Doskonała broń. część 6

Do izby wpadła żona Omre. Jasnobrązowe włosy, upięte w gruby warkocz siegały talii, ale oczy miała szare, chociaż dostrzec w nich można by, gdyby ktoś dokładnie się wpatrzył, niebieskie punkciki. Jak do tej pory tylko dwie osoby to odkryły, mąż jej i jego córka, którą mu Samea wychowywała od wieku niemal niemowlęcego, bo jej mama odeszła kiedy Pasminka miała niespełna rok. Samea była ładną, prawie czterdziestoletnią niewiastą. Nic dziwnego, że nikt inny, nie znali prawdziwej urody jej oczu, w końcu nie uchodziło komuś obcemu wpatrywać się w oczy obcej kobiety. Jej dwaj synowie, Agre i Ogre, byli od małego bardzo zajęci wszystkim, co dostrzegli w koło i nie wpatrywali się z bliska w oczy matki.
– Zostawiła list – powiedziała bez zwłoki, kobieta.
Podała Omre kartkę papieru.
< Nie szukajcie mnie. Pojechałam trenować.>
Czarnowłosy mężczyzna podsunął list swojej córki by i młody agent mógł również przeczytać, a wówczas obaj mężczyźni uśmiechnęli się do siebie.
– Ambitna dziewczyna – powiedział pod nosem Omre.
– Naprawdę mi przykro – odparł na to Palmer.
– A co, gdybyś dał jej wygrać? – Omre rzucił okiem na młodzieńca i lekko uniósł swoje brwi.
– To nie honorowe. – zmarszczył czoło młodzieniec.
– Ech! To świetna dziewczyna. Miód, sama słodycz. My zaś jesteśmy bardzo wyrozumiali. Kontaktowałem się z moimi braćmi. Nikt nie jest na ciebie zły o to, że mógłbyś nas rozpuścić w parę, ale niektórzy nie są zbyt zadowolenie, że dałeś jej taki warunek.
– A czy sądzisz, że ja jestem? To było najgłupsze, co mogłem powiedzieć. Wiem, że mi nie uwierzysz, ale nie wyszło to ode mnie. Może jest tak dlatego, jeśli tak mogę się wyrazić, że mam właściwie sympatię, tam na Ziemi. Wiesz przecież.
Twarz Omre przyjęła nader spokojny wyraz.
– Wiem. Już ją znalazłem.
Palmer właściwie zrozumiał słowa mężczyzny o włosach kolory smoły, bo ten uspokoił się nie z powodu istnienia Klaudii w sercu młodzieńca, tylko ponieważ odnalazł w końcu swoją córkę.
– I gdzie jest? – zapytał Palmer.
Młodzieniec wpatrywał się w twarz ojca dziewczyny, oczekując odpowiedzi.
– Niedaleko miejsca, gdzie cię znalazł Lone. Pięć mil dalej jest sawanna. Dziwne, bo rozciągnąłem promień poszukiwań na sto kilometrów i jej nie mogłem znaleźć. Wygląda na to, że ma takie zdolności, jakich nawet ja nie posiadam. Moja córka obserwuje mangusty. Wiesz co to takiego?
– Mangusty? Te małe zwierzątka? Bardzo szybkie. W jednej z technik walki wręcz uczyłem się walki kobry i mangusty.
– To trochę wiesz. Obserwuje je. Przekazała mi, że wróci za dwa dni.
– Wierz mi Omre, że jest mi ciężko. Gdybym nie znał Klaudii, nawet chciałbym, żeby Pasminka wygrała. Ale wiem, że to nie jest możliwe. Spośród wybranych agentów nikt nigdy ze mną nie wygrał. A mam walczyć z taką kruszynką! Naprawdę mi wstyd.
– Nie ma niemożliwych spraw – mruknął pod nosem Omre.
– Śniadanie gotowe. Zrobiłam jajecznicę z pomidorami. Czy pan Palmer jadła kiedy chleb? – zapytała żona Omre, Samea, która właśnie weszła ponownie do izby, gdzie obaj mężczyźni rozmawiali.
– Na Ziemi nie jadamy naturalnego jedzenia, więc z pewnością nie jadłem.
Kobieta pokiwała głową z niedowierzaniem.
– To zapraszam, wszystko przygotowałam.
– Chodźmy, Palmer. Po śniadaniu zobaczysz naszą osadę i pokaże ci drzewa, rośliny i zwierzęta domowe.
Po chwili weszli do kuchni i zasiedli na dębowych ławach. Palmer poczuł pierwszy raz zapach świeżego, naturalnego jedzenia.
Samea krzątała się po kuchni.  
Odwrócona do nich tyłem, kroiła chleb.  
– Chcesz spróbować sera, Palmer – odwróciła się do młodzieńca z uśmiechem.
Musiała odebrać jego myśl, że wolałby być tytułowany prosto, po imieniu.  
– Bardzo chętnie. Na Ziemi mamy trochę inne jedzenie.
Po chwili kobieta postawiła w sporej misce zrobionej z gliny, sałatkę. Palmer patrzył, a jego elektroniczne gadżety dawały mu nazwy jarzyn znajdujących się wewnątrz misy. Większość z nich, widział po raz pierwszy. Nauczony doświadczeniem w domu generała, czekał na domowników, aż oni usiądą do stołu. W końcu Omre i Samea usiedli. Ku zaskoczeniu młodzieńca mężczyzna pochylił głowę i powiedział wyraźnie.
– Dzięki ci Panie za twoje dary.
– Amen – odrzekła Samea.
Palmer popatrzył na nich.
– Czy to była modlitwa?
– Raczej podziękowanie.
– Na Ziemi prawie nie ma wierzących. To nienaukowe, ta cała wiara.
– Tak, wiemy o tym – odrzekł mężczyzna, za siebie i żonę. – Większość rzeczy, które robimy na Magerze jest nienaukowe, chyba zdajesz sobie z tego sprawę.
Zaczęli jeść, to znaczy domownicy, bo Palmer, zanim coś ugryzł i połknął po rozdrobnieniu w ustach, wcześniej oglądał dokładnie każdą jarzynę. Wąchał i smakował językiem, zanim wsunął do ust.
– Zjedz jajecznicą, bo wystygnie – uśmiechnęła się kobieta, po chwili obserwacji, tego co robi.
Ku uciesze domowników miał na sobie identyczny strój jak oni. Zostawił swoje uzbrojenie w sypialni, a tylko ustawił sensory bezpieczeństwa.
– Smakuje ci Palmer? – zapytał Omre.
– Bardzo. Moje elektroniczne urządzenia mówią, że to jedzenie ma bardzo dużą energię witalną. Nie sądziłem, że natura może coś takiego wytworzyć.
– Dla nas to jest po prostu jedzenie – uśmiechnął się brunet.
Młody mężczyzna podjął już decyzję odnośnie misji, ale nie zamierzał jej całkowicie zignorować.
Przypomniał sobie, że powinien porozmawiać z nowymi zarządcami, a także wysłać raport na statek-matkę, do Jakowa i Tamary Greent. Zaczął jeść jajecznicę. Jego kubki smakowe doznawały prawdziwej rozkoszy.  
– Naprawę pyszne – rzekł tylko.
– Jak zjemy, pokaże ci okolicę – brunet popatrzył chwile wnikliwie na młodzieńca. – Wiem, że najpierw musisz załatwić swoje sprawy. Zarządcy będą u nas za kilka minut.
Palmer odłożył na chwilę stalową łyżkę, która jadł jajecznicę, chociaż została mu tylko mała porcja do skończenia.
– Jak to robisz, że znasz moje myśli?
– Nie wiem, po prostu wiem. Nie przejmuj się, nigdy nie wiem niczego intymnego. To sztuka i trochę trwa, by się tego nauczyć, co wiedzieć a czego nie. Możemy popróbować i zobaczyć czy i ty posiadasz jakieś dary, chcesz?
– Ponoć urodziłem się jako mistrz w walce. Rozwijałem, albo raczej rozwijano we mnie cechy pomagające zrozumieć przeciwnika, ale nie sądzę, bym posiadał jeszcze coś.
