Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Ostatnia kawiarnia na prawo cz. 1

Ostatnia kawiarnia na prawo to dramat. Opisuje dzieje kilku osób. Każda z nich pochodzi z bogatej rodziny, lub jest bardzo bogata, ale w ich przypadku sprawdza się powiedzenie, że pieniądze nie dają szczęścia. Kolejne moje opowiadanie o milości. To właśnie miłość daje szczęście. Do połowy lub jak długo uda mi się utrzymać będe trzymał wytrwałego czytelnika w niepewności który z bohaterów ma największy problem. Już od początku daję znaki, ale czytelnik nie jest w stanie się domyślić co jest nie tak i z kim. Nie ma w opowiadaniu żadnych scen erotycznych. Dla większości może się wydawać nudne. Byc może ktoś jednak będzie czytał. Trudno jest napisać opowiadnie o zyciu, nawet życiu bogatych ludzi, którzy nie pracują bo muszą. Pracją, bo to dla nich ucieczka, dla innych spełnienie, dla jeszcze innych zapomnienie. Ostania kawiarnia na prawo to prawdziwa kawiarnia, znajdująca się na końcu plazy Santa Monica w Los angeles a nazwę podałem prawdziwą. Zmienilem nawisko własciciela. Opisana historia jest fikcją.  

Ostatnia kawiarnia na prawo.

     Kiedy dźwięk ostatniego uderzenia zegara jeszcze drgał w powietrzu, lekko szpakowaty brunet, o opalonej na brąz twarzy spojrzał mimowolnie przez oszkloną ścianę i jego wzrok zatrzymał się na migającym neonie TD bank. No cóż, kiedy się pracuje w centrum miasta, które nigdy nie śpi, trudno się spodziewać widoku parku, lub ośnieżonych szczytów. Jeszcze raz rzucił spojrzenie na mahoniowe biurko. Nie na leżał do pedantów, ale zawsze uważał, że należy trzymać porządek. Oparł palce dłoni o blat, by powstać, kiedy zadzwonił telefon. W erze komórek wciąż posiadał w wyposażeniu gabinetu antyk z poprzedniego stulecia. Android z pewnością wskazałby, kto dzwoni, ale serce i tak mu podpowiedziało właściwie. W zasadzie któż inny miałby dzwonić po piątej?
Pozwolił, by kolejny dźwięk zabrzmiał w ciszy i podniósł słuchawkę.
     – Tak synu – Nie musiał się starać brzmieć miło.
     – Przeszkadzam? – Jack chyba przełknął ślinę, tak przynajmniej zabrzmiało.
     – Wiesz, że nie. Co tam dobrego? Sądziłem, że zadzwonisz w przerwie obiadowej.
     – Też o tym myślałem, ale uznałem, że jeszcze będziesz o tej porze.
     – Zwykle wychodzę ostatni, poza tym zawsze możesz zadzwonić na komórkę, synu.
Nastąpiła krótka chwila ciszy i mężczyzna dobrze po czterdziestce zrozumiał, o czym jego jedyny syn myśli. I miał racje, on też mógł zadzwonić, szczególnie że ostatnio tego nie robił.
     – Masz trochę czasu wieczorem, ojcze? – głos Jacka brzmiał nieco oficjalnie, dlatego Michael domyślił się od razu, że coś się stało, lub ma wkrótce nastąpić.
     – Zaczekaj chwilkę, sprawdzę w notesie – brunet pozwolił sobie na małe kłamstwo, lecz od razu sam się skarcił w duchu.
Przecież pamięć mu dopisywała i wiedział, że ma wolny cały wieczór.
     – Jasne, sprawdź tato.
     – Jestem prawie pewny, że nie mam żadnych spotkań, ale rzucę okiem do notesu. – Niestety pogrzebał możliwość naprawienia kłamstwa.
     Przełączył na głośno mówiący system i położył słuchawkę na lśniącym blacie biurka.
