Doskonała broń. część 1

Doskonała broń.

Od zawsze ludzie różnili się od siebie. Niby wszyscy mają jeden nos, parę oczu i uszu, dwie nogi i dwie ręce, ale nie ma dwojga identycznych ludzi. Ludzie nie tylko różnią się wyglądem, ale i charakterami. Poza tym każdy ma jakieś zdolności. Czasem ukryte. W dawnych czasach, szczególnie w wiekach średnich, lepiej było się nie wyróżniać. Kiedy ktoś nadmiernie różnił się od innych, był czasem podejrzewany o kontakty z diabłem. Przeważnie źle się to dla niego czy dla niej, kończyło. Potem przyszedł wiek dwudziesty i wszystko się zmieniło. No może nie wszystko, ale niejako role się odwróciły. Ci, którzy się wyróżniali, stawali się sławni. Stworzono księgę rekordów i ludzie zaczęli robić, czasem bardzo dziwne rzeczy, by się wyróżnić i stać choćby na chwilę sławnym. Potem znowu trochę się zmieniło. Zaczęto ujednolicać ludzi odnośnie czynności. Jednak i wtedy, jeżeli ktoś był w czymś wyjątkowo dobry, mógł się w tym wykazać. Takimi ludźmi interesowały się rządy lub grupy władzy. Od końca XXII wieku zaczęto sprawdzać, prawie od urodzenia, w czym ktoś będzie dobry, czyli jakie ma wrodzone predyspozycje i jak można to będzie rozwinąć dla dobra społeczeństwa. Zdarzały się jednak wyjątki, że ktoś, kto miał zostać przywódcą, zostawał pilotem rakiet. Czasem, bardzo, bardzo rzadko, żołnierz odkrywał w sobie zdolności artystyczne. W XXIV wieku pomyłki już się nie zdarzały. Każdy miał wyznaczone miejsce w społeczeństwie i robił to co zgadzało się z jego wrodzonym talentem. Specjalnie zaprojektowane komputery do sprawdzania wrodzonych darów, nigdy się nie myliły. Każdy z ludzi, bez wyjątku, miał jakieś wyjątkowe cechy i w nich się doskonalił, praktycznie od urodzenia. Maszyny były dokładne do sześciu miejsc po przecinku w wynajdowaniu szczególnych cech danej jednostki. Rozwój nauki umożliwił znalezienie setek planet nadających się do zamieszkania. Jednocześnie uczyniono ogromny skok w pokonaniu odległości między gwiezdnymi systemami. Planety z odpowiednimi warunkami do życia zaczęto zaludniać. Wysłannicy Rady imperium Ziemi mieli swoich przedstawicieli w najdalszych zakątkach Drogi mlecznej. Po jakimś czasie planety zaczynały żyć swoim własnym życiem, ale wszędzie bez wyjątku panowały te same prawa i porządki.  
Palmer miał dwadzieścia dwa lata i był agentem specjalnym. Agenci specjalni byli wszechstronnie wykształceni i ich zdolności nie obejmowały tylko jednej dziedziny. Musieli być w doskonałej kondycji fizycznej i psychicznej. Musieli umieć obsługiwać większość maszyn zarówno latających jak i naziemnych. Byli ekspertami w używaniu wszelkiego rodzaju broni, jak i w walce wręcz. Bo i te zdolności czasem się przydawały. Potocznie zwano ich super ludźmi, chociaż z racji funkcji byli znani tylko jednostkom i to z najwyższej półki. Palmer zaczął ćwiczyć wszystkie swoje zdolności już od trzeciego roku życia. Trenował na jawie i we śnie. Teraz miał sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu i ważył osiemdziesiąt kilogramów. W jednym ciele znajdował się genialny psycholog i mistrz wszelkich stylów walki. Właśnie tego dnia stał na wełnianym, ręcznie tkanym dywanie, w gabinecie generała Stanleya Clarka. Był pogodny, czerwcowy dzień, roku 2373 roku.  
– Proszę usiąść, agencie Pulsar.
– Dziękuję, panie generale.
– Przejdę od razu do rzeczy – zaczął Clark – chodzi o planetę Magar w gwiazdozbiorze Andromedy. Czy jest pan zaznajomiony z problemem?
– Chodzą pogłoski... – zaczął Palmer.
– Te pogłoski nie oddają nawet połowy problemu – przerwał mu Clark.
Wpatrywał się chwilę w błękitne oczy Palmera
Przystojny młodzieniec, pomyślał generał.
