Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Ostatnia kawiarnia na prawo cz. 6

Zastanawiała się, czy może wstąpią do niej i w końcu pokaże Emmie swoje ostatnie prace, dlatego oddzieliła klucze od swojego domu i podała tylko od domu Emmy.
– Może podjedziemy do mnie, bo chcę pokazać jej ostanie obrazy – zwróciła się do Jacka, jakby czując, że mężczyzna potrzebuje to wiedzieć.
– Ja też będę mógł zobaczyć? – zapytał.
– Jasne. Jesteśmy kumplami, nie mogę mówić, że przyjaciółmi, bo znamy się kilka minut, ale wszystko na to wskazuje, że możemy nimi zostać.
– Też tak sadzę, Irys – Jack posłała jej spojrzenie razem z czarującym uśmiechem.
,, Tak! Jesteś przystojniakiem, Jack, ale zdecydowanie za młodym dla mnie. I te oczy! Wiem, że podobają się Emmie. Biedaczka, chyba zastanawia się, jak bardzo mi się podobasz. Nie mogę dłużej jej dręczyć. Tylko jeszcze małą chwilkę. Och, jestem okropna! Dlaczego jej to robię?”– pomyślała blondynka.
Jack pocałował Emme w policzek, po czym podszedł do Irys i szybko ją przytulił.
– Nie dostanę buziaka? – zrobiła słodką minę.
Jack spojrzał szybko na Emmę i nie widząc sprzeciwów, cmoknął prawy policzek blondynki.
,, Dobrze, że nie nadstawiła ust” – Emma czuła, że walka z małą zazdrością nie daje jej spokoju.
– To lecę – rzekł Jack i skierował kroki do wyjścia.
– Poczekaj. Dam ci mój numer komórki – powiedział cicho Emma.
– Przecież wrócę. Poza tym, kiedy pisałem adres na GPS, już również wpisałem twój numer.
– Co? Jak to zrobiłeś, o ile pamiętam, podałam ci tylko adres?
– Ty umiesz naprawiać auta, a ja się znam na komputerach. Mam swoje sposoby, chyba nie jesteś zła.
– Mój też możesz odnaleźć? – Irys czuła, że przeciąga strunę.
– Pewnie bym mógł, gdybym chciał. Sama mi dasz, jeśli uznasz, że trzeba, a ja skorzystam, jeśli uznam, że powinienem.
Słowa Jacka podziałały na nią jak balsam.
Jack poszedł do garażu i po chwili wyjechał. Irys podeszła od tyłu do Emmy i ją delikatnie objęła w pasie.
– Jestem niedobra. Nie obawiaj się, mówiłam ci, że nie będę go podrywać.
Emma obróciła się gwałtownie, a Irys tylko rozluźniła uścisk. Wspięła się na palce, a szatynka pochyliła głowę i trzymały twarze, prawie nimi się dotykając.
– Wiesz, że jesteś jędza?
– Może troszeczkę. Sama wiem, że przesadziłam.
– Zaraz cię zabije potworze – oczy Emmy rzucały błyskawice, ale to rozbawiło tylko blondynkę.
– To cię śmieszy? – Emma była naprawdę zła.
– Nie po to mnie ratowałaś, żeby mnie zabić. Poza tym Jack nie jest w moim typie. W moim odczuciu brunet powinien mieć brązowe oczy, a nie takie śliczne błękitne.
– Mnie się podobają – powiedziała już nieco uspokojona szatynka.
– Wiem. Co mam zrobić, żebyś się nie złościła?
– Nie wiem. Przeciągnęłaś.
– Wiem. Naprawdę wybacz. Nikogo tak nie kocham, jak ciebie – delikatnie pocałowała je policzek.
Emma patrzyła na nią już całkiem uspokojona.
– Jak go cmoknęłaś w policzek, pomyślałam, że chciałaś w usta.
– Wariatka! Przecież czuję, że jest między wami napięcie uczuciowe i chemia.
– Zaraz chemia. Spał w gościnnym i nie przyszedł. W końcu znaliśmy się kilka godzin.
Irys zmrużyła błękity.
– On nie przyszedł, ale ty myślałaś o tym, żeby go odwiedzić.
– Wcale nie!
– Kłamczucha!
– Wypraszam sobie. Staram się mówić prawdę.
– To powiedz prawdę, a nie tylko się staraj.
Emma czuła, że policzki jej płoną.
– Dobra, trochę o tym myślałam. Myślałam o nim, o tobie i trochę o Emery Crosswhite.
Nagle Irys cmoknęła ją w usta. Szatynka otworzyła szerzej oczy.
– A to, co ma znaczyć?
– Nic. Kocham cię. Mogłabym zrobić dla ciebie wszystko.
– To nie znaczy, że masz mnie całować w usta.
– Przecież cię tylko cmoknęłam. To było dalekie od pocałunku. Wiesz, to dziwne. Mam dwadzieścia osiem lat, prawie dwadzieścia dziewięć, a jeszcze z nikim się nie całowałam.
– Podobnie i ja – Emma się zamyśliła.
– Ciekawe jak to jest? – powiedziała cicho Irys.
– Tylko nie próbuj – Emma powiedziała to, ale sama nie wiedziała dlaczego.
– Obie jesteśmy hetero, to byłoby głupie. Po prostu nie chciałabym wyjść na kompletną dyletantkę, gdy to w końcu może nastąpi.
– Nie obawiaj się. Znając ciebie, nie pocałujesz kogoś, o ile go najpierw nie pokochasz.
– To prawda. Co do ciebie, wiem, że już nastąpi to niedługo.
– Może. Chciałabym, a jednocześnie się boję.
– Nie masz czego. Jack też raczej nie ma w tym doświadczenia.
– Pewnie masz racje. Z tego, co mówił, wynikało, że jest odludkiem.
– Dobra, myślę, że musimy wyjść. Jest ładnie, ale mamy jechać, kupić mu parę rzeczy do ubrania.
– Mam nadzieję, że mu się spodoba.
– Też tak bym chciała. Pojedziemy moim?
– Dasz poprowadzić?
– Nigdy nie jechałaś starą bryką? – Irys nieco się zdziwiła.
– Tak szczerze, to oczywiście prowadziłam, ale o ile pamiętam z parkingu do podnośnika. Moi chłopcy testuję takie samochody. Ja raczej jak muszę to wole szybkie autka.
– Mój wolny nie jest, oczywiście nie ma się co równać do twojego Nissana czy jego Lamborghini, ale sama sprawiłaś, że ma niezłego kopa.
– Czyli dasz?
– Po co pytasz. Nie mówiłam, że niczego ci nie odmówię?
– Wiem. Podobnie ja tobie. Tylko wiesz co? Dostrzegłam w pierwszej sekundzie, kiedy doszło do ciebie, że mam chłopaka, to spojrzenie.
– To była chwilka. Chyba to naturalne. Od trzech lat jesteś mi najbliższą istotą i przez ułamek chwili poczułam się zagrożona.
Emma ją przytuliła.
– Nie jesteś już małą zagubioną dziewczynką, jaką byłaś, poza tym nigdy bym cię nie zostawiła. Jesteśmy na życie.
Irys wytarła łzę.
– I tak cię kocham więcej niż ty mnie.
– Głuptas. Tego się nie mierzy. Myślę, że kiedy matka kocha dziecko, siostra brata lub kochankowie mają do siebie wzajemne uczucie, tego nie można wymierzyć.
– Jest jeszcze ten w górze – powiedziała Irys.
– Nigdy nie wspominałaś, że wierzysz w Boga.
– Tak się złożyło. Jest tyle zła na Ziemi i czasem z powodu, że ludzie są ignorantami, oskarżają Boga, a przecież ludzie są temu winni. Powinien być pokój, miłość i bezpieczeństwo, a wiesz, jak jest.
Emma chciała coś wspomnieć o rodzicach Irys, ale zrezygnowała. Nigdy nie mogła zrozumieć takiej postawy jej rodziców, która o mało nie doprowadziła do tragedii. Weszły do garażu i Emma poczuła, że Irys wręcza jej klucze.
W dobie elektroniki samochód Irys wciąż trzeba było zapalić, wsadzając kluczyki do stacyjki, a potem je przekręcić. Rok temu razem go wybrały i maszyna Irys spędziła kilkadziesiąt godzin w garażu Emmy. Sama jej proponowała przerobienie, by zapalać przez przycisk, ale blondynka chciała zostawić naturalny sposób. W środku samochód miał kilka modyfikacji, ale dotyczyło to łatwiejszego prowadzenia. Wspomagania hamulców i kierownicy. Samochód miał manualną skrzynię biegów. Irys kupiła go za prawie czterdzieści tysięcy, a dołożyłaby jeszcze następne trzydzieści, gdyby nie to, że Emma za nic jej nie policzyła. Nie dlatego, że Irys nie miała pieniędzy. Z powodzeniem mogłaby jeździć Rolls Royce jak jej rodzice i to ze swoich zarobionych pieniędzy, ale w przeciwieństwie do nich nie interesowały ją rzeczy. Miała skromny dom, zwykłe ubrania i nawet nie miała biżuterii. Tak naprawdę, o czym Emma nawet nie wiedziała dla Irys, liczyła się tylko jedna osoba. Właśnie Emma. Oczywiście szatynka zdawała sobie sprawę, że Irys ją po prostu kocha jako najbliższą istotę, ale nie zdawała sobie sprawy, jak jest dla niej ważna. I blondynka nie zamierzała jej o tym przekonywać.
Emma przekręciła kluczyki i samochód zapalił. Wyjechała wolno z garażu i kiedy drzwi się z powrotem zamknęły, zatrzymała wóz i chwilkę wsłuchiwała się w jałowe obroty ośmiocylidrowego motoru, o pojemności siedmiu litrów.
Irys wiedział, że nawet w lecie jest dobrze odczekać minutkę, by silnik nieco się nagrzał. Nowe samochody miały już inną technologię i rozgrzewanie nie było konieczne, pod warunkiem, że ktoś nie ruszał z palącymi się oponami. Irys wiedziała, że ma tę minutę. Położyła głowę na ramieniu przyjaciółki.
– Wiesz. Nigdy ci nie mówiłam. Na początku, kiedy się poznałyśmy, kiedy mnie powstrzymałaś przed samobójstwem, przychodziłam do ciebie w nocy, bo potrzebowałam potwierdzenia, że mnie akceptujesz. Pewnie podświadomie zachowywałam się jak pięcioletnie dziecko, które miało zły sen i tylko ramiona matki go uchronią przed koszmarami. Potem kiedy już wiedziałam, że mnie nie odrzucisz i że mnie w swój sposób pokochałaś, po prostu chciałam być blisko.
– Wiem, to kochanie. Dokładnie dobrze czułaś. Jesteś mi najbliższą osobą na świecie.
– Teraz Jack nią będzie.
Emma odwróciła głowę i patrzyła z bliska w błękity przyjaciółki.
– Mały głuptasek nic nie rozumie. Moje serce ma wiele pokoi. Tego miejsca w sercu, które masz, nikt nigdy nie zajmie.
– Tak, wierzę w to. Powiedziałam tak specjalnie, żeby to usłyszeć. Co chciałam powiedzieć, to... – zamilkła.
– Powiedz, chociaż nie wiem, co chcesz mi powiedzieć.
– Dobrze, powiem, ale obiecaj, że nie będziesz zła.
Emma poczuła lekkie mrowienie. Skoro to usłyszała, to mogło znaczyć tylko jedno.
– Nie mogę być na ciebie zła zbyt długo, ale obiecuję, że nie będę o to zła nawet chwili.
– Na pewno – Irys wpatrywała się w oczy Emmy, jakby chciała się przekonać, że tak jest.
– Słowo skauta.
– Nie byłaś harcerzem. Przecież kiedy dziewczynki bawiły się lalkami, ty pewnie miałaś tylko samochody. I owszem, mogłabyś być, ale wolałaś panewki, sprężyny, nakrętki i śruby.
– Wiesz, co mam na myśli. Mam przysięgnąć?
– Nie. Wierzę ci. Otóż jakiś miesiąc później, jednej nocy obudziłam się i wsłuchiwałam się w twój oddech. Spałaś na plecach i miałaś rozchylone usta. Patrzyłam na ciebie i pocałowałam. Nie sekundę. Ty tylko miło mruknęłaś i mnie przyciągnęłaś do siebie, ale nadal spałaś.
– O! Myślałam, że co innego mi powiesz.
– Dobrze myślisz. Ja tamtej nocy... Raz tylko... chciałam. – Irys patrzyła z błaganiem w oczach, ale Emma nie poczuła się zła.
– Nigdy bym się nie domyśliła. To jest wszystko dziwne. Ja... Kiedyś. Emary mnie zaprosiła na obiad i kiedy prowadziła mnie do salonu, miała fantastycznie piękną suknię z jedwabiu. Po prostu idealnie w niej wyglądała. I z pewnością nic pod nią nie miała. Przez chwilę mimowolnie gapiłam się na jej tył i byłam bliska stanu, o którym wspomniałaś.
– Nie! Naprawdę?
– Tak.
– Wiedząc, jaka jest?
Emma delikatnie się odsunęła i ujęła barki Irys.
– Postaraj się nie czuć do niej tego, co czujesz. Ona naprawdę ma w sobie coś z dobra jak każdy z nas. Może taka się stała z jakiegoś powodu. Wierzę, że rozmowa, którą z nią odbyłam w moim garażu, może coś zmieniła. Widzisz, pozwoliłam jej wejść do biura i zachowywać się jak żadnemu innemu klientowi, nie dlatego, że jest bogata, wpływowa, czy że mi jej było żal.
– Nie? A dlaczego? Nigdy mi nie opowiadałaś...
– Bo czułam, że nie za bardzo chcesz o niej słyszeć. Pozwoliłam i w ogóle przyjęłam naprawę jej samochodu, bo kilka miesięcy wcześniej przyjechał do garażu jej ogrodnik, George. Starym samochodem. Poczułam, że to bardzo dobry człowiek i wcale mu nie policzyłam za naprawę, która powinna kosztować kilka tysięcy. On podziękował, ale na koniec powiedział coś, co dotknęło moje serce.
– Co powiedział?
– Że jako jedyny zna Emery. Że ona jest dobra w środku.
– O ile wiem, traktuje swoich ludzi niezbyt dobrze.
– Też słyszałam, ale mu uwierzyłam. Kiedy to mówił...
– Co? Mów!
– On ją kocha. Tego jestem pewna. Nie dlatego, że jest ładna. Nie z powodu, że ma pieniądze i że jest mądra i ma szósty zmysł do interesów. On widzi w niej to, czego nikt inny nie.
– I co z tego. Ona pewnie ma go za nic.
– Tego nie wiemy. Pierwszy raz widziałam miłość w kogoś oczach. Tego rodzaju miłość.
– Rozumiem. Jaki jest ten George? – oczy Irys gdzieś uciekły.
– Zwykły facet. Wysoki, postawny. Kocha kwiaty, ale też nie wiem, czy najbardziej jej kwiaty. Emery ma piękny ogród. Dzięki Georgowi, ale może nie tylko.
– Ciekawe czy ja kiedyś będę przez kogoś tak kochana. Starałam się przez chwilę dostroić, do tego, o czym mówiłaś i samo to uczucie było miłe.
– Nie wiem, skarbie. Ja zaczynam kochać Jacka, a może już go kocham. Chciałbym, żebyś kogoś poznała.
Irys powróciła do rzeczywistości.
