Ścigani przez śmierć cz 3

— Nie możesz jechać w tej białej sukni.
— Nie lubisz mnie w niej? — zapytała Tenra.
On spojrzał na nią uważnie.
— Jesteś chyba z żelaza — zdziwił się Kalt.
— Może trochę — powiedziała Tenra. Ale nie całkowicie, może w to nie uwierzysz, ale jestem też kobietą — dodała.
— W to akurat łatwo uwierzyć — roześmiał się rycerz.
— Czemu się śmiejesz? — zapytała.
— Nie mogę powiedzieć — odrzekł Kalt.
Tenra zatrzymała konia.
— Powiedz albo nie jadę dalej.
— Nigdy nie widziałem piegowatej księżniczki — roześmiał się i ruszył ostro.
— Ach ty — zezłościła się Tenra.
Dogoniła go, bo zwolnił. Jechali kwadrans w milczeniu.
— Słuchaj — zaczął Kalt.
— Nie odzywaj się — ucięła Tenra.
Teraz z kolei on zatrzymał swojego konia, a przy tym i jej, ponieważ chwycił za uzdę.
— Posłuchaj — rzekł ważąc słowa. Uratowałem cię nie dla tego, że chodzi o kraj, ale ponieważ jesteś wartościowa i szlachetna.
Patrzyła na niego ciągle zagniewana.
— To, że masz piegi nie znaczy, że jeteś brzydka.
— A co znaczy? — zapytała zaciekawiona, już bez gniewu.
— Dla mnie jesteś piękna. Piękna i szlachetna — dodał. Szkoda, że nie jestem młodszy.
Jej twarz się rozluźniła. Nie tylko, że złość jej przeszła. Poczuła coś i wiedziała, że się nie myli.
— Dziwny z ciebie facet, Kalt — rzekla Tenra.
— Co masz na myśli?
— Przecież nie jesteś taki stary.
Spojrzał na nia całkiem inaczej.
— Ale jeśli mnie ruszysz, zabiję — powiedziała to z tym swoim błyskiem w oczach.
— Co mam zrobić? — zapytał Kalt. Jak powiem, że cię ruszę zabijesz, jak powiem, że nie to się obrażasz — zaczął się śmiać.
Ona roześmiała się też.
— Najlepiej nie mówmy o tym — rzekł.
— Zgadzam się z tobą.
— Ciężka droga przed nami, musimy się gdzieś zatrzymać na noc. Znam pewne dobre miejsce. Pusta chata. O ile jeszcze jest pusta — dodał Kalt. Przebierz się, a ja poczekam pod tym drzewem.
— Tylko nie patrz.
— Dobrze, to zrozumiałe.
Kalt wziął ubranie z jej komnaty. Jako dowódca miał duże możliwości.
Chyba nie podziękowałam mu za uratowanie życia, myślała. Fajny z niego gość, prawdziwy mężczyzna o jakim marzyłam, pomyślała.
Miała na sobie teraz strój do polowań, w którym się czuła najlepiej. Zabrała ze sobą suknię aby nie zostawiać śladów. W drugim worku miała łuk i strzały.
— Możesz zsiąść z konia? — poprosiła.
— Po co?  
— Tylko na chwilkę, proszę.
Zeskoczył lekko na ziemię.
— Dziękuję za życie — szepnęła i zanim się zorientował pocałowała go krótko w usta.
Wskoczyła na konia.
— Jedźmy — rzekła.  
Ruszyli w znanym mu kierunku.  
                                                                *
— Co teraz będzie? — zapytała Kerta
Mertreht zdziwił się nieco jej spokojem. Oczekiwał wrzasków, płaczu, ale nie tego.
— Wszystko będzie po naszej myśli. Giljan mobilizuje armie, my też to uczynimy. Kenman tropi twoją córkę.
— Ona nie jest już moją córką. To zdrajczyni — powiedziała zimno Kerta.
— Popełniłem pomyłkę. Gdybym wybrał Saletę nie mielibyśmy kłopotw.    
— Kto mógł pomyśleć. Kalt też mnie zawiódł. Myślałam, że jest mi wierny. Wiesz, że uratował mi życie?
— Nie mówiłaś mi o tym — zdziwił się Mertreht.
— Jakieś dziesięć lat temu ktoś do mnie strzelił. Kelt zasłonił mnie własnym ciałem. Cały tydzień walczył ze śmiercią. Mam nadzieję, że Kenman go dopadnie. On go nienawidzi.
— On nienawidzi chyba wszystkich, prócz siebie.
— Jak dopadnie Kalta, zapłacimy mu dobrze, a potem będzie lepiej jeśli się go pozbędziemy.  
— Tak też myślę — rzekł Mertreht.    
                                                                *  
Kenman wydał rozkazy. Wyznaczył swojego zastępce. Zebrał dwa tuziny żołnierzy, najlepszych jego zdaniem. W zasadzie tych, którym nigdy nie dokuczył. Obiecał też duże wynagrodzenie. Przygotował plan, a właściwie miał go od razu w głowie. Miał pewność, że złapie Kalta. Uśmiechnął się do siebie na samą myśl o tym. Teraz gnał wraz z żołnierzami do kolejnej zmiany koni. Posługiwał się gołębiami do zawiadamiania posterunków. Miał nieograniczone środki, dzięki temu miał znaczną przewagę nad byłym dowódcą straży.
— Złapię cię Kalt, zapłacisz za zdradę — szepnął do siebie.
                                                                *
     Tenra jechała posłusznie przy boku swojego wybawiciela. Zaczęła sobie uświadamiać jak wiele mu zawdzięcza. Miała czas na refleksje. Młodość i radość życia miała nadal dzięki niemu. Śmierć prawie otarła się o nią. A teraz ją ścigała. Ponieważ Kalt ją uratował, oboje byli ścigani przez śmieć.  
Wracała myślami do swojej krótkiej przygody z młodym dworzaninem. Robiło jej się wtedy ciężko na duszy. Nieświadomie naraziła dziewięć osób na śmierć.  
Czasy nie były łatwe, ludzie umierali, ginęli. Życie nie miało wartości dla większości. Dla Tenry miało i dlatego cierpiała z tego powodu. Jako córka księcia żyła w nieco innym świecie. Nie znaczy to, że bieda i niesprawiedliwość nie dotyczyła jej. Wręcz przeciwnie, snuła marzenia, że kiedyś u boku właściwego męża, może uczynić pewne zmiany. Nie żