Nowy Świat Czarownic, cz. 45

Na chwałę oficerów Siedmiu Bram okazało się, że potrafili zachować umiar w piciu nawet na oficjalnej uczcie zwycięstwa i oprócz samego generała Harolda słów rzekomej księżnej wysłuchać mogła większość wyższych dowódców.
     - Moi panowie. Wiadomości, które otrzymałam, zmuszają mnie do jak najszybszego powrotu do Złotej Bramy. Nie stało się nic złego, ale względy polityki Królestwa wymagają mojej obecności w stolicy. Wyruszam bez zwłoki, jeszcze tej nocy.
     - Natychmiast polecę zebrać eskortę.
     - Nie zrozumiałeś mnie, generale. Zamierzam podróżować z największą możliwą szybkością. Oznacza to galopadę na Demonie, najściglejszym koniu, jakiego kiedykolwiek dosiadałam. Sir Marcus łaskawie zgodził się go odstąpić. Niestety, nawet mój małżonek nie może mi towarzyszyć, nie mamy drugiego takiego wierzchowca. Pojadę więc sama. Każ przygotować najlepszego luzaka na zmianę i zapasy na tydzień drogi.
     - Pani, to niebezpieczne.
     - Nie obawiaj się, generale. Podejmowałam już podobne misje podczas tej kampanii, na zlecenie matki. Posiadam obecnie dość mocy, by poradzić sobie z każdym zagrożeniem, zarówno magicznym, jak i ze strony barbarzyńców. To zasługa nieocenionego sir Marcusa. - Nie odmówiła sobie posłania w stronę chłopaka znaczącego uśmiechu.
     - Skoro tak uważasz, pani, stanie się, jak powiedziałaś. - Oficer gestem dłoni odesłał jednego z adiutantów, by dopilnował przygotowań. - Jakie masz jednak rozkazy dla armii?
     - Kończymy kampanię. Odnieśliśmy wielkie zwycięstwo, ale nadeszła już jesień. Pora wracać przed początkiem zimy. Jutro rozpoczniesz odwrót, generale, szczegóły zostawiam na twojej głowie. Nie wątpię, że wszystkiego dopilnujesz. Barbarzyńcy są w rozsypce, ich czarownice nie zdołają zebrać szybko mocy. Wątpię, by planowali nowy atak albo próbowali przeszkadzać w odwrocie. Gdyby jednak zaszło coś niespodziewanego, gdyby chcieli podjąć negocjacje albo może wydać jednak jeszcze jedną bitwę, ostateczną decyzję we wszystkich tych sprawach pozostawiam mojemu pierwszemu małżonkowi, tu obecnemu sir Marcusowi. Ustanawiam go namiestnikiem nad armią i przekazuję prawo wydawania rozkazów. Czy wszyscy dobrze mnie zrozumieliście, moi panowie?
     - Dostojna Pani, szlachetnie urodzeni książęta nie zajmują się zwykle podobnymi sprawami. - Harold ośmielił się jednak podnieść obiekcje, polecenie młodej władczyni wydało mu się zapewne ekstrawaganckim kaprysem.
     - W pełni ufam mojemu pierwszemu małżonkowi, nadto wprowadziłam go w aktualną sytuację oraz moje zamierzenia. Zamierzenia, które wolę zachować tymczasem w tajemnicy. Czy dobrze się zrozumieliśmy? W razie konieczności sir Marcus podejmie stosowne decyzje zgodnie z otrzymanymi instrukcjami. Do spraw czysto wojskowych wtrącać się nie będzie.
     - Jak rozkażesz, pani. - Generał nie wyglądał na zadowolonego.
     - Po powrocie was wszystkich oraz całą armię czekają stosowne nagrody i wyróżnienia. Złota Brama powita was jak bohaterów. Odnieśliśmy tu przecież wspólnie wielkie zwycięstwo.
     Sudrun próbowała rozładować sytuację. Z pewnością uraziła ambicję oficera, musiała jednak przecież zapewnić Marcusowi choćby częściową swobodę działania. Traktowany jako szacowny, wymagający ochrony i pozbawiony prawa głosu pan szlachetnej krwi nie zdziałałby zbyt wiele w obliczu jakiejś nieprzewidzianej sytuacji. Czy i teraz, otrzymując niechętnie widziane przez  nowych podwładnych pełnomocnictwa, zdoła w razie potrzeby uczynić coś więcej? Oboje bardzo ryzykowali rozdzielając się, ale nie widział innego sposobu pokrzyżowania planów wiedźmy oraz uratowania Bereniki.