– Lepiej już jedźmy, bo się rozpuścimy – uśmiechnęła się do Emmy, ale całkiem inaczej.
– Masz racje. Ciekawe jak Jackowi uda się wizyta. Nie widział matki trzynaście lat.
Ruszyła, aż Irys poczuła, że jest wciskana w fotel. Sama czasem lubiła wcisnąć gaz, ale kierowca inaczej to odczuwa, bo wie, co go czeka. Po chwili wóz wmieszał się w uliczny ruch.

Jack jechał spokojnie, a w głowie miał pustkę. Chwilami pojawiały mu się jednak myśli. Michael, Emma i nawet Irys. Potem znowu popadał w stan bezmyślności. Po kilkunastu minutach dojechał. Nic się nie zmieniło. Dojechał do oksydowanej bramy.
,,Jeżeli zmieniła kod, będę musiał dzwonić” – pomyślał.
Wystukał kod i brama się rozsunęła.
,, Nigdy nie lubiła zmian” – pomyślał tylko.
Ku zdziwieniu drzwi garażowe się również otworzyły. Pomyślał, że może w jakiś sposób kod przy bramie jest sprzężony z zamkiem. Rolls Royce stał nienagannie ustawiony.
,, Ma pieniądze i nie zmieniła samochodu od czternastu lat”
Jack pamiętał jakim samochodem jeździła, zanim się poróżnili. Zatrzymał obok swoje Lamborghini i wysiadł. Drzwi garażu zamknęły się automatycznie. Wszedł do domu. Dom hrabiny Hazel był bardziej obszerny niż jego lub Emmy. Sądził, że przywita go od razu, ale nikogo nie zobaczył.
– Hej, to ja. Jack.
Cisza. Wszedł do salonu. Siedziała na kanapie. Nic się nie zmieniła, tak jakby czas się dla niej zatrzymał.
– W końcu przyjechałeś – wstała i wtuliła się w jego atletyczny tors.
– Witaj mamusiu – pocałował policzek.
Hazel była piękną kobietą. Nie wyglądała na czterdzieści trzy lata, raczej na trzydzieści. Co graniczyło z cudem. Miała na sobie śliczną suknię z jedwabiu. Złotą z czarnym pasem wspinającym się do góry niby serpentyna. Nigdy nie lubiła makijażu i teraz również go nie miała. Wówczas Jack sobie coś uświadomił. Obecnie wszystkie prawie kobiety się malowały. Usta, paznokcie. Tymczasem trzy ostatnio bliskie kobiety nie miały śladu makijażu. Ani Emma, ani Irys. Laura w A'mico miała delikatnie pociągnięte usta i delikatną kreskę na rzęsach. Hazel była brunetką. Nie musiała się malować, bo jej usta miały kolor dojrzałej wiśni a brwi i rzęsy miały kolor onyksu.
– Pewnie jesteś głodny. Zaraz ci coś zrobię do jedzenia. Dałam wolne służbie.
– Ogród zadbany – stwierdził Jack.
– Wiesz, że zawsze lubiłam kwiaty. Co cię tu sprowadza? Nie przyleciałeś z Nowego Jorku, żeby mnie zobaczyć.
– Dostałem dobrą pracę. Pracuję na komputerach. Obliczam stopnie ryzyka dla dużych firm i korporacji.
– Takich jak Michaela – raczej to stwierdziła, niż zapytała.
– Można tak powiedzieć. Chciałbym, żebyście się zeszli znowu.
Spojrzała na niego smutno.
– To nie jest dobry pomysł. Zbyt dużo nas różniło.
Jack wyzwolił się już z jej ramion i nieco się wycofał. Stał na tyle blisko, że nadal widział jej całą postać. Dziwne, wyglądała tylko kilka lat starzej od niego. Z pewnością Hazel był piękną kobietą.
– Tak jak bym słyszał ojca. Jesteś sama i on jest sam. Czy to o czymś nie świadczy? Może jest możliwe, że się porozumiecie? Może rozmowa z profesjonalistą...
