Kiedy otworzysz oczy cz 3

— Już nie jestem.  
Stała przed nim zupełnie nago.
Boże jaka ona piękna, pomyślał.
Jego hormony szalały, a on musiał trzymać je w ryzach.
— Twoja warga jeszcze lekko krwawi — rzekła.  
— Nie pocałujesz mnie teraz, Katarzyno? — zapytał słabo.
— Nie dzisiaj, dopiero jeśli sam zapragniesz.
Zaczęła się ubierać w ubranie giermka.  
— No i jeszcze musisz mnie pokochać, a ja ciebie — dodała po chwili.
— Miłuję cię pani.  
— Nie o taką miłość mi chodzi.
Kartys nie był głupi, zrozumiał od razu.
— Chciałbym dzisiaj, ale bym kłamał.  
— Wiem, mamy czas na to... wiem że mamy — rzekła cicho.
W zbroii wyglądała jak młody chłopak. Schowała swoje długie, brązowe włosy pod skórzany czepek i bluzę.
— Idziemy.
Wyszli na dwór.
Zobaczyła czterech wybranych do walki z nią. Generałowie stali obok.
— Jeśli przegram, nie pojadę — oznajmiła generałom.  
— O pani, z kim zmierzyć się zechcesz, najpierw? — zapytał generał armi.
— Będę walczyć ze wszystkimi naraz — odparła.  
Czterech najlepszych stało dalej więc nie mogli słyszeć co powiedziała królowa.
Wybrani stali w zbrojach. Wysocy i dobrze zbudowani. Jednak nawet najwyższy z nich był niższy o pół głowy od Kartysa
— Będziecie walczyć dzielnie. Jeżeli zwyciężycie, otrzymacie po dziesięć sztuk złota.
Ustawili się w koło Kartysa.  
— Nie będziecie walczyć z nim, ale ze mną.
Popatrzyli po sobie.  
— I bez udawania, do pierwszej krwi. Ale najpierw postrzelamy.  
— Generale, poproszę o tarcze.
Po chwili ustawiono tarcze.  
— Zaczynajcie — rzekła.
Rycerze strzelali celnie. Tylko jeden z nich minął środek o szerokość palca.
Katarzyna naciągnęła kuszę jakby chodziło o zginanie gałązki wierzby. Do tej pory nikt nie widział kuszy w jej dłoniach, a co dopiero, żeby z niej strzela. Po chwili świsnęły strzały. Trzy strzały przepołowiły strzały tkwiące już w środku tarczy.
Generale, poproszę łuk — rzekła.  
Zdziwiony generał podał jej łuk.
— Tę kuszę znałam, a łuk muszę sprawdzić.                                                                                                       Strzeliła w pustą tarczę. Minęła środek o dwa palce.  
— Ten łuk nie jest najlepszy — rzekła — ale wiem już, jak z niego strzelać.
Strzeliła do ostatniej tarczy. Generał widział wielu łuczników, ale nigdy nie widział by ktoś strzelił tak szybko. Pierwsza strzała weszła głęboko w sam środek. Druga prawie doganiała pierwszą, przebiła na wylot tą wystrzeloną przez ostatniego z rycerzy.
— Teraz walczymy na miecze — rzekła.  
Zobaczyła, że rycerze ociągają się i nie chcą walczyć.  
— Walczcie, albo pozbawię was rycerskiego stanu — rzekła krótko.
Skoczyli jak rysie. Generał nie rozumiał co się dzieje. Pierwszy zaatakował smukły blondyn.  Katarzyna uskoczyła i po chwili blondyn leżał na ziemi. Świst miecza, skaleczyła mu łydkę. Dwóch następnych uderzyło z impetem. Katarzyna odbiła ich uderzenia jak piórko i wytrąciła jednemu miecz, raniąc go w rękę, w okolicy łokcia. Drugi uderzył bocznie i wyglądało, że przetnie na pół wiotkie ciało królowej. Ta zgięła się jak trawa na wietrze i szybkim uderzeniem miecza, rozcięła sprzączkę z tyłu. Krew pokazała się po lekkim draśnięciu, na plecach młodziana.
Został ostatni. Generał wiedział, że to najleprzy z kikudziesięciu tysięcy. Dumny, pewny siebie. Zwycięzca kilkunastu turniejów. A co najgorsze, o czym nikt nie wiedział, brat przyrodni zabitego przez Kartysa.