     Zawiadomiono, że konie czekają w gotowości, zaopatrzone w odpowiednie zapasy.
     - Doskonale, moi panowie. Liczę, że wszystkich was ujrzę wkrótce w dobrym zdrowiu w stolicy. A ty, sir Marcusie, nie spraw mi zawodu. Twego powrotu oczekiwać będę ze szczególną niecierpliwością. Postaram się zawiadomić cię o rezultatach mojej misji, pamiętaj, że zawsze chętnie nazwę cię moim zwycięskim rycerzem.
     - Ja również życzę ci powodzenia, pani i małżonko. I również będę wyczekiwał wieści, a zwłaszcza ponownego spotkania.
     - Nie przedłużajmy tych pożegnań.
     Sudrun podała mu dłoń do ucałowania, przyjęła salut zebranych oficerów i wyszła z namiotu. Szybki tętent dwóch koni oznajmił wyjazd księżnej.
     - Czy masz dla nas jakieś nowe rozkazy, panie? - spytał nienaturalnie obojętnym tonem głosu Harold.
     - Nie. Niech żołnierze odpoczną, jutro zaczniemy przygotowania do odwrotu. Wy też tymczasem odpocznijcie.
     - Jak sobie życzysz, panie.
     Zadowalając się tym połowicznym zwycięstwem, Marcus wycofał się do swojej kwatery. Z pewnością nie pójdzie łatwo, przynajmniej część oficerów wydawała się niechętna jego nowej roli. Miał nadzieję, że okażą jednak posłuszeństwo poleceniom księżnej. I nie powinno wydarzyć się nic szczególnie niepokojącego. Jeżeli przewidywali słusznie, stara wiedźma znajdowała się już w drodze do Złotej Bramy. To misja Sudrun wydawała się o wiele bardziej ryzykowna, to ona będzie musiała stawić czoła wszelakim niebezpieczeństwom i wykazać się sprytem. W dodatku, całkowicie pozbawiona talentów magicznych. On przynajmniej ma w odwodzie czary, chociaż nie powinien ich używać.
     Barbarzyńcy też nie wydawali się obecnie groźni. Tylko Aurora, jak ona sobie z tym wszystkim poradzi? Z pewnością przeklina teraz jego imię oraz chwilę, gdy ofiarowała mu znajomość zaklęć. Przeklina przekonana, że odpłacił najgorszym złem w zamian za okazaną sobie pomoc i zaufanie. Te myśli nie dawały spokoju i nie pozwalały zasnąć bardziej nawet niż niepokój o Berenikę i Sudrun. Musi coś zrobić, by przekonać dziewczynę o własnej niewinności. Wreszcie, o świcie, wpadł na pewien pomysł.
     Nie chcąc dodatkowo drażnić generała odczekał, aż obóz przebudzi się do życia i dopiero wtedy odszukał oficera.
     - O co chodzi, panie? - Harold wydawał się zajęty wydawaniem rozkazów dotyczących przygotowań do zwinięcia obozu.
     - Czy wzięliśmy jakichś jeńców podczas wczorajszej bitwy?
     - Niezbyt wielu, panie. W większości lżej lub ciężej rannych. Najbardziej poszkodowanych dobiliśmy na miejscu. Pozostałych, jeżeli wytrzymają trudy marszu, zabierzemy do Złotej Bramy. Jeżeli nie, z pewnością już nigdy więcej nie staną przeciwko nam z bronią w ręku.
     -  A brańcy pojmani wcześniej?
     - Tych księżna kazała systematycznie odsyłać, najpierw stara pani, a potem również młoda.
     - Rozumiem, chciałbym zobaczyć jeńców wziętych wczoraj.
     - Jak sobie życzysz, panie. Wybacz jednak, że nie będę ci towarzyszył, mam sporo do zrobienia. - Generał przywołał adiutanta i wydał mu rozkaz zaprowadzenia sir Marcusa do zagrody w której trzymano więźniów.
