Błękit cz 2

Przywódca powoli powracał do siebie. Zanim mocno stanął na nogi, także zrozumiał. Sentera powalił go, a potem bronił. Nie wiadomo czemu. To, że Sentera nie chciał walczyć, zmieniło na chwilę wilcze serca. Przeciągły skowyt rozpaczy pomieszany z jakimś bólem, wydarł się z gardła Sentery. Tany nadal piastował stanowisko przywódcy. Niedoszli mordercy odchodzili potulnie. Brązowy wilk spojrzał jeszcze raz na to co kochał, a potem zaczął gnać w kierunki migoczącej nad drzewami szmaragdowej poświaty. Biegł bez zatrzymania najszybciej jak mógł. Zostawił już stado, terytorium. Zatrzymał się, by uspokoić oddech i serce. Wiedział, że nikt go nie goni, a jednak... Poczuł słodki zapach. Tylko jedno tak pachniało. Piękna? Niemożliwe! A jednak. W chwilę potem czarne ciało Ajsy uderzyło go przyjaźnie w bok.
— Jestem twoja, czy chcesz czy nie — mruknęła. Chyba chcesz? — zdawała się sama odpowiadać.  
Jej wilgotny jęzor przejechał po pysku Sentery. Księżyc rozświetlał polanę. Sentera i Ajsa pędzili w kierunku szmaragdowej zorzy. Ajsa obijała się bok o jego bok. Brązowy wilk zatrzymał się,  Ajsa zatrzymała się kilka metrów dalej. Santera czuł, że dzieje się coś w jego ciele. Stanął silnie na nogach, wygiął ciało w łuk tak, że jego śliczny pysk znalazł się w pionie. Z gardła wydobył długi przeciągły zew. Skowyt wolności, rozpaczy i żalu, rozdarł uśpioną tajgę. Jego bracia i siostry usłyszeli go. Z ponad czterdziestu gardeł rozległ się odzew. Tany milczał, ale po chwili i on dołaczył do wilczej sfory. Żył, a nie powinien i to nie mieściło się w jego wilczym umyśle. Żył dzięki dziwnemu, samotnemu teraz wilkowi, który wybrał prawie pewną śmierć, żeby on, Tany prowadził nadal stado.
Ajsa nie wyła tak głośno jak jej wybraniec, ale bardzo się starała mu dorównać...  
Zamilkli. Wilczyca znowu uderzyła go przyjaźnie bokiem, a potem znowu przejechała jezorem po jego pysku. Wydzielała zapach, który drażnił jego zmysły i sprawiał, że nie kontrolował swojego ciała. Zaczęli walczyć, ale inaczej niż zawsze...  
Gdy to się skończyło, Sentera czuł się wyczerpany i leżał na wilgotnym mchu, a Ajsa położyła głowę na jego karku.
    Zaczęły się trudne dni dla obojga. Na szczęście terytoria innych grup znajdowały się daleko. Mimo tego, cały czas musieli być czujni. Przecież nie tylko oni zamieszkiwali puszczę. Po kilku tygodniach Sentera zauważył, że coś działo się z wilczycą. Zachowywała się inaczej i zmieniła nieco wygląd. W końcu wilk zrozumiał... Jego wilczy instynkt mówił mu, że poziomki i jagody nie wystarczą. Jej brzuch zaokraglił się. Polował dla niej i zaczął zabijać, to królika, innym razem ptaka. Stał się czujny i starał się spędzać przy niej wiele czasu. Rozumiał, że jest teraz bardziej bezbronna...                                        

