Zaskakujące Lądowanie rozdział 104

Zaskakujące Lądowanie rozdział 104104  
Samuel  
    
   Padam ze zmęczenia na twarz. Mia, stojąca obok mnie w swojej puchatej piżamce, z kotem na górnej części myje zęby z zamkniętymi oczami. Choć dałem do dyspozycji Julianowi i Dianie moje cztery kąty, tak szybko zmieniłem zdanie, przez jedno słowo mojej Lady. „Lustro”. Po raz kolejny dzisiejszego dnia muszę przyznać dziewczynie rację, to byłoby trochę zwariowane, aby Diana spała pod gigantycznym zwierciadłem.  
Myję twarz, a Mia wyciera ręce w ręcznik. Zauważyłem w jej postawie zmianę, dziwnie się porusza, tak jakby coś ją bolało, ale czemu tu się dziwić? Tsunami daje z siebie więcej niż sto procent, ukazała swoją profesjonalną postawę, gdy Paul składał nam ofertę. Mariusz tylko kiwał z poważaniem głową, kiedy ostro negocjowała warunki zobowiązania obojga stron, koszt oraz daty występu. Debata względem naszej umowy była niczym w porównaniu z mądrymi argumentami w sprawie tego kontraktu. Paul szybko zorientował się, iż Mia w tego typu transakcji jest gorsza od kata, więc w niespełna godzinę papiery zostały obopólnie podpisane… markerem.  
Wychodzimy z toalety, oboje potrzebujemy snu. Mia wchodząc do łóżka, wydaje z siebie dziwny dźwięk.  
– Coś cię boli? – Chcę jasności, na co dziewczyna wzrusza ramionami. – Pokaż gdzie – dociekam.  
– Wszędzie – mamrocze, wskazując kciukiem na plecy. Bez chwili wahania wracam do łazienki po balsam o zapachu leśnych owoców. Powracając do kobiety mam poczucie winy, chociaż Mimi ma zamknięte oczy, to jej mina ukazuje, jak cierpi. Moje zmęczenie momentalnie mija.  
– Kotku, odwróć się – szepczę, odsuwając pościel. Na szczęście wykonuje moją prośbę, podnoszę górną część piżamy do góry. Na dłoń wyciskam trochę kremu i zaczynam inspekcję jej ciała. W pewnej chwili zaczyna krzyczeć w poduszkę, gdy naciskam między kręgosłupem a łopatką.  
– Przepraszam. – Nachylam się i całuję to miejsce, zaczynając je delikatnie głaskać. Ciche mamroty dochodzą do mojego ucha. – Nie powinnaś się tak nadwyrężać. Chyba ci zabronię biegania z…  
– Masuj, a nie szczekaj – warczy. Mogę jedynie pokręcić głową. Zwiększam nacisk tak, by odczuła swoje niemądre zachowanie. Mia nie protestuje, lecz wspomina przebieg zdarzeń wieczoru oraz oświadcza, że nie umie się doczekać zrobienia kompletnego bilansu. Jej głos jest coraz cichszy, jej napięte ciałko się rozluźnia. Usnęła. Przerywam czynność, schodzę z niej, odnoszę balsam i z apteczki wyciągam maść na tego typu dolegliwości. Wmasowuję krem, ściągam na dół piżamę, przykrywam ją kołdrą, szepcząc „kocham” całuje jej skroń i sam kładę się obok niej, otulając dziewczynę lewym ramieniem. W ułamku sekundy zapadam w sen.  