     Istotnie, nie było ich więcej niż trzydziestu. Wszyscy sprawiali wrażenie poszkodowanych w bitwie, z pospiesznie i niezbyt starannie nałożonymi opatrunkami. Zachowywali się z ponurą obojętnością, świadomi niewesołego losu, jaki ich czeka. Jeżeli przeżyją, trafią może do pracy przy karczowaniu lasów albo gorzej jeszcze, do kopalni. Jeńców skuto na wszelki wypadek łańcuchami, dając przynajmniej wodę i trochę strawy. Bez szczególnego zdziwienia Marcus zorientował się, że to w większości ludzie spod znaku Srebrnego Lisa, sprawiający wrażenie bardziej prymitywnych i barbarzyńskich od nielicznych tutaj wojowników poległego tana Arnolda. Przyglądał się uporczywie tym ostatnim, szukając jakiejś znajomej twarzy. Wreszcie znalazł. Wydało mu się, że rozpoznał starszego już wiekiem wojownika, trzymającego często straż na wałach grodu.
     - Przyprowadź tego tam człowieka z obandażowaną ręką, chciałbym porozmawiać z nim na osobności.
     Adiutant przekazał polecenie kilku strażnikom i wkrótce przed Marcusem stanął zachowujący nadal ponurą obojętność barbarzyńca.
     - Służyłeś w grodzie tana Arnolda? - upewnił się.
     - Tak, panie.
     - Wiesz, kim jestem? Poznajesz mnie?
     - Tak, panie. Byłeś u nas jeńcem, nasz tan i jego dziewuszka traktowali cię dobrze. Potem uciekłeś w jakiś dziwny, może czarodziejski sposób, nie widziałem tego na własne oczy, ale różnie ludzie o tym mówili. A teraz Dobrzy Bogowie sprawili, że zostałeś tutaj panem i słuchają twoich rozkazów, a my przegraliśmy i popadliśmy w niewolę. Ale nie łudź się, że chociaż twoja wiedźma zabiła naszego tana ogniem i przegraliśmy bitwę, złamała ducha wolnych Ludzi Północy. Nasza dziewuszka, panienka Aurora, też potrafi ciskać płomienie i dostała starą wiedźmę. Sam to widziałem, a i ty może również. Na pewno nie podaruje spalenia ojca, taka śmierć żąda zapłaty.
     Marcus poczuł nieprzyjemny dreszcz, nie zrezygnował jednak ze swoich planów.
     - Wezwałem cię właśnie w sprawie panienki Aurory. Mam wiadomość, która może okazać się dla niej ważna. Czy jeżeli cię uwolnię przysięgniesz na Dobrych Bogów, że przekaz wiernie moje słowa? Panience Aurorze i tylko jej?
     - A czegóż to miałaby wysłuchiwać od wroga?
     - To nie twoja sprawa. Przysięgnij na Dobrych Bogów. A może wolisz zgnić w niewoli? Jeżeli przysięgniesz, każę wypuścić również twoich pobratymców.
     - Co to za wiadomość, panie?
     - Najpierw przysięgnij!
     - Przysięgam na Dobrych Bogów, że przekażę twoje słowa, panience Aurorze. Tylko jej i tak szybko, jak tylko zdołam. Ale co ona z nimi zrobi, to już jej wola.
     - Dobrze, o nic więcej mi nie chodzi.
     Marcus starannie ważył teraz myśli. Nie ośmielił się napisać listu, który mógłby wpaść w niepowołane ręce. Ale i posłańcowi nie mógł przecież ujawnić całej prawdy.
     - Powiedz... powiedz, że Marcus z Międzyrzecza i Siedmiu Bram żałuje tego, co się stało. Żałuje, że wiedźma zabiła tana Arnolda, a on nie zdołał temu zapobiec. I raduje się, że ona sama, Aurora, utrzymała wtedy osłonę. Jeżeli zechce, to może przekonać się o prawdziwości tych słów jutro pod dębem nad rzeką, o tej samej porze.
     - To ma być to przesłanie? Ona bardzo dobrze wie, kto zabił jej ojca. W twoje zapewnienia nie uwierzy, a co do tego dębu i rzeki, nic z tego nie pojmuję.
     - Nieważne, te słowa nie są skierowane do ciebie, wojowniku. Powtórz, co usłyszałeś.
     - Żałujesz, że zginął nasz tan i cieszysz się, że panienka się obroniła. O tym, że to prawda, może przekonać się nad jakąś rzeką, pod dębem.
     - Jutro o tej samej porze, wojowniku. To ważne, więc zapamiętaj. I to, że tana zabiła wiedźma. To jeszcze ważniejsze. Przysięgnij, że powtórzysz dokładnie takie słowa panience Aurorze.
     - Już raz przysięgałem – obruszył się, urażony.
     - A więc załatwione. Potrafisz i możesz jechać konno?
     - Niezbyt dobrze, ale jakoś podołam, nawet z tą ręką.
