Zaskakujące Lądowanie cz II rozdział 96 - 97

Zaskakujące Lądowanie cz II rozdział 96 - 97... 2 ...  
96
Mia


  Jak można być aż takim głąbem? Przecież widziałam w odbiciu lustra, co ten pajac za mną wyczynia, a Samuel nawet nie starał się mnie słuchać. W innym przypadku zareagowałby na obelgi, jakimi go częstowałam, podczas gdy ten cielak, zwany moim bratem, próbował zrobić ze mnie kretynkę roku. Najgorsze w tym wszystkim jest, że ten tłuk wie, gdzie są różowe śpioszki! Kiedy inni mają zabawę z jego wybryków, Karin, jako jedyna wie, po jakim cienkim depczą lodzie, przecież dostrzegła mój upiorny wzrok w „Zwierciadełku pełnym magii”.
Pech dla reszty, a kara będzie bardzo okrutna, zwłaszcza dla kurdupla i szczeniaka. Tym razem im nie podaruję! O!
Ze względu na cudowne poczucie czasu koleżanek, zawalających mnie toną ubranek oraz grzechotek czy zabawek, mój plan ze skręcaniem mebelek musi być przesunięty do przodu o parę tygodni. W końcu muszę gdzieś to wszystko upchać.
Złowieszczo patrzę na Juliana. Oj tak, to będzie sama przyjemność oglądać, jak topi się we własnym pocie.
– Siora, nie patrz tak na mnie. Nic złego nie zrobiłem. – Próbuje się wykaraskać z wykopanego pod sobą dołka. Wciągam powietrze i strzelam językiem, a szatański uśmiech zdobi moją twarz.
– Szwagier, ja ci tym razem nie pomogę – ostrzega Brustus. Kai wyrywa Pauli poduszkę z dłoni i zaczyna w nią rżeć. Hanna już dawno zwątpiła i klęczy przed kanapą, rechocząc w ciemne obicie.
– Ach nie? – pytam męża pewna siebie. ‘Oh! Mina na jego twarzy jest naprawdę przesłodka.’
– Ale ja przecież…
– Macie dwa tygodnie na skręcenie mebli, przesortowanie, upranie, wyprasowanie, poskładanie i ułożenie kolorystycznie, co do milimetra dziecięcych ubranek. Niech strzegą was wszyscy rzymscy Bogowie, jeśli znajdę chociaż jedną fałdkę. – Specjalnie wymawiam te słowa powoli, aby dotarło do niego każda literka.  
– Mimi, to jest gorsze od wyroku śmierci. We dwóch nie zdołamy tego zrobić, biorąc pod uwagę bar i klub. Oszczędź nas. Pleasss – marudzi Długi. Czy powinno mnie to interesować? Jak najbardziej NIE! To ja chodzę jak kaczka. Mi grozi rozsadzenie brzucha, a ten ma czelność wyskoczyć z takim czymś? Oooo… właśnie raca została odpalona.  
– Tydzień. Z każdym jednym protestem, skrócę wam czas. To się tyczy waszej czwórki. I zanim zapomnę, smrodzie. Masz dobę na odszukanie różowych śpioszków – ostrzegam kochanego brata, a następnie spoglądam na koleżanki. – Dziewczyny, pomożecie mi wybrać łachy? – pytam słodziutkim głosem, jakby przed chwilą nie było „ostrej gadki”. Parę sekund później kobiety stoją obok mnie. Zanim wychodzimy do przedpokoju, odwracam się za siebie, by dać tej męskiej patologii chłodny rozkaz.  
– Posprzątać to. Migiem. – Jul chce otworzyć usta, lecz zostaje przez Toma klepnięty w ramię.  
Wchodząc do sypialni słyszę Samuela – Tyle razy ci mówiłem, aby jej nie prowokować! Teraz myśl, jak to naprawisz, kołku!
    Dwie godziny później, po wyjściu dziewczyn oraz miękkich parów, jestem gotowa na urodzinową imprezę Jula, która odbędzie się w gronie rodziny i przyjaciół.  
W wejściu do baru, słyszę, jak Kai z Tomem kończą opowiadanie dzisiejszego odchyłu solenizanta. Mama, Lucy, Konrad, Sabrina, Andrea, Florian oraz Emma nie ukrywają swojego rozbawienia. Siedząca pomiędzy teściami, a Miśkiem Soraya wzdycha i przekręca oczami. Nie obchodzi mnie to, że Jul i Riri się nie lubią, ale brat zmuszony jest zaakceptować moje ultimatum. Dalej tak między nimi nie może być. Oboje zostali skazani na swoje przymusowe towarzystwo czy im się to podoba, czy nie. Taki jestem wredny babsztyl. O!
Po krótkim powitaniu oraz wręczeniu prezentu, siadamy na miejscach, aby móc spędzić wesoło czas z najlepszymi osobami pod słońcem w ciepłe wrześniowe popołudnie. Odbiegam przy tym od rzeczywistości oraz zmartwień związanych z rozprawą czy porodem, którego się potwornie boję. Ogarnia mnie strach przed tym, co mnie czeka. Kompletnie nie mam pojęcia o noworodkach. Każdego dnia czuję się mniej gotowa do roli matki, już teraz nie radzę sobie z wieloma rzeczami, a co dopiero z dwójką maluchów? W takich momentach uciekam w najdalszy kąt i walczę z narastającą paniką, a ona jest gorsza od tych demonów przeszłości. Chociaż wiem, iż mam wsparcie ze wszystkich stron, to jedno pytanie niczym zły duch krąży w podświadomości „Jesteś na tyle odpowiedzialna?” Na chwilę obecną odpowiedź brzmi:  
„Nie. Pod żadnym względem.”


