Zaskakujące Lądowanie rozdział 108

Zaskakujące Lądowanie rozdział 108… 5 …

    108  
  Samuel  
Dwanaście godzin później...  
    
  Znajduję się z Tomem w pomieszczeniu, o którym nigdy nie sądziłem, że będę kiedykolwiek w nim siedział. Do tej pory obaj nie możemy uwierzyć w to, co zaszło. Napięci niczym struny, czekamy na dalsze rozstrzygnięcie sprawy. Ostateczny wyrok… Tym razem nie od naszej trójki, lecz osoby drukującej w tym momencie papiery naszej przyszłości. Jestem krótko od odejścia od zmysłów. Jak mogło DO TEGO dojść? Dlaczego nie przewidziałem tego? A przede wszystkim, czemu…  
– Panowie złożą podpis w tym i w tym miejscu – mówi siedząca przed nami kobieta, wskazując długopisem na dokument i rubryki do autografu, który zmieni całe nasze życie. Nie ma odwrotu. To rzeczywistość. Podpisuję pismo… moim markerem. Zostaję skazany i czekam na litość. Tom drżącą ręką robi to samo.  
– Doskonale. Jeszcze dzisiaj się z panami skontaktuję względem godziny odbioru. – Tymi słowami podaje nam dłoń baba w wieku przekwitania, pół łysiną i oddechem przypominającym końskie łajno.  
– Jesteśmy oboje pod telefonem – zapewnia ją Bulion.  
Wychodzimy z cuchnącego potem biura. Jeszcze nigdzie indziej nie czułem się tak okropnie.  
– I co? – pyta, jako pierwszy Kai, gdy znajdujemy się na zewnątrz budynku.  
– Do zrzygania – stwierdzam fakty, biorąc w płuca ogromną porcję świeżego powietrza. To było najgorsze, co do tej pory przeszedłem w moim życiu i nie było przy mnie osoby, która mogłaby w takiej chwili mnie najbardziej wesprzeć. Mii.  
– Co mówili?! – dopytuje cała w gorączce Karin. Kto wpadł na pomysł, aby ich wszystkich tu sprowadzić? Nie mogli siedzieć w domu i poczekać na dalsze informacje?  
– Wszystko załatwione. Musimy teraz czekać. Śmierdziochson powiedział, że ktoś z nich się odezwie w ciągu dnia. – Daje do zrozumienia Tom, a ja nie jestem w stanie ogarnąć myślami tego, co zrobiłem.  
– Że kto? – boruje Lilly.  
– Babka, która nas przyjęła śmierdziała od korytarza, nawet nie pytaj o walkę między babunią a Brutusem. Myślałem, że skoczy jej do gardła. Podziwiam cię chłopie za te stalowe nerwy! Gratuluję wygranej. – Kuchcik klepie mnie po ramieniu. Chociaż jestem jeszcze oszołomiony wydarzeniem, widzę… widzę, jak do mnie podbiega i rzuca mi się na szyję. Biorę ją w objęcia, najmocniej jak potrafię.  
– Przynajmniej jeden problem z głowy – szepcze chwiejnym głosem moja jedna, jedyna osoba, której nigdy więcej nie puszczę. Mój najdroższy skarb, jaki posiadam. Mię, moją dziewczynę, a niebawem narzeczoną… mam taką nadzieję.  
Ona zrealizowała to, co było niemożliwe. Dalszy rozwój baru z czystym kontem.  
Ten anioł otworzył nam nowe wrota do przyszłości.  
    W ciągu ostatnich sześciu tygodni, od czasu pierwszego występu Mariusza z zespołem, razem z dochodem z ostatniego miesiąca, po odjęciu wszystkich rachunków, opłat, towaru, wypłat oraz sumy kredytu, do naszej kasy wpłynęło czterdzieści pięć patoli, dając nam tym ogromne możliwości. Czy nie jest ta kobieta niesamowita? W rankingu najbardziej popularnego lokalu w miasteczku, a nawet pobliskim mieście jesteśmy na pierwszym miejscu!
   Właśnie podpisałem umowę na wynajem opustoszonego pomieszczenia obok naszego baru. Według obliczeń Mii, będziemy w stanie za rok wykupić obydwie przestrzenie oraz zwiększyć pięciokrotnie obsługę. Obojętnie czy to kucharz, barman, czy też kelner. Aktualnie możemy pozwolić sobie na zatrudnienie pięciu osób, dwie dla Toma, dwie do biegania między gośćmi i jednego, by go wstawić za bar na zmianę. Od nowego roku każdy z nas będzie mógł pozwolić sobie na jeden wolny weekend w ciągu miesiąca oraz dwadzieścia pięć dni urlopu w roku. Tsunami przekalkulowała dosłownie wszystko. Zajęła się nawet spłaceniem naszego długu w banku, regulując stan konta. Ze względu na wcześniejszą spłatę, możemy liczyć się ze zwrotem oprocentowania, a ta kwota wcale nie jest niska.
  Chociaż jeszcze ponad osiemnaście godzin temu miałem wyrzuty sumienia i lęk, że zostanę włożony do jednego wora z tym bydlakiem, tak moja Lady ukazała nam wszystkim, kto jest głową baru i z całą pewnością nie jestem nią ja. Dlatego wraz z pierwszym stycznia zajdą gigantyczne zmiany w jej umowie. Współpracownicy zostali poinformowani o podjętej przeze mnie decyzji, którą popierają w stu procentach i wspomogą w walce pomiędzy Dawidem i Goliatem, a jeśli zajdzie taka potrzeba sięgnę nawet po środki, o których nigdy nie śniła. W tej kwestii nie popuszczę.  
– Macie to czarne na białym? – docieka Bri. Podnoszę kartki zwinięte w rulonik na potwierdzenie odpowiedzi, lecz ten zostaje w mgnieniu oka wyrwany z ręki przez Tsunami. Rozwija go, wzdycha i kręci głową.  
– Poważnie? Nie macie niczego innego do podpisu oprócz markera? – pyta obojętnym tonem, czytając umieszczony tekst. Wyciągam z tylnej kieszeni pisak.  
– Jakby nie on, to byśmy nie mieli cię w ekipie. A gdyby nie ty, to byśmy tu nie sterczeli. Więc tak. Nie mam niczego innego do bazgrolenia najlepszych transakcji i najlepszych decyzji życia. – Najpierw daję mojej pańci buziaka, a następnie flamastrowi, wywołując u wszystkich rozbawienie, rozluźniając nerwowe popołudnie.