     - Dam ci konia i jedź do grodu. Tak jak obiecałem, uwolnię również twoich towarzyszy. Aha, powiedz jeszcze panience Aurorze, że w Królestwie też lubimy kwiaty i chętnie oddam jej to, co sama mi kiedyś ofiarowała.
     Odprawił barbarzyńcę i ponownie wezwał przydzielonego sobie adiutanta.
     - Przygotujcie Stokrotkę, konia, na którym przyjechałem przedwczoraj do obozu i dajcie temu człowiekowi. Uwalniam go i niech wraca do swoich.
     - Ale, panie...
     - To rozkaz.
     - Tak, panie.
     Młody oficer przekazał stosowne polecenia, nie wydawał się jednak w pełni przekonany o ich słuszności. Oddalił się wkrótce, pod pretekstem odnalezienia konia. Może i zajął się również tym, ale przede wszystkim powiadomił generała Harolda. Toteż generał pojawił się przy zagrodzie jeńców, zanim przyprowadzono Stokrotkę.
     - Co zamierzasz, panie?
     - Odsyłam jednego z jeńców, by zaniósł wiadomość barbarzyńcom. Pozostałych też uwalniam, na znak dobrej woli.
     - Zamierzasz z nimi negocjować, panie? Teraz, gdy pokonaliśmy ich w wielkiej bitwie?
     - Tak. To posłuży interesom księstwa i naszej dobrej pani.
     - Ona sama nic o tym nie mówiła.
     - Ale jest to zgodne z jej zamierzeniami i dała mi upoważnienia do podejmowania działań, które uznam za słuszne i korzystne dla Siedmiu Bram, sam słyszałeś.
     - Tak, słyszałem. I dlatego nie będę się sprzeciwiał, chociaż wcale mi się to nie podoba.
     - Niczego więcej nie oczekuję, generale.
     - W takim razie pozwól, panie, ze wrócę do moich obowiązków.
     - Jeszcze jedno. - Marcus, podniesiony na duchu zwycięstwem w tej pierwszej utarczce, postanowił poruszyć ważniejszą sprawę.
     - Cóż takiego, panie?
     - Zostaniemy tu jeszcze dwa dni, odwrót rozpoczniemy pojutrze.
     - To niemożliwe, panie. Otrzymaliśmy inne rozkazy.
     - To niezbędne dla podjęcia negocjacji.
     - Dostojna lady Berenika, księżna Siedmiu Bram, a twoja pani i małżonka, wyraźnie rozkazała przed wyjazdem, abyśmy odwrót rozpoczęli już dzisiaj. Ty sam, panie, również musiałeś to słyszeć.
     Generał nie odmówił sobie tej satysfakcji. Istotnie, Sudrun wypowiedziała na odjezdnym takie słowa, nie przywiązując pewnie do nich większego znaczenia, a oto stały się przeszkodą dla realizacji  planów Marcusa.
     - Dała mi prawo decyzji.
     - Ale nie prawo zmiany jej własnych, wydanych osobiście rozkazów. I te rozkazy naszej pani wykonam.
     Chłopak pojął, że dyskusja nie ma sensu. Harold, urażony w swojej dumie, stawi w tej sprawie opór niechętnie widzianemu zwierzchnikowi, skoro znalazł ku temu dobry pretekst. Czy zresztą on sam miał prawo opóźniać wymarsz? Czyż nie powinien samemu jak najprędzej ruszać ku Złotej Bramie? Sudrun i tak nie zdąży, co prawda, w żaden sposób wesprzeć, ale przecież nawet gdyby wszystko poszło dobrze, Berenika będzie potrzebowała jego magicznej siły. Będzie jej potrzebowała, żeby ukazać się wszystkim jako prawdziwa pani mocy i umocnić swoją władzę, zagrożoną przez własną matkę. Z drugiej strony, nie mógł przecież zostawić w obecnym stanie spraw z Aurorą.
     - Rozumiem, generale. W takim razie, niech główne siły ruszają już dzisiaj, pod twoim dowództwem. W ten sposób wykonasz rozkazy szlachetnej księżnej, naszej pani i mojej małżonki. Ja zostanę tutaj jeszcze dwa dni z kilkoma szwadronami jazdy. Nieobciążeni taborami, dogonimy was bez trudu.
     - Nie mogę na to pozwolić.
     - To w żaden sposób nie sprzeciwia się rozkazom lady Bereniki i mieści się w zakresie pełnomocnictw, których mi udzieliła. Jak może pamiętasz, dotyczyły one również możliwych rozmów z barbarzyńcami.
