Światło w ciemności – rozdział 1

Światło w ciemności – rozdział 1Hayley

Znowu badało mnie czterech ginekologów, jakby jeden nie był wystarczający. W grobowej ciszy wpatrywali się w ekran monitora, przedstawiający obraz USG moich jajników. Wpatrywałam się w sufit. Może gdybym miała lepszy nastrój, to zapytałabym, co tam widzieli, ale przecież już wiedziałam. Oglądali guza, jakby pierwszy raz widzieli takie coś. Raz na jakiś czas któryś z nich się odzywał, by zapytać ponownie o to, o co pytali już inni. Kiedy ostatni raz byłam u ginekologa? Dwa miesiące temu. Było robione USG? Nie, bo lekarz stwierdził, że nie trzeba, skoro na ostatniej wizycie było. Teraz już wiedziałam, że nigdy więcej do niego nie pójdę. Czy zażywam tabletki antykoncepcyjne? Nie, z Seanem używaliśmy prezerwatyw. Czy moje miesiączki są regularne? Tak. Czy bardzo mnie boli? Już nie, bo dostawałam zastrzyki przeciwbólowe prosto w tyłek.  
A ból był nie do zniesienia. Kiedy już się skuliłam, nie byłam w stanie się wyprostować. Jeśli musiałam iść do łazienki, szłam zgięta w pół. Kręciło mi się w głowie, było mi niedobrze i myślałam, że zaraz zemdleję. I zwymiotuję. I dostanę biegunki. Albo wszystko na raz. Gdy dostałam pierwszego ataku, przeleżałam na płytkach przy sedesie pół nocy. Myślałam, że zjadłam coś, co mi zaszkodziło. Jednak kiedy drugi przebiegł identycznie, wiedziałam, że coś było nie tak.
Krew pobrano mi rano, jeszcze zanim zabrali mnie na konferencję lekarzy, debatujących nad moim jajnikiem. Prawie już nie krwawiłam. To pewnie przez stres. Wyglądałam jak siódme nieszczęście. Zapuchnięte od płaczu niebieskie oczy, pod którymi widać było efekty nieprzespanej nocy. Długie brązowe włosy związane w byle jakiego koka. Jeszcze się nie załamałam, ale byłam tego bliska. Zostawił mnie chłopak, kiedy najbardziej go potrzebowałam. Kochałam go. On mnie niby też, ale tylko do momentu, w którym okazało się, że mogę być śmiertelnie chora. Przy czym słowo „mogę” jest tutaj kluczowe. Nadal starałam się myśleć pozytywnie. Nie powinnam marnować łez na takiego dupka, ale nie mogłam ich powstrzymać. Chciałam znaleźć się w jego ciepłych ramionach, mimo że sprawił mi tyle bólu. A na ten ból zastrzyki przeciwbólowe niestety nie pomogą. Wiedziałam, że powinnam pomyśleć o pracy, o zleceniach, które musiałam oddać, bo klienci czekali, ale nie miałam na to siły. W mojej głowie ciągle siedział Sean, chociaż na to nie zasługiwał. W kółko odtwarzałam wszystkie te chwile, w których byłam z nim szczęśliwa. A teraz moje szczęście prysło jak mydlana bańka.
Po południu przyszła do mnie sama pani ordynator z wynikami. Podwyższone markery nowotworowe. Kierowali mnie do innego szpitala, gdzie mieli bardziej wyposażony oddział ginekologii i lekarzy, którzy zajmowali się takimi przypadkami. Miałam wrażenie, jakbym śniła. Zaraz obudzi mnie Milo liżąc po twarzy i cały ten koszmar zniknie. Ale nie zniknął. Wypisali mnie, więc musiałam się spakować i wrócić do domu. Jeszcze w taksówce sprawdziłam w Internecie, że podwyższone markery nowotworowe wcale nie musiały oznaczać, że miałam raka. Miesiączka mogła zaburzyć wyniki badania. Uczepiłam się tego jak koła ratunkowego. To wszystko przez okres. To na pewno nie rak. Nie i już.
Gdy tylko przekroczyłam próg mojego małego mieszkania, Milo oszalał z radości. Myślałam, że ogon urwie mu się od tego merdania ze szczęścia. Od razu upadłam na kolana i wtuliłam się w miękką sierść futrzaka, podczas gdy on lizał mnie po uchu. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak za nim tęskniłam.
