Doskonała broń. część 3

Palmer szykował się do podróży. Odbył już pięć podobnych wypraw, chociaż nigdy tak daleko. Odległość przestał mieć znaczenie. Najdłużej zajmował wylot poza strefę przyciągania Ziemi, czy zamieszkałej planety. Z uwagi na bezpieczeństwo, w warunkach ziemskich, prędkość ponad świetlną, można było stosować dopiero poza odległością Księżyca. Brano, jak zawsze pod uwagę, najgorsze. Jak do tej pory nic się takiego nie stało, ale gdyby poszło coś nie tak, energia uszkodzonego systemu napędowego mogłaby spowodować katastrofę na rodzimej planecie. Podróże w nadprzestrzeni były fantazją w XXI wieku, ale stały się rzeczywistością w 2278 roku, kiedy to dokonano pierwszego udanego skoku na odległość pięciuset lat świetlnych. Do tej pory, czyli od prawie stu lat, miały miejsce tylko dwie katastrofy i zginęło ogółem siedemnaście osób. W obydwu wypadkach znaleziono przyczynę i od tej pory wszystkie skoki w nadprzestrzeń odbywały się bezpiecznie. Najdalej udało się polecieć dwa miliardy lat świetlnych. Dalej znajdowała się nieznana strefa, to znaczy okazało się, że jest tam inaczej niż widać i pokazują pomiary. Loty poza granice tej strefy były na razie niemożliwe. Niewidzialna bariera odrzucała jak guma każdy statek i bez żadnego uzasadnienia pojazdy kosmiczne powracały do miejsca wylotu, niezależnie skąd to miało miejsce. Załoga miała chwilowe zaniki pamięci, które ustępowały po kilku dniach. Wszyscy pamiętali jedno. Najpierw jasność, a potem ciemną jak smoła mazie i to było ostatnie co rejestrowały zarówno ludzie mózgi jak i aparaty naukowe. Rozumiano oczywiście, że amnezja mogła się zdarzyć ludziom, ale w jaki sposób podobnie reagowały maszyny, nikt nie rozumiał. 
Po powrocie do swojego domu, Palmer wziął prysznic. Najpierw wodny, a potem jonowy. O dziesiątej znalazł się na przylądku Canaveral, na dawnej Florydzie. Tu wahadłowiec zabrał go na orbitę oddaloną od matki Ziemi  o sto tysięcy kilometrów dalej, niż odległość do Księżyca. Dopiero tam czekał jego statek. Miał lecieć jeszcze z dwoma osobami. Pierwszą była kapitan Tamara Greent, podobnie jak on młoda, dwudziestodwuletnia dziewczyna o ciemnej jak heban skórze i srebrnych włosach, jakie miała od urodzenia. Drugą osobą był starszy pilot Jakow Lubierenko, weteran lotów. Miał czterdzieści sześć lat i wyglądał na tyle, ile liczył. Lot do bezpiecznej granicy skoków nadprzestrzeń odbył się bez zakłóceń. Około północy, czasu gdzie mieszkała rodzina Clarka, czterysta metrowy statek międzygalaktyczny o nazwie Snap II rozpoczął procedurę skoku. Załoga miała pozostawać w śnie skokowym. Pracowano nad tym, by ludzie byli przytomni, ale na razie stwierdzono, że stan zbliżony do snu był optymalny dla ich zdrowia. Palmer, Tamara i Jakow znaleźli się na dalekiej orbicie Magar po dwudziestu trzech godzinach I siedemnastu minutach, czyli dokładnie tyle ile obliczono. Misja Palmera miała trwać jeden dzień, maksymalnie trzy dni. W tym czasie Jakow i Tamara mieli pilotować kolosa na orbicie. Z uwagi na pewne niebezpieczeństwo Palmer został uzbrojony i zabezpieczony. Tak jak mówił Clark, jego kombinezon wytrzymywał energie zniszczenia o wartości zbliżonej do wybuchu mega–tonowej bomby wodorowej. Ale nie to było najbardziej niesamowite. Broń. Zwana cudowną lub doskonałą. Specjalne gadżety mogły zmienić w pare nie tylko cale miasto Karpia, ale I całą Magar. Poza tym na jego wyposażeniu był pistolet jonowy na energię czarnej dziury i miecz. Takich mieczy było na Ziemi tylko siedem. Zrobiony z materiału lekkiego jak aluminium, a twardszego niż jadro gwiazdy neutronowej. Miecz ciął wszystko, co znano w materii. Była to iście cudowna i doskonała broń. Jej posiadacz mógł obronić się przed jakimkolwiek atakiem. Wytrzymywał więcej niż minutę energię pięćdziesięciu mega ton trotylu, czyli jednej z największych bomb wodorowych, jakie testowano w końcu dwudziestego wieku. Po krótkim pożegnaniu z załogą Palmer wyleciał małym, około dwudziestometrowym pojazdem, nieco przypominającym zwykłe statki powietrzne stosowane do przemieszczania się na Ziemi, z tą różnicą, że popularne ziemskie pojazdy miały długość około trzech metrów. Bez problemów wylądował w największym mieście Magar, Asylli. Po godzinie spotkał się z przedstawicielami zarządców.
