Dziennik epidemii zombie cz.7

W końcu udało mi się skończyć 7 część, zapraszam do czytanie
ps. Mam nadzieje, że nie uśniecie jak będziecie czytać końcówkę :D

Dzień 7
To zaskakujące, że minął już tydzień od rozpoczęcia epidemii zombie. Dopiero teraz zauważyłem jak blisko są święta, jeszcze tylko niecały miesiąc… Może jeśli zima będzie dosyć sroga, być może wszystkie te stwory pozamarzają. Póki co jednak musimy być bardzo ostrożni, kiedy wychodzimy na zewnątrz- wydarzenia z dnia wczorajszego jeszcze bardziej mnie utwierdziły w tym przekonaniu. Zauważyłem, że reszta nie ufa zbytnio Kacprowi, o czym z resztą mi powiedział
Kacper- Wiesz co, oni chyba nie do końca mi ufają
Ja- Po prostu jeszcze cię nie poznali wystarczająco, to dlatego są tak nieufni
Kacper- Może masz rację, a tak w ogóle to od kiedy masz dziewczynę?
Ja Tak gdzieś mniej więcej od…
Nie było dane mi dokończyć, gdyż usłyszałem jakiś dziwny hałas na zewnątrz… coś jak czołg. Czyżby znowu wojsko próbowało powybijać te wszystkie stwory?-pomyślałem. Przeczucie mówiło mi jednak, że coś jest nie w porządku, jak na potwierdzenie moich myśli wydarzyła się ta sytuacja. Mianowicie jakaś dziewczyna wybiegła z pobliskiego bloku szukają u nich ratunku. Po chwili czołg się zatrzymał i wyszło z niego 3 mężczyzn z tym, że nie mieli na sobie mundurów- szabrownicy-pomyślałem. Przerażona kobieta zaczęła uciekać, ale bardzo szybko ją dogonili. Znowu poczułem to samo uczucie co wczoraj- znowu ogarnęła mnie dzika furia. Szybko zebrałem czterech chłopaków, wzięliśmy m4 i najciszej jak się da zeszliśmy na dół. Jak się pewnie domyślacie ci szabrownicy chcieli ją zgwałcić, nie przewidzieli jednak pojawienia się 5 uzbrojonych w m4 małolatów.
Ja do szabrowników- Puśćcie dziewczynę- zaskoczeni próbowali sięgnąć po broń, zapomnieli jednak że zostawili ją w czołgu.
Jeden z szabrowników- O patrzcie, gnojki mają broń i myślą, że mogą nam rozkazywać- ruszył w moją stronę i to był jego błąd. Strzeliłem mu prosto w głowę bez mrugnięcia okiem, po czym padł martwy
Pozostali szabrownicy- Ku*wa Stan, nie!!!- Z chęcią mordu rzucili się na mnie, jednak reszta chłopaków była szybsza, w mgnieniu oka leżeli martwi na ziemi.
Ja do dziewczyny- Wszystko dobrze?
Dziewczyna- (płacze) Tttttakkk, ddziękkkujjje za urratttttowanie.  
Ja- Nie ma sprawy, a teraz uciekaj i pamiętaj: Jak następnym razem zobaczysz cokolwiek, nigdy nie wychodź dopóki się nie upewnisz.
Po tych słowach szybko uciekła do miejsca skąd przyszła. Popatrzyłem na czołg, który pozostał po szabrownikach i powiedziałem do reszty
Ja- A co wy na to, żeby zabrać ten czołg do nas? Przecież obok boiska jest garaż, który go spokojnie pomieści.
Marek- A niby jak go chcesz tam zaprowadzić co? Przecież nie umiesz nim kierować.
Kacper- Ale ja umiem-cała reszta osłupiała- miałem ojca w wojsku, nauczył mnie kilku przydatnych rzeczy.
Ja- No i widzisz? Problem rozwiązany.
Chwilę potrwało zanim Kacper wjechał tym olbrzymem do garażu, jednak myślę, że opłacało się uratować tą dziewczynę. Chociażby z powodów moralnych (sumienie nie dałoby mi spokoju ). Tak jak teraz myślę, to w razie jakiegokolwiek napadu mamy już poważny argument, żeby powiedzieć "Get the fuck out motherfucker” (Ewentualnie słynne "Wypierdalać!!!”)  
***
Dopiero teraz zauważyłem, że zaczął padać śnieg… Zaczynam się poważnie martwić jak my przetrwamy tą zimę, skoro nie ma nawet jak się ogrzać… Chyba, że jakimś cudem uda nam się skombinować węgiel i tutaj wpadłem na pomysł, dosyć szalony, ale jednak wykonalny
Ja- Słuchajcie, nie wiem czy już zauważyliście, ale zaczął padać śnieg, a co za tym idzie niedługo zima i tu pojawia się problem. Chyba już wiecie jaki prawda?
Marek- Niech zgadnę, nie ma tutaj ogrzewania tak?