– To rzadkość nic nie mieć w sobie. Prawdę mówiąc, dlatego Pasminka jest wyjątkowa, tak wszyscy sądzą – dodał z tajemniczym uśmiechem, brunet.
– Trochę się o nią martwię. – powiedział nagle młody agent federacji
Kobieta i mężczyzna wymienili krótkie, z pewnością zrozumiałe dla nich spojrzenie.
– Martwisz się?
– Sam nie wiem dlaczego. Jest mi właściwie obca.
– Taak – skwitował jego wypowiedź Omre i spojrzał gdzieś w środek sufitu.
Palmer wziął ponownie łyżkę w dłoń i skończył jajecznicę. Mimowolnie spróbował kawałek żółtego sera.
– Skąd ta łyżka? Wygląda na zbyt doskonałą, by mogła być wykonana na miejscu. Wasze są nieco inne.
– Dobre spostrzeżenie. To dar od poprzednich zarządców. Mocodawcy federacji pozbawili ich wszelkich stanowisk, ale na szczęście ich nie uwięźli.
– Nie mamy więzień. Tylko wyjątkowe jednostki, które popełniły najcięższe czyny, są poddane hibernacji, do czasu aż powstaną systemy, które rozwiążą powód popełnienia przez nich przestępstwa, resztę przestępców, system resocjalizacji, zmienia na idealne jednostki.
– Nie masz pojęcia co się naprawdę tam dzieje. Na Ziemi nie ma więzień, ale są na pobliskich planetach. Czy spodziewałeś się, że władza, która za drobne odstępstwa od przyjętych praw, zamienia planety w nicość, za pomocą ładunków antymaterii, nie ma systemu zniewolenia? Są prawie doskonali w kamuflażu.
– Wiedziałbym to – Palmer poczuła się niezbyt komfortowo, słysząc wypowiedź ojca Pasminki.
– To nie wstyd, że nie wiedziałeś. Powoli poznasz świat, w którym żyjesz.
Skończyli śniadanie. Młody agent federacji podziękował gospodarzom, szczególnie żonie Omrego. Skłonił głowę w jej kierunku. Odczuł, że Samea, chyba była bliska, by go przytulić. W pierwszej sekundzie przyjął to, ale już w następnej zwyciężyły w nim nabyte cechy, lub raczej reguły służby. Taki kontakt, jak przytulenie przez osobę niepochodzącą z rodziny, uważano by za coś nie do przyjęcia. Dlatego tak bardzo poruszył go poprzednio, pocałunek Klaudii. Znowu, choć tylko na ułamek chwili, o tym sobie przypomniał. Wyszli z ojcem Pasminki, na zewnątrz. Dzień zaczął się już na dobre. W odległości dwudziestu kroków dostrzegł członków nowego zarządu.
– Witajcie – rzekł pierwszy.
– Witaj Palmerze Pulsar. Teraz rozumiesz dlaczego – odezwała się zupełnie niespodziewanie dla Palmera, Mitchel.
– Nie zupełnie – odrzekł najmłodszy pułkownik federacji.
– Tu jest prawdziwe życie. Do tej pory żyliśmy w cybernetycznym śnie. Wszystko, co nas tam otaczało, było doskonałe i na miejscu. Nie było możliwości na pomyłki. Jedliśmy nienaturalne rzeczy, myśleliśmy jak roboty i nimi byliśmy. Życie to pomyłki, śmiech i czasem łzy. Spokój i kłótnie. Nie powiesz, że nie czujesz się tu cudownie?
– Odczuwam różnicę. Nie zgadzam się ze wszystkim bez głebszych przemyśleń. Postanowiłem nie wykonać rozkazu unicestwienia planety Magar.
– Mamy szczęście, że jesteśmy tu. Magar nie spotkałaby los Lurny. Nie masz pojęcia, kim są ci ludzie i jakie mają możliwości, a przy tym są tacy uczynni.
– Są inni, widzę. Mili i prości. Mają jakieś własności, których nie potrafię uzasadnić.
– Inni? Tylko to odczuwasz? Czy w ogóle coś czujesz, pułkowniku Pulsar?