  Budzę się i widzę, że Mia jeszcze smacznie chrapie. Wiedząc o tym, jak ciężko pracuje, cicho jak tylko potrafię. wyjmuję świeże ubrania i robię poranną toaletę. Nie zapominając o bardzo istotnej rzeczy schodzę na dół, aby zadbać o naszych gości.  
Wiem, iż Tsunami jest upartą kozą, ale Diany chyba nikt nie pokona. W chwili, kiedy wręczam wynagrodzenie, a pani Dosch widzi w kopercie kwotę, zaczyna protestować. Wiem jedno. Mia to totalny klon Diany. W końcu Julian przychodzi z pomocą, odbierając mi z rąk kopertę.  
– Twój pech mamo. Więcej dla mnie – mówi młody. Diana zaczyna się pierzyć w identyczny sposób, jak jej córka w takich sytuacjach. Dlatego postanawiam zostawić ten problem Długiemu. Niech on ogarnie łamigłówkę toku myślenia jego matki. Jako dobry gospodarz z poważnymi zamiarami względem dzieci pani Dosch, chcę zdobyć jej uznanie przez żołądek. Wprawdzie mój plan wypala, ale tylko do pewnego momentu… dopóki Mimi nie widzi tego chlewu w kuchni. Przyrządziłem jajecznicę, pieczywo, talerz z szynką, nabiałem oraz pokroiłem pomidor i ogórek. Chryste! Mia sieka mnie niczym pietruszkę. Na szczęście po zjedzeniu śniadania zmienia zdanie i jedynie muszę po sobie posprzątać, a przez głupi komentarz Jula, ziomek jest zobowiązany mi pomóc. Największą karą jest obwinięty wokół pasa różowy fartuszek, ażeby nas dobić, robi nam zdjęcie.  
– Do ramki – mówi diablica z przesłodkim uśmiechem na buzi.  
   Pożegnanie na peronie kończy się płaczem Mii. Nie jestem tym zaskoczony, w końcu są ze sobą zżyci. Ze względna to, że mamy jeszcze prawie dwie godziny do otwarcia baru, postanawiam zabrać moją Damę do miejsca, w którym się uspokoi, a także jej myśli wejdą na inne tory. Moja niespodzianka i pomysł są idealne. Nawet nie zdążyłem zaparkować, a na jej twarzy pojawia się malutki uśmiech.  
– Domek – szepcze. 
Czuję się jak jakiś bohater.  
   Dzisiaj jest pochmurno, dlatego wyciągam koc, który zawsze wożę w bagażniku.
Okrywam nas materiałem i tulę mój skarb najmocniej, jak potrafię. Napawam się jej bliskością oraz zapachem. Niekiedy tysiące słów nie dadzą takiego wyciszenia ducha, jakie daje milczenie. Rozmowa jest zbędna, jedynie czego potrzeba to odpowiedniej osoby. Osoby, na której można polegać, zaufać jej, czuć się przy niej bezpiecznie. Osoby, która zrozumie, wesprze i da podporę w słabych chwilach, niszcząc kiełkujące niemiłe wspomnienie albo jak w tym wypadku smutek. Skłamałbym, gdybym powiedział, że spływa to po mnie niczym kropla wody po szybie. Wręcz przeciwnie, wchłaniam całą tę negatywną energię, którą wydaje z siebie moja dziewczyna i staram się przekształcić to w coś pozytywnego. Przypominam sobie nasz pierwszy raz w drewnianej chatce i zaczynam się śmiać.  
– Kto by pomyślał, że podpiszemy umowę z zespołem, o którym nie chciałaś puścić pary. Pamiętasz? – Przerywam jako pierwszy głuchą ciszę i z cierpliwością czekam na jakiś rezultat. Nagle ciało dziewczyny zaczyna drżeć, z ust wydobywa się dźwięk, który zakrywa szybko dłonią. 'Czyżbym doprowadził ją do płaczu?' Zaczynam mieć wyrzuty sumienia, nie zniósłbym tego. Podnoszę jej twarz do góry, a w oczach widzę łzy. Moja próba pocieszenia poszła typowo w spodnie. Chcę ją przeprosić za wspomnienie tamtego dnia, a Mia znienacka wybucha potężnym śmiechem.  
Resztę wolnego czasu wspominamy zabawnie spędzone razem chwile.  