Ja- No nie do końca. Ogrzewanie jest, ale trzeba by w piecu napalić, a nie ma czym.
Klaudia- A więc o wymyśliłeś?
Ja- Otóż mój plan jest taki. Wszyscy pojechali byśmy czołgiem do najbliższego składu, po czym kiedy my będziemy go ładować na wóz Kacper i Wojtek osłanialiby nas. Następnie kiedy już byśmy załadowali, Kacper razem z Wojtkiem osłanialiby wóz, a my byśmy go prowadzili. Nie mówię zbyt chaotycznie?
Wszyscy- Nie, jesteśmy głupi i nic nie rozumiemy
Ja- No dobra, sorki, po prostu coś mi się dzisiaj język plącze. No więc jak, zrobilibyście to chłopaki?
Wszyscy zgodnym chórem odpowiedzieli "TAK”.  
***
Przygotowania do wyjazdu nie trwały zbyt długo, zaledwie pół godziny. W międzyczasie mój brat zagadnął do mnie
Damian- No proszę proszę, mój braciszek dorósł.
Ja- Musiałem, inaczej już bym pewnie nie żył. Jak tam twoja noga i ręka?
Damian- Już dużo lepiej…
Ja- Mam do ciebie prośbę
Damian- ?
Ja- Skoro i tak nie możesz nam tam pomóc, to mógłbyś ochraniać dziewczyny w czasie naszej nieobceności?
Damian- Jeśli będzie trzeba poświęcę nawet własne życie.
Po tej satysfakcjonującej mnie odpowiedzi, poszedłem za resztą do czołgu, uprzednio czule żegnając się z Olką.  
***
Po około 15 minutach byliśmy już na miejscu, jednak nie jako jedyni. W składzie było jeszcze 5 osób, w sam raz do rozpoczęcia rzezi czołgiem, postanowiliśmy jednak dać im szanse. Kiedy wyjrzałem z czołgu ujrzałem 5 przerażonych twarzy, głownie z powodu, że nie mieli żadnej broni przy sobie.
Ja do nich- To jak, uciekacie stąd czy mamy was wystrzelać jak kaczki?
Oni- Nie proszę nie, mamy rodziny, nie przeżyjemy zimy bez ciepła- z głębi czołgu dobiegł mnie głos Marka
Marek- Ty, ty chyba nie mówisz poważnie co, nie zabijemy ich?
Ja- No co ty, postraszyć ich tylko chciałem- tu już zwróciłem się do nich- Ile wam jeszcze zostało do załadowania?
Oni- Już bardzo mało… A bo co?
Ja- Bo mam pomożemy… Ale zapamiętajcie, jeden fałszywy ruch, a koledzy z czołgu zrobią z was sito karabinem.
Oni- Dobrze, nie będziemy niczego próbować.
***  
Ale jestem zrypany, 2 godziny ładowaliśmy ten węgiel, a potem kiedy już wróciliśmy musieliśmy spędzić kolejne 2 godziny na rozładowanie tego. Cały jestem uwalony czarnym pyłem, podobnie z resztą jak Marek i Kuba. Po drodze wpadliśmy do jeszcze jednego miejsca, a dokładniej do sklep, w którym można było znaleźć wanny. Kiedy już byliśmy na miejscu postanowiłem wykorzystać te wanny, które zdobyliśmy. W kanciapie woźnego znalazłem wszystkie potrzebne rzeczy do zrobienia rzeczy o której myślałem w podróży. A mianowicie w toaletach na pierwszym piętrze zamontowałem te wanny które przywieźliśmy, oraz porobiłem im odpływy- Wywierciłem w ścianie dziurę szerokości tej rurki odpływowej. Całość zajęła mi jakąś godzinę. Możecie sobie zadać pytanie skąd miałem elektryczność, odpowiedź jest prosta. Jak wcześniej wspominałem znalazłem w kanciapie woźnego agregat, a w jednym z garaży widziałem bańkę z paliwem. Tak więc jak mówiłem teraz każdy mógł się spokojnie pomoczyć i wykąpać. Pozostał tylko problem ciepłej wody i tu dalej miałem pomysł jak temu zaradzić. Tej deszczówki trochę się nazbierało przez te kilka nocy (jak nie wiesz o co chodzi, poszukaj w części 3), toteż kiedy już w piecu paliło się tak, że po zbliżeniu ręki nie dało się wytrzymać, szczypcami wyciągaliśmy żarzące się węgle i wrzucaliśmy do wiader z wodą aż zaczęła wrzeć, po czym wlewaliśmy to do wanny. Tak to mniej więcej wyglądało. Nie będę już zanudzał tym bardziej, że już czas spać. Jutro czeka mnie warta o poranku.

Shruikan

opublikował opowiadanie w kategorii przygoda, użył 1413 słów i 7710 znaków.

1 komentarz

 
  • Harry

    Masz chłopie wyobraznie. Pisz dalej  !!!