Zaatakował ostro. Odbił uderzenie Katarzyny, uskoczył i zaatakował zupełnie zaskoczonego, bezbronnego olbrzyma. Katarzyna była za daleko. Uderzył najgorszym rodzajem ataku. Prostym pchnięciem. Kartys zorietował się ułamek chwili za późno. Jego ręce wykonały jakby klaśnięcie i gołymi dłońmi hamował klingę, która nieuchronnie kierowała się w kierunku jego serca. To co zrobiła Katarzyna, generał nie widział od chwili kiedy zaczął uczyć się miecza. Królowa chwyciła swój miecz lewa reką za ostrze i rzuciła jak sztyletem. Nie było to łatwe. Trafiła zabójcę bez honoru w sam kark. Ostrze wbiło się miedzy kręgi szyjne i przebiło tchawicę. Musiano się dobrze namęczyś, żeby wyciągnąć miecz z martwego korpusu, ponieważ się zaklinował. Dopiero kika stuleci potem poznano powód. Miecz Katarzyny przebił pewien szczególny nerw, który paraliżował ciało. Dlatego miecz niedoszłego zabójcy zatrzymał sie dosłownie pół cala przed torsem Kartysa. Krew z aorty buchnęła na olbrzyma i po chwili ten był cały w szkarłacie.
— Nie mogłeś wiedzieć generale — powiedziała Katarzyna bez złości, kiedy odkryto prawdę.
Zabity przez Katarzynę był kuzynem szlachcica, którego zabił Kartys.
— Wygrałam, więc mogę jechać — rzekła.
Stali w szoku. Zarówno pokonani, generał i reszta widzów.
— Przynieście balię i wodę  do mojej sypialni — rzekła. Muszę go umyć — rzuciła, wchodząc do zamku.
— Kim ona jest — pomyślał generał. Poza tym, jej nastawienie do wielkiego drwala było co najmniej zastanawiające.
Biskup obserwował całe zajście z piętra zamku. Nie miał wątpliwości, że Katarzyna podpisała pakt z diabłem.
                                                    *
Skoro świt ruszyli. Katarzyna jechała przodem. Cały czas czuła na plecach, wzrok Kartysa. W połowie dnia zatrzymała konia.
— Dajmy im odpocząć, bo padną — powiedziała.
Spojrzała prosto w oczy pięknego drwala. On starał się unikać jej spojrzenia. Zeskoczyła z konia i podeszła do niego. Podeszła blisko. Bardzo blisko. Dotknęła jego brody palcami i podniosła mu głowę, bo patrzył w ziemię. W jego pięknych oczach zobaczyła strach.
— Bałeś się wczoraj kiedy cię myłam, ale dzisiaj boisz się inaczej.
Poprzedniego dnia, po walce, umyła mu tylko twarz i tors.
— Tak, boję się — rzekł cicho.
— Wybrałam cię, bo jesteś nieustraszony, silny i sprawiedliwy.
— Nie boję się ani wilków, ani ciemności ani Markusa. Ja, boję się...
— Mnie, prawda? — powiedziała za niego.
— Nikt tak nie walczy jak ty, pani. Słyszałem jak szemrano.
— Czy już nie kochasz mnie i nie będziesz bronił do ostatniej kropli krwi?  
Kartys walczył z sobą, ale wypalił w końcu.  
— Nigdy nie widziałem tak pięknej, dobrej i sprawiedliwej istoty jak ty.
— Uczysz się szybko, to już jesteśmy na ,,ty”.
Kartys upadł na kolana.
— Wybacz, pani — szepnął.  
— Nie mam nic przeciwko temu, byś mi mówił na ty — rzekła. Jesteś głodny?  
— Tak, i spragniony — wypalił.  
— Podjedźmy do tych drzew, tam zjemy i napijemy się — odrzekła krótko.
Jechali powoli. Zeskoczyła z konia.  
— Jak zatem nauczyłaś się tak walczyć?  
— Siadaj, Kartys.  
Położyła koc z wielbłądziej wełny na trawie.
— Wiedziałam, że któregoś dnia to nastąpi. Ojciec mój nie miał syna. Bardzo chciałam, więc mnie uczył. Robiliśmy to w komnacie, albo na polach, daleko od zamku. Słyszałeś, że był silny i waleczny?
— Tak, coś słyszałem.  
Uśmiechnęła się nieco inaczej.  
— Potem uczyłam się już sama, kiedy zrozumiał, że nie może mnie wiecej nauczyć...
— A więc to nie czary, nie diabeł?
— Czy wyglądam na kogoś kto ma udział w czymś... złym?
— Nie, nigdy — odrzekł szybko.
Widziała w jego oczach, że strach minął.
— Nie myślałeś o tym, jak mogłeś pokonać trzech wytrenowanych rycerzy, gołymi rękami.
— Jestem drwalem, mam siłę.  
— Pamiętasz matkę — zapytała nagle.  
— Nie bardzo.  
— Ojciec mówił, że była dobra i piękna.  
Zaczęła świdrować go oczami.  
— A sny, powiedz o nich.
Kartys zaczął się trzaść.
— Proszę, nie pytaj.