Szóstka ślicznych zawiniątek pojawiła się na tym planie. Sentera czuł się dumny. To jego! Polowania skracał do minimum. Kiedy ona nasyciła się, on zjadał co zostało. Dotykał szare maleństwa swoim nosem. Zapoznały się także z jego szorstkim jęzorem. Chociaż wolały być lizane przez matkę. Na początku ślepe i bezbadne, rosły szybko i cieżko je było utrzymać w jednym miejscu. Do tej pory mieli niesamowite szczęście. W końcu on postanowił, że nie można tak dłużej. Podjął decyzję w swoim sercu. Zaczęli iść w wybranym przez niego kierunku. On z przodu, sześć młodych wilczków (cztry samce i dwie samki), a  Ajsa zamykała pochód. Nie miała pojęcia dokąd idą, ale ufała jemu. Czuła, że to nie zabawa i po kilku małych upomnieniach wilczki zrozumiały, że muszą iść dokładnie śladem ojca. W końcu Ajsa poczuła znajomy zapach. Sentera specjalnie szedł pod wiatr aby stado poczuło ich jak najpóźniej. Oczywiście nie byli w tym samym miejscu, ale nos Sentery sprawił się znakomicie. Nie wiedział jak to wie, ale czuł, że przyjmą samkę i jej maleństwa. Kiedy byli już blisko, zawył krótko. Tany poznał go i zrozumiał. Miał teraz następną siódemkę do opieki. Ajsa w mig zrozumiała, że wróciła do stada, ale traci męża i przyjaciela. Wydała krótki zew. Stado wyło przeciągle, jak gdyby chciało powiedzieć, ,,zostań” Tak jednak nie mogło być. Tany i Sentera nie mogli być razem. Wilki wyły przeciągle, a serce Sentery rwał ból nie do zniesienia. Po raz drugi tracił wszystko co kochał i więcej jeszcze...  
Gnał jak szalony by nie słyszeć stada. Przystanął i zdawało mu się, że słyszy cichy zew Ajsy. Oddalił się jeszcze trochę. Wszystko ucichło, słyszał tylko bicie swego serca.
                                                                            *
Sentera przez pierwsze dni nic nie jadł. Wilki są niezwykle odporne na głód, mogą nie jeść ponad miesiąc. Ale on nie jadł z powodu, bo brakowało pożywienia. Poprostu nie chciał. W końcu głód przemógł go. Jego organizm potrzebował energi. Od czasu ciąży Ajsy i potem, nie zaspokajał głodu. Chociaż miał ciało wilka i płynęła w nim wilcza krew, naprawdę wilkiem nie był. Nigdy nie popatrzył tam, skąd przybył...  
Teraz poczuł zapach królika. Sentera zakradł się pod wiatr. Kłapołuchy nie miał szans, jedno kłapnięcie i po wszystkim. Zaspokoił głód, resztę zostawił dla tajgi. Mijały tygodnie...
     Trzy wilki z sąsiedniej watachy wypuściły się daleko. Zwietrzyły swoisty zapach, a jednak obcy. Intruz, wróg. Ich błąd polegał na tym, że nie były na swoim terenie. Jak mogło to ujść ich uwadze! Tygrys zaznacza swoje królestwo moczem, a wilki mają swoje sposoby. Pomyłki zdarzają się rzadko. W normalnych warunkach skończyłoby się na pokazaniu kłow i warknięciach. Jednak one sądziły, że intruz wkradł się na ich teren, a to oznaczało jedno. Wróg, śmiertelny. Przyspieszyły, zapach drażnił ich nozdrza. Sentera zwietrzył ich także, ale niczego się nie obawiał, znajdował się na terenie neutralnym. Dlatego ogarnął go rodzaj zdziwienia, więcej niż strachu, kiedy trzy szare cielska rzuciły się na niego bez żadnego ostrzeżenia. Uskoczył, zjeżył sierść na karku i pokazał kły.  
— Czego chcecie! — zdawał się im powiedzieć.
— Jesteś już martwy, to nasze terytorium — zdawały się mówić.