–  Jestem starszy agent, Palmer Pulsar.
–  Wiemy o twoim przybyciu. –  odrzekł dowódca zarządców Magry, Scott Olger, niespełna czterdziestoletni mężczyzna o brązowych włosach i podobnym w kolorze oczach, jakie miał Stanley Clark.
–  Próbowaliście skontaktować się z nową grupą zarządców Karpi?
–  Wiecie tyle, co my. Nie mamy rozkazu ataku. W naszym mieście mieszka kilku dawnych mieszkańców Karpi. To ci, którzy nie mają żadnych ponad normalnych własności. Rozmawialiśmy z nimi, po tym wydarzeniu. Wszyscy mówią to samo. Mieszkańcy Karpi są przyjaźni i nie stanowią zagrożenia. Według waszych i naszych urządzeń, nowi zarządcy żyją, tylko nie chcą kontaktu z zewnętrznym światem. Fizyczne zbliżenie się do Karpi jest możliwe. Jest otoczone jakimś polem o nieznanym pochodzeniu i dziwnych własnościach. Słyszał pan, pułkowniku Pulsar o granicy skoków w nadprzestrzeń.
–  Tak, oczywiście. Co ma to wspólnego z Karpią?
–  Otóż wszyscy, którzy próbowali się dostać drogą lądową, wodną czy powietrzną do Karpi, wracali w stanie amnezji, do miejsca skąd rozpoczynali podróż. Podobnie jak w przestrzeni kosmicznej, im także powracała świadomość, ale nic nie pamiętali. Czujemy się dziwnie. Wszystko było normalnie do czasu ujawnienia inności mieszkańców. Oni są zwykłymi ludźmi o niezwykłych własnościach. Leciał pan, pułkowniku z tak daleka, na darmo. Wnioskuję, że ma pan rozkaz tam się dostać i stwierdzić co się dzieje. Palmer spojrzał na Scotta.
–  Proszę o wyłączenie fonii na zewnątrz. Mam panu podać poufną wiadomość. Nie będzie mógł pan nikomu jej nikomu przekazać. Nie chodzi o to, że to rozkaz. Mam ze sobą urządzenie, które zakoduje panu tą informację i jednocześnie spowoduje niemożność wyjawienia jej komukolwiek, pisemnie werbalnie czy inaczej. Czy zgadza się pan, bym ją panu wyjawił?
–  Oczywiście. Pewnie odmowa spowodowałaby utratę stanowiska i mój powrót na Ziemię. Kocham Magar i nie chciałbym jej opuszczać.
–  Ciesze się, że się rozumiemy. Aktywuję.
Scott poczuł delikatny, elektryczny szok.  
–  Czy już?
–  Tak – uśmiechnął się Palmer.
–  Mam syna w pańskim wieku. Jest pan najmłodszym pułkownikiem urzędu bezpieczeństwa Federacji Planet.
–  Tak się złożyło. Podobno urodziłem się ze specjalnymi predyspozycjami.
–  Też jestem niezły w walce wręcz. Potrafię też strzelać i nieźle latam. Mówię o lotach bez automatycznych wspomagań. Chodzi mi o latanie w trudnym terenie z dużą szybkoscią i na małych wysokościach.