– Oczywiście, że czuję. Mam swoje rozkazy, rozumiem je i do tej pory nie miałem wątpliwości co do ich wykonywania. Tym razem postanowiłem nie wykonać zadania, moim zdaniem nieludzkiego rozkazu, ale na razie nie myślę o konsekwencjach.
– Oczywiście, że myślisz. Poznałeś Pasminkę, prawda? Ona by nie wybrała bezdusznego robota. Jesteś inny w środku, Pamer. Już musisz to wiedzieć. Nie okłamuj się. Cała federacja to potwór wyglądający idealnie z zewnątrz. Wierzę, że cała rada zostałaby rozwiązana w jeden dzień, gdyby ludzie dowiedzieli się, kim federacja naprawdę jest. Tylko jak każdy tyran, ma władzę, doskonale tuszuje swoje grzeszki i ma armię. Wcale nie po to, by bronić Ziemi i zamieszkałe planety, tylko by w razie ujawnienia prawdy, zdusić bunt w zarodku.
Palmer od razu zrozumiał, że Mitchel ma racje. Z każdą chwilą poznanie prawdy stawało się bardziej przejrzyste dla Palmera Pulsara. Pierwszy raz w życiu pożałował, że służy Federacji Planet.  
– Nie wykonam rozkazu, ale muszę robić dobre wrażenie. Czy mogę wysłać wiadomość o was? Tylko co ma im posłać? Że macie gdzieś federacje? Że chcecie zrezygnować ze swoich funkcji? Mogą zaszkodzić waszym rodzinom.
– Cóż, wszystko wymaga ofiar. Jako zarządcy nie mamy małżonków. Byłoby ogromnym przewinieniem, nawet dla tak złego tworu, jakim jest Federacja Planet, gdyby ruszyli naszych rodziców. Tym potwierdziliby tylko, kim są.  
– To prawda. Jednak muszę wysłać raport.
– Napisz, co chcesz. Kto raz zasmakował życia, nigdy nie cofnie się do poprzedniego stanu. Gdybyśmy mieli zginąć, to trudno. Na szczęście, jak mówiłem, raczej nam to nie grozi. Z dwóch powodów. Z powodu mocy mieszkańców Karpi i z powodu ciebie. Nie użyjesz broni przeciwko Magar, prawda?
Palmer przestał się obawiać. Odłączył wszelki kontakt i wiedział, że nikt na Ziemi nic nie odkryje, o czym teraz rozmawiają.
– Będą próbować inaczej. Będą chcieli, kiedy odkryją prawdę, zniszczyć nie tylko Magar, ale i mnie.
– A ciebie nie jest tak łatwo zabić, pułkowniku Pulsar. Masz dwadzieścia dwa lata, a już krążą o tobie legendy, że jesteś doskonałą bronią.
– To, że nie zginąłem wówczas, zawdzięczam poświeceniu Rossa – zaczął.
– Ale wiele się od tego czasu nauczyłeś, prawda. Jest tylko trzy takie miecze, jak ten, który masz przy sobie.
– Skąd o tym wiesz?
– Od Lone. Drugi ma Issa, a o trzecim nikt nie wie, gdzie jest, ale ludzie z Karpi wiedzą, że jest w złych rękach.
Palmer nie wiedział tego. Nieskazitelna postać przewodniczącego Rady Federacji Ziemi coraz bardziej nie przypominała ideału w ocenie najmłodszego pułkownika Sił Bezpieczeństwa Federacji Zjednoczonych Planet.
                                                                                   *
Z samego rana Klaudia pożegnała się z rodzicami i poleciała swoim pojazdem na dawny przylądek Bajkonur, kosmodrom znajdujący się na terenie dawnego Kazachstanu. Mimo wzrostu techniki w zakresie lotów w kosmos wciąż wykorzystywano dawne miejsca startu pierwszych rakiet. Zgodnie z grafikiem, Klaudia miała polecieć na Syriusza, a dokładnie w jego okolice, dopiero stamtąd do gwiazdozbioru Andromedy. Miało się to stać o dziesiątej godzinie, czasu Ziemi, w miejscu, gdzie mieszkał jej ojciec I matka. Z Bajkonuru poleciała już o ósmej trzydzieści i dotarła w okolice Syriusza planowo, za pięć dziesiąta. 