— Mów, proszę — poprosiła łagodnie                                                                                                           —  Widzę niebo, polanę, las...  
— Dobrze wiesz o jakie sny pytam.
— Zabronione! — wyszeptał.
Pokiwała głową. Patrzyła jak je i pije.
— Wiesz dlaczego cię wybrałam?  
— Bo uznałaś, że jestem silny i odważny.  
— Niegłupi jesteś. Nie dlatego — powiedziała powoli. Bo Cię znam — powiedziała dobitnie. Pamiętam cię ze snu. Ze snu, co śnię co noc — szepnęła.  
— Proszę przestań, zaczynam znowu się bać — powiedział cicho.
— Jedźmy już — rzekła smutno. Jeżeli nam się uda, dojedziemy do granicy, jutro pod wieczór.
— Nie boisz się spać w lesie?  
— A ty?
— Jestem drwalem, las to mój dom.  
— Zagoiła ci się rana na ręku — powiedziała patrząc w niebo.  
— Tak, rany goją mi się szybko.  
Jechali bez słów.
— Nie myślałeś nigdy, że goją się bardzo szybko? Widziałeś, że nie jadłam?  
— Tak i nie piłaś.
— Bo już nie muszę udawać.
Nie zrozumiał, ale nie pytał dalej. Słońce chyliło się ku ścianie lasu, do którego zbliżali się kłusem.
— Będę spać blisko ciebie. Trochę boję się ciemności — powiedziała cicho.
Poczuł się raźniej, bo zrozumiał, że jest jej potrzebny. Nie wiedział, że oszukała go, ale zrobiła to w pewnym dobrym celu.    
Noc zapadła szybko.
— Dobrze widzę w nocy — rzekł.  
Słychać było wilki w coraz to innych miejscach. Uwiązali konie do drzew.
— Zapalmy ognisko, wilki boją się ognia — rzekła.  
Po chwili ogień zaczął tańczyć w ognisku. Widziała jak Kartys tnie gałęzie toporem.
— Wezmę pierwszą straż, a potem cię obudzę — rzekła.  
Kartys położył się. Czuł się dobrze po raz pierwszy w życiu. Wolny, bardziej niż dotychczas. Zanim zasnął pomyślał o dzikich ludziach za lasem i złych snach, o których zakazywano mówić. Na granicy jawy i snu zobaczył nagie ciało Katarzyny. Zobaczył, że sam jest nagi. Otoczyła go ramionami na karku. Zanim poczuł jej usta na swoich, zasnął.
... Spadał ze ściany, już się nie bał, chociaż wiedział, że za chwilę roztrzaska się o wielkie głazy...
— Wstawaj Kartys — poczuł jej ręce na ramieniu.
— Co się stało? — zapytał sennie.
— Wilki, wszędzie — szepnęła.
Spojrzał zupełnie rozbudzony. Poza zasięgiem światła patrzyły na nich lśniące ślepia.
— Zaatakują? — zapytał cicho.  
— Nie, boją się ognia — szepnęła.
Było ich mnóstwo, cztery, a może pięć tuzinów.
Kartys nie bał się wilków tak bardzo jak inni, ale nie czuł się teraz zbyt miło. Gdyby zaatakowały, nie mieliby wielkich szans. Dobrze, że konie znajdowały się w kręgu światła. Katarzyna wzięła płonącę polano i wstała. Zanim zdołał coś powiedzieć, odeszła z kręgu światła, które dawało ognisko. Wilki cofały się. W końcu ze zgrozą zobaczył ją, otoczoną tuzinem bestii. Poruszały się mięko. Widział ich najeżone sylwetki, kły.  
— Rzucić polano? — zapytała.
— Nie rób tego — szepnął. Zagryzą cię — powiedział cicho.
— Zaiste?
Wróciła do ogniska.
— Jesteś albo szalona, albo moje pojęcie o odwadze jest nieprawdziwe.
— Nie jestem szalona — powiedziała — a i o odwagę tu nie chodzi.  
— Będziesz czuwał? Chciałabym trochę pospać — rzekła cicho. Dorzucaj do ognia,
one pójdą sobie wkrótce.
Ku jego zdziwieniu położyła głowę na jego udach.  
— Będziesz chronił swoją królową? — zapytała cicho.
— Wiesz, że tak — szepnął.  
— Jaki koszmar masz zawsze? — zapytała sennie.  
— Spadam ze skały — powiedział.  
Uświadomił sobie, że złamał prawo.  
— Ja tonę w bagnie. Ale to nie jest prawdziwe, to tylko sen — dodała.
Zasnęła. Patrzył na jej twarz. Kiedy zaczęła równo i głęboko oddychać, zaczął gładzić delikatnie jej włosy.  
— Kim jesteś Katarzyno? — szepnął.
Wiedział jedno. Kochał ją. Uświadomił sobie również, że zna ją dobrze.
Wilki zaczęły cofać się w głąb lasu.
                                                    