  97
Samuel
Cztery dni później…


   Zdecydowanie śpię i nie mogę obudzić się z tego koszmaru. Od wtorku walczę ze szwagrem, Kaiem i Tomem z wykonaniem polecenia mojej ukochanej żoneczki. Szafa, jak i komoda zostały ustawione we wtorek. Kolejne dwa dni walczyliśmy z pralką, stojakiem, klamerkami oraz sortowaniem ciuszków, oczywiście wszystko pod nadzorem Mii. Mało tego, wczoraj straciłem z Julianem pół dnia na prasowanie i układanie masy ubranek na półkach szafy i to według listy odcieni barw, której nie dało się przeoczyć, ponieważ Mimi powiesiła ją centralnie na wysokości ślepi. Mojej babie się cholernie nudzi, bo wymyśla cuda na kiju.
Zagubione różowe śpioszki, do których przyczepiła się Tsunami, zostały odnalezione, co znacznie poprawiło jej humor… do pewnego momentu. Dopóki ich nie odwróciła i zobaczyła datę oraz cel ich zakupu napisane grubym markerem. Chyba każdy może sobie wyobrazić, co się stanie, jeśli zostaną połączone dwa fakty. Ciężarna Mia i zrujnowane ubranko. Bez obaw, szwagier żyje i ma się dobrze, o dziwo posiada wszystkie kończyny.  
Jeśli chodzi o mnie, potrafię dużo zrozumieć i znieść, lecz niech mi ktoś wyjaśni, co, proszę ja was bardzo, ma znaczyć ta długa szmata, którą właśnie wydobyłem z kartonu? I gdzie jest do diaska krasnal, kiedy jest potrzebny na gwałt?!
Pomimo ograniczonych możliwości poruszania się, wsadzam łapę do kieszeni, by wymacać w niej coś twardego, lecz to nie jest takie łatwe! Ok. mam go… teraz powoli…  
Wyciągam telefon, wbijam kod, kontakty, zielona słuchawka i naciskam na głośnomówiący... Jeden sygnał… Drugi…  
– Już parkuję! Nie poganiaj! – woła brat Mii i się rozłącza. Świetnie i jak mam mu otworzyć drzwi? Przecież nie potrafię zrobić ani kroku. Na szczęście taras jest otwarty… Ding-Dong… O proszę! Niech se teraz postoi, wałkoń jeden! Wszystko jego wina! Gdyby nie jego głupia gra w kalambury, to bym nie był w sytuacji bez wyjścia. Dosłownie!  
Jeszcze raz wybieram numer do zgreda, który odbiera po pierwszym sygnale.  
– Musisz przejść przez płot i wejść przez taras – mówię zasapany.
– Dl… – słyszę, zanim zdążę się rozłączyć. Ileż dałbym, by być teraz z żoną na wizycie u lekarza i zobaczyć skrzaty, które pomogłyby mi zejść z nerwów. Może dla wielu wygląda to zabawnie, lecz jestem krótko przed wybuchem, rozszarpaniem i zdemolowaniem wyposażenia. Czemu Mimi za każdym razem wyskoczy z czymś, o czym nie mam pojęcia, w dodatku nie zostawi mi żadnej instrukcji obsługi?!  
Słyszę odgłos ciężkich butów oraz sapanie.
– Stary, nie gadaj, że jesteś tak zajęty… – Młody przerywa, zatrzymując się w miejscu. Na mój widok robi najpierw duże oczy, a za chwilę wybucha galaktycznym rechotem. ‘Bombowo!!!’