     Tym razem to on stanął na mocnym gruncie i generał nie mógł odmówić, nie posuwając się do granicy niesubordynacji.
     - Zostawię ci, panie, pięć szwadronów.
     - Dziękuję, generale. To w zupełności wystarczy. Jeśli chcesz, możesz wracać do swoich obowiązków.
     Podniesiony na duchu, obserwował jak uwalniano jeńców. Wybrany przez niego posłaniec dosiadł konia i niezbyt pewnie pokłusował w stronę ściany lasu. W tym tempie dotrze do grodu może przed wieczorem. Czy Aurora uwierzy w niewinność Marcusa? I czy zrozumie przesłanie? Na pewno to, że chciałby się z nią spotkać w miejscu, w którym wiedźma zastawiła swoją pułapkę. Ale czy pojmie, że mówiąc o zwróconym darze ma na myśli nie tylko konia i ewentualnie jej własnych ludzi, do czego można by się odwołać, gdyby jego słowa w jakiś sposób trafiły jednak do niepowołanych uszu, ale przede wszystkim to, że w zamian za umiejętność rzucania czarów zamierza teraz oddać dziewczynie własną moc. Moc, której ona sama z pewnością bardzo obecnie potrzebuje. A gdy już to uczyni, stanie wobec niej bezbronny i w ten sposób udowodni swoją niewinność. I czy Aurora zechce taki dowód przyjąć?
     Snując te myśli, obserwował rozkuwanie i uwalnianie jeńców. Ci nie dostali już koni, ostatecznie nie miał zamiaru rozdawać ich dziesiątkami. Pomimo obojętnych spojrzeń, którymi go obrzucali, musieli jednak wiedzieć, kto dał  im wolność. Może nie miało to większego znaczenia, ale na pewno nie zaszkodzi.
     Pomimo tego, że armia Siedmiu Bram zasiedziała się w tym miejscu przez dłuższy czas obóz zwinięto sprawnie. Żołnierze wydawali się zadowoleni z końca kampanii, z tego, że wracają do siebie, do oczekujących ich nagród i dowodów uznania, pełnych podziwu spojrzeń pozostawionych w domu ukochanych, czy choćby opłaconych za srebro żołdu dziwek, do kufli piwa, które będą im stawiać spragnieni opowieści o bitwie bywalcy gospód. Gdy odpowiednio uporządkowane kolumny ruszyły w drogę, podjechał generał Harold w towarzystwie innego, równie ponurego oficera.
     - Zgodnie z rozkazami dostojnej księżnej idziemy ku przełęczy i Złotej Bramie. Tak jak sobie tego życzyłeś, panie, zostawiam ci tutaj pięć szwadronów. Pułkownik Morcar będzie dowodził twoją eskortą.
     Młodszy z oficerów zasalutował, uderzając pięścią w tors.
     - Życzę pomyślnego marszu, generale. Mam nadzieję, że spotkamy się za kilka dni.
     Harold wyraźnie zwlekał z odjazdem, zapewne ciekawy rozkazów, jakie sir Marcus wyda dowódcy wydzielonego oddziału. Chłopak nie dał mu tej satysfakcji i dopiero gdy generał dołączył w końcu do jednej z grup konnych, odezwał się do Morcara.
     - Pułkowniku, zostaniemy tu najpewniej do jutra. Powierzam ci organizację i zabezpieczenie naszego obozu.
     - Czy to wszystko, szlachetny panie?
     - Na razie tak. Resztą zajmiemy się jutro.
     Nawet jeżeli Morcar zamierzał może wysłać do generała posłańca z wiadomościami, to tymczasem nie miałby nic do przekazania. A następnego dnia będzie za późno, by Harold mógł w jakikolwiek sposób przeszkodzić planom chłopaka. Marcus zrozumiał już bowiem, że nikt nie wypuści go z obozu samego. Na coś takiego nie zgodziłby się żaden z oficerów. Samotne misje mogła podejmować księżna, jeżeli uznała to za potrzebne, ale osłaniała ją przecież magia. A panów szlachetnej krwi należało chronić przed wszelkimi niebezpieczeństwami. Takie rozkazy obowiązywały zawsze i wszędzie. Błękitnokrwiści byli zbyt cenni, a zarazem zupełnie bezbronni. Przeklął w duchu paradoks obecnej sytuacji. Oto Sudrun przemierza samotnie ziemie barbarzyńców w ryzykownej misji, nie mając w sobie ani odrobiny magicznej