Palmer usmiechnąś się krutko, uwielbiał takie latanie.
–  Nie wątpię, że pan potrafi. Wiadomość jest taka. Dwudziestu członków Rady jest za anihilacją Karpi.
–  Co takiego? Przecież ci ludzie nie zrobili nikomu nic złego. Żyją prosto i nie korzystają z techniki. To wszystko. Pracują w polu, jak robili to ludzie, zanim powstały najbardziej prymitywne maszyny. Czy to jest powód, by ich zabić?
–  Osobiście jestem przeciwny. Niestety mam rozkaz to zrobić, jeżeli nie odnajdę nowych zarządców i nie otrzymam wyjśnień satysfakcjonujących wszystkich członków rady.
–  Mówił pan, pułkowniku, że tylko dwadzieścia procent członków rady chce ich zniszczenia. O ile wiem, potrzeba w takich sprawach zgody wszystkich.
–  Tak. Jednak ja jestem wysokim agentem federacji i mam swoje rozkazy.
Na twarzy Scotta pojawił się ból.
–  Zaczynam rozumieć niektóre wątpliwości co do faktycznej doskonałości naszej cywilizacji. Co będzie kiedy ludzie na innych planetach się o tym dowiedzą?
–  Moim zadaniem jest, by nikt się nie dowiedział.
–  W takim razie mogę się tylko modlić, by to się nie stało, odnośnie czego ma pan rozkazy. Wiem, że w poprzednich wojnach ginęły setki tysięcy, ale większość ludzi mieszkających na Ziemi i reszcie planet jest pewna, że obecnie panuje wszędzie istny raj.
Palmer usłyszał wypowiedź, zwrócił jednak uwagę na coś innego.
–  Powiedział pan, modlić się? Czy mam rozumieć, że wierzy pan w Boga?
–  To nie jest przestępstwo, o ile wiem. Raczej wiara w osobowego Stwódcę nie jest popularna, to wszystko.
–  Fakt, nie wiemy, jak to wszystko powstało, bo już dawno obalono teorię Wielkiego Wybuchu i ewolucję, jednak z drugiej strony nie ma żadnego wytłumaczenia na istnienie i powstanie wszystkiego przez stworzenie.
–  Czyli sam pan widzi, że pozostaje wiara.
–  Jest mi to obce. Dziwie się tylko, że wierzący w Boga został zarządcą, ale nie jest to moją sprawą. Ja staram się, najlepiej jak mogę, służyć Federacji.
–  Nie zawaha się pan zabić trzy tysiące istot?
–  Nie mam w sobie wątpliwości. Zabiłem kilka osób, konkretnie pięć. Wówczas nie dali mi możliwości aresztowania ich i chcieli mnie zabić.
–  Był pan wówczas uzbrojony? O ile wiem, ktoś musiałby użyć silnej bomby wodorowej, by pana unicestwić.
–  W tej chwili mam na sobie cudowną broń. Wówczas byłem bezbronny.
–  Mówimy o zdradzie na planecie Pagnali?
–  Tak. To była moja pierwsza szkoleniowa akcja. Cztery lata temu. Zginął mój dowódca i został ciężko ranny jego zastępca. Jak pan może pan wie, podpułkownik Ross uratował mi życie. Celowano we mnie.
–  Tam chodziło o jakieś tajemne wejście, tak?
–  Dostęp do technologi ożywiania. Osobiście w to nie wierzę. Zanim ich zabiłem, zniszczyli wszystko.
–  Kiedy zechce pan się dostać do Karpi?
–  Jak tylko skończymy rozmowę.
–  Chyba powiedziałem już wszystko, co leżało mi na sercu. – rzekł wyraźnie zasmucony Scott.
–  Też tak sądzę. – pułkownik ponownie się zdziwił, że zarządca planety ma tak wysokie odczucia i nie waha się tego przekazać wysokiemu urzędnikowi bezpieczeństwa federacji.
Zarządca pokiwał głową.