Telefon był oryginalnym modelem z 1938 roku, ale Michel Forest musiał poprosić o kilka udogodnień w wiekowym modelu, aby ten model mógł być w ogóle przydatny, a nie tylko zdobić biurko.
Otworzył pierwszą szufladę od góry, wziął notes oprawiony w jasną skórę z jelenia i otworzył.
     – Miałem pewność, że jestem wolny wieczorek, ale musiałem sprawdzić – lekki grymas na twarzy stanowił niezbity dowód, że zaprzepaścił ostatnią szansę poprawy.
     – To, co powiesz na Kimpton Eventi, ojcze?
Tym razem Michael przełknął ślinę.
     – Jasne... Szósta będzie dobrze, Jack?
     – Z pewnością, możesz być wcześniej. 6 Avenue nie jest tak daleko od ciebie.
     – Tak. To do zobaczenia, synu – Odłożył słuchawkę i przetarł twarz.
     ,,Mógł przynajmniej powiedzieć, co się stało” – szpakowaty brunet nie miał wątpliwości, że to nie będzie zwykłe rodzinne spotkanie.
     Wstał, jeszcze raz rzucił okiem na pokój, doszedł do drzwi i je otworzył. Zamknął starannie drzwi i skierował kroki do windy. Z pewnością na niektórych pietrach jeszcze pracowano, ale nikogo nie dostrzegł na piętrze. Zjechał do garażu i poszedł sprężystym krokiem do kremowego Bentleya. Wszedł do środka wozu i rozsiadła się na siedzeniu.
,,A może się przejść” – pomyślał.
Ostatnio nie spacerował. Najprawdopodobniej, jeżeli wybierze taką opcję, Jack podrzuci go do garażu. Tak!
Otworzył drzwi, wstał i wyszedł. Zamknął drzwi i poszedł do wyjścia.
Zaraz za drzwiami wyjściowymi uderzyło go gorąco rozgrzanego betonu zmieszanego z zapachem spalin. W biurze miał klimatyzację i dość dobry system filtrów, dlatego zakręciło mu się w nosie i kichnął dwukrotnie. Wytarł usta chusteczką i starannie wsunął ją do kieszeni. Zatłoczona ulica nieco zagłuszyła myśli. Właściwie jedną. Nie starał się zgadywać, miał pewność, że Jack powie i to pewnie na wstępie.
     Jego budynek znajdował się na 8 Avenue, dlatego zajęło mu trochę więcej niż czterdzieści minut, by dojść do hotelu. Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek tu zawitał w przeszłości.
Przy wejściu dwudziestoletnia dziewczyna powitała go z miłym uśmiechem.
     – Witamy w L'Amico, proszę pana. Czy ma pan rezerwację?
     – Niestety, panienko... Lauren – odczytał imię z plastikowego prostokąta.
     – Nie ma z tym żadnego problemu, proszę pana – nienaganne białe ząbki ukazały się pod jasnoróżowymi wargami ust.
     – Mam spotkanie z synem, o szóstej – uśmiechnął się do dziewczyny i wsunął pięćdziesięciodolarowy banknot w jej dłoń.
     – Ależ proszę pana! – szatynka szczerze się zdziwiła, co nawet przewyższyło jej radość z tak wielkiego napiwku.
     – Nie przejmuj się Lauren. Jestem pewny, że to praca nie jest twoim snem.
     – To prawda, proszę pana.
     – Jestem Michael – ponownie się uśmiechnął.
Fotografia dziewczyny z powodzeniem mogłyby zdobić pierwsze strony magazynów mody, ale do tego nie wystarczy uroda. Poza tym brunet odczuł, że Lauren z pewnością nie chciałaby takiej pracy.
     – Studiuję medycynę. Chcę leczyć dzieci – prawie wyszeptała.
     – To chwalebne – odparł.