Clark ukończył niedawno pięćdziesiąt dwa lata, z których trzydzieści osiem spędził w armii. Podczas rozmowy, siedział za kryształowym biurkiem, zrobionym z oryginalnego kwarcu. Na nim, poza kwantowym ekranem komputera znajdowało się jedynie zdjęcie rodziny. Żony Rebeki i córki Klaudii. Dziewczyna miała piękną buzię, której ozdobą stanowiły wielkie zielone oczy. Właśnie na ułamek sekundy wzrok generała spoczął na jej podobiźnie. Jako jedynaczka była oczywiście jego oczkiem w głowie. Ukończyła miesiąc temu dwadzieścia jeden lat i nie miała jeszcze narzeczonego. Zwykle w tym wieku ludzie mieli już swoich wybranych. Młodzieniec był raz prywatnie w domu generała i zrobił dobre wrażenie zarówno na żonie, jak i  prawdopodobnie spodobał się Klaudii. Teraz jednak dowództwo naciskało, by wysłał na Magar swojego najlepszego agenta. Biuro Clarka znajdowało się na dwieście trzydziestym piętrze jednego z tysięcy drapaczy chmur w Amaranti, w najnowocześniejszym mieście świata, wybudowanym od podstaw na piaskach Sahary, która teraz została zamieniona na zamieszkałą oazę, jedną z nielicznych miejsc na Ziemi, gdzie można było znaleźć trochę roślinności. Technika wypierała naturę i niegdyś pełna lasów planeta nie przypominała teraz tego co istniało od milionów lat. Palmer siedział spokojnie i czekał, co powie jego przełożony.
– Planeta Magar przypomina Ziemię. Jest tam tylko dziesięć procent mniej wody niż u nas. Zamieszkuje ją około miliona ludzi, bardzo niewiele biorąc pod uwagę powierzchnie, być może z powodu odległości od centrum Federacji Ziemi.
Clark spojrzał jeszcze raz w oczy młodzieńca.
– Misja jest tajna.
– Oczywiście generale.
– Mów mi, Stanley – uśmiechnął się krótko, lekko szpakowaty, harmonijnie zbudowany, o opalonej cerze mężczyzna.
Przez ułamek sekundy młodzieniec jakby się zawahał.
– Powinieneś – powiedział nieco łagodniejszym tonem Clark, wyczuwając trudności w przełamaniu protokołu u młodego mężczyzny.
– Tak jest, generale Stanley.
– Wystarczy Stanley. Chcę, byś to załatwił dobrze i wrócił szybko. Zarówno ja jak i Rebeka chcielibyśmy cię znowu zaprosić na obiad.
Palmer nie był głupcem i od razu wyczuł, że prawdopodobnie Klaudia też musiała szepnąć słowo odnośnie tej sprawy.
– Nie jesteś zainteresowany, dlaczego musimy wysłać na Magar jednego z naszych najlepszych agentów? – zapytał Clark.
Młody człowiek pominął wyraźne pochlebstwo i odpowiedział, jak przystało na żołnierza.
– Mniemam, że wszystkiego się dowiem w odpowiednim czasie, chociaż coś słyszałem o tym miejscu.
– Mówiłeś, że coś słyszałeś...
Palmer nieznacznie się uśmiechnął. Patrzył prosto w twarz generała, ale widział również za jego sylwetką, przez szklane ściany gabinetu, błękitne niebo, a w dali inne wieżowce Amaranti.
– Większość mieszkańców Magaru postępuje jak wszyscy ziemianie i mieszkańcy innych zasiedlonych planet. Chodzi o jedno małe miasto, czy tak?
– Trwają prace, by dojść do tego, jak coś takiego mogło umknąć systemowi. Wstępne badania mówią, że zostały sfałszowane dane docierające do systemu komputerów planety. Z powodu tego oczywistego niedociągnięcia odwołano natychmiast zarządcę i cały personel. Zaraz po powrocie przeprowadzono drobiazgowe dochodzenie, niestety świadomość czwórki przedstawicieli Federacji na Magarze nie wykazała niczego. Ludzie ci o niczym nie wiedzieli, co jest wprost nie do uwierzenia. Kiedy wysłano tam nowych ludzi z Federacji planet, pojazd z dowództwem zniknął z systemu lokacji.
– To także słyszałem. Dlaczego nie przeprowadzono akcji radykalnej? Pojazd mógł zostać zniszczony...
– Gdyby tak się stało, nasza reakcja byłaby inna. Oczywiście leżałoby to w gestii zarządców Magaru. Dla dobra Federacji pragniemy udaremnić przelew krwi. Jednak największym powodem, dla którego nie chcemy przeprowadzić żadnych środków, jest fakt, że biorytmy wszystkich członków załogi pojazdu wskazują, że oni żyją. Pomiary funkcji życiowych nie odbiegają od normy. Gdyby byli więzieni, niektóre subtelne odczyty dałyby nam o tym znać. Żyją i czują się dobrze. Nie wiemy tylko dlaczego nie kontaktują się z nami. Twoim zadaniem jest ich odnaleźć i odkryć przyczynę anomalii.
– Anomalii? Chodzi panu generale o to dlaczego nowi zarządcy miasta Karpi nie dają żadnych znaków?
Twarz generała się wygładziła i przez moment przyjęła nawet wygląd zadowolenia. Tak odebrał to agent, jednak nie było to zupełnie trafne odczucie Palmera. Dalsze słowa Clarka uświadomiły młodzieńcowi, że jego dowódca chciał raczej pokazać wyrazem twarzy jak bardzo Palmer jest nieobeznany z innością mieszkańców Karpi.