­– Cześć, piesku. Tak, ja też tęskniłam – powiedziałam z uśmiechem, głaszcząc go. – Co powiesz na spacer?
Postawił uszy i przez kilka sekund wpatrywał się we mnie swoimi oczami jak guziki, aż w końcu zaszczekał i zaczął skakać. Nie mógł się doczekać. Przebrałam się szybko w świeży dres, założyłam Milo jego czerwone szelki, wzięłam smycz i założyłam buty do biegania. Może powinnam robić teraz coś innego, ale musiałam iść pobiegać. Milo i tak musiał wyjść na zewnątrz, a ja musiałam jakoś odreagować.
Świeże powietrze dobrze mi zrobiło, oczyściłam umysł z niepotrzebnych myśli i kiedy wróciłam do domu, od razu poszłam pod prysznic. Potem już w piżamie zakopałam się pod kołdrą z laptopem na kolanach. Pracowałam w wydawnictwie jako grafik komputerowy. Projektowałam okładki i może nie zarabiałam kokosów, ale lubiłam tę pracę. Czasami brałam zlecenia od prywatnych klientów. Miałam kilka gotowych plików, więc wysłałam je, a później sprawdziłam, ile miałam rozpoczętych. Musiałam je dokończyć, ale dzisiaj nie byłam już w stanie. Wyłączyłam laptopa i odłożyłam go na szafkę nocną. Milo wskoczył na łóżko i położył się tuż przy mnie. Zwykle nie pozwalałam mu na to, ale psychicznie nie było ze mną najlepiej, więc zamiast go zrzucić na podłogę, przytuliłam się do niego i zasnęłam.
Rano zadzwoniłam do szpitala, do którego mnie skierowano na konsultację. Kazali mi przyjechać za dwa dni. Na szczęście ból minął i nie musiałam się faszerować tabletkami. Bolało mnie jedynie złamane serce. Nie miałam weny ani ochoty na dokończenie projektów, co dobijało mnie jeszcze bardziej. Nawet poranny spacer z Milo nie pomógł. Zobaczyłam na biurku w ramce moje zdjęcie z Seanem i łzy napłynęły mi do oczu. Nie. Dość już wylałam łez przez niego. Wzięłam pudełko i zaczęłam do niego wrzucać wszystko, co było związane z tym dupkiem. Wszystko, co mi o nim przypominało. Pudło schowałam głęboko pod łóżko, nie mogłam się zdobyć, żeby to wyrzucić. Moje życie się zmieniało, więc i ja musiałam. Najlepiej zacząć od włosów.  
Dwie godziny później siedziałam już na fotelu w salonie fryzjerskim. Moje długie, nigdy nie farbowane włosy leżały na blacie przede mną związane w warkoczyki. Oddam je komuś, kto potrzebował ich bardziej niż ja. Nigdy nie miałam krótkich włosów i teraz patrząc na brązowe kosmyki ledwo sięgające ramion, czułam się dziwnie. Nie zamierzałam jednak na tym skończyć. Chciałam zmienić kolor, ale nie o ton, czy dwa. Cięcie było wielką zmianą, ale kolor to już wyższa półka. Poprosiłam o zasłonięcie lustra. Chciałam mieć niespodziankę. Efekt końcowy przeszedł moje oczekiwania. Byłam zachwycona. Nie mogłam przestać na siebie patrzeć. Will padnie, jak mnie zobaczy.  
Wróciłam do domu natchniona, więc od razu zabrałam się za kończenie projektów. I tak musiałam to zrobić przed pójściem do szpitala. Podczas krótkiej przerwy na jedzenie, napisałam wiadomość do brata, żeby dał znać, jak wróci ze szkolenia, bo chciałam się z nim spotkać. Po skończeniu pracy i poinformowaniu wydawnictwa o mojej sytuacji, wzięłam się za czesanie psa. Milo był dużym szpicem niemieckim o czarnej sierści, więc jak wszystkie szpice musiał być czesany pod włos. Przez to był puszysty jak maskotka. Kiedy już się z tym uporałam i posprzątałam kępki sierści z podłogi, ktoś zapukał do drzwi. Nie spodziewałam się nikogo. Na progu stał Will. Brązowe włosy, niebieskie oczy. Podobieństwo było uderzające. Czasami brali nas nawet za bliźnięta, mimo że Will był trzy lata starszy.
