. Bał się rozmyślać nad jej mocą. Co do tego nie miał wątpliwości. To musiała być moc Szatana.  
Przypomniał sobie jej słowa. ,,Uratowałam cię i jeszcze uratuję”. Gruther myślał jeszcze o jednym. Czy faktycznie Delija, była siostrą Kaliji?
Doszli do wieży kościelnej. Gruther zostawił zbroję w pomieszczeniu, w którym zamierzał spędzić noc. Było tam drugie pomieszczenie. Tam miała spać Kalija. W warunkach polowych mogła dla bezpieczeństwa spać obok niego. Tutaj, ze wzgledu na swoją pozycję, wolał, żeby spała obok. Gruther nie był kompletnym głupcem. Wiedział, że musi mieć na nią oko. Widział spojrzenia mężów. A teraz doszedł ten możny. Miał dziesięć razy więcej żołnierzy niż on. I sto razy więcej złota. Ale nie otwartej siły obawiał się młodzieniec. Miał świadomość, że tu w mieście najgroźniejsze są posunięcia, które nigdy nie są oficjalnie ogłaszane. Pomówienia, plotki. Brudna walka o większe wpływy. Ale nawet ci na górze, jak choćby ten możny, nie mogli spać spokojnie. Czychały na nich większe ryby, gotowe ich pożreć bez zmrużenia oka.  
Kalija zdawała się znościć wszelkie różnice związane z życiem w mieście bez słowa niezadowolenia.
Gruther wysłał chłopca na targ. Dał mu wykaz jadła, które zamierzał zakupić. Nie chciał brać delikatnej Kaliji do szynku.  
— Chcesz sama przygotować jadło, czy też wezwać kobietę, znającą się na przyrządzaniu potraw.
— Mogę gotować sama, znam się na tym.
Na zewnatrz domostwa stał piec do gotowania potraw.  
— Miasto nie jest dla ciebie. Widzę, że się męczysz.
— Czy powiedziałam słowo, Gruther?
— Nie, ale widzę to po twoich oczach. Kiedy zakończą wyjaśniać sprawę, złożę służbę i pojadę z tobą. Zbuduję dom i będziemy tam mieszkać. Chyba, ze wolisz wrócić do swoich. Tylko nie bardzo wiem, gdzie są.
— Dobrze, Gruther.
Kalija delikatnie wytarła łzę, ale Gruther tego nie zauważył. Przez cały dzień siedzieli w domu. Gruther wiedział, że miejskie atrakcje nie są dla niej.  
Następnego dnia poszedł do swoich zwieszchników po żołd dla swojej drużyny. Wypłacono pieniądze. Gruther podjechał z dwoma strażnikami do szynku, w którym miał spotkać swoich ludzi. Brakowało kilku, więc powiadomił resztę gdzie przebywa, żeby przekazali to dla nieobecnych. Do szynku wpadł chłopiec, ten sam co zakupił dla nich jadło poprzedniego dnia.  
— Panie, porwano waszą niewiastę!
— Jak to porwano, zostawiłem czterech ludzi, żeby ją chronili.
— Zabici.
— Och, było mi jej nie zostawiać! Co pocznę?
Terlach znalazł się przy nim.  
— Musimy wypytać w okolicy domostwa. Czterech było wyćwiczonymi w walce ludźmi. To nie zrobili zwykli rabusie.
— Czy widział ją ktoś ważny? — zapytał Terlach.
— Byłem złożyć zeznanie. Widział ją Otton i dwóch zakonników, zaufanych biskupa. Otton nie mógł oderwać oczu od Kaliji.
— Mówiłem ci, że ta cała wyprawa źle się skończy — rzekł Terlach.
— Musimy działać szybko. Jutro ten łotr może ją kazać wywieść. Potrzebuję dziesięciu.
Po chwili jechali do domostw Ottona.
— A jeśli to nie on?
— Któż mógłby? Tylko on wiedział gdzie przebywam. Poprzednie miejsce splondrowali złodzieje i puścili z dymem.
— Ale Otton ma setki zbrojnych, jak się przebijemy?
— On nie spodziewa się, że zrobię mu wizytę. Byłem do tej pory ich wiernym sługą.
— Jak jej tam nie będzie, wszyscy będziemy wisieć, albo nas rozsiekają mieczami.
— Zrobiłem błąd, że ją zabrałem. Ale cały czas nalegała. Bałem się jej też zostawić!