– Przestań, Jack. Probowaliśmy. Czasami tak jest. Musisz to zaakceptować.
Uznał się za przegranego. Jego starania widocznie nie miały osiągnąć sukcesu.
– Poznałem kogoś – powiedział cicho.
Twarz matki się ożywiła.
– Coś takiego! Mój mały chłopiec poznał dziewczynę. Jaka jest?
– Cudowna. Wyrozumiała. Rozumiemy się we wszystkim. Naprawia drogie i skomplikowane auta. Jeśli masz problem ze swoim Phantomem...
– Nic w nim się nie psuje. Mówisz, że naprawia samochody. Interesujące. To raczej męski zawód. Jest mocną osobowością?
– Tego nie powiem. Dla mnie jest miła i delikatna.
– Takie osoby często wolą kobiety. Nie chciałabym, byś był jej przejściową zabawką.
– Mamo! Jest w porządku. Owszem ma przyjaciółkę, poznałem ja dzisiaj. Irys. Bardzo ciekawa osoba. To nie jest tak, jak sądzisz. Może to i jest reguła, ale ona jest bardzo kobieca.
– Mogłabym mieć pewność, gdybym ja poznała.
– Dobra myśl. Możesz nas odwiedzić.
Dostrzegł jej ostre spojrzenie.
– O nie! Nic z tych rzeczy! Jeśli chcecie, to możecie tu przyjechać. Następny weekend będzie pasował. Tak jak dzisiaj, w niedzielę. Służba ma wolne. Zrobię sama obiad. Druga po południu.
Jack czuł się zaszokowany.
– Dobrze, przekażę. Nie wiem, jak często rozmawiasz z Michaelem, ale przekażę tę wiadomość.
– To możesz zrobić.
– Nie chcesz wiedzieć, jak się ma?
Spojrzała na niego znowu smutno.
– Jak się ma?
– Normalnie. Prowadzi swój interes. Żyje jak zwykły człowiek. Połowę oddaje na cele charytatywne. Zadbany, wysportowany, opalony. Nie ma nikogo.
– Powiedziałam, że nie. Możesz do tego nie wracać?
I w tym momencie Jack sam się nie zrozumiał. Dlaczego tak powiedział?
– Hazel! Wytłumacz mi! Mam prawo wiedzieć! Jestem twoim synem. Dlaczego musieliśmy wyjechać? Dlaczego nie jesteśmy razem? Brakowało mi tego i nadal czuję dziurę w sercu.
Brunetka patrzyła na syna ze smutkiem w oczach. Dostrzegł dwie łzy spływające po jej policzku.
– Kochanie – odezwała się po małej chwili milczenia – nie wszystko i nie zawsze da się wytłumaczyć. Musisz to zaakceptować.
Otarła łzy i uśmiechnęła się krótko.
– Chcesz zobaczyć ogród? Zawsze byłeś romantycznym dzieckiem. Pokażę ci, dobrze?
– Zgoda – powiedział cicho.
Szedł przed nią. Otworzył boczne drzwi. Poczuł zapach lilii i konwalii. Róż. Dostrzegł sporo różnokolorowych krzewów róż. Przeważały czerwone. Ogród był utrzymany. Czuł, że ktoś z sercem o to dba. Hazel szła za nim i kiedy on się zatrzymywał i ona to robiła. W końcu poczuł jej dłoń. I teraz szli razem, trzymając swoje dłonie. Hazel szła lekko jakby nie dotykała ziemi. Usiedli na ławeczce w małej altance.
– Pamiętasz, jak nieraz tu ze mną siadałeś?
– Tak, oczywiście. Brałaś mnie na kolana i całowałaś mi włosy.
– Pamiętasz!
– Pewnie. Teraz jestem na to za duży.
– Mój mały chłopiec – Hazel delikatnie pocałowała go w policzek.

Sapphire77

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i obyczajowe, użył 3388 słów i 19238 znaków.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.