siły, podczas gdy on, przepełniony  mocą i potrafiący jej używać, zmuszony jest udawać wymagającego silnej eskorty arystokratę. Eskorty, której będzie musiał w jakiś sposób się pozbyć, jeżeli spotkanie z Aurorą miałoby dojść do skutku. Sposób przychodził mu do głowy tylko jeden. Użyje właśnie magii, nic innego nie zdoła wymyślić. Pewnie uda się wytargować z Morcarem, by przy wyjeździe z obozu towarzyszyło mu jutro niekoniecznie aż pięć szwadronów, ale mniej niż pięćdziesięciu ludzi to już na pewno nie. Gdyby miał tutaj Demona, mógłby pomyśleć o czymś innym, ale tak, pozostawały tylko czary. Czy miałby zabić wszystkich towarzyszących mu zbrojnych i zrzucić winę na barbarzyńców? Taki pomysł podsunęła na odjezdnym Sudrun, może nawet na serio. On nie potrafi się chyba jednak na to zdobyć, nie chciał stać się niosącym śmierć i zniszczenie szalonym czarownikiem z dawnych opowieści.
     Resztę dnia spędził na nerwowym krążeniu po obozie, na szczęście wszyscy, łącznie z pułkownikiem, schodzili mu z drogi, a sam Marcus też nie wtrącał się w codzienne sprawy odpoczywających żołnierzy. Nadal niczego przydatnego nie wymyślił. Ranek wstał zimny, dżdżysty i pochmurny, w powietrzu dawało się już wyczuć jesień. Z trudem wytrwał do wczesnego przedpołudnia. Pora spotkania nie została wyznaczona dokładnie, a i nad rzekę miał spory kawałek drogi, uznał więc, że może i powinien już ruszać. Zresztą i tak nie potrafił usiedzieć dłużej na miejscu.
     Zgodnie z przewidywaniami, Morcar nie zgodził się na samotną eskapadę błękitnokrwistego pana i nalegał na zabranie przynajmniej jednego szwadronu. Marcus zdołał wytargować zmniejszenie eskorty do połowy tej jednostki, pięćdziesięciu konnych. Z całym zdecydowaniem pułkownik oświadczył natomiast, że osobiście obejmie dowództwo oddziału.
     - To moje najważniejsze zadanie, szlachetny panie. Po to tutaj jestem, bo przecież nie po to, by dowodzić obozem.
     Na to Marcus nie znalazł odpowiedzi. Ruszyli w nasilającym się deszczu, chłopak kluczył i udawał, że zastanawia się nad wyborem drogi. Nie miał zamiaru prowadzić żołnierzy eskorty w pobliże miejsce spotkania. Co mógł zrobić? Mżawka zmniejszy skuteczność czaru ognia, ale magicznej siły i tak na pewno by mu nie zabrakło. Nie chciał jednak korzystać z tego śmiertelnego żywiołu. Drażniące oczy krople deszczu nasunęły wreszcie lepszy pomysł. Jego zastosowanie wymagało większego wysiłku, musiał sięgnąć równocześnie po sploty wody i powietrza. Jeżeli jednak wszystko pójdzie dobrze, zgubi eskortę i nikt nie powinien zorientować się w tym, że użył magii. Ogniste kule nie rodzą się same z siebie, ale gwałtowne zawieruchy oraz siekące deszczem wiatry i owszem. Nadal klucząc po lesie przygotowywał potrzebne zaklęcia, próbując swoich umiejętności i stopniowo wzmacniając siłę żywiołów. Wreszcie uderzył z całą mocą, wodą oraz powietrzem. Na ludzi i konie spadła prawdziwa fala niesionego wiatrem deszczu, oślepiając i ogłuszając. Niezbyt gęste w tym miejscu poszycie lasu nie zdołało temu przeszkodzić. Pamiętał o tym, by w odpowiedniej chwili wysunąć się do przodu i postawić następnie osłonę, obejmującą jednak tylko jego samego i dosiadanego konia. Słaby poblask chroniącej przed żywiołami bariery rozpłynął się w ogólnej zawierusze. Ponieważ czuł się coraz pewniej przy pracy z żywiołami, otworzył przed sobą wolną od wiatru i deszczu ścieżkę, którą ruszył naprzód, pozostawiając walczących z nawałnicą żołnierzy eskorty. Ich nawoływania oraz rżenie koni wkrótce osłabły i zostały gdzieś w tyle. Rzęsista ulewa zacierała przy okazji ślady kopyt. Poczuł się odrobinę winny wobec ludzi, którzy zamierzali tylko go chronić, ale lepiej przecież, że trochę zmokną, niż mieliby zostać spaleni na popiół. Dlatego podtrzymywał jeszcze przez jakiś czas sprowadzony na oddział potop, oddalając się zarazem pospiesznie. Potem zmniejszył siłę żywiołów, naturalne nawałnice o takiej gwałtowności nie trwały przecież wiecznie, rozszerzając jednak zarazem obszar objęty nadal zawieruchą. Dzięki temu żołnierze z pewnością szybko go nie odnajdą.