   Po przybyciu do Samtajl, Mimi bierze butelkę wody, daje mi buziaka i ucieka na nowe stanowisko pracy, ja z kolei robię swoje. Przez cały dzień miałem ją na oku, obserwowałem jej ruchy, które wskazują na to, że ból zamiast zmaleć, przyrósł na sile. Choć nie ma minusowych temperatur, ciągle miała zaczerwienione policzki, szklane oczy i parę razy kichnęła twierdząc „Załaskotało w nosie” albo „Ooo! Prawda.” mając na myśli moją rację oraz „Tak się kicha na kielicha”. Hmmm podejrzana sprawa.  
  Jak co dzień mamy sporo pracy, kasa wypełnia się z każdą minutą, Tom potrzebuje wsparcia, więc wysyłam do niego Lilly. Reszta biega z zamówieniami, ja i Kai robimy drink za drinkiem, a Mia jak poszła do jaskini, tak jeszcze z niej nie wyszła. Spoglądam na telefon, jest krótko przed północą, marszczę brwi. Normalnie kobieta po dwóch, trzech godzinach ukazuje nam rozliczenie i to z detalami. Dzwony w mojej głowie zaczynają mocno bić, jestem zaniepokojony. Coś tu nie gra.  
– Kai, idę zobaczyć, co robi Tsunami – informuję kumpla.  
– Właśnie się zastanawiałem, gdzie ona zniknęła. Przeważnie wita nas ciętym językiem. Chyba nie macie spięcia? – dopytuje, na co odpowiadam kiwnięciem głowy. Omijam przyjaciela i idę zobaczyć, co się dzieje w podziemiach. Otwieram drzwi do biura, w pomieszczeniu jest ciemno. Nie zapalając żarówki schodzę w dół. Słaby strumień światła wzrasta na sile z każdym jednym przebytym stopniem. Monitor komputera rozświetla twarz mojej dziewczyny, której głowa oparta jest o przedramię. Ma zamknięte oczy, mogę sobie wyobrazić, jak musi być zmęczona, a ta pozycja bardzo niewygodna. Lepiej, aby położyła się na kanapie. Podchodzę do niej.
– Myszko? – Głaszczę jej plecy, lecz nie ma żadnej reakcji. – Kochanie? – pytam troszkę głośniej, odsuwając z czoła grzywkę i wtem zamieram. Kładę płasko dłoń na skórze. Cała rozpalona.  
– Mia, obudź się. – Jakbym trupa ruszał. Podnoszę bezwładne ciało do pozycji siedzącej i poklepuję lekko lico, by się kobieta ocknęła.
– Mhm – mamrocze. Zaczyna się cała trząść. – Zimno mi – majaczy. Wyciągam z kieszeni telefon, wybieram numer do Toma, który po dwóch sygnałach odbiera połączenie.  
– Nie mam czasu na klachy – burczy w słuchawkę.  
– Potrzebuję Lilly. Mia… – Dziewczyna w tym momencie leci do przodu – Cholera! – Łapię ją w ostatnim momencie.  
– Coś ty ośle znów narobił?! – krzyczy Tom – gdzie jesteście?! – Słyszę, jak drzwi z kuchni się otwierają i hałas z baru, lecz zanim potrafię odpowiedzieć, kuzyn ryczy do kuzyna – Sam! – połączenie zostaje przerwane. Drzwi do biura otwierają się, światło zostaje zapalone i Tom zbiega po schodach.  
– Sklepie ci michę, jeśli coś… – Zeskakuje z ostatnich stopni, a w chwili odwrotu w naszą stronę zaciąga ręczny. 
– Ma gorączkę, znalazłem ją w tym stanie. Rusz się, a nie stój jak widły w gnoju. Mia cała płonie – warczę, podtrzymując jej gumowe ciało. Słowa groźby może sobie wepchnąć, ale w ciemny otwór. Kucharz podchodzi do mnie śpiesznym krokiem, podnosimy dziewczynę i kładziemy ją na sofę.  
– Bądź z nią, ja idę po koc i apteczkę – informuję go, wbiegając po schodach na górę. Biegnę na zaplecze, ściągam nakrycie z regału, następnie sięgam po apteczkę. Jak szalony przeszukuję zawartość. Nie mam w niej ani termometru, ani żadnego środka przeciw gorączce.  
– Psiakrew! – warczę pod nosem. 'Myśl chłopie, co… ' Chwytam za czysty stos ręczników, do metalowego pojemnika nalewam letniej wody.  
– Co się dzieje? – Zaczyna borować Misiek. Jeszcze jego mi tu brakuje!  
– Mia ma wysoką gorączkę, aż przeszywają ją zimne dreszcze, a nie mamy ani termometru, ani tabletek – fukam w odpowiedzi. Załadowany przydatnym arsenałem omijam stojącego w progu przyjaciela. – Musisz sobie jakoś poradzić. Nie zostawię jej samej w tym stanie – mówię w przelocie.  
– No panik – zapewnia mnie.  
Będąc z powrotem przy dziewczynie, dziękuję Tomowi i wysyłam go na swoje stanowisko. Okrywam Mimi szarym grubym materiałem koca, zmaczam ręcznik w wodzie i okładam jej czoło, a dwoma innymi nadgarstki.  
– Rysiu, słyszysz mnie? – pytam cicho, jej ciało na nowo zaczyna drżeć, twarz ma całą czerwoną, jedynie wydaje z siebie słaby mamrot. Jej powieki poruszają się tak, jakby chciała za wszelką cenę je otworzyć, lecz nie potrafi.  
– Boli cię głowa?  
– Yyy.  
– Gardło?  
– Yyy – dostaję po raz kolejny w odpowiedzi. Przypominam sobie, kiedy parę lat temu rozłożyło mnie na łopatki. Gorączka, migdały, dreszcze. Byłem wtedy wycieńczony, nawet skóra i mięśnie bolały. Przechodziłem mordęgę przez parę dni.  
– Boli cię całe ciało? – Wiercę dalej. Mam nadzieję, że mi da negatywną odpowiedź.  
– Ta… – wypowiada moje najgorsze podejrzenia. – Przepraszam… – mamrocze pod nosem. Czy ona właśnie mnie przeprosiła za to, że ją dopadł jakiś bakcyl? Przecież nie praca jest ważniejsza, lecz zdrowie. Już Kai ostatnio zrobił jej na ten temat kościelne kazanie. Lepiej niech mnie furtka ściśnie, zanim powiem coś, czego będę żałował!  
– Głupia jesteś. Przecież nie przewidzisz tego – mówię. Opanowując ozór w ostatniej chwili, zmieniam okład. Mia odwraca głowę w moją stronę, marszczy brwi, oblizuje czubkiem języka suche usta, lecz zanim powie coś głupiego, kładę palec na jej dziobie.  
– Wiem, co chcesz powiedzieć. Nawet nie próbuj sobie czegokolwiek wmawiać, bo nikogo nie zawodzisz. Kochanie – zapewniam ją. Kąciki jej ust unoszą się lekko w górę i opadają w dół.  – Ale nie zmienia to faktu… – wykręcam kompres – że cały tydzień spędzisz w łóżku pod nadzorem doktor Bergera lub pielęgniarki z jego ośrodka zdrowia – ostrzegam. W chwili, kiedy chce zaprotestować, kładę letnie płótno na jej twarz. Moja dama wciąga przez nos ostro powietrze i wyciąga do mnie język.  
– Widziałem to skarbie. – Daję do zrozumienia, że ciągle mam ją na oku.  
– Ciąg się. – Cicho mamrocze.  
– Poczekam, aż wyzdrowiejesz. Potrafisz to lepiej. – Dowalam ripostę.  
– Tego szefie to akurat nie chciałam usłyszeć. – Dobiega mnie głos Karin. Odwracam głowę z wyszczerzonym zgryzem w jej kierunku. Kobieta podaje mi jakąś torebkę. – Termometr i coś, co postawi każdego trupa na nogi. Chociaż Mia zdecydowanie zalicza się do ugotowanego homara – podsumowuje stan pacjentki. Właśnie chcę zajrzeć do zawartości tytki, gdy kelnerka przyciąga ją ponownie do siebie.  
– Oooo nie! Za ten jęzor, to się sama pobawię w panią Doktor. Boss, wyjazd trzepać soczek! – Wskazuje na schody prowadzące do lokalu.  
'Świetnie! To se teraz pacjentka nagrabiłaaaa! Jedyna pielęgniarka, jaką mam do dyspozycji z kadencji matki została sprowokowana. Brawa dla tej pani leżącej na kanapie!'
Karin, jako jedyna wie, jak działać w krytycznej sytuacji.  
– Współczuję – szepczę Mii do ucha.  


Od Autora.  
Drogi czytelniku,  
taka mała sprawa.  
Danie łapy,  
to podstawa.  ;)
Pozdrawiam AHopeS <3

AHopeS

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i erotyczne, użyła 2275 słów i 13622 znaków, zaktualizowała 18 lis 2020.

7 komentarzy

 
  • Margerita

    Łapka w górę kochany Samuel

  • AHopeS

    @Margerita Dziękuję bardzo.

  • Shogun

    Coś tak podejrzewałem, jakieś choróbsko. Oby Mia szybko wyzdrowiała.

  • AHopeS

    @Shogun Dziękuję pięknie :)

  • Basiaa

    O coś nowego Mia chora, ale chyba to nic poważnego. Brawo ciekawy odcinek.

  • AHopeS

    @Basiaa Dziękuję :)

  • nanoc

    Trzymasz wysoki poziom, jak w każdym odcinku, ciekawe co wymyśliłaś Mii za chorobę? :bravo:

  • AHopeS

    @nanoc Dziękuję
    Choroba - proszę dać się zaskoczyć.

  • nanoc

    @AHopeS Ok, zaskakuj będzie fajnie  :lol2:

  • AHopeS

    @nanoc  ;)

  • Dyzio55

    Czekam na cd... Łapki dał bym dwie gdyby było można.

  • AHopeS

    @Dyzio55 Dziękuje.

  • shakadap

    Brawo.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • AHopeS

    @shakadap Dziękuję

  • Aladyn

    Po kilku radosnych rozdziałach nadszedł czas na mniej radosny, a wręcz smutny.  
    Ale takie jest życie - po deszczu jest słońce, po słońcu jest deszcz. Ciągła huśtawka!
    Ale łapka się oczywiście jak najbardziej należy.

  • AHopeS

    @Aladyn Dziękuję.