Sentera nie zrozumiał, ale nie miał czasu na negocjacje, bowiem pierwszy z nich wystrzelił jak z procy w jego kierunku. Sentera zaspokoił wprawdzie głód, ale jego kondycja wciąż pozostawiała wiele do życzenia. A nawet wówczas, jeśli byłby w pełni sił, sytuacja nie wygladała zbyt różowo. Pojedynek o przewodnictwo w stadzie to jedna sprawa. Intruz na terytorium, to inna. Wiki nie uczą się matematyki ani teori walki, jednak brązowy wiedział, że jest ich więcej. U walczących zwierząt ani masa, ani siła i nawet szybkość nie jest decydujaca, chociaż oczywiście nie jest bez znaczenia. Znane są przypadki, że dzika kotka pogoni gryzzli. A rosomak atakuje zwierze wielokrotnie większe od siebie. W tym wypadku Sentera nie czuł się winny i to było jego atutem, ale niestety, miał prawie zerowe szanse. Ktoś pomagał jednak losowi. Giyana i jej mieszkańcy nie mogliby zdąrzyć tym razem...
Niektóre gatunki zwierzat mają partnera na życie. Kaczki lub łabędzie. Ewenementem są nepalskie ptaki, które zabijają się kiedy ich partner umrze lub zginie. Partner głodzi się na śmierć, partnerka wznosi się wysoko i spada na ziemię. U wilków po okresie ruji, mieszają się. Chociaż u psów i kotów bywają zwiazki, nazwane przez ludzi, kazirodcze. U wilków to nie występuje. Tygrys zamknięty w klatce z lwem odmiennej płci nigdy się nie zbliży do samicy.
     W jaki sposób, Ajsa czuła dziwną tęsknotę za tym brazowym wilkiem? Tylko wie ten, co wie wszystko. Przecież nie mogła pamietać, że uratował jej życie. Miała małe wilczki i nic nie mogło zmienić instynktu matki. Jednak jej matczyny obowiązek i przywiązanie malało w miarę jak wilczki rosły. Wreszcie poczuła, że są na tyle dorosłę, że może iść za pragnieniem swojej duszy czy serca. Tak czy inaczej, stado zaopiekowałoby się nimi w sposób, jaki ludzie, w tak zwanych rozwinietych społeczeństwach, mogliby się uczyć od tych nielubianych przez ogół czworonogów.
Ajsa bez pożegnania zaczęła gnać do miejsca w którym urodziła maleństwa. Coś jej mówiło, że go tam znajdzie. Gnała jak oszalała, aż poczuła znajomy zapach. Zmęczenie prysło jak bańka mydlana. Jednocześnie jej sierść na grzbiecie zjeżyła się, ponieważ poczuła równocześnie inne zapachy.
     Przybyła na rozświetloną pełnia polane w samą porę... Pierwszy z wilków wyprzedził dwa pozostałe o ułamek chwili. Głód i obowiazki osłabiły ciało Sentery, ale nie jego naturalne własności. Jego umiejetność walki również nie ucierpiała. Zrobił błyskawiczny unik i jego ostre jak brzytwy kły rozerwały gardło napastnika. Jego ostatnie kłapnięci zmieszało się z warknięciem i bulgotem pompowanej krwi z rozerwanej aorty. Dwa rozpędzone cielska szybowały w kierunku brązowego, kiedy nagle, czarna błyskawica uderzyła w bok jednego i trzy skłębione ciała minęły stojącego nisko na tylnich łapach, Senterę. Ajsa nie była już lekkomyślną, młodą wilczycą. Dużo nauczyła się u boku swojego przyjaciela i partnera. Sentera nie miał czasu cieszyć się z jej powrotu. Wilki i Ajsa zebrały się z miejsca. W naturalnych warunkach Sentera atakował by najbliższego i to jak najszybciej. Powrót wilczycy wszystko zmienił. Miał o nią staranie z powodu, o którym nic nie wiedział. Błyskawicznie skoczył nad bliższym przeciwnikiem, by bronić nieprzygotowaną samicę. Jego kły złapały kark szarego wilka. Ajsa wprawdzie wybiła ich z kierunku ataku, ale nie zrobiła im żadnej krzywdy. Zaatakowany szary zawadził kłami tylnią łapę wilczycy. Dzięki... bo