     – Pana syn ma może na imię Jack? W sumie od razu poznałam, że jest pan ojcem. Siedzi pod oknem – delikatnie skinęła głową w tamtym kierunku.
     – Tak właśnie go nazwaliśmy z Hazel – twarz Michaela przeszedł dostrzegalny dreszcz bólu.
     – Życzę smacznego posiłku, Michelu. – brunet odczuł, że młoda kobieta zamieniłaby jeszcze kilka zdań, ale kątem oka dostrzegł parę nowych gości.
     – Dziękuję, Lauren – odrzekł i skierował kroki do miejsca, gdzie siedział jego syn.
     Jack siedział rzeczywiście pod oknem i patrzył na zewnątrz. Mimo że wykładzina dywanowa doskonale hamował dźwięk kroków, młody mężczyzna odwrócił wzrok i ich spojrzenia się spotkały. Michael dostrzegł szczery uśmiech na twarzy syna. Jack wstał i podszedł do ojca.
Uścisnęli się krótko i syn wskazał ojcu miejsce. Po chwili siedzieli naprzeciw.
     – Niczego nie zamawiałem – brunet uniósł nieco brwi.
     – Słyszałem, że mają naprawdę dobra kuchnie. – Michael strzepnął niewidzialny pył ze swoich wełnianych spodni.
     – Szedłeś – ton głosu Jacka wskazywał, że nie jest to pytanie.
     – Tak zdecydowałem. Podwieziesz mnie do garażu po obiedzie?
     – Oczywiście, nie musiałeś pytać.
Po chwili podszedł kelner. Prawdopodobnie Hiszpan.
     – Witam panów w A'mico. – położył dwie karty dań – coś do picia przed posiłkiem? – Michel już wiedział, że jego pierwsza ocena okazała się prawdziwa. Około trzydziestoletni mężczyzna miał akcent z północnozachodniej Hiszpanii.
     – Dla mnie piwo, Sapporo – rzekł starszy z mężczyzn.
     – Ja poproszę wodę – Jack odezwał się prawie natychmiast po ojcu.
     – Gazowaną czy zwykłą, proszę pana? – kelner nie chciał popełnić pomyłki.
     – Zwykłą – Jack nie tracił wyrazu zadowolenia z twarzy.
     – Dobrze, proszę panów. Mam nadzieję, że nasza kuchnia spełni panów oczekiwania.
     – Też mamy taką nadzieję. Czy mogę o coś zapytać? – słowa wywołały niedostrzegalne zdziwienie na twarzy trzydziestolatka.
Raczej nie zwykł słyszeć takich zdań.
     – Oczywiście.
     – To moja słabość. Proszę nie poczuć się urażonym. Pański akcent wskazuje, że mieszkał pan w północnej Hiszpanii. Asturia, prawie mam pewność.
     – Och! Jestem pod wrażeniem. Ma pan całkowitą rację, urodziłem się w Gijon.
     Michael z pewnością nie był dumny, raczej zadowolony z faktu, że kelner nie poczuł się urażony.
Młody kelner skłonił się i odszedł w kierunku kuchni. Starszy z mężczyzn otworzył kartę.
     – Powiesz? – zapytał, nie odrywając wzroku od menu.
     – Zawsze uczyłeś mnie cierpliwości, ojcze.
Michael uniósł wzrok i spojrzał prosto w błękitne oczy syna. Tak, Jack był przystojnym brunetem, a kolor jego oczy dodawał mu jeszcze uroku.
     – Nie chcesz powiedzieć od razu, to może wskazywać tylko na jedno. Dostałeś dobrą ofertę pracy na zachodnim wybrzeżu.
Jack spojrzał przez okno i ponownie skierował wzrok na twarz Michela.
     – Tak. Jadę do Los Angeles.
     – Och! – na chwilę prawa dłoń Michaela powędrowała do ust.
     – Prawdopodobnie ją odwiedzę.
