Dziennik epidemii zombie cz.1

Z góry mówię, jest to moje pierwsze opowiadanie, wszelka krytyka mile widziana.

Dzień 1
To miał być zwykły dzień w mniemaniu wielu zwykłych szarych ludzi, ale tak nie było, nie mogło być. Dzień praktycznie taki sam jak reszta, wstać, ubrać się, zjeść śniadanie i zasuwać do pracy lub szkoły. Tak samo było w moim przypadku, kolejny szary człowieczek bez żadnego celu w życiu. Jak zwykle wstałem o 7:00 ubrałem się i zjadłem śniadanie, zanim wyszedłem z domu postanowiłem obejrzeć wiadomości. Mówili w nich coś o jakimś groźnym wirusie, który atakuje ludzi. Zalecali aby pozostać w domach i w miarę możliwości nie wychodzić z niego przez kilka dni, do czasu aż opanują sytuacje.  Tak-powiedziałem-jeszcze czego, zostanę w domu to taki opierdol dostane, że klękajcie narody. Kliknąłem przycisk wyłączający telewizor, zarzuciłem plecak na ramię i poszedłem do tego przeklętego miejsca jakim jest szkoła. Idąc nie zauważyłem niczego dziwnego, nic nie odstawało od normalności. Nawet w tym więzieniu było dużo spokojniej niż dotychczas, choć może do dlatego, że było dużo mniej ludzi niż zwykle. Z mojej klasy przyszły, razem ze mną, tylko 4 osoby. Wojtek- najlepszy kumpel, Olka- trochę kujonka, ale mimo wszystko da się ją lubić, oraz Klaudia- miła i sympatyczna dziewczyna, z która zawsze można było pożartować. Dobra trochę odbiegłem od tematu. Wszystko zaczęło się zaraz po rozpoczęciu 3 lekcji (nie, nie zwolnili nas, bo mają takie przepisy…)mianowicie, do szkoły wpadł jakiś facet krzycząc, że na zewnątrz ludzie jedzą ludzi. Uważaliśmy, że to żart ale kiedy wyjrzeliśmy przez okno, zmieniliśmy zdanie. Obraz był niczym z horroru wszędzie leżały martwi ludzie rozszarpywani przez… sam nie wiem przez co, ale chyba to były zombie. Na widok tych wszystkich flaków, które walały się po ulicach dziewczyny, nauczycielka i Wojtek dostali mdłości. Możecie pomyśleć, że jestem jakiś nienormalny, gdyż mnie ten widok był obojętny, oczywiście w przenośni. Wstrząsnął mną ten widok, ale nie powodował mdłości. Mieliśmy wtedy do wyboru zostać w szkole i czekać na pomoc, albo popełnić największy błąd w życiu, czyli wyjść na zewnątrz i spróbować się przedostać przez tłumy zombie. O ironio większość ludzi była na tyle głupia, że spróbowali tego 2… chyba nie muszę mówić jak to się skończyło. Nawet nasza nauczycielka z którą mieliśmy lekcje uciekła, z tym że ona pojechała samochodem i udało się jej uciec. Takim sposobem w szkole zostaliśmy tylko Ja, Wojtek, Klaudia i Olka. Oni też by uciekli, ale udało mi się ich przekonać, żeby zostali. Poprzednio określiłem szkołę jako więzienie… miałem powody. Wydostać się z niego było trudniej niż z więzienia, a to wszystko za sprawą zabezpieczeń, typu: kraty w oknach, drzwi antywłamaniowe (nie, nie przesadzam, serio takie są) + jeszcze żaluzje, którymi na noc się sklep zabezpiecza. No i teren ogrodzony murem dosyć lichym, ale zawsze to jakaś ochrona. To tyle jeśli chodzi o zabezpieczenia, ale i tu był haczyk. Mianowicie kody dostępu, które miała dyrektorka, a jej już w szkole nie było. Postanowiliśmy przeszukać jej biurko w nadziei na odnalezienie ich, na szczęście je znaleźliśmy. Na dźwięk włączania tych wszystkich systemów obronnych, większość zombie (bo wydaje mi się, ze to były zombie) zleciały się w okolice szkoły. Nie wiem, czy to już był czysty fart, czy czyjeś celowe działanie, ale po jakimś czasie straciły zainteresowanie i poleciały w bliżej nieokreślonym kierunku. W międzyczasie gdy razem z Wojtkiem włączałem te zabezpieczenia, dziewczyny próbowały się dodzwonić do rodziców, oczywiście sieć była przeciążona i nigdzie się nie dodzwoniły. Wiecie gdzie tu jest ironia? Kilka dni temu z tym samym kolegą rozmawialiśmy o zombie, Wojtek chciał, żeby wydarzyła epidemia tych stworów. No i ma to czego chciał… ale wracając do wydarzeń tego dnia. Powzięliśmy decyzje o zanocowaniu tutaj przez kilka dni, ze względów bezpieczeństwa. Wybraliśmy drugie- czyli ostatnie- piętro na wypadek gdyby tym kreaturom udało się dostać do środka. Jakimś cudem udało nam się znaleźć 2 materace, które z resztą oddaliśmy dziewczynom do użytku. Postanowiłem, że posiedzę na warcie
***
Po godzinie przyszła do mnie Olka, niby to chcąc dotrzymać mi towarzystwa, a tak naprawdę szukając pocieszenia. Kto wie, może coś więcej z tego wyjdzie. A teraz czas spać.
***- oznacza zmianę miejsca bądź czasu.

Shruikan

opublikował opowiadanie w kategorii przygoda, użył 828 słów i 4639 znaków.

7 komentarzy

 
  • <3

    Mega poprostu <3 Załóż może jakiegoś bloga czy coś ;D

  • Dawidek74

    Fajne. Tylko dodaj dialogi. A co do tego planu szkoły to narysuj.
    PS. Kiedy następna część.

  • Shruikan

    Oprócz tamtego pytania o dialogi mam jeszcze jedno pytanie. Mianowicie narysować plan szkoły?

  • nemfer

    No weź... Ja swoje pisałem  ze 3h z poprawkami na bierząco :P
    Ale ja z innego działu jestem ;)

  • Shruikan

    Właściwie to pisałem to pół dnia, a ile poprawek wprowadziłem to już nie zliczę. I tu mi się pytanie nasuwa. Wprowadzać jakieś dialogi?

  • Jabber

    Hmm. Ciężko się czyta, bo nie masz zbudowanego tekstu. Zerknij na moje albo inne. Na pewno pomoże to przyswoić czytelnikowi treść jaką chcesz mu przekazać. Druga rzecz to taka, że zamiast tego + w którymś zdaniu, mogłeś po prostu napisać plus. Czytając jakąś książkę, na pewno nie znajdziesz tego znaku - no ale jak kto woli. Myślę, że jakbyś bardziej się rozpisał, więcej szczegółów i wszystko wolniej to było by fajnie. Fajny temat, nie zmarnuj go :smile:

  • nemfer

    Cód miód :) świetne...
    Tylko... Hmm... Pisane w pośpiechu... Kolejne części pisz spokojniej :P więcej szczegułów (niekoniecznie krwawych)