– Już wróciłeś? – zapytałam zaskoczona.
Nie odpowiedział od razu, tylko wpatrywał się we mnie z dziwnym wyrazem twarzy.
– Coś ty zrobiła z włosami?
– Cudowne są, no nie?
Wpuściłam go do środka, Milo od razu podbiegł się przywitać.
– Wyglądasz jakbyś wyszła prosto z jakiegoś anime.
To chyba nie był komplement. Will wiedział, że nie przepadałam za różowym, a teraz moje włosy miały kolor gumy balonowej. Nie skomentowałam tego, zrobiłam herbatę i usiedliśmy przy małym okrągłym stole. Rozmawialiśmy chwilę o jego szkoleniu i nowej pracy, ale praktycznie nie słuchałam. W sumie prawie się nie odzywałam. Spojrzałam na brata, ale zaraz spuściłam wzrok. Jak miałam mu to powiedzieć?  
– Hayley?
Podniosłam głowę, ale łzy napłynęły mi do oczu i szybko ją opuściłam.  
– Płaczesz? – Słyszałam, jak bierze głęboki wdech. – Ja wcale nie chciałem, żeby… Nie wyglądasz źle, tylko… inaczej… ale ładnie, naprawdę…
Naprawdę sądził, że płakałabym o głupie włosy? Oczywiście jego opinia była dla mnie ważna, ale bez przesady. Kolor się zmyje po kilku myciach. Nadal coś mówił z wyraźnym zakłopotaniem, ale nie słuchałam. Musiałam mu powiedzieć.  
– Mam guza – wykrztusiłam w końcu i spojrzałam na niego.  
Zamarł. Miał taką minę, że nie byłam pewna, czy mnie usłyszał.  
– Mam guza – powtórzyłam. – Na jajniku.  
Milczał. Wcale się nie dziwiłam. Był pewnie w takim samym szoku jak ja.  
– Markery nowotworowe są podwyższone, ale nie na tyle, żeby od razu stwierdzić, że to rak – kontynuowałam póki byłam w stanie. – Na necie wyczytałam, że mogą być zaburzone przez okres. Pojutrze jadę do szpitala na konsultację i pewnie już tam zostanę. Muszą mi to wyciąć.  
– Masz raka? – Brzmiał, jakby z trudem te słowa przeszły mu przez gardło.
– Nie – zaprzeczyłam automatycznie, ale przecież nie wiedziałam. – Nie wiem. Może… – Głos mi się załamał i nie mogłam już dłużej powstrzymać łez.  
– Nie możesz – niemal jęknął i po chwili znalazłam się w jego ramionach. – Nie możesz mnie zostawić, słyszysz?  
Rodzice zginęli w wypadku samochodowym spowodowanym przez pijanego kierowcę, któremu oczywiście nic się nie stało. Zostaliśmy sami. Dziadkowie mieszkali na Alasce, a my w Bostonie, a ich stan zdrowia nie pozwalał na częste podróżowanie przez cały kraj.  
– Nie chcę… – pisnęłam i rozpłakałam się.  
– Wszystko będzie dobrze – powiedział, ale jemu głos też się łamał.
– Kocham cię.
– Ja ciebie też.  
Przez dłuższą chwilę przytulaliśmy się jeszcze w milczeniu, a potem znów usiedliśmy przy stole.  
– Sean cię zawiezie, czy mam wziąć wolne? – zapytał Will.
Nawet o tym nie pomyślałam.  
– Zostawił mnie – jęknęłam i prawie rozpłakałam się na nowo, ale powstrzymałam łzy.
– Co?! – Zerwał się na równe nogi, prawie przewracając krzesło. – Jak to cię zostawił? Teraz? W takim momencie? Jak go spotkam, to urwę mu jaja! Pierdolony…
– Will – przerwałam mu. – Daj spokój. Zaopiekujesz się Milo?
Westchnął i z powrotem usiadł, rozluźniając zaciśnięte pięści.  
– Oczywiście. – Wyciągnął telefon i coś zapisywał w kalendarzu. – Wezmę dzień wolny i zawiozę cię do tego szpitala. Pojutrze, tak?
– Tak.  
– Milo zabiorę do siebie.  
– Okej.  
– Potrzebujesz czegoś do szpitala? Kupić ci coś?
– Chyba wszystko mam, dzięki.
– Okej, to… – Powoli wstał. – Jutro się dogadamy, co do godziny. Odpoczywaj.  
Pocałował mnie w czoło i wyszedł, a łzy popłynęły na nowo.