–  Będę zdziwiony jeżeli zdoła się pan tam dostać, ale oczywiście bardzo bym tego chciał. Niestety nie możemy ich zawiadomić o groźbie. To jest w tym najbardziej tragiczne. Jeżeli dojdzie do zniszczenia Karpi, zrzeknę się władzy. Dziwie się, że nie ma pan, pułkowniku żadnych wątpliwości.
–  Pańskie zdziwienie i smutek nie ma dla mnie znaczenia. Służę Federacji. Nie jestem upoważniony panu przekazać, jaki jest prawdziwy powód tego posunięcia i czego obawia się Rada.
Scott popatrzył na młodzieńca z uwagą.
–  Dlaczego nie jest pan upoważniony? Przecież i tak nie mógłbym tego nikomu przekazać, a może wówczas, gdybym to wiedział, bym zrozumiał.
–  Proszą wysłać prośbę do Rady, może udziela panu odpowiedzi. Ja nie mam takich upoważnień. Miłego dnia. – odrzekł zimno.
Palmer wyszedł z pokoju. Na Magarze, w miejscu oddalonym o tysiąc trzysta kilometrów od Karpi było kilka minut po dziesiątej rano. Wiał przyjemny wiatr, a temperatura na zewnątrz wynosiła dwadzieścia dwa stopnie Celsjusza. Na błękitnym niebie świeciły dwa Słońca. Nieco większe Amos i mniejsze Koros. Po zjedzeniu kilku roślin i owoców, które wcześniej podarował mu Scott, Palmer wsiadł do swojego pojazdu. Zanim wyznaczył trasę do Karpi, połączył się z załogą statku–matki. Odebrała Tamara.
–  Za chwilę lece do Karpi. Według informacji od Scotta Olgera mieszkańcy Karpi są przyjaźni i nie zagrażają nikomu. Żyją jak ludzie przed wiekami, bez użycia jakichkolwiek maszyn.
–  Zrozumiałam. Czy Olger ma jakieś wiadomości od nowych zarządcach Karpi?
–  Wie, to co my. Żyją i czują się dobrze, jak potwierdzają zapisy odczytów ich ważniejszych organów. Olger przypuszcza, że z jakichś nieznanych powodów, sami odmawiają kontaktu. Wątpi, czy zostali do tego zmuszeni. Coś tu jest nie tak. Podobno Karpia jest otoczona czymś w rodzaju pola i odrzuca ewentualnych przybyszów, o ile ci chcą dostać się do miasta. Odrzuca też mazyny i sondy. Co jest najdziwniejsze, podobnie działa niezbadana granica skoków nadprzestrzennych.
–  Rozumiem. Przekażę. Powodzenia.
Palmer odłączył połączenie. Czy mu się powiedzie? Dlaczego by miało? Czy faktycznie nie ma wątpliwości, by zamienić Karpię i całą Magar w parę? Tego nie powiedział Scottowi. Rada postanowiła unicestwić nie tylko Karpię, ale dla bezpieczeństwa, by wiadomość o zniszczeniu miasta odmieńców, bo tak ich nazywano, nie rozeszła się wśród mieszkańców zamieszkałych planet, postanowiono zniszczyć całą planetę. Dla zatuszowania śladów miało się to stać tydzień po jego powrocie na Ziemię i miano zainscenizować wybuchem Amosa. Od kilku tygodni z polecenia Rady podawano glpbalnie mało istotne dla Ziemi informacje o niestabilnym zachowaniu młodej gwiazdy, troszeczkę mniejszej niż ziemskie Słońce. Z drugiej strony stworzono teorie, że te uwagi nie są poparte żadnymi sprawdzonymi dowodami. Tak, Palmer miał wątpliwości co do rozkazu. Miał je tak głęboko w sobie, że żadne urządzenie sprawdzające jego kondycję psychiczno–fizyczno–mentalną, nie mogło niczego wykazać. Miał niczym nieuzasadnioną nadzieję, że dostanie się do miasta, odkryje przyczynę anomalii i wróci na Ziemię. W końcu miał ku temu powód. Wciąż czuł smak ust Klaudii. Od czasu jak pamiętał, był bardzo zorganizowany. Nie tracił czasu na myślenie. Sprawdził raz jeszcze współrzędne lotu. Zastartował fotonowy silnik i ruszył w kierunku Karpi. Miało mu to zająć siedem minut i trzydzieści sekund. Oczywiście mógł szybciej, ale nie chciał szkodzić ziemi Magary. Nie zastanawiała się nad tym, że ma staranie o planetę, którą rozkazano mu zniszczyć. Przez pierwsze dwie minuty leciał bez żadnych niespodzianek. Na początku trzeciej minuty poczuł wibracje, bliżej nieokreślonej przyczyny. Wibracje zaczęły się nasilać i kiedy wskaźniki zaczęły w końcu coś pokazywać, stracił przytomność.  