Kilka sprzecznych emocji przebiegło błyskawicznie na obliczu Foresta. Jednak Jack albo ich nie dostrzegł lub bardziej prawdopodobne, że je zignorował.
     – Najpierw zadzwonię. W końcu minęło trzynaście lat. Nigdy nie mi nie mówisz, ale prawdopodobnie czasem rozmawiacie, prawda? – ponownie wzrok Jacka powędrował poza szybę i tym razem patrzył tam nieco dłużej.
     – Tak, czasem rozmawiam z Hazel. – tym razem Michael świadomie skłamał.
     – Bardzo ładna dziewczyna przy wejściu – rzucił od niechcenia Jack.
     – I przy tym miła i subtelna, zauważyłem. – starszy z Forestów odetchnął z ulgą, ponieważ wyczuł, że Jack nie będzię drążył tematu związanego z matką.
     – Znając twoją uprzejmość, dałeś jej pięćdziesiąt, czyli tyle, co ja – teraz wzrok młodszego z Forestów studiował meni.
Michael omiótł wzrokiem salę. Z pewnością siedziało wraz z nimi tuzin osób.
     – Wezmę pizzę, ponoć jest wyśmienita – obdarzył ojca uśmiechem.
     – Chciałem wziąć rybę, ale mam ochotę spróbować ośmiornicę – odparł starszy z Forestów.
     – I chyba zamówimy wino, co tato? – kiedy spojrzał na ojca, ten po raz setny musiał przyznać, że natura obdarzyła syna pięknymi oczami.
     Jack mierzył nieco ponad sześć stóp i dbał o wygląd. O ile Michael miał na sobie ciemnogranatowy garnitur, białą koszulę z dobrej bawełny i nieodłączny krawat, syn dostosował ubiór do pory roku. Koszulka w kolorze dojrzałego manga, błękitne jeansy, pewnie Lee Coopery, bo takie lubił i lekkie włoskie buty. Zarysowane mięśnie trójgłowe ramienia i niezłe bicepsy świadczyły, że odwiedza siłownię więcej niż dwa razy w tygodniu. Tak naprawdę miał swoją w domu. Osobowość introwertyka ograniczała ilość znajomych do minimum. Mimo dwudziestu pięciu lat nie miał jeszcze dziewczyny. Ba, o ile Michael pamiętał, nawet koleżanki. Z powodów osobistych mieszkał z nim przez sześć lat aż do pełnoletności, a potem we własnym domu. Rodzina Forestów należała do bardzo bogatych. Michael po rozstaniu z żoną pozostał samotny. Pochodził z Santa Monica i tam poznał hrabinę Willbrook. Korzenie jej rodu sięgały osiemnastego wieku, dlatego jej rodzice długo się zastanawiali czy oddać mu córkę. Te obawy ochłodziły stosunki z teściami do minimum, a potem do zera. Po rozstaniu, kiedy Jack miał dwanaście lat, przeniósł się z synem do Nowego Jorku i przejął firmę inwestycyjną po ojcu.
     – Czy dowiem się więcej dopiero przy winie? – brunet spojrzał błagalnym wzrokiem na syna.
     – Nie dlaczego? Dostałem dobrą ofertę pracy.
Michael chciał coś powiedzieć, ale kelner wrócił, widocznie uznał uniesienie dłoni przez ojca, za znak, że wybrali. Co zresztą nie mijało się z prawdą.
     – Wybrali panowie? – nienaganny uśmiech nie schodził z twarzy przystojnego Hiszpana.
     – Tak. Dla mnie ośmiornica, a syn chce spróbować waszej pizzy.
     – Wyśmienicie. A jaki rodzaj, bo mamy kilka.
     – O ile dobrze sprawdziłem macie tylko dużą wielkość.
     – Och, nie! Mała, średnia i duża. To menu... jest trochę dziwne. Na dole strony, małym drukiem są wyszczególnione wielkości. Nie zamierzam stracić pracy i kwestionować przejrzystość karty, ale już kilku gości zwróciło podobną uwagę.