Nicholas

Żeby jakoś udobruchać Kim po naszej nieudanej rocznicy, zabrałem ją na randkę do restauracji, którą lubiła, a której ja zazwyczaj unikałem, bo nawet woda kosztowała tam strasznie dużo. Nie chciałem jednak, by dalej uważała mnie za dupka, któremu zależy tylko na seksie, więc musiałem zagryźć zęby. Tym razem na jej twarzy nie było nawet śladu makijażu, a minę miała taką, że natychmiast odechciało mi się jakichkolwiek zabaw w łóżku.
– Kochanie… – powiedziałem z naciskiem, nie mogąc dłużej znieść tego napięcia. – Przestań, proszę. Naprawdę uważasz, że byłbym z tobą w związku dwa lata, gdyby zależało mi tylko na seksie?
W końcu na mnie spojrzała.
– Raczej nie – mruknęła.
– No właśnie. Jestem z tobą, bo cię kocham. – Nakryłem jej dłoń swoją. – Ale jestem też przede wszystkim facetem i uważam, że seks z tobą byłby cudownym dodatkiem. Tyle. Absolutnie nie namawiam cię do porzucenia twoich przekonań… po prostu… jestem facetem. – Po raz kolejny wyleciał ze mnie jakże niepodważalny argument. – A dwa lata bez seksu… nie są łatwe. – Uśmiechnąłem się, rozładowując napięcie. – Wiesz, jak czasem bolą mnie jaja? – zarzuciłem żartem, ale chyba nietrafionym, bo Kim zmarszczyła brwi.
– Wiesz, że nie lubię, gdy rzucasz takimi określeniami.
Ledwo powstrzymałem się od przewrócenia oczami.
– Dobra… odczuwam ból moich narządów płciowych. Lepiej?
– Powiedzmy – mruknęła.
– Więc przestań się na mnie obrażać, bo nie zmienię potrzeb swojego ciała tylko dlatego, że ty…
– Dobrze – ucięła szybko, biorąc do ręki menu. – Zrozumiano.  
Westchnąłem cicho i oparłem się o krzesło. To był jeden z tych momentów, gdy musiałem zebrać wszystkie swoje pokłady cierpliwości.  
Nasz związek był raczej… specyficzny. Prawdę mówiąc, nigdy nie sądziłem, że będę w związku z dziewczyną, która nie będzie chciała uprawiać seksu. Ja sam nigdy od niego nie stroniłem. Gdy poznałem Kim, od razu mi się spodobała. Była słodka i niewinna, a ja miałem dość dziewczyn, które do tej pory spotykałem – prowokujących, głośnych, w dużej mierze zrobionych przez chirurgów. Kim była inna i to mnie w niej pociągało. Gdy zbliżyliśmy się do siebie na tyle, by obnażać bardziej wstydliwe aspekty naszych charakterów, zrzuciła na mnie dość nieoczekiwaną bombę: była religijna. Niestety, aż do przesady. Nie miałem nic przeciwko samej religii. Sam raczej w nic nie wierzyłem, więc starałem się szanować poglądy innych. Nie sądziłem jednak, że przyjdzie mi być z dziewczyną, która modli się przed jedzeniem, nosi zasłaniające całe ciało ubrania, rzadko się maluje i przede wszystkim… uprawia seks dopiero po ślubie.
Akurat co do braku makijażu nie miałem zastrzeżeń – miło było patrzeć na świeżą twarz, która nie miała niezdrowego odcienia dojrzałej pomarańczy. Gdy Kim zakładała czasem bluzkę z lekkim dekoltem czy sukienkę, było to ciekawą odmianą i dobrą niespodzianką. Modlenie się przed jedzeniem też mogłem przeżyć. Nie krzywdziło mnie to w żaden sposób. Brak seksu bywał jednak uciążliwy. Bywały momenty, gdy Kim mnie prowokowała, a później odsuwała się, nic sobie z tego nie robiąc, a ja miałem już wtedy pokaźny namiot w spodniach. Nienawidziłem tego, zwłaszcza tego nagannego spojrzenia Kim, tak jakbym robił coś złego. Przecież byłem normalnym, zdrowym facetem. Chciałem uprawiać seks ze swoją dziewczyną. Podobała mi się, pociągała mnie, a zawsze traktowała to jak grzech.
Oczywiście, nie chciałem zostawiać jej z takiego powodu. Było nam ze sobą dobrze. Był to dla mnie trening cierpliwości i okazja do odkrycia relacji, w której seks nie uczestniczył. Czy planowałem jej się oświadczyć? Nie wiedziałem. Nie myślałem aż tak do przodu. Nie widziałem się w roli męża. Czy Kim była do tego odpowiednią osobą? Ciężko mi to było stwierdzić po dwóch latach. Nie chciała nawet razem zamieszkać. Widywaliśmy się ledwie parę razy w tygodniu. Spokojnie można to było zaliczyć do braku jazdy próbnej przed kupnem samochodu.
Czasem myślałem o tych sprawach, ale wtedy zadawałem sobie pytanie – co dalej? Co, jeśli pojawiłyby się dzieci? A pojawiłyby się na pewno. Kościół nie uznawał antykoncepcji, więc Kim też nie. Nie chciałem mieć całej gromadki. I niby jak mielibyśmy je wychowywać? Nie chciałbym, by moje dzieci też były tak religijne. Wolałbym, żeby same wybrały swoją drogę i wiarę. Miałem jednak przeczucie, że Kim natychmiast narzuciłaby im swoje przekonania, a z tego wynikałyby długie kłótnie. Czy tak powinna wyglądać rodzina?  