Stanley Clark zaczynał pracę o dziewiątej. Po trzydziestu minutach dostał wiadomość, że Issa Carmal chce się z nim spotkać w swoim biurze. W informacji nie było pytań, czy generał ma w tym czasie jakieś wcześniej umówione spotkania. Clark liczył się z konsekwencjami wczorajszej wizyty córki. Prawdopodobnie gdyby nie poleciała, rozmowa przez 4D jaką przeprowadził wczoraj z przewodniczącym federacji, by wystarczyła. Stanley nie wykazywał oznak zdenerwowania. Carmal miał wpływy, ale i Stanley nie był odosobniony. Nie zamierzał nic ujawniać, czego dowiedział się od córki, w dniu wczorajszym. Powiadomił swojego adiutanta, żeby odwołał ewentualne spotkania czy rozmowy do drugiej godziny po południu.  
– Polecę z panem, generale.
Clark popatrzył na Samuela. Rodzaj spojrzenia, jakie mu posłał jego adiutant i niejako sekretarz, uświadomiło mu, że blondyn jest po jego stronie. Dziwne, że wcześniej nie dostrzegł osobistego oddania, jakim darzył go kapitan.
– Oczywiście, mój drogi. – po raz pierwszy generał odezwała się w ten sposób do swojego adiutanta.
Wylecieli za kwadrans dwunasta z platformy znajdującej się na szczycie wieżowca, trzydzieści pięter wyżej niż jego biuro. Zaraz po starcie kapitan Marks bez pytania wyłączył podsłuch.  
Clark przyjął to tylko uniesieniem brwi.
– Nie sądzę, że panu coś grozi, ale jeżeli, to proszę wiedzieć, że jestem uzbrojony.
Generał spojrzał na niego krótko.
– Nie pozwolą ci wejść do budynku w takim stanie.
Samuel się tylko uśmiechnął.  
– Muszę panu generale coś powiedzieć. Jestem jednym z rozmówców Klaudii.
Ta wiadomość podziałała mocno na generała. Clark nigdy by się tego nie domyślił.
– Co to ma wspólnego z uzbrojeniem – poczynił starania, by jego głos nie oddał zaskoczenia, jakie wywołało poprzednie zdanie jego adiutanta.
– Nie wiem, co panienka Klaudia panu powiedziała wczoraj, ale nie jest dobrze. Co do uzbrojenia? To nowy rodzaj broni, niewykrywalny przez zabezpieczenia. Chcę, żeby pan wiedział, że nie chcę zrobić nikomu krzywdy, lecz z pewnością nie dam zrobić jej panu.
– W takim razie musimy się spotkać w miejscu, gdzie będziemy mieli prywatność i może od pana kapitanie, dowiem się więcej niż od Klaudii.
– Ona bardzo pana kocha, to wiem. – odrzekł Marks, robiąc manewr skrętu.
Biuro przewodniczącego Federacji oddalone było tysiąc kilometrów, na północ od miasta gdzie mieszkał Clark, podobnie zresztą i Marks. Oba miejsca, Amarantia jak i biuro Carmala, znajdowały się na terenie dawnej Algierii.  
Lecieli na wysokości czterdziestu kilometrów, w paśmie zarezerwowanym dla władzy. Dolecieli po czternastu minutach i punktualnie o dwunastej w południe Clark zaanonsował swoje przybycie. Samuel usiadł w wygodnym fotelu, niedaleko drzwi wejściowych do gabinetu Carmala.
– Witaj Stanley – Issa robił wrażenie rozluźnionego.
– Witaj Issa – odrzekł w tym samym tonie generał.
– Przejdę do rzeczy. Pewnie domyślasz się powodu, dla którego cię wezwałem.
Stwierdzenie; wezwałem, nie za bardzo podobało się generałowi, ale to przemilczał.
– Oświeć mnie. – odrzekł generał.
Oczy Carmala zrobiły się wąskie i twarz przyjęła nieco jadowity wyraz.
– Nie pogrywaj ze mną. – powiedział cicho. – Wiesz, że mógłbym cię aresztować?
– Ale tego nie zrobisz, prawda?