     – Nie będę zawracał szefowi głowy, ale być może w ocenie zrobię małą uwagę – Jack zbyt długo spoglądał prosto w oczy kelnera, że ten aż uciekł wzrokiem i lekko się zarumienił.
     – To byłoby bardzo trafne posunięcie, proszę pana.
     – Tak, być może. Czy jest możliwość zamówienia dużej wielkości z dwoma rodzajami jarzyn?
     – Oczywiście, to żaden problem. Skoro jest pan wegetarianinem...
     – Nie zupełnie. Drugą połowę chciałbym spróbować kurę z pieczarkami i sosem szefa.
     – Nie będzie pan żałował. Czy może jakieś wino? Mamy bardzo dobry rocznik czerwonego caberneta, doskonałe i do pizzy i owoców morza.
     – Nie musimy koniecznie zamawiać całej butelki, prawda?
     – Oczywiście, że nie – kelner chyba miał na stałe przyklejony ten uśmiech.
     – To będzie wszystko – Michael zamknął kartę.
     – Przygotowanie potrwa około dziesięciu minut, czy mam podać wino przed posiłkiem?
     – Wypijemy do obiadu – rzekł Jack.
     – Oczywiście – Hiszpan się skłonił i oddalił.
Michael nie zapomniał, co zamierzał powiedzieć.
     – Synu. Rodzaj pracy, którą wykonujesz, nie wymaga, byś był blisko zatrudniającego. Pracujesz w domu na swoich komputerach.
     – To prawda, ale Emery Crosswhite wyraziła specjalne życzenie – błękitne oczy syna przybrały nieco ciemniejszy odcień.
Michael nie potrafił tego zrozumieć, ale zwykle tak się zdarzało, kiedy syn nie zamierzał drążyć tematu. Tym razem jednak ojciec zaryzykował.
     – Emery Crosswhite. Słyszałem pewne zdania o tej kobiecie.
     – Od kiedy zajmujesz się plotkami, ojcze.
Michael zrobił nieokreślony ruch głową.
     – Zaraz plotkami. Jestem pewny, że też słyszałeś. O ile cię znam, lubisz wiedzieć, dla kogo pracujesz.
     – Oczywiście, że sprawdziłem. Szalenie bogata, ekscentryczna, szczególnie w pewnych aspektach. Dla uspokojenia dodam, że nie jestem zainteresowany takimi, że tak powiem, przyjemnościami.
     – W takim razie rozumiem, że dostaniesz większe pieniądze, jednak biorąc pod uwagę, że nie pracujesz, bo musisz, nie rozumiem.
     – To tylko kilka godzin lotu. Nie lecę na drugi koniec świata. Poza tym, żeby rozwiać wątpliwości. Mężczyzna powinien pracować, nawet jeśli nie musi. Z drugiej strony to, co robimy, nie ma wiele wspólnego z pracą fizyczną, a o takiej mówię.
Ojciec delikatnie ujął silną dłoń syna.
     – I tak będzie mi ciebie brakować. O ile wiem, nie masz przyjaciół, ja natomiast mam tylko ciebie.
Jack spojrzał na dłoń ojca, a ten zabrał rękę.
     – A ja nadal mam nadzieję, że jakoś się pogodzicie. O ile wiem ani mama, ani ty nie macie nikogo.
Brunet spojrzał na syna i tym razem doskonale zamaskował emocje.
     – Nie sądzę, Jack.
     – Skoro tam będę, spotkam ja i porozmawiam. Może posłucha syna.
Michael spojrzał krótko na syna i rzekł.
     – Wybacz, ale potrzebuję skorzystać z toalety – nie czekając na odpowiedź, wstał i od razu skierował kroki we właściwą stronę.
     Jack odprowadził wzrokiem ojca i ponownie spojrzał na zewnątrz. Nie miał żadnych myśli. Potrafił się całkowicie wyłączyć, jak mistrz buddyjski miał absolutną pustkę w głowie.