W końcu się rozchmurzyła, gdy kelner postawił przed nią półmisek z jedzeniem. Wiedziałem, że sporo za to zapłacę, ale odsunąłem od siebie te myśli i cieszyłem się, że znowu było między nami normalnie. Względnie.
Szedłem później do pracy, więc odprowadziłem Kim do mieszkania i pobiegłem do baru. Tym razem nie miałem już migreny i spodziewałem się, że noc szybko minie. Tak też było – jak zwykle mignęły mi przed oczami głośno śmiejące się dziewczyny, zamawiające masę drinków, co było ich jedyną wieczorną rozrywką. Zostawiły też sporo napiwków, więc prawie zwróciła mi się cena kolacji. Wracałem do mieszkania w świetnym humorze. Zdjąłem buty w przedpokoju, i, nie zapalając światła, szedłem do swojego pokoju, jednak nagle coś otarło się o moją nogę. Po sekundzie usłyszałem warknięcie, a po paru kolejnych… odgłos lania wody. Tylko że coś mi mówiło, że to wcale nie była woda.
Błyskawicznie zapaliłem światło, które na chwilę mnie oślepiło, ale gdy oczy przywykły już do jasności, zobaczyłem jakiegoś czarnego kundla, który nie wiadomo skąd wziął się w naszym mieszkaniu i właśnie sikał mi do butów, które właśnie zdjąłem.
Przez chwilę wpatrywałem się w niego ogłupiały, mając nadzieję, że to jakieś omamy, po czym krzyknąłem:
– Kurwa mać! Will!
Minęła dłuższa chwila, zanim mój zaspany współlokator wytoczył się z pokoju. Przecierał oczy i zmrużył je, gdy dotarł do korytarza.
– Czego się drzesz? Spałem…
– Co to jest? – Wskazałem na kundla, który właśnie gryzł jednego buta. Szybko wyrwałem mu go z zębów. – Co to za pies?
– Zostawiłem ci kartkę w kuchni…
– Jest XXI wiek, Will, teraz informuje się ludzi smsami. Nie przypominam sobie, żebyśmy decydowali się na przygarnięcie jakiegoś psa.
Zwierzę chyba wyczuło moją wściekłość, bo gwałtownie szczeknęło.
– To pies mojej siostry – powiedział nagle Will grobowym tonem.
Nadal nic nie rozumiałem.
– Więc dlaczego jest u nas?
Ku mojemu zdziwieniu, Will oparł się o ścianę, jakby zabrakło mu sił i ukrył twarz w dłoniach. Znowu przetarł oczy i spojrzał na mnie umęczonym wzrokiem.
– Dopiero się dowiedziałem… że jest chora. Wykryli u niej guza na jajniku. Jeszcze nie wiedzą, czy to rak… – Zacisnął mocno usta. – Zawiozłem ją dziś do szpitala. Nie wiadomo, kiedy będzie miała operację i kiedy ją wypiszą, więc musiałem wziąć jej psa do nas. Nie ma nikogo innego, kto by mógł się nim zaopiekować.
Cała złość automatycznie minęła. Było mi nawet trochę wstyd. Przez chwilę nie wiedziałem, co powiedzieć.
– Stary… przykro mi. I sorry, że się tak wydarłem. – Znowu popatrzyłem na psa, który nagle siedział potulnie na podłodze i przyglądał się nam. – Mogę… jakoś pomóc?
– Daj mi spać. – Will odepchnął się od ściany i ruszył w stronę swojego pokoju. – I już się nie drzyj.
– Jasne – mruknąłem cicho. Wkrótce zostałem sam.
Popatrzyłem na psa, który spojrzał na mnie głupkowato. Skoro już załatwił się w moim bucie, to chyba nie było potrzeby go wyprowadzać. Zresztą, nie wiedziałem, czy była tu jakaś smycz. Poszedłem do swojego pokoju, zostawiając kundla za sobą.
Choć byłem zmęczony, teraz nie mogłem zasnąć. Przez pół godziny leżałem, gapiąc się w sufit, aż w końcu zapaliłem światło i odpaliłem laptopa. Wchodząc na Facebooka, usiłowałem przypomnieć sobie imię siostry Willa. Kojarzyłem ją, ale chyba byłem aż takim dupkiem, że nawet nie pamiętałem, jak się nazywała.
Z Willem znałem się od collegu. Zaprzyjaźniliśmy się na tyle, by kontakt nie urwał nam się po skończeniu studiów. Zamieszkaliśmy razem, bo tak nam było wygodnie – on nie miał dziewczyny, a moja nie chciała ze mną mieszkać. Układ był idealny – dwóch facetów, bez żadnej kobiety, która by narzekała na brud i bałagan. Parę razy wspominał, że miał siostrę, ale była od niego młodsza, więc nie miałem z nią styczności. Zastanawiałem się, czy kiedykolwiek widziałem ją na żywo. Chyba nie. A może jednak? Może przyszła na uroczystość rozdania dyplomów?
Hayley! Tak miała na imię. Wyszukałem ją w znajomych Willa i kliknąłem na jej profil. Po raz pierwszy w życiu uważnie się jej przyglądałem. Ona i Will byli do siebie bardzo podobni – te same brązowe włosy i niebieskie oczy. Na zdjęciu profilowym uśmiechała się szeroko. Jeszcze nie wiedziała, z czym przyjdzie jej się zmierzyć.  
Sam nie wiedziałem, dlaczego tak to odczuwałem. Może dlatego, że Will był moim najlepszym przyjacielem, a ona była jego siostrą. Jeśli miała raka… cholera, to oznaczało, że Will kompletnie się załamie. Ich rodzice nie żyli, miał tylko ją.
Dlatego postanowiłem już nie czepiać się psa, nieważne, ile butów by mi obsikał.

candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i dramaty, użyła 3764 słów i 20838 znaków, zaktualizowała 11 lut o 21:08.

2 komentarze

 
  • AlexAthame

    Może mnie nie znienawidzisz, że się domyśliłem już w pierwszym odcinku. Opowiadanko na wysokim poziomie, jak zawsze zresztą. Faceci przeważnie są tchórzami i pesymistami, dlatego to kobiety zachodzą w ciążę i rodzą. Problem można zaakceptować albo zmienić. Nikolas jest bliski zaakceptowania, ale niestety brakuje mu tysiąc mil i w końcu Kim przyzna, że miała rację :D

  • candy

    @AlexAthame łatwo było się domyślić ;) zwłaszcza z tą modlitwą przed jedzeniem. Tu tylko zostało to dokładniej opisane

  • AlexAthame

    @candy Muszę uważać, co piszę. Obiecuję nie wyprzedzać, nawet jeżeli mam rację. Pewnie będzie mi się podobać. Pozdrawiam. :smile: Fajny tytuł.

  • agnes1709

    Uwielbiam Nicholasa, jest taki... normalny :ciuch: Dawajcie jeszcze, czekam na spotkanie. Wiecie, jakie :D

  • candy

    @agnes1709 jako osoba odpowiadająca za normalność Nicholasa, bardzo się cieszę <3 i też go uwielbiam  :rotfl: