Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Ostatania kawiarnia na prawo cz. 2

     Oczywiście miał zarząd, ale posiadał siedemdziesiąt procent udziału. Cała gospodarka musiałaby upaść, żeby jego akcje drastycznie spadły. Obaj nie byli zadowoleni z polityki republikanów. Nikt nie traktował poważnie obecnego prezydenta, ale mieli też poważne obawy, co zmieni się, kiedy zwycięży następny.
     Po pięciu minutach weszli do podziemnego parkingu. Nawet przy sporych opłatach tego miejsca nie dostrzegli wielu wolnych miejsc.
     – Tam też jest spory ruch – od niechcenia rzucił ojciec, mając oczywiście na myśli LA.
     – Plus jest taki, że nie ma koszmarnej zimy i lato jest całkiem miłe.
     – I dlatego mnie zostawiasz? – Michael sam się nie spodziewał, że to powie.
     – Jestem dobrej myśli.
     Wsiedli do granatowego Bentleya GT. Michael miał Latającą ostrygę, czyli czterodrzwiowy, najszybszy z sedanów. W przeciwieństwie do syna nigdy nie jeździł zbyt szybko. Przy jego zarobkach i statusie powinien mieć Rolls–Royce z kierowcą, ale nigdy tego nie chciał.
Wyjechali na ulicę i po kilku minutach wjechali do garażu budynku, gdzie pracował Michael. Pożegnanie zapowiadało się na raczej chłodne.
     – Zobaczymy się jeszcze przed twoim odlotem, Jack?
     – Jeśli chcesz mnie zobaczyć, wiesz, gdzie mieszkam. Mam lot o dziesiątej rano. Dam namiary.
     – Nie odwiozę cię na lot, ale może wpadnę. Dam wcześniej znać.
     – To nie jest konieczne, wiesz, że raczej jestem w domu.
     – Tak, wiem. Do zobaczenia, synu.
Jednak się przytulili, zanim weszli do swoich aut.


Tydzień później.


     Lot przebieg spokojnie. Prosto z lotniska pojechał do dealera. Prowadził transakcje online z mężczyzną w wieku ojca, niejakim Spencerem Rossem. Samochód już czekał. Po kilku podpisach Jack wyjechał bez palenia opon. Postanowił spróbować za kilka dni, na co stać dziesięciocylindrowy silnik. Próbował kilka wersji. Mógł kupić bardzo drogą wersję, ale wybrał model STO. Wiedział, że Lamborghini jest całkiem innym samochodem niż Bentley. Głośniejszym i bardziej twardym. Ze sportowych aut tej klasy najbardziej solidny wydawał się Audi R8, a najgorsze Ferrari, ale Jack wybrał Lambo. Dlaczego? Tego do końca nie wiedział. Wziął ze sobą tylko dwa laptopy i kilkanaście USB i większe dyski pamięci. Poza tym szczoteczkę do zębów i bielizną osobistą na zmianę nie spakował niczego. Reszta jego sprzętu i ubrań maiła dotrzeć na zachodnie wybrzeże za tydzień. Na sobie miał te same jeansy, w których zawitał w restauracji i żółtą, ale nie taką samą koszulkę z bawełny. Leciał w butach ze skóry jelenia, ale pierwsze co zamierzał to kupić sandały.
     W nowym domu, zgodnie z umową miał w zamrażalniku, łososia. Pojechał do marketu kupić trochę jedzenia i w pobliskim sportowym sklepie kupił sandały firmy Ecco. Reszta jego ubrań miała przybyć za kilka dni. Dom miał podobna powierzchnie jak w Nowym Jorku. Nie był niczym zaskoczony, bo dostał kilkadziesiąt zdjęć i filmik z widokiem detali. Dochodziła siódma i przyszedł mu pomysł, by pojechać na plażę i poczekać na zachód słońca, a miało to nastąpić kilka minut po ósmej.
     Wziął autostradę nr 10, potem Suset Bulward, a przy plaży skręcił w prawo w Ocean Avenue, by dotrzeć do ostatniej kawiarni na tej wielkiej plaży. Back Beach Coffee. Dlaczego tu? Pewnie, ponieważ była najdalej, a może z innego powodu. Zaparkował ciemnozielone Lamborghini, zdjął sandały i zaczął iść po jeszcze ciepłym piachu. Poczuł się dziwnie i nie mógł zrozumieć dlaczego. Na plaży przebywało jeszcze sporo ludzi, lecz z pewnością w południe były tłumy. W połowie lipca nie mogło być inaczej.  
     Zanim doszedł do brzegu, od razu zobaczył postać kobiety. Dziwny prąd przeszedł przez kręgosłup, a na przedramionach włosy lekko się uniosły. Postępował według jakiegoś planu, ale z pewnością wbrew naturze introwertyka. Kobieta lub dziewczyna, bo z tyłu trudno mu było określić wiek, miała ciemnobrązowe włosy do połowy pleców. Jeansy jak on, tylko firmy Wrangler, górę osłaniała granatowa bluzka. Obserwował ją blisko minutę i odszedł z prawej strony.
     – Ładny zachód – powiedział.
Dziewczyna miała orzechowy kolor oczu i wyglądała na więcej niż dwadzieścia lat, ale mniej niż trzydzieści. Prawdopodobnie miała tyle lat co Jack. Spojrzała na niego z uśmiechem.
     – Tak, lubię zachody.
Słońce wchodziło wolno w bezkresną toń oceanu i pozostawiło po sobie czerwoną poświatę.
     – Nie musisz tego robić – wyrzekł to i poczuł się ponownie bardzo dziwnie.
Dziewczyna popatrzyła na niego dłużej i powiedziała coś równie dziwnego.
     – Jak... jak mogłeś tak powiedzieć?
     – Przepraszam, coś się dzieje z moim mózgiem.
     – Nie przepraszaj. To niesamowite! Nie sadziłeś, chyba że ja...
     – Sam nie wiem, co sądziłem. Wybacz, nie przyszedłem cię podrywać z takimi banalnymi tekstami.
     Zamierzał odejść, ale poczuł, że złapała go za nadgarstek. Przy smukłej budowie ciała właśnie dłonie nie bardzo do niej pasowały. Spojrzał na prawicę, która nadal trzymała go za nadgarstek. Dziewczyna chyba odwiedzała siłownie częściej niż on. Dłonie miała silne. Rozluźniła uścisk. Nie miała tipsów. Za krótko obciętymi paznokciami dostrzegł ciemne linie. To nie był bród, lecz nie bardzo wiedział, z czego się wziął.
     – Jestem Emma – spojrzała mu w oczy – pewnie zastanawiasz się, skąd pochodzi bród. To z powodu pracy. Jest dużo lepiej niż przed laty, bo teraz właściwie nie pracuję. Tylko kiedy moi chłopcy sobie nie radzą, a to zdarza się naprawdę rzadko.
     – Aha, rozumiem. Czyli co konkretnie robisz lub robiłaś?
     – Och! Myślałam, że się domyślisz. Mam warsztat samochodowy. Masz jakieś imię?
Jack spojrzał dłużej na jej twarz. Kogoś mu przypominała. Spore ładne oczy, delikatne piegi koło nosa. Emma z pewnością nie była brzydka. Porównał z ostatnią twarzą dziewczyny, jaką oglądał dłużej niż kilka sekund. Laura była ładniejsza, ale Emma miała coś w spojrzeniu.
     – Wygląda na to, że to ja cię podrywam, nieznajomy.
     – Och, wybacz. Jestem Jack. Jack Forest – wyciągnął prawicę.
     – Emma Stone, miło mi.
     – Mnie również.
     – Przyjechałeś zielonym Lamborghini STO, ale nie dlatego cię zaczepiłam.
     – Skąd wiesz? Przecież przyjechałaś wcześniej.
     – Zajrzałeś najpierw do kawiarni, więc ty przyjechałeś przede mną. Masz akcent ze wschodniego wybrzeża, ale czuję, że tu się urodziłeś.
Jack spojrzał na dziewczynę.
     – Jesteś wróżką, czy co?
     – Nie. Potrafię odczuć pewne rzeczy.
     – Mój ojciec też potrafi wyczuć po akcencie, skąd ktoś pochodzi, ale jak odkryłaś, że tu się urodziłem?