szykował się na jej mięki brzuch. Ponieważ impet Sentery przewrócił i unieruchomił go, Ajsa postąpiła jak wyćwiczony wojownik. Bez zastanowienia zatopiła kły w odkrytym brzuchu szarego. Ostatni z atakujących, zaatakował dwójkę, nie zdając sobie sprawy, że jego kompan opuszcza właśnie ten plan życia. Jego szczęki rozerwały boleśnie mięśnie uda Sentery, tuż za zgięciem. Unieruchomiona Ajsa nie mogła nic uczynić. Sentera nie wiedział jak to możliwe, że stanął na nogach. Stał na trzech, a ból rwał niemiłosiernie. Trzeci wilk był w pełni sił. Wilki stanęły naprzeciw siebie. Zaatakowały równocześnie. Wilki nie mają w zwyczaju atakować szczęk. Ich ulubionym miejscem jest szyja, a potem brzuch. Ranny w nogi wilk ma małe szanse z całkiem zdrowym przeciwnikiem. Sentera z powodu rany, chybił. Oba wilki starały się rozerwać szyję przeciwnika, gdzie pulsowała główna rura z życiodajnym, szkarłatnym płynem. W tej małej chwili na przestrzeni niespełna minuty Ajsa drugi raz uratowała Sentere od niechybnej śmierci. Mimo ogromnego bólu zerwała się i zaatakowała całą masą, dużo większego samca. Znowu jak na początku walki, czarna wilczyca wybiła atakujacego z obranego kierunku, ale nie zdołała mu zrobić krzywdy. Dzięki jednak temu wilk chybił i jego zwarte szczęki napotkały pustkę. Jednak kij ma dwa końce. Ponieważ ciało szarobrunatnego wilka zmieniło kierunek, szczęki Sentery kłapnąly powietrze. Jej ciało bezwładnie zwaliło się na samca. Ona nie mierzyła ataku, po prostu ratowała desperacko swojego drucha. Przewróciła obcego wilka na bok i częściowo unieruchomiła go swoją masą. Wilk chciał ją najpierw zrzucić, potem zaatakować. Ona jednak uprzedziła jego atak. Ponieważ znajdowała się na nim, miała większą swobodę. Wygięła cielsko i zaatakowała to co było najbliżej. Mięki brzuch szarego samca.  
To już przechyliło szalę zwycięstwa. Lecz Sentera nie czekał, aż ranny wilk umrze powoli lub co gorsza zrani samkę. Tym razem nic nie zmieniło miejsca jego ataku. Jednym szybkim kłapnięciem zdławił gardło i tak już ciężko rannego wilka. Walka się skończyła. Trzy martwe cielska leżały na szkarłatnej sciółce. Sentera i Ajsa dyszeli ciężko. Chociaż wyszli zwycięsko z pojedynku mieli ranne nogi, przez co ich życie wisiało na włosku. Wilczyca próbowała wstać. Udało się jej, ale o polowaniu nie było mowy. Odeszli daleko od zabitych wilków. Wiedzieli, że krew zwabi inne zwierzęta. Na szczęście inne wilki nie zapuszczały się tak daleko. Mieli przynajmniej co pić. Nieopodal znajdował się mały strumyk. Ona lizała jego rany. Posilił się malinami i borówkami leśnymi. Przez pierwszy tydzień pościli. Wzajemnie lizali swoje rany. Na szczęście nie były zbyt głębokie. I tym razem mieli wiele szczęścia. W nastepnym tygodniu udało my się upolować królika. Jego noga miała się nieco lepiej niż jej, ale i ona też dochodziła do siebie. Sentera położył królika przed nią. W końcu i Ajsa mogła się poruszać. Po trzech godzinach przyszła z upolowanym lisem. Była tak dumna z siebie, że jej pysk aż się uśmiechał.  
Nie jestem taka zła, co, zdawała się mówić. Tym razem położyła mięso przed nim i czekała aż się posili. Sentera zjadł. Ale kiedy już doszedł do siebie, jadł znowu tylko rośliny i owoce.
Zaczęło robić się chłodno, tajga szykowała się do zimy. Po następnych dwóch tygodniach czuli się zupełnie dobrze.  