  Z tej oto pięknej okazji postanowiliśmy uczcić to w Mc Donald’s, a na koniec pojechaliśmy do baru. Częstuję moich pracowników jednym shotem, zasiadając przy „okrągłym” stole. Mia na najwyższych obrotach notuje wszystkie pomysły pracowników. Ja z kolei jestem w trakcie pisania w jednym z portali ogłoszenia oferty pracy. Tom za niedługo zniknie w swoim blaszanym zamku, by przygotować się do weekendowej nawałnicy. Karin spryciara, zajmuje się owocami, wciągając w to Li i Bri. Robota, którą wykonują, gdacząc niczym baby z koła gospodyń dosłownie pali im się pod palcami.  
– Ej, pchlarz! Wpisz jeszcze, że osoby zainteresowane pracą w kuchni muszą spełniać wysokie kryteria kucharza – odzywa się Krakers obok mnie. Z podniesioną brwią spoglądam na niego.  
– Niby, jakie? Szukam głupka do oblizania krewetki albo preferuję sprawne rączki do trzepania sosiku? – pytam – Tom, ty się cieszysz z każdej dłoni, nawet i lewej – przypominam mu.  
– Ha! Ha! Zabawne Szczochman. Nie mam zamiaru pracować ze ślimakiem. Osoba musi być klonem Mii czy Diany… – Myśli chwilę – albo Andrei, więcej nie wymagam. Nie potrzebuję drugiego Konrada. – Rozumiem, co chce przez to powiedzieć, bo sam takich ludzi potrzebuję, a ten gatunek jest coraz rzadszy. Jedną wpadkę już zaliczyłem, kolejnej nie potrzebuję, dlatego tym razem będę mądrzejszy. Gdyby Hanna i jej kuzynka chciałyby u nas posadę, bez wahania położę kontrakt przed ich nosami. Pewnie tak samo postąpiłby kuchcik ze swoją Lolą. W sumie, jak tak pomyśleć…  
– To nie jest głupie... – mamroczę pod nosem, zamykając laptopa mocniej niż zamierzam.  
– Słonko? Mam pytanie. Hanna i Teresa… – zaczynam, lecz nie wiem, jak to ująć by głupio nie zabrzmiało. Oczywiście kury w kurniku zamykają dzioby i spoglądają na mnie niczym na lisa.  
– Nom? Co z nimi? – dopytuje. Niepewny mojego toku myślenia głaszczę się po zaroście, do którego o dziwo szybko się przywiązałem.  
– No gadajże – upomina, robiąc dłonią gest ponaglający.  
– Pomyślałem sobie, czy nie byłyby one zainteresowane przejściem do nas. Przynajmniej wiedzielibyśmy, kogo mamy w grupie… – wykładam na stół moje przemyślenia, koncentrując się wyłącznie na Mii i jej dziwnej reakcji. Dziewczyna siedząca naprzeciw mnie prostuje się, jakbym włożył jej kij do tyłka. Zaskoczenie, które przed chwilą widniało na jej twarzy, zastępuje zmarszczenie brwi, podnosi palec w górę i wstaje od stołu. Bez żadnego słowa pośpiesznym krokiem opuszcza pomieszczenie. Kelnerki patrzą na siebie, a później na mnie.  
– Mordko ty jedna, czemu ja nie wpadłem na ten pomysł z Andreą? – Tom szczypie mnie w lico jak jakiegoś dwuletniego dzieciaka. Od razu się odsuwam.  
– Zaraz strzeli – ostrzegam go. – Skoro ci się podoba ta idea, to czemu do niej nie zadzwonisz? Kto pyta, nie błądzi. – Zanim dokończam zdanie, Bulion odpływa jedną falą w siną dal.  
– Szef zaczyna gadać z sensem – chwali mnie Joschua. Przybijamy sobie grabę. Nie wiem, gdzie go znalazłem, ale facet jest unikatem. Spełnia wszystkie nasze wymogi idealnego pracownika, ma humor, żwawość, tryska energią oraz wdziękiem. Jego dzień roboty kończy się górą papierków z numerami telefonów. Przy pierwszym występie Mariusza, Joschua z głupoty wyzwał Jula do pojedynku, który z nich na koniec zmiany będzie miał więcej kartek z numerami telefonów płci pięknej, a przegrany stawia browca… gdyby Mia wiedziała, jakim młody jest towarem dla tutejszych sikorek, to by go zamknęła na zapleczu. Osiemnaście do trzynastu dla Kurdupla. Mieliśmy nieziemski ubaw z miny kelnera na swoją przegraną, ale w ten sposób wiemy, że gościu jest jednym z nas. Mega wyluzowany i otwarty na wszystko. Oczywiście z tandetnej rozrywki zrobił się standard rosnący z dnia na dzień.  
– Ok... Pa – mówi Mia do słuchawki, podchodząc do naszego kręgu. Odkłada telefon na stół, siada i nabiera powietrza. – Jak wynika z rozmowy, na jedną możemy liczyć tylko w nagłych sytuacjach – opiera się o oparcie, a palcami dłoni poprawia sobie idealne ułożone włosy. – A druga nie odbiera telefonu. Muszę ci Dzióbku przyznać rację, może najpierw zastanówcie się, czy nie macie kogoś z kręgu znajomych lub rodziny. Osoby, która będzie godna waszej załogi.
– NASZEJ! – wołamy chórem, upominając ją po raz tysięczny w ciągu miesiąca. Kiedy to do niej dotrze? Ile czasu to potrwa? Nie widzi, że jest kimś więcej dla nas? Każdy przecież pada przed nią na kolana i składa hołd jako naszemu wybawcy.  
Nagle z kuchni rozlega się łomot, drzwi zostają wyrwane, ukazując głowę owiniętą w zieloną chustę.
– Za godzinę w agenturze mamy klucze do odbioru! – ryczy kuchcik z waflem na pysku. – I mamy kolejnego stałego pracownika. Lolka się zgodziła! – O rany, czy ja dobrze widzę? Jego kąciki ust stykają się z płatkami uszu? Kiedy zmutował się w Kermita?
Akcja, którą właśnie wywołał Krakers, może podziękować tylko i wyłącznie swojej pustej zasuszonej dyni. Z całą pewnością nie przyjdę mu na pomoc z bezlitosnymi Amazonkami oraz „wojowniczką” Joschua. Chłopak ma podwójną pompę, w dodatku robi się za jedną z bab, doprowadzając swoimi ruchami i tekstami wszystkich do płaczu. Nawet Misiek wyciera łzy o rękaw sweterka.  
Kocham mój Team, kuzynów, a jeszcze bardziej tę szczęśliwą Boginię z rogami na czole.