Byli blisko posiadłości Ottona.
— Patrz Gruther, powóz.
Rzeczywiście od posiadłości Ottona jechał powóz. Za nim jechało prawie dwa tuziny żołnierzy.  
— Co robimy, Gruther?
— Jedziemy za powozem.
Skierowali konie w tym kierunku. Gruther przeklinał w duch, że zostawił Kaliję. Powoli doganiali powóz. Teraz rycerze, eskortujacy powóz Ottona zauważyli pogoń. Rozdzielili się. Przy powozie została tylko szóstka. Reszta zatrzymała się na drodze. Byli już blisko granic miasta.
— Jadę z Terlachem, musimy się przebić do powozu.
Jego ludzie wiedzieli co czynić. Ale i ludzie Ottona nie byli zółtodziobami. Otton miał złoto. Dobierał rosłych mężów. Jego zaufani złożeni byli z prawdziwych bandziorów. A tych zawsze miał przy sobie.  Gruther nie przypuszczał, że Otton jedzie w powozie.
Uderzyli z dwóch stron, bo pozostała szesnastka utworzyła podwójna linnię. Zaczęły świstać strzały. Jeden z jego żołniery padł z przebitą piersią. Byli już blisko i tamci nie mieli czasu drugi raz strzelać.  
Gruther miał przewagę, ponieważ on i ludzie z nim, jechali szybko. Rozdzieleni ludzie zaatakowali z obu stron. Natomiast Gruther i Terlach zaatakowali środkiem. Pierwsze uderzenia mieczy zmiejszyło obrońców powozu o dwóch. Gryther zabił drugiego, a Terlach ciężko ranił następnego. Przebili się i teraz doganiali powóz. Gruther nie miał czasu patrzeć na ludzi, którzy pozostali z tyłu. Wiedział, że prawdopodobnie zginą. Było teraz dwunastu przeciw siedmiu. Gdyby było ich po równo mieli szanse. A tak?
Gruther zaczął się obawiać o Kaliję. Miał pewność, że jest w środku.
Teraz oni wyjęli kusze. Zmniejszyli szóstkę o dwóch. Pozostałej czwórce ciężko było strzelać do tyłu. Musieli podjąć decyzję. Zawrócili konie i stanęli na przeciw dwójce.  
— Przebij się. Ja się nimi zajmę — krzyknął Terlach.
Czwórka obrońców powozu tego się nie spodziewała. Sądzili pewnie, że ich dwoje podejmie z nimi i tak nie równa walkę, a tymczasem powóz oddali się na tyle, że już nie zdołają ich dogonić. Jakie zreszta mieli szanse w ogóle ich pokonać?  
Gruther zrozumiał, że teraz z kolei, Terlach odda życie dla niego i Kaliji. Zobaczył kątem oka, że Terlach dobrym uderzeniem powalił jednego na ziemię i ranił drugiego. Ale otrzymał cios w plecy i ramię. Tego już Gruther nie widział. Dochodził powóz. Wyciągnął drugą kuszę i zastrzelił woźnicę. Końcem oka zobaczył dwóch ludzi Ottona, podążających za nim. Zatrzymał powóz i zawrócił swojego wiernego wieszchowca. Zobaczył, że jeden z dwójki mierzy do niego z kuszy. Zrobił unik, ale trochę za późno. Poczuł ostry ból w lewym ramieniu. Skoczył jak ranny żbik na dwójkę.  
Ruther był dobrym szermierzem, ale teraz był ranny. Jednak miał przewagę ponieważ nie miał nic do stracenia. A właściwie miał. Gdyby przegrał, losy Kaliji byłyby przesądzone. Musiał zabić dwójkę, ocalić Kaliję i uciekać z miasta. Wszystko to było aktem desperacji. Zaatakował tych dwóch z taką furią, że ostrzegł strach w ich oczach.
— Jesteś i tak trupem, Otton ci tego nie daruje — krzyknął jeden z dwójki.