     Zmienił teraz kierunek jazdy, podążając w ogólnym kierunku rzeki. Trafił na nią wreszcie, dalej niż się spodziewał, ruszył wodą w górę nurtu. Miał nadzieję, że nie stracił w tym wszystkim orientacji i jedzie we właściwą stronę. Towarzysząca mu obecnie naturalna mżawka nie wymagała już stawiania osłon. Wreszcie dotarł na skraj dobrze zapamiętanej, porośniętą trawą równiny. W oddali majaczyło samotne, potężne drzewo. Deszcz osłabł jeszcze bardziej i widoczność poprawiła się. Mógł teraz bez żadnych wątpliwości rozpoznać pokiereszowane przez Aurorę konary dębu. Tak, to z pewnością tutaj. Nikt jednak w wyznaczonym miejscu nie czekał, chociaż południe dawno już minęło. Może powodowany niecierpliwością przybył za wcześnie? A może dziewczyna ukrywa się gdzieś wśród drzew, podobnie jak i on obserwując okolicę? Jeżeli w ogóle zdecydowała się przybyć oraz ofiarować mu możliwość wyjaśnień. A może przybędzie tylko po to, by dokonać zemsty w chwili, gdy on sam odda moc i znajdzie się na jej łasce? Nie, nie wierzył, by okazała się zdolna do takiej perfidii. By sięgnęła po sposób, którego obawiali się dawni czarodzieje i który dla niejednego musiał stać się zgubą. Jeżeli Aurora rzeczywiście się pojawi, to z pewnością da mu szansę.
     Nie mógł jednak w nieskończoność ukrywać się wśród drzew. To on poprosił o spotkanie i powinien pierwszy wyjechać na otwartą przestrzeń, choćby po to, by udowodnić własną szczerość. Niech go Dobra Bogini wspomaga, od tej rozmowy zależy bardzo wiele. Ścisnął konia łydkami i ruszył naprzód. Powoli zbliżał się do brodu i rosnącego przy nim dębu. Nadal nikogo. Podjechał już na tyle blisko, że mógł rozpoznać szczątki nieszczęsnego Orła. Dzielny rumak ocalił mu życie kosztem własnego, a słaby czar wzniecony przez wiedźmę nie zdołał spopielić go bez reszty. Nadpalone, ogryzione już częściowo przez padlinożerców kości budziły nieprzyjemne skojarzenia. Przejechał rzekę i ominął je szerokim łukiem.  Zatrzymał się pod drzewem. Nadal nikogo. Może posłaniec nie przekazał wiadomości, może Aurora jej nie zrozumiała? Wydawało się to mało prawdopodobne, raczej już mu nie uwierzyła. A może, aż dreszcz przeszedł od tego przypuszczenia, może to ona podejrzewa go o zamiar zwabienia jej w zasadzkę i spalenia ogniem, jak miałby to w  przekonaniu dziewczyny uczynić podczas bitwy z ojcem?
     Ponurym rozmyślaniom zawtórował nieprzyjemny skrzek kruka. Czarnopióry padlinożerca przysiadł przy szczątkach Orła i szarpał jakieś nadgniłe już resztki mięsa. Najwyraźniej nie przejmował się obecnością Marcusa. Zirytowany chłopak ruszył konno, chcąc przepłoszyć paskudę. Nie pozwoli przynajmniej na to, by kości dzielnego rumaka ogryzały przy nim takie kreatury. Ptak z niechęcią odleciał. Wtedy zauważył coś niezwykłego. Zeskoczył z siodła, przyklęknął. Na odsłoniętej częściowo czaszce konia leżała wilgotna od deszczu wiązka stokrotek. Wziął ją w dłonie, zasuszone, bo zerwane  zapewne wiosną kwiatuszki rozsypywały się w rękach. Ale nie tylko dlatego. Z jednej strony bukiet nosił ślady ognia, który spopielił tam wszystkie kwiaty.