Jeszcze przez długie lata, dwa samotne wilki polowały tu, w zachodniej części tajgi. Sentera musiał czekać piętnaście tysiącleci, by dowiedzieć się kim jest.


                                   Christian, Samanta i Michelle.
Czternaście tysięcy lat później. Francja. Początek panowania Ludwika  VI.
    
Zamek markiza wyglądał z bliska bardzo okazale. Widoczny z odległości ponad 15 mil, stał majestatycznie na skale. Strategiczne jego położenie wydawało się być doskonałe. Wejście bronione zwodzonym mostem i solidną bramą. Z tyłu niedostępne skały, a poniżej urwisko. Miasto słynące z bawełny odbudowano. Budowano fortece mogące chronić przed najazdami Normanów. Zdawkowe powstania uciskanych chłopów umierały śmiercią naturalną. Wyprawy na ziemię świętą dekorowały czasy. Co świetniejsi wasale markiza udawali się corocznie na jego zamek, by osobiście uregulować podatek. W wielkiej sali jego zamku szykowano się do balu. Przy okazji odbioru lenna organizował tego typu imprezy. W czasach braku wrażliwości i zacofania markiz płonął niby pochodnia w ciemności. Francja musiała czekać kilka wieków na swoją świetność. Sam markiz nie lubował się zbytnio w pojedynkach, zakutych w żelazo rycerzy. Bardziej interesował się sztuką malarską i rzeźbą. Pragnął uchodzić za znawcę sztuki i niejako takim był. Najbardziej zależało mu na tym, by uważano go za filantropa. Dlatego coroczne zbiory lenna miały pozostać w pamięci wasali na długi czas. Nie szczędził kosztów na jadło, wystój i atmosferę. Prawie wszyscy zaproszeni siedzieli już w wielkiej sali. Brakowało ostatniego gościa. Kiedy podawano przystawki przed głównymi daniami, do sali wszedł jeden ze służby. Ukłonił się nisko przed markizem  
— Z południowej wieży zauważono Olafa de Lonre, panie.  
— Dziekuję Jaque — rzekł markiz.
— W sama porę — odezwał się do gości. Ostatni gość będzie za kwadrans — rzekł do obecnych.
     Olaf jechał powoli. Prowadził ósemkę konnych. Okiem znawcy ocenił strategiczne położenie zamku.
— To prawdziwa twierdza  — mruknął pod nosem.
Spuszczono zwodzony most nad fosą i otwarto solidną, żelazną bramę. Zajęto się gościem. De Lonre udał się za służącym markiza, a jego rycerze udali się do sasiedniej sali, gdzie zabawa trwała już w najlepsze. Tu zgromadzeni byli służący i wszyscy z ochrony, ważnych gości. Olaf obmył twarz i ręcę w misie i niezwłocznie udał się do wielkiej sali. Ten doświadczony w sztuce wojennej rycerz, dwukrotnie brał udział w krucjacie do Jerozolimy. Miał trochę ponad czterdzieści wiosen na karku. Poruszał się żwawo i był mocno zbudowany. Silnie, rozbudowane kości łuków brwiowych, wąsko rozstawione, żywe oczy i lekko posiwiała krótka broda. To wszystko sprawiało wrażenie, że mógł podobać się niewiastom.
— Nie spóźniłeś się przyjacielu — odrzekł markiz.
Wstał ze zdobionego krzesła i podszedł do Olafa. Uścisnął go serdecznie.                                                              
— Oto nasz przyjaciel, szacowny Olaf de Lonre — przedstawił go obecnym. Olaf rozejrzał się po sali. Kilku zbrojnych, parę białogłów. Zaproszono go do wielkiego dębowego stołu. Muzykańci w rogu sali zaczęli grać. Panowała atmosfera powagi, natomiast z sąsiedniej sali docierały co chwilę wybuchy śmiechu, przeplatane piskami kuchennych dziewcząt. Obok markiza siedziała jego małżonka, a dalej, sądząc po strojach, dwóch kuzynów. Uwagę Olafa przykuła wesoło rozmawiająca, młoda kobieta
— Jak droga, szacowny Olafie? — zagadnął markiz.