Ich krótka wymiana zdań odbiegała od zasad dyplomacji, ale natychmiastowa riposta generała świadczyła tylko o tym, że Stanley Clark nie należy do ludzi, których można, łatwo zastraszyć.
– Widzę, że się nie boisz. Zacznijmy inaczej – Issa zmienił ton głosu na łagodny, prawie przyjacielski.
Clark zmrużył oczy i powiedział cicho, ale bardzo wyraźnie.
– Znamy się dwadzieścia pięć lat. Do wczoraj miałem o tobie nieskazitelną opinię, lecz jednym zdaniem utwierdziłeś mnie w przekonaniu, że zaufani mi ludzie, mieli rację co do ciebie.
– Masz na myśli Klaudię?
– Jeżeli tylko ją dotkniesz... mam swoich ludzi – odrzekł zimno generał.
– Nie wiesz, o co jest gra. Sądziłeś, że cię wezwałem, bo wiem, że twoja córka poleciała za Palmerem. Nie probuj ze mną grać i mówić mi, że to są wakacje na księżycu Syriusza. Już jej powiedziałeś kim jest dla niej Palmer?
– Powiem jej w odpowiednim czasie. – Stanley próbował ukryć to, że Carmal zna jego najbardziej ścisłą tajemnicę.
Wiedział o tym i nic nie zrobił? To również o czymś świadczyło, ale nie o tym mieli teraz rozmawiać.
– Nie wezwałem cię z tego powodu. Chcę właśnie wyjawić ci, w czym jest problem, dlatego zostawmy chwilowe nieporozumienia. Nic ci nie grozi z mojej strony do czasu, jak tu jesteś. – spojrzał koło siebie.
– Powiedz mi jedno, Carmal. Zniszczyłeś Lurne? – pierwszy raz powiedział do niego po nazwisku
Taki zwrot, jakiego użył Clark, wcale nie podziałała na przewodniczącego federacji.
– Nie miałem wyboru. Naprawdę nie wiesz, o co toczy się gra. Cała cywilizacja, którą budowaliśmy od prawie stu pięćdziesięciu lat, jest w niebezpieczeństwie. Nie możemy pozwolić, by ludzie zaczęli decydować, o tym jak chcą żyć. Dałeś rozkaz Pulsarowi, by zniszczyć Magar w razie niepowodzenia, ale on tego nie zrobi. I nie zrobi tego nawet, nie wiedząc, kim dla niego jesteś. Jak powstrzymasz Klaudię przed bliższym zbliżeniem do niego niż, jakie miało miejsce w twoim gabinecie?
Stanley nie miał pojęcia jak człowiek, którego nagle przestał szanować i lubić, o tym wie.
– Możemy nadal być przyjaciółmi. Myślisz, że chcę z tobą wojny? – ciągnął dalej przewodniczący.
– Myślę, że nie zawahasz się przed niczym jeżeli w grę będą wchodzić twoje i twoich popleczników, plany.
– Ja cię bronie, ale nie mogę robić tego bez końca i muszę najpierw wiedzieć, czy warto.
Clark puścił te słowa mimo uszu. Bronił go? Ciekawe przed kim, czyżby byli jeszcze inni, którymi Carmal nie dyryguje?
– Co będzie jeżeli ludzkość się dowie o Lurnie? – odparł Clark, zupełnie pomijając, co przed chwilą powiedział dobrze wyglądający, jak na swój wiek, czterdziestoośmioletni szatyn, o szarych jak stal oczach. – Co, jeżeli dowie się, że chcecie zrobić to samo z Magar? – zakończył generał.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i dramaty, użył 3321 słów i 19883 znaków, zaktualizował 10 lip o 5:53.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • dreamer1897

    Pasminka trenuje, żeby udowodnić swoje, ale czy aby pojedynek z Palmerem od samego początku nie był skazany na porażkę? Okaże się wkrótce. System hibernacji więźniów świetnie by się sprawdził obecnie - genialny pomysł. Palmer chyba w końcu wybrał lepszą drogę, ale czy faktycznie odstąpi od wykonania rozkazu? Kim dla Klaudii jest Palmer? Lecę do następnej części i niech obiad stygnie.