Ale to wcale nie wzruszyło Gruthera. Uderzył bocznie i prawie przeciął na pół korpus rycerza. Zaraz po uderzeniu zrobił unik. Wiedział, że drugi będzie go atakował. Zamiast zaatakować szarpnął swojego wierzchowca. Jego koń uderzuł bokiem drugiego konia, na którym siedział drugi z dwójki. Tamten nie był przygotowany na taki atak. On i jego wierzchowiec przewrócili się na bok. W normalnych warunkach pozostawiłby tamtego na ziemi. Tamten był lekko ranny upadkiem, poza tym jego własny koń przygniótł go częściowo swoim ciężarem. Gruther skoczył z konia i szybkim pchnięciem zabił drugiego z jezdnych. Dostrzegał w oddali czterech jezdnych. Po chwili było ich trzech. Śmiertelnie ranny Terlach strzelił ostatni raz i oddał ducha. Tego Grutcher nie widział. Strzał był celny. Jeden z pogoni, padła na ziemię.
Sytuacja nie była ciekawa. Gruther był ranny i wiedział, że nie podoła trójce. Otworzył drzwi powozu. W środku siedziała Kalija, ale nie sama. Jakiś zakonnik siedział z nią. Trzymał sztylet na falujacej piersi Kaliji.  
— Zabiję ją, jeśli się ruszysz. Otton ma władzę i wpływy.
— A ty jesteś na jego usługach, zbóju!
Gruther zobaczył jego obuwie. Sułtanna była tylko przykrywką. Ale i Kalija nie była bierna. Wykorzystała chwilę i złapała szubrawca za rękę. Zaczęli się szarpać. Ponieważ Kalija siedziała bliżej, Gruther obawiał się użyć miecza, aby nie zranić dziewczyny.
— Wyskakuj — krzyknął.
Kalija próbowała. W końcu jej się udało. Niestety fałszywy zakonik, skaleczył ją sztyletem, ale niezbyt mocno. W lewe ramie. Teraz nic już nie hamowało Gruthera. Pchnął całą siłą. Przebił tamtego na wylot. Kalija podniosła się z ziemi. Jej lewe ramię lekko krwawiło. Ale nie to było najgorsze. Trójka z szesnastki otoczyła ich.
— Nie masz szans Gruther. Odprowadzimy cię do Ottona i jutro zawiśniesz. Smiałeś podnieśc rękę na swego pana.
Gruther zobaczył w oddali grupę jezdnych. Prawdopodobnie Otton wysłał posiłki.
— Wybacz, Kalija. Nie powinnaś ze mną jechać.
— Jest dobrze, miły. Jest wszystko dobrze. Gruther usłyszał świst strzał. To nie ludzie Ottona jechali. Przybył następny tuzin jego wiernych druchów. Trzech ostatnich ludzi Ottona padło na murawę.
— Nie mamy czasu, panie. Otton zrobił zasadzki na resztę naszych ludzi. Dobrze, że zdołaliśmy uratować to bóstwo.  Musimy uciekać, tylko gdzie.
— Jedźmy. Będziemy uważać. Może nie znajdą nas tak szybko.
Gruther zwrócił oczy na Kaliję.
— Możesz jechać sama?
— Wolę z tobą — szepnęła.
— Poczekaj, opatrze ci ranę.
Urwał kawałek rękawa z jej sukni, żeby mieć czym zawiązać ranę.
— Jest ciepło. W najbliższym miejscu kupię ci ubiór. Poczekaj zwiążę ci ranę.
— Widziałam, że ten człowiek miał jakiś flakonik ze sobą. Patrzył przez okno, obserwował. I zanim przybyłeś zanużył w nim sztylet.
Gruther powąchał jej ranę. Przywarł ustami do rany i kilkakrotnie wypluł wyssaną krew.
— Trucizna, prawda?
— Nic ci nie będzie.
Odwrócił oczy. Nie chciał, żeby Kalija widziała jego wzrok. To była silna trucizna. Kalija miała nikłe szanse.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i miłosne, użył 3292 słów i 19289 znaków, zaktualizował 10 sty o 0:52.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Almach99

    Zastanawia mnie, ze w twoich opowiadaniach przewija sie zwykle motyw milosci I boli a nie nienawisci.

  • AlexAthame

    @Almach99 boli?Chyba coś innego miało być. Tak.Wiele opowiadan jest o Bogu, milosci i ludziach.

  • Almach99

    @AlexAthame moj stary cellphone nie polskich znakow. Bol czyli pain

  • AlexAthame

    @Almach99 Rozumiem.Jestem wrażliwy na krzywdę. Niestety nie tylko ludzi.Jak przeczytasz może kiedyś Dziewczyna z czarnym Krysztalem i Do trzech razy sztuka to zobaczysz