– Anomalie dotyczą samych mieszkańców. Oni wszyscy mają moce. No może prawie wszyscy. Wiemy to z jednego raportu, który przypadkowo przechwyciliśmy. Teraz nasi specjaliści od psychologi są zdania, że chciano, by tak się stało, czyli abyśmy tak sądzili. Naprawdę nikt nie wie, co tam się dzieje. Reszta populacji Magory nie różni się niczym od ogólnie przyjętego wzorca typowych ludzi. To niesłychane, że nawet oni nie mogą zdobyć i przesłać nam czegokolwiek odnośnie Karpi.
Palmer uniósł brwi ze zdziwienia.
– Moce? O czym pan mówi, generale?
Mężczyzna przesunął swoją prawą dłoń i dotknął nią dłoni młodego agenta.
– Słyszałeś słowo czary? – Clark był jak najbardziej poważny, kiedy to powiedział.
– Oczywiście, że słyszałem. To coś, co nie istnieje.
– Jest nienaukowe, ponieważ nie da się wyjaśnić, ale istnieje. Prosiłem, byś mówił mi Stanley. Stanley, nie panie generale, a nawet panie Stanley. Możesz to zrobić, to nie jest rozkaz a tylko prośba?
– Oczywiście, Stanley. Proszę wybaczyć, jeżeli się pomylę.
Teraz dopiero generał uśmiechnął się szeroko.
– Pomylisz się. Podobno nie popełniasz pomyłek. Jesteś doskonały.
Tym razem na twarzy młodzieńca nie pojawił się nawet najmniejszy znak.
– Nikt nie jest doskonały.
– Miałem na myśli ludzi.
Takie stwierdzenie wypowiedziane przez generała mogło prowadzić zakłopotanie u każdego. Większość czterdziestomiliardowej populacji Federacji planet nie wierzyła w Boga. Palmer się do nich zaliczał. Z powodu szacunku i zwykłej ostrożności, młodzieniec nie chciał drążyć tematu.  
– Jak wiesz, w przeszłości, mam na myśli czasy średniowiecza i wcześniej, wierzono w czary. Potem okazało się, że niektóre ze spraw nazywanych poprzednio czarami dało się wytłumaczyć naukowo. Może się źle wyraziłem odnośnie mieszkańców tego miasta. Z jedynego dostępnego raportu o mieście Karpia wynika, że większość mieszkańców tego trzy tysięcznego skupiska posiada nadprzyrodzone zdolności takie jak jasnowidzenie, teleportacja, kontrolowanie pewnych aspektów energii i inne. Z wymienionych tylko jasnowidzenie, czyli dokładne przewidywanie przyszłości, nie jest możliwe przez nasze urządzenia. Rada pragnie dowiedzieć się więcej o tym mieście, a właściwie o mieszkańcach. Niektórzy członkowie rady są jednak za wprowadzeniem radykalnych środków, ale ta decyzja musi być podjęta jednogłośnie, by mogła być wprowadzona w życie.
Po twarzy młodzieńca przeszedł chwilowy grymas.
– O jakich radykalnych środkach mówimy? – Palmer domyślał się, ale chciał to usłyszeć z ust swojego dowódcy.
– Anihilacja – na twarzy Clarka można było dostrzec wielki żal i niechęć.
– Czy to jest uzasadnione?
– Moralnie? Z pewnością, nie. Mówimy o trzech tysiącach istot, które do tej pory nie zrobiły nikomu krzywdy. Nie jesteśmy barbarzyńcami.
– Nawet bardzo złych ludzi tylko się zamraża w oczekiwaniu na rozwój nauki, który może w przyszłości resocjalizować niedostosowane jednostki. Dlaczego w ogóle ktoś miał taki pomysł?
– O tym porozmawiamy innym razem. Nie jestem za takimi rozwiązaniami. To właśnie cała reszta Rady poprosiła mnie o pokojowe i humanitarne rozwiązanie problemu miasta Karpia.
Trwała cisza i kiedy Palmer miał już właśnie otworzyć usta, żeby cos dodać, obaj mężczyźni usłyszeli pukanie. Unieśli brwi na znak zdziwienia. Podczas kiedy generał Obrony Bezpieczeństwa Wewnętrznego Federacji Planet miał spotkania, tylko w wypadkach nagłych możliwa była z nim komunikacja elektroniczna, a tu prawdopodobnie chodziło o fizyczny kontakt z kimś z zewnątrz.
– Proszę wejść – powiedział generał bez specjalnego zaskoczenia czy gniewu. Lata służby robiły swoje i potrafił praktycznie ukryć choćby najmocniejsze emocje. Drzwi zostały otworzone i do oszklonego z trzech stron gabinetu wszedł jego adiutant, kapitan Samuel Marks. Niespełna czterdziestoletni brunet o twarzy anioła i budowie Herkulesa.
– Tak?
Kapitan zasalutował i oznajmił powód dziwności złamania wszelkich protokołów.
– Melduje, że przyszła pańska córka, panienka Klaudia Clark.
– Proszę poprosić, by weszła.
Wzrok generała na chwilę zszedł z twarzy Palmera i spoczął na rodzinnym zdjęciu stojącym na jego kryształowym biurku. W ułamku chwili ojciec Klaudii zrozumiał, że powód wizyty jego dziecka mógł być tylko jeden.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy, użył 2188 słów i 13222 znaków, zaktualizował 26 cze o 17:54.