Ocknął się na polu zboża. Widział błękitne niebo i słyszał śpiew jakiegoś ptaka. Jego wspomaganie odczytywania danych oznajmiło mu, że to skowronek, rodzaj ptaka, który znikną z Ziemi, sto trzydzieści lat temu. Zboże okazało się pszenicą i było gotowe do żniw. Najmłodszy pułkownik federacji nie miał najmniejszego pojęcia, gdzie jest statek. Wiedział, że sam jest w pobliżu, a właściwie na peryferiach Karpi. Miał na sobie nadal nieuszkodzoną i gotowa do użycia Doskonałą Broń. Podniósł się i spojrzał w kierunku miasta. Polem szedł człowiek ubrany w lnianą szatę sięgającą prawie do połowy łydek. Miał włosy do ramion o kolorze pszenicy. Po mniej niż minucie stanął przed Palmerem.
–  Witaj nieznajomy. Jestem Lone. Zaprowadzę cię do miasta.
–  Skąd wiedziałeś, że tu będę, Lone? Co się stało z moim statkiem i co się stało ze mną?
–  Wszystkiego się dowiesz w mieście, pułkowniku Palmer.
–  Wcześniej nazwałeś mnie nieznajomym, a tera znasz moje imię. Jak?
–  Cierpliwości. Powiedziałem ci, że wszystkiego się dowiesz. Chcesz zobaczyć zarządców, prawda? Oni sami ci odpowiedzą.
W oddali zobaczyli pożar.
–  Przykro mi z powodu statku.
–  Co? To mój statek płonie? On jest ciężki do zniszczenia. Potrzeba ponad dziesięciu tysięcy stopni Celsjusza by go zapalić i trzeba to zrobić od środka. Dlaczego płonie?
–  Widocznie ktoś nie chce, byś miał jak wrócić. Prawdę mówiąc, wiem trochę, ale nie mam pojęcia, jak tu się dostałeś. Może się tego dowiem w mieście.
–  Jesteście podobno nieszkodliwi. Czy to miło palić na dzień dobry statek Federacji?
–  Jak ten fakt ma się do zamiaru zniszczenia antymaterią Magar, zwalając winę na anomalie Amosa, a tylko po to, by ukryć fakt zamiaru zniszczenia naszych ludzi?
–  Skąd o tym wiesz? – Palmer powiedział to spokojnie, ale w prawdzie był mocno zdziwiony.
–  Mówiłem ci, że trochę wiem. Widzę, co masz na sobie. To nie twoja krew miała się polać. Dobre jest to, że tak naprawdę, nie chciałeś spełnić tego strasznego czynu.
–  Jeszcze tego nie postanowiłem.
–  Tak tylko się bronisz, by przed samym sobą nie przyznać się, że z powodu pocałunku Klaudii postanowiłeśś być nielojalny wobec rozkazu Rady. Nie sądzisz, że rozkaz unicestwienia trzech tysięcy ludzi nie świadczy dobrze o was?
Palmer poczuł pewną ulgę. Tak, Lone miał rację. Wizerunek doskonałej społeczności Zjednoczonych Planet Federacji i rozkaz zniszczenia całej planety, by ukryć pragnienie unicestwienia jednego miasta, raczej nie świadczył dobrze o Radzie. Można by to nazwać dokładniej i dosadniej, nieuzasadnioną zbrodnią z premedytacją.
–  Nie chcesz pić? – zapytał Lone kiedy zaczęli już iść.
–  Może trochę. Czemu pytasz, skoro nie masz ze sobą wody?
–  Może trochę, to nie jest zdecydowana odpowiedź. –  odrzekł blondyn, nie wnikając w przypuszczenie Palmera.
Młody agent znowu musiał przyznać rację mężczyźnie w średnim wieku o opalonej cerze.
–  Jestem spragniony. –  odrzekł szczerze.
Mężczyzna kiwnął głową, że taka odpowiedź go zadowala, ale nic nie odpowiedział. Nie uszli nawet dziesięciu kroków, kiedy zobaczyli dwa worki wyglądające na wyprawioną skórę krowy.  
–  Ktoś litościwy pomyślał i o mnie. Bierz śmiało. To woda z naszego wodospadu Kryształowej Skały. – rzekł Lone.
–  Pewnie sam to zostawiłeś i teraz się zgrywasz.
Lone zatrzymał się w pół kroku i odrzekł z wielką powagą.
–  Nie jestem doskonały, ale nie kłamię. Domyślam się kto mógł to przyteleportować. Widzisz, działamy razem. By ta woda tu się znalazła musiałem wysłać myśl do Tolema. Katria musiała ją otrzymać od niego. Przeteleportować puste worki z krowiej skóry do Kryształowego wodospadu. Tam Sali musiał je napełnić, bo woda z wodospadu nie jest posłuszna naszym rozkazom. Wówczas musiał je napełnić i zanieść do Kamienia Spełnienia, następnie Katria przeteleportowała je tutaj. Masz teraz  możliwość pojęcia, jak działamy. Czy wasza technika mogłaby zadziałać tak szybko?
Palmer czuł się dziwnie, ale dobrze. Prawdę mówiąc, pierwszy raz tak odczuwał. Odczuł coś i nie mógł powstrzymać się, by to wypowiedzieć, a może właśnie chciał usłyszeć coś, co postawiłoby przysłowiową kropkę nad < i > dotyczącą jego postanowienia.
–  Zabijacie krowy?
Lone znowu popatrzył na niego inaczej ale tym razem nie się zatrzymał w swoim marszu.. Otworzył bukłak i pociągnął zdrowego łyka.
–  Krowa nie żyje wiecznie. My nie jemy mięsa, ale mamy psy i zaprzyjaźnione wilki, które na razie nie chcą przejść na dietę warzywną. Spróbuj wody i powiedz, jak ci smakuje.
Palmer otworzył skórzany worek i skosztował ufnie.
–  Bardzo dobra. – odrzekł.
–  Zapomniałeś o czymś. – uśmiechnął się blondyn.
Młody mężczyzna spojrzał na kompana i zrozumiał.
–  Przepraszam. Dziękuję.
–  O, nie ma za co. Piłeś kiedy mleko prosto od krowy?
–  Wiesz wiele, a tego nie wiesz? –  zapytał pułkownik.
–  To było pytanie retoryczne. Wiem, że nie piłeś. Nigdy nie widziałeś żywej krowy. Nie widziałeś wielu rzeczy i nie smakowałeś nigdy naturalnych potraw.
Agent federacji coś sobie uświadomił. Nie miał pojęcia skąd Lone wie tyle o nim i o jego misji, ale najbardziej nie mógł zrozumieć, jak blondyn wie o pocałunku Klaudii. Już chciał o to zapytać, kiedy Lone klepnął go przyjaźnie po plecach i rzekł.
–  Po prostu umiem widzieć. Wszystko, co wiem, wiem od ciebie. Czego nie wiem i nie rozumiem, to skąd Klaudia wiedziała, że będziesz w niebezpieczeństwie – roześmiał się głośno, aż jego gromki śmiech poniósł się nad łanami dojrzałej pszenicy.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy, użył 3350 słów i 20201 znaków, zaktualizował 4 lip o 10:52.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • dreamer1897

    Podróże w nadprzestzrzeni - ile to by ułatwiło dzisiaj... 2 miliardy lat świetlnych to byłby piękny wynik. Doskonała broń, która nie ma wad i nic się jej nie oprze - marzenie każdej armii świata. Czy Palmer przeciwstawi się likwidacji Karpi? Chyba tak. No i jeszcze tajemniczy Lone... Wodospad Kryształowej Skały- cóż, za oryginalna nazwa do tego tak mistyczna, że nie do pomyślenia.