     – To po prostu zgadłam. Skoro zajrzałeś do kawiarni, to może tam wstąpimy. Jestem trochę głodna, bo w prawdzie nie miałam nic w ustach od rana.
     – To może lepiej pojedźmy do restauracji?
Uśmiechnęła się miło.
     – Rob ma świetną sałatkę grecką i dobre spaghetti. Pizze też, o ile jeszcze coś zostało. Dawno chyba tu nie jesteś, pachniesz samolotom.
Pokręcił z niedowierzaniem głową.
     – Przyleciałem dzisiaj koło czwartej.
     – I nic nie jadłeś od rana jak ja, z wyjątkiem skąpego posiłku w samolocie.
     – Dokładnie. W lodówce mam tylko łososia, który się z pewnością nie rozmroził.
     – O, czyli przyleciałeś dzisiaj, masz już dom i odebrałeś od dealera auto.
     – Czego o mnie nie wiesz? – wpatrywał się zaciekawiony w jej oczy.
     – Niczego więcej.
     – Czy ja mogę spróbować zgadnąć coś odnośnie do ciebie?
     – Jasne, czemu nie.
     – Dobrze. Masz warsztat, raczej nie masz chłopaka ani męża.
     – Jak na razie dobrze ci idzie. To idziemy coś zjeść? Rob zamyka po dziewiątej.
     Ruszyli. Jack poczuł, że Emma ujęła jego dłoń. Tym razem nie spojrzał. Poczuł dziwne prądy, ale całkiem inny niż poprzednio.
Piach wciąż miał miłą temperaturę, chociaż nieco już ostygł. Jack obserwował chwilę swoje stopy i po sekundzie zwrócił uwagą, że Emma też ma gołe stopy.
     – Wcale nie miałem zamiaru cię poderwać – wydukał.
     – Może nie uwierzysz, ale ja też nie.
Zanim weszli do kawiarni, młody mężczyzna rzucił okiem w kierunku parkingu. Już się ściemniało, ale wciąż widział swój samochód.
     – Czym przyjechałaś? Tym starym Mustangiem?
     – Nie. Popatrz trochę w lewo – już byli w środku.
     – O! To chyba Nissan RT, tak?
     – Znasz się trochę. Model Nismo, ale jeszcze go trochę ulepszyłam. Raczej nie masz szansy na ćwierci mili.
     – Teraz to przesadziłaś. Nie sprawdzałem jeszcze mojej maszyny, ale podobno osiąga sześćdziesiąt mil w dwie i sześć dziesiątych sekundy.
     – Wiem, ale nadal podtrzymuje, co powiedziałam.
Zbliżył się właściciel.  
     – Hej, Emmo. Wiesz, że niedługo zamykam, prawda?
     – Zawsze sprawiam problemy, taka moja natura. Masz jeszcze coś do jedzenia? Oboje nie mieliśmy nic w ustach od rana.
Rob Cassey zatrzymał się przy ich stoliku.
     – Mam dokładnie dwa kawałki hawajskiej i dwie sałatki greckie.
     – To było naszym marzeniem. Dodaj jeszcze dwa Sapporo i będziemy zadowoleni. Pijesz piwo, Jack, prawda? – spojrzała na bruneta.
     – Czasem.
     – Och, powinnam was sobie przedstawić. Robert Cassey, a to Jack Forest.
Krótko uścisnęli sobie dłonie.
     – Wybaczcie, że nie będziecie mogli dłużej posiedzieć. Obiecałem Betty być po dziesiątej.
     – To my przepraszamy. – Emma odprowadziła wzrokiem właściciela kawiarni, a Jack lustrował wnętrze sali.
     – Już wiesz, co robię, wypadałoby, abym dowiedziała się, co ciebie sprowadza do LA?
     – Wypadałoby?
     – No mógłbyś powiedzieć, chyba że to tajemnica.
Twarz bruneta się wygładziła.
     – Pracuje na komputerze. Zajmuje się wieloma sprawami. Obliczam stopień ryzyka dla wielkich firm i korporacji. Inwestuje trochę na giełdach. Czasem mam też pracę dla wojska, ale niechętnie biorę takie kontrakty. I czego dotyczą, nie mogę zdradzić.
Emma się uśmiechnęła i Jack nie wiedział dlaczego.
     – Powiedziałem coś śmiesznego, bo się zgubiłem?
     – Och nie. Pomyślałam sobie, że skoro wiesz, że mam furę za dwieście tysięcy to masz wystarczający dowód, że nie poleciałam na forsę.
     – Mam trochę pieniędzy, ale nawet o tym nie pomyślałem. Jeżeli popełnię błędy, to wybacz. Nie miałem do tej pory nawet koleżanki, nie mówiąc już o dziewczynie.
     – Co do mnie już odkryłeś na początku. Nie mam męża ani chłopaka, ale o czymś zapomniałeś.
     – Z uwagi, że jesteś kobietą pracującą, to raczej nie masz psa.
     – Nie to miałam na myśli – czuł, że wpatruje się w jego oczy.
     – Poddaje się. Nie mam pojęcia, co masz na myśli.
     – Teraz mamy czas wolnych związków.
     – O! Nie jestem ekspertem, ale nie wyglądasz na amatorkę kobiet.
     – Nie wyglądam? Są dziewczyny, które lubią i kobiety i mężczyzn.
     – Czyli masz dziewczynę?
     – Niezupełnie. Przyjaciółkę. Bardzo dziwną. Mieszkała ze mną prawie trzy lata. Teraz czasem wpada.
     – Rozumiem. Nie jestem zazdrosny.
Szatynka delikatnie dotknęła jego dłoni.
     – Masz piękne oczy. Naprawdę.
     – Podobno jestem przystojny, to zdanie Michaela.
     – Michaela?
     – Ojca. Jestem odludkiem. Czasami z nim się spotykałem. Teraz się okazało, że bardziej mnie kocha, niż sądziłem. Nie myślałem, że tak odczuje mój wyjazd.
     – Nie jest to Michael Forest, ten od oleju, złota i innych drogich inwestycji?
     – Właśnie ten.
     – O! Nie wiedziałam. Przystojny z niego mężczyzna, o ile pamiętam ze zdjęć.
     – Podoba się kobietom.
Dziewczyna chciała coś chyba powiedzieć, ale zaniechała. Rob przyniósł na tacy jedzenie.
     – Nie macie nic przeciw żeby zapłacić od razu? Chcę zacząć składać stoły i krzesła.
     – Jasne, Rob. Nie ma sprawy. Pięćdziesiąt będzie dobrze?
     – Trzydzieści cztery.
     – To ci się trafił niezły napiwek na koniec.
     – I tak go oddam dziewczynom. Zwykle idą pół godziny przed zamknięciem do domu, ale dzisiaj się napracowały.
     – Dobry z ciebie chłop, Rob – Emma wyciągnęła banknot.
     – Ja chciałem zapłacić – rzekł Jack.
     – Następnym razem, Jack – Emma klepnęła go mocno w ramie.
Właściciel zabrał pieniędzy i wyszedł na zewnątrz składać rzeczy.
     – Masz ciętą rękę.
     – A ty spędzasz sporo czasu na siłowni. Skoro nie jesteś socjal, to pewnie miałeś w domu.
     – Znowu masz rację. Ciekawe czy w czymś się pomylisz co do mnie.
     – Z pewnością. Do tej pory po prostu mi się udaje zgadywać.
Zaczęli jeść. Jack zauważył, że Emma cicho poprosiła o błogosławieństwo.
     – A kto się mnie zawstydzi przed ludźmi, tego i ja się zawstydzę jego przed Ojcem – rzekł.
     – Nie chciałam, żebyś się wystraszył. Zwykle się modlę głośno.
     – Wiara upada. Dziękujemy ci Panie za ten posiłek. – powiedział głośno Jack.
     – Amen – dokończyła Emma.
     – To następna rzecz nas łączy – odezwał się brunet.
     Dziewczyna posłała mu dłuższe spojrzenie i pomyślała, czy coś ich dzieli, bo to wszystko wyglądało jak bajka.
Jedli bez słów. Emma pomyślała, że wolałaby wypić piwo z antałka czy szklanki, ale nie chciała zawracać głowy Robertowi. Zanieśli talerze do kuchni i wyszli z kawiarni, posyłając tylko miłe uśmiechy w kierunku właściciela.
     – Czyli twierdzisz Emmo, że twój wóz jest szybszy.
     – Pewnie o dwie części sekundy.
     – Co powiesz na mały wyścig? – zapytał z szelmowskim uśmiechem, Jack.
     – Wiesz, że to poważne przestępstwo drogowe, o ile dobrze słyszałam, najmocniej karane.
     – Może da się znaleźć kawałek dobrej drogi, bez innych uczestników.
     – Sądzę, że dałoby się to zorganizować. Wiem, że jestem trochę natrętna i uznasz, że jednak chcę cię poderwać, ale może dasz się zaprosić do mojego domu. U ciebie jest tylko ryba w lodówce.
     – Kupiłem trochę jarzyn – odparł brunet z lekkim uśmiechem.
Przeciętny mężczyzna pewnie by się ucieszył z obrotu sprawy, ale Jack do takich nie należał. Chciał nawet posłać tekst w formie: ,,może to trochę za szybko”, ale zniszczył pomysł w zarodku. Uznał, że Emma jest szczera i otwarta, a fakt, że wierzyła w Boga, tylko bardziej go uspokoił.
     – Masz z pewnością gościnny pokój, prawda?
Szatynka zrobiła wielkie oczy.
     – No tak, jest już prawie dziesiąta, przed nami sobota, a ja mam wolne. Oczywiście, że mam gościnny, w końcu nie każdej nocy spałam z Irys. – powiedziała to i złapała się za buzię
     ,,Cholercia, co on sobie teraz pomyśli” – przeszło jej przez głowę.
     Jack nic nie pomyślał. Jego analityczny i wyjątkowy umysł zarejestrował, co powiedziała wcześniej. Mało ludzi by pomyślało w ten sposób, ale Jack wiedział, że z jakichś nieznanych mu powodów Emma spała w jednym łóżku z Irys, ale to było tylko zwykłe spanie, a nie coś bardziej intymnego.
     – Tak niechcący zapytałem pośrednio, czy mogę zostać na noc. – Uznał, że powinien to powiedzieć.
     – Jeżeli zechcesz, a jak mam rozumieć, chcesz, to oczywiście możesz. Chyba sobie ufamy, nie sądzisz?
Teraz on ujął jej dłoń i powiedział cicho.
     – Nawet o tym nie myślałem, to jakby jest włączone w to wszystko, co się wydarzyło w ciągu ostatnich godzin.
     Emma wypuściła z ulgą powietrze. Dopiero w tej chwili uświadomiła sobie, że nigdy nie sądziła, że jej się to może zdarzyć. Wszytko, się im układała, jakby oboje spotkali swoją drugą połowę.
     Otworzyła drzwi i swojego czerwonego Nissana i spojrzała na młodego mężczyznę.
     – Podać ci adres, czy będziesz jechał za mną?
     – Na wszelki wypadek zapiszę, na autostradzie jest rożnie, a jest już ciemno.
     – Mądry chłopiec – powiedziała z uśmiechem, sięgnęła mały notesik leżący między siedzeniami i szybko zapisała adres.
     – Poczekaj, zapiszę na GPS. – Teraz on otworzył drzwi, włączył ekran i zapisał.
     – Wszystko się zgadza – rzuciła okiem na współrzędne.
     – To nie mieszkamy daleko od siebie. Jakieś piętnaście mil.
     Posłała mu ostatnie spojrzenie i zapaliła motor. Po chwili i Jack to zrobił i powoli ruszył za nią. Zanim jeszcze wjechał na drogę, przypomniał sobie, że obiecał ojcu dać znak, kiedy doleci.
     ,,Nie powinienem go tak traktować” – pomyślał i wyjął komórkę.
Przerwał połączenie, zanim usłyszał pierwszy sygnał. W Nowym Jorku była już noc.
,,Jest po pierwszej, pewnie już śpi”.
Wysłał jednak krótka wiadomość. Nie było właściwie żadnych aut, a jechali mniej niż dwadzieścia mil na godzinę. Podświadomie zwolnił i z zadowoleniem zauważył, że Emma zrobiła to samo. Po chwili zobaczył światła stopu i Nissan się zatrzymał, więc oczywiście zrobił to samo. Podeszła do szyby, dlatego ją uchylił.
     – Coś się stało, Jack?
     – Przepraszam. Miałem zadzwonić do ojca po przylocie i zapomniałem. Wystukałem numer, ale uświadomiłem sobie, że jest tam po pierwszej w nocy, dlatego wysłałem tekst. Dziękuję, że się zatrzymałaś.
     – W porządku, chyba poczułam, że zwolniłeś i uznałam, że lepiej się zatrzymam.
     – Jesteś niesamowita.
     – E tam, zaraz niesamowita. Po prostu jest między nami jakaś zależność. Sama się dziwię. Nie mam problemów rozmawiać z ludźmi, ale tak jak dzisiaj mi się jeszcze nie zdarzyło.
     – Tak, wierzę. Ze mną jest inaczej. Raczej jestem odludkiem.
     – Mnie to nie przeszkadza. Mogę jechać?
     – Tak, oczywiście. Jeszcze raz dziękuję.
     Odprowadził ją wzrokiem i zapalił, gdy zobaczył tylne światła RT. Uświadomił sobie, że patrzył na jej pośladki, bo w przeciwieństwie do Emmy, zostawił włączone światła.
Skarcił się w duchu, nie dlatego, że jej się przyglądał, ale z powodu myśli.
     – No cóż, chyba to obudziłem w sobie – mruknął do siebie.
Nie obawiał się o resztę, potrafił się kontrolować i od razu uznał, że jeżeli ona czuje do niego to, co on do niej, nie stanie się to, wcześniej, niż kiedy da mu o tym wyraźny znak.
Jack nie mógł wiedzieć, że większość kobiet ma oczy z tyłu.
Dziewczyna jechała i czuła się zadowolona.
,,Co się dzieje” – pomyślała.
     – Znasz go kilka godzin i pierwsze, o czym myślisz to seks? – szepnęła do siebie.
     Wrzuciła te odczucia głębiej, ale zdawała sobie sprawę, że tego już nie usunie ze swojego jestestwa.
Jechała spokojnie, ale musiała dostosować się do ruchu na drodze. Co jakiś czas rzucała okiem w tylne lusterko. Auto Jacka zniknęło jej z oczu, ale po chwili się pojawiło ponownie. Po autostradzie jechało sporo samochodów. Czuła się rozluźniona, miał pewność, że Jack jest facetem na poziomie i gdyby nawet się zgubił, z pewnością dojedzie kilka minut po niej.
Zajęło im czterdzieści minut i dojechali razem.  
     Dom Emmy był nieco mniejszy niż ten, który kupił. Zaparkował w środku, obok niej. Garaż z powodzeniem pomieściłby cztery samochody. Weszli do domu.
     – Chcesz coś ciepłego do picia? Na kawę za późno, ale mam kilka dobrych herbat.
     – Chętnie spróbuję – usiadł koło marmurowej płyty, która znajdowała się na środku sporej kuchni.  
     Szafki zrobiono albo z oryginalnego drewna, albo bardzo dobrej podróbki, w kolorze jasnej sosny. Blat miał biały kolor. Na ścianie wisiały miedziane garnki. Dostrzegł też obraz zachodzącego słońca. Chyba nawet tego miejscu, gdzie się poznali, bo dostrzegł kilka podobnych szczegółów.
     – Bardzo ładny obraz. Czy to ten rejon, gdzie się poznaliśmy?
Spojrzała na niego krótko.
     – Tak, dokładnie. To namalowała Irys. Maluje naturę, ale głównie specjalizuje się w obrazach typu Jacksona Pollocka, jednak niektóre jej obrazy bardziej przypominają Willema de Kooninga. Jest bardzo zdolna i dobrze się sprzedaje, rzadko kiedy można dostać jej obraz za mniej niż kilkaset tysięcy. Tworzy dziesięć i niszczy osiem... – Emma nagle zamilkła.
     – Coś się stało? – brunet podszedł bardzo blisko.
     – Nic, nic. Coś sobie przypomniałam.

Sapphire77

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i obyczajowe, użył 3454 słów i 20173 znaków.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.