Michael wszedł do łazienki. Oparł dłonie na kontuarze i wpatrywał się w swoje odbicie. Gdyby nie lekko posiwiałe włosy nad uszami, mógłby wyglądać młodziej. Miał czterdzieści pięć lat i na tyle wyglądał. Siwizna nie powstała z powodu wieku. Stało się to dokładnie trzynaście lat temu.
     – Boże! – szepnął – czy tak będzie do końca? – dwie spore łzy spłynęły po jego policzkach.
Postał jeszcze dobre dwie minuty, przemył twarz i wytarł papierowym ręcznikiem. Wrócił powoli w kierunku stolika. Usiadł i chwilę milczeli.
     – Kiedy lecisz?
     – Za tydzień. Za dwa dni sprzedaję mojego Bentleya Continental. Dom wystawiłem tydzień temu na sprzedaż. Jesteś całkowicie upoważniony do negocjacji. Sądzę, że pod koniec lata znajdzie się nowy właściciel.
     – Gdzie będziesz mieszkał, Jack?
     – Kupiłem już dom w Beverly Hills, a zaraz po przyjeździe odbieram Lamborghini Huracen. Specjalnie prosiłem o Verde Ermes.
     – Nie rozumiem.
     – Ten kolor ma tylko model EVO. Ja zamówiłem STO.
     – Będziesz się gdzieś spieszył? – Tym razem Michael uśmiechnął się nieco ironicznie.
     – Być może – Jack nie zwrócił uwagi na wyraz twarzy ojca.
     Dostrzegli kelnera. Jose, bo tak mia na imię z pewnością, wolał mężczyzn. Świetnie się maskował, ale widocznie piękny błękit oczu Jacka na sekundę zniszczył ochronę. Po odejściu od stolika przez kilka sekund zastanawiał się, czy Jack też woli mężczyzn, ale odpuścił te rozważania, uznając, że jeżeli tak jest, niezwykle przystojny brunet da mu następny znak.
Postawił talerze i sałatki, a następnie ustawił pieczołowicie dwa kieliszki wina.
     – Życzę smacznego – skłonił się i odszedł.
     – Pachnie znakomicie – stwierdził Michael.
     – To smacznego, ojcze. Zostawić ci kawałem pizzy? – Jack uniósł nieco czarne jak smoła brwi.
     – Dziękuję. W moim wieku trzeba uważać na węglowodany.
     – O come on! Ty to mówisz? Jestem pewny, że nie masz grama tłuszczu na brzuchu.
     – Kilka na pewno. Jedzmy.
Opinie o pizzy nie były przesadzone, a ośmiornica Michaela smakował pewnie świetnie, o czym świadczyła mina starszego z Forestów.
     – To chyba warto wznieść toast, synu – zaproponował Michael.
Wznieśli kieliszki i obaj prawie równocześnie posmakowali wina.
     – Całkiem niezłe – starszy z mężczyzn pokiwał delikatnie głową.
     – Nie przepadam za czerwonym, ale nie chciałem ci robić przykrości, ojcze – Jack pewnie wiedział, że taka odpowiedź nie jest zbyt wyszukana.
Michael nie dał odczuć, że go to dotknęło.
     – Skoro sprzedałeś dom i masz zamiar pozbyć się samochodu, a tam kupiłeś nowy dom i auto, to wygląda na decyzję pożegnania się ze wschodnim wybrzeżem. Wiesz, że ja nie mogę pozbyć się tego interesu.
Syn popatrzył na ojca dłużej.
     – Nie, a to czemu? Znajdzie się kilku kupców.
     – I co zrobię z miliardami dolarów? – Michael zatrzymał wzrok na twarzy syna.
     – A tak co robisz z pieniędzmi?
     – Pieniądze nie są ważne.
Jack tylko się uśmiechnął.
     – Tak mówisz, bo już urodziłeś się bogaty.