– Bawisz się w mumię? Ludziu! To nie karnawał! – woła rozbawiony. Miło z jego strony, że ma ze mnie ubaw po same pachy.
– Zamknij się i pomóż mi! – krzyczę wkurzony. Materiał o długości czterech metrów podczas wyciągania  z kartonu owinął się wokół mojego ciała.  Przysięgam, czuję się naprawdę idiotycznie, bo nie dość, że nie wiem, jakie ma ten łach zastosowanie, to jeszcze przypominam zawiniętego krokieta.  
– Mia będzie zachwycona – mówi barbarzyńca, strzelając fotę. Palant!  
Trzy minuty później, po wielu przekleństwach zostaję uwolniony i zabieram się za dalsze opróżnianie pudła, w którym znajduje się jeszcze więcej rzeczy. Dwie kołderki, dwie poduszki, sześć prześcieradeł, sześć pościeli w różne wzory, cztery ręczniki…
– Jul, powiedz mi, do czego jest to potrzebne? – Wyciągam owinięty folią karton z rurkami, grubym drutem oraz dwoma śrubami. Pomału jestem bezradny i pytam samego siebie, czy naprawdę tyle tego potrzebujemy?  
– Na pewno gdzieś jest napisane… O zobacz, jaki mega kocyk – mówi podekscytowany szwagier podczas odpakowywania nakupionego arsenału. Przekręcam ślepiami, odwracam opakowanie rurek, aby sprawdzić, do czego służy ten metal. „Stelaż do baldachimu. Alvi.” ‘ Jakiego znów qurła baldachimu???’
– Patrz, jaki czad! – woła, przez co się odwracam, a ten trzyma poskładany w kopertę biały puszysty materiał. Tu muszę przyznać rację, fajowe to. Już mogę sobie wyobrazić nasze skarby otulone tym czymś.  
– Odziedziczysz w spadku i przestań się jarać, bo ci stanie. – Drażnię go.
– Szczęściarz z ciebie. Jest w stanie spoczynku, inaczej podbiłby ci oko – odpiera dumny z głupkowatym uśmieszkiem. Paskudztwo.
– Sorry szwagier, jestem zainteresowany wyłącznie łonem mojej żony. Twój kanarek mnie nie obchodzi. – Oddaję, wyszczerzając zgryz.
– Jak już, to bocian, a twoja fascynacja waginą mojej sis jest obleśna. Chryste! Teraz będę miał koszmary do końca życia! – Otrząsa się, wypowiadając te słowa.
– Zaufaj mi młody. Okaz takiej soczystej mumu jest bardzo rzadki, a jak już na nią trafisz… Mmmmm… – Ciągnę temat. O rany, jego mina! HAHAHA. Jakby połknął śliską ostrygę.
– Stary, ewidentnie potrzebuję sznapsa, żeby wytępić z głowy obraz tego, co musiałeś robić z Mimi, aby wylądował podwójny ładunek! – Czy on właśnie miał głos prawiczka?
‘LOL!’


Od Autora

To są ostatki - do góry łapki.
Pozdrawiam AHopeS<3

AHopeS

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i dramaty, użyła 1686 słów i 10015 znaków, zaktualizowała 17 sty o 23:28.

2 komentarze

 
  • bosman

    Rewelacyjna część czekam już na kolejną.Pozdrowienia

  • AHopeS

    @bosman Dziękuję bardzo.

  • shakadap

    Brawo.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • AHopeS

    @shakadap Dziękuję bardzo :)