Od Autora.
W Walentynki moi drodzy,
ucieszyć Was nie zaszkodzi.  
Ostatnia piąteczka,
do góry łapeczka.
Pozdrawiam AHopeS <3

AHopeS

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i erotyczne, użyła 1883 słów i 11036 znaków, zaktualizowała 15 lis 2020.

7 komentarzy

 
  • Margerita

    Gratulacje

  • AHopeS

    @Margerita Dziękuję pięknie.

  • Shogun

    No i to jest zgrany team :)

  • AHopeS

    @Shogun Dziękuję.
    Zgrany team to podstawa.

  • Basiaa

    Przewrotnie to napisałaś i tak świetnie zasygnalizowane "nieszczęście" w poprzednim odcinku, a to taka zmyłka, super to rozegrałaś. Świetny kawałek. :bravo:

  • AHopeS

    @Basiaa Dziękuję :D

  • shakadap

    Brawo, dobra robota.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • AHopeS

    @shakadap Dziękuję.

  • Aladyn

    Wygląda na to, że Mia, po długiej walce  ze swoimi wątpliwościami, wreszcie całkowicie uwierzyła w siebie, w swoje zdolności i umiejętności. Jest teraz tą lokomotywą, która jak burza prowadzi Samtajl-Bar od sukcesu do sukcesu.

  • AHopeS

    @Aladyn Dziękuję.

  • Wili

    Ja przez połowe opowiadania mam wrażenie że Mija dostanie telefon albo wiadomość w stylu "pani były wyszedł z więzienia" ;P

  • AHopeS

    @Wili Dziękuję,
      :shrug:  :)

  • nanoc

    Jak zawsze czyta się jednym "łykiem", ale zamieszałaś nie źle, miałem na początku czarne myśli, dobrze to rozegrałaś. :bravo:  :yahoo:

  • AHopeS

    @nanoc Dziękuję. :)