     – Tobie też się to przytrafiło, synu.
     – Nie miałem na to wpływu. Oddaję połowę na dobre cele.
     – Ja również. Czy zmierzasz do czegoś, Jack?
     – Trudno nie wyczuć. Gdybyś sprzedał korporację i przeniósł się do LA, może byłoby wam łatwiej się dogadać.
Michael mocno oparł palce na brzegu stołu, aż odpłynęła z nich krew.
     – To nie jest dobry pomysł – powiedział cicho, opanowując emocje.
     – Zawsze możesz zmienić zdanie.
Przez następne dziesięć minut siedzieli bez słów.
     – Odwieziesz mnie do garażu? Poczułem się zmęczony.
Jack zrobił nieco zdziwioną minę i skinął głową.
     – Zapłacę – odrzekł.
Dał znak kelnerowi i ten pojawił się za mniej niż minutę.
     – Tak proszę panów? – popatrzył na Jacka potem na Michaela.
     – Chcę zapłacić, Jose.
     – Oczywiście, zaraz przyniosę rachunek i maszynę do karty kredytowej.
     – Można zapłacić gotówką?
     – Oczywiście, jednak muszę przynieść rachunek.
     – Oczywiście, nie ma pośpiechu.
     Michael chciał coś powiedzieć, ale Jack spojrzał ciepło na ojca i ten dał spokój. Jose przyniósł rachunek za dwie minuty i Jack zapłacił. Dał dobry napiwek, w wysokości podobnej, jaką obdarował Laurę. Musnął przy tym dłoń Hiszpana, ale tylko nieznacznie. Tamten ponownie się zmieszał, podziękował i odszedł.
Wyszli z restauracji, obdarzając młodą dziewczynę uśmiechem.
Ponownie ciepło popołudnia uderzyło w nich zapachem nowojorskiej ulicy. Dzisiaj temperatura dochodziła do trzydziestu dwóch stopni Celsjusza, a przy wilgoci dało się to odczuć jako nieco uciążliwe.
– Bawiło cię, że dałeś mu nadzieję? – tym razem starszy z Forestów nie spojrzał na syna.
– Też zauważyłeś?
– Nie urodziłem się wczoraj, Jack. Nie powinieneś!
– Pewnie masz rację. Mam wrócić i wytłumaczyć, że nie jestem gejem?
– Przestań – Michael nieco podniósł głos.
– Chcesz powiedzieć, że jestem winny. A ty?
– Co ja? – Michael rzucił spojrzenie w kierunku syna.
– Z pewnością wiedziałeś, że masz czas. Znam cię. Czemu odgrywałeś teatr z tym sprawdzeniem w notesie?
– W porządku! Nie wiem. Masz rację, jestem kłamcą!
– Och, tato! Wszyscy jesteśmy. Podobno tylko Bóg nie jest. Kiedy ostatnio skłamałeś?
Michael nieco się rozchmurzył.
– Tydzień temu. Powiedziałem Nancy, że świetnie wygląda w nowej sukience.
– Och! A co było nie tak z jej ubiorem?
– Zbyt ostry kolor. Chyba sama to odkryła, bo więcej jej w tym nie widziałem.
– Jest świetną sekretarką.
– To prawda. Byłoby jej przykro, gdybym odszedł z interesu. Ma dziesięć lat więcej ode mnie. Czy sądzisz, że ktoś by przyjął kobietę w jej wieku na to podobne stanowisko?
– Być może. Zawsze możesz dodać w umowie sprzedaży klauzulę, że sprzedajesz interes wraz z doświadczoną sekretarką i dodatkowo, że ta nie może być zwolniona przez okres pięciu lat.
– Tak, oczywiście. Masz rację. – Michael nie chciał wyraźnie drążyć tematu sprzedaży swojej korporacji.

Sapphire77

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i obyczajowe, użył 3634 słów i 22285 znaków.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.