Pozwolił jej spać do rana. Czuła gestą maź na szyii. Ale to była jego dłoń.
— Słońce już dawno wstało — rzekł.  
— Czemu nie obudziłeś mnie na zmianę?
— Spałaś tak miło.
Zostawiłeś mnie na chwilę?  
— Nie,  cały czas miałaś głowę na moich udach.
— To idź, pewnie już ledwo wytrzymujesz.
Istotnie czuł, że pęcherz mu pęka. Po chwili wrócił.  
— Teraz ja pójdę.  
Wróciła po chwili.
— Wilki poszły, co?
— Tak, jak wiedziałaś?
— Prosiłam je o to.  
Nie był pewny czy żartuje.
Po godzinie wyjechali z lasu. Teraz, czekało ich, jak mniemał, najtrudniejsze i najbardziej niebezpieczne. Okolica ta zamieszkała była przez dzikie plemiona. Nikt bez wielkiej ilości wojska nie zapuszczał się tutaj. Kartys nie kwestionował nic co robiła królowa. Pomyślał tylko, że jest to szalony pomysł. Tak, była odważna i waleczna. Ale jeśli ich otoczą?
Już po godzinie jazdy czuli spojrzenia zwiadowców. Okolica ukoronowana była małymi pagórkami, krzewami i pojedyńczymi drzewami.  
Nikt dokładnie nie wiedział kim są dzicy. Mieszkali pewnie w grotach. Opowiadano, że mają pomalowane twarze, są wysocy i owłosieni jak niedźwiedzie. Ale nikt tego nie wiedział na pewno. Pojedyńczy podróżni nigdy nie wracali. Czasem tylko ich konie.
Kartys wolał o nich nie rozmawiać.
— Czy myślisz Katarzyno, że nakłonisz Markusa do współpracy?
— Mam taką nadzieję.
Katarzyna uśmiechała się do siebie. Chłopak mówił do niej zupełnie naturalnie, na ty. Miała prawie pewność, co do czegoś.
     Tu i uwdzie widzieli pojedyńcze głowy wychylające się na chwilę z za pagórków. Kartys widział to rogi bawoła na głowie, to umalowaną twarz z wieką ilością wilczych kłów na szyi. Mieli szczęście. Dzicy nie zaatakowali z jakiegoś powodu. Pagórki ustepowały. Minęli kilka strumieni. Kartys pojadał solone mięso i popijał wodę.
— Nic nie jadłaś.  
— Jadłam tylko nie widziałeś, jabłko i pomarańcz.  
Znowu skłamała. Wreszcie zobaczył co miała w skórzanej torbie. Sądził, że to głowa jego niedoszłego zabójcy. Ale Katarzyna wiozła koronę.  
Roześmiał się uspokojony.  
— Markus pamięta mnie jako dziewczynkę.  
Popatrzyła na niego.  
— Sadziłeś, że mam coś innego w torbie?  
— Tak — odrzekł szczerze.
Zauważyli pierwszych zwiadowców Markusa, a potem pojedyńcze grupy zbrojnych. Kiedy słońce stało nad horyzontem, zobaczyli armię. Ogniska, namioty, konie. Dojechali do nich zbrojni rycerze.
— Kim jesteście? — zapytał dowódca tuzina.  
Zauważyli koronę, bo Katarzyna wyjęła ja z torby.  
— Z koni — krzyknął dowódca grupy.
Klękli przed nią, pochylajac głowy do ziemi.
— Wybacz królowo Katarzyno — rzekł dowódca — nie rozpoznałem z daleka.  
— Prowadź do Markusa.
Jechali prawie pół godziny. Kartys widział ogrom wojska. W końcu zobaczyli ozdobny namiot. Jakiś pojedyńczy jeździec galopował w ich kierunku. Katarzyna pierwsza dostrzegła konia. Piękny, szary w białe łaty. Tak jak sądziła, Markus sam zamierzał ją powitać. Zatrzymał konia. Nie wyglądał na czterdzieści lat. Twarz, o jasnym, ale zimnym spojrzeniu. Lśniąca zbroja ze złotymi okuciami sprawiała, że wyglądał jak król w blasku majestatu. Na skroniach Markusa, Katarzyna dostrzegła, lekko siwe włosy. Miał czarną, przystrzyżoną brodę. Wszystko razem tworzyło obraz przystojnego, pełnego glorii człowieka o silnym charakterze.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy, użył 2560 słów i 15136 znaków.

2 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Margerita

    łapka w górę dzielna z Katarzyny dziewczyna

  • AlexAthame

    @Margerita Królowa Katarzyna.Trochę respektu dla  
    głowy państwa. :smiech2:

  • AuRoRa

    Znów powtarza się motyw snu. Czyżby Katarzyna miała coś wspólnego z Kirą.