3 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Almach99

    Miasto Karp, czy Karpia?

  • AlexAthame

    @Almach99 Karpia. Napisałem gdzieś inaczej? Sprawdzam błędy, ale nie zawsze się uda wszystko dostrzec. Gdzieś napisałem Luna a powinno być Lurna, ale to w dalszych odcinkach.

  • AlexAthame

    @dreamer1897 Czy wszystkich to intryguje, nie wiem. Większość się martwi czy do pierwszego starczy. Dla innych ważne czy jest co zapalić i wypić. Mam kilka futurystycznych opowiadań. To, co jest we krwi i krótkie kawałki w Sprzedawcy i Kiedy otworzysz oczy. Ta dwa ostatnie opowiadania są bardzo krótkie, natomiast pierwsze z wymienionych, bardzo długie.Myślę, że Doskonała broń Cię nie zawiedzie. Dziękuję za komentarz. Ps. 2373 rok.

  • dreamer1897

    @AlexAthame Musiałem źle cyferki na numlocku wcisnąć, dzięki za czujność.  Mnie wizja przyszłości bardzo ciekawi. To znaczy jakieś substancje na nieśmiertelność czy przedłużenie życia, bioniczne elementy ciała, wyhodowane narządy czy pojazdy, które zupełnie zrewolucjonizują transport. No i wizja eksploracji innych światów.

  • AlexAthame

    @dreamer1897 Naprawdę sądzisz, że ludzie znajdą substancje na nieśmiertelność. Coś jak rewelacyjne szczepionki Pfizera. Czytaj dalej to zobaczysz o czym te opowiadanie jest.Dziękuję za odpowiedź. Pozdrawiam.

  • dreamer1897

    To mi się zaczyna podobać. Rok 2373 i agent Palmer, który ma niesamowicie ważną misję. Uwielbiam książki o agentach, ale tu jest połączone wszystko w świecie futurystycznym, który na pewno intryguje nas wszystkich.