3 781 czyt.
100%315
nefer

opublikował opowiadanie w kategorii erotyczne i fantasy, użył 4484 słów i 26077 znaków.

5 komentarzy

 
  • Mily

    Mily · 26 września · 193944193

    Jestem jestem..
    Obecny, czytam i czekam z niecierpliwością, ale przerwałeś tak nieoczekiwanie że się zagubiłem w tej nierzeczywistości :-)

  • emeryt

    emeryt · 15 września · 202091556

    @nefer, już minęło trochę czasu od opublikowania przez Ciebie tego odcinka mam nadzieję że z kolejnym nie chcesz czekać do przesilenia jesiennego. Zlituj się trochę nad twoimi wiernymi czytelnikami. Chociaż po takich kombinacjach Marcusa to sądzę że masz trochę problemów z rozwinięciem tej zawiłej łamigłówki dalszych losów głównego bohatera, oraz reszty postaci. A ja, jak zwykle przesyłam Tobie najserdeczniejsze pozdrowienia .

  • Gazda

    Gazda · 24 sierpnia

    Cały czas umiesz podtrzymywać napięcie. Dobrze się czyta i niecierpliwie czeka na dalszy rozwój wypadków.

  • emeryt

    emeryt · 23 sierpnia · 202091556

    @nefer, jednak umieściłeś kolejny odcinek tego, wspaniałego opowiadania. Dzięki Tobie za niego. Musiałeś porządnie wysilić swoje szare komórki aby tak wspaniale rozwiązać poszczególne części tego odcinka. Przesyłam najserdeczniejsze podziękowania i pozdrowienia.

  • AnonimS

    AnonimS · 23 sierpnia

    Dużo zamieszania i kombinacji ze strony Marcusa.  Tak naprawdę nic się nie wyjaśniło.  Ale i takie przejściowe częsci są potrzebne. I co.mają znaczyć re kwiatki ?Pozdrawiam