— Spokojna — odparł. Twój zamek to doprawdy twierdza — dodał.
— Dziękuję, Olafie. Wiem, że znasz się na tym. Bardziej, jak wiesz, interesuje mnie wystrój. Nie wszystko jeszcze ukończone. Pragnę sprowadzić parę obrazów z Venecji oraz kilka greckich waz — dokończył gospodarz. Och co za nietakt z mojej strony — przerwał markiz. Znasz wszystkich z wyjątkiem tej młodej i pięknej niewiasty. Markiz wskazał niewiastę, na którą Olaf zwrócił uwagę parę chwil temu.
— Przedstawiam ci, Samanta Bergeron, córka zacnego Louisa. Zmarł niespełna osiem miesięcy temu. Samanto, oto nasz przyjaciel, Olaf de Lonre.
Samanta skinęła głową, po tym jak Olaf powstał i dał głęboki ukłon w jej kierunku. Samanta pozostała bez rodziców. Matka jej, zmarła zaraz po jej porodzie. Samanta robiła sobie wyrzuty, że to z jej powodu. Dopiero po latach zrozumiała, że obwinniała się niesłusznie. Matka, żyła tylko trzy miesiące po jej urodzeniu. Nawet znakomity medyk z Nawarry nie mógł nic pomóc. Wychowaniem córki zajął się Louis. Dlatego jego śmierć, Samanta odczuła dotkliwie. Teraz młoda kobieta prowadziła swoja posiadłość samotnie. Traktowała służbę bardzo dobrze, dlatego kochano ją szczerze.
— Słyszałem dużo dobrego o twoim ojcu — rzekł do niej Olaf. Prosze, przyjmij moje szczere słowa pociechy, po twojej stracie.
— Dziękuję, zacny panie.
Na chwilę łzy zakręciła się jej w oczach. Samanta kochała ojca mocno i brakowało jej go teraz. Szybko otrząsneła się z nostalgi i zagadnęła do Olafa.
— Słyszałam, że byłeś panie dwukrotnie na Ziemi Świętej. Musiały to być uciążliwe i niebezpieczne wyprawy.
— Dzieki Bożej opacznośc,i dotarłem tam i z powrotem bezpiecznie.  
    Biesiada rozpoczęła się na dobre. Podano wina. Olaf nie za bardzo mógł skupić się na jedzeniu. Zwykle małomówny, prowadził dialog z Samantą. Ona odpowiadała miło i wszystko wskazywało, że rozmowa nie pozostanie bezowocna. Olaf uświadomił sobie, że brak kobiety po stracie żony daje o sobie znać... Może to i odrobina nadmiaru wina sprawiło, że przysiadł się bliżej i kontynuował rozmowę. Czuł się lekko oszołomiony jej zapachem, a jej szczery śmiech sprawiał, że czuł lekkie mrowienie w dolnej części pleców. Parł naprzód, a ona nie robiła nic, co wskazywałoby, że to jej nie odpowiada. Olaf złożył pocałunek na jej jedwabnej rękawiczce... gdy nagle jak spod ziemi wyrósł młody rycerz. Jego oczy płonęły, a żylasta prawica skoczyła na misternie zdobioną rękojeść prostego miecza.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i inne, użył 3426 słów i 19677 znaków, zaktualizował 15 paź 2020.

2 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Onyx

    "Brązowy wilk zatrzymał się,  Ajsa zatrzymała się kilka metrów dalej." - zatrzymał się/zatrzymała się
    Poszukaj synonimów.  
    "dołaczył" - dołączył
    "Żył, a nie powinien i to nie mieściło się w jego wilczym umyśle. Żył dzięki dziwnemu, samotnemu teraz" - jakoś średnio pasują mi te powtórzenia "żył"  
    "Dzieki Bożej opacznośc,i dotarłem tam i z powrotem bezpiecznie. " - dzięki/opatrzności/ a po przecinku spacja.

  • AlexAthame

    @Onyx Musze poprawic skoro czytasz.Poprzednie opowiadania maja dużo bledow.Mam teraz program dzieki kotkowi w maseczce/bez maseczki i jest duzo lepiej.A o tresci nic?

  • Onyx

    @AlexAthame treść se muszę na spokojnie przemyśleć. Jak to zrobię, to wrócę z komentem

  • Margerita

    łapka w górę biedny Santera tak długo musiał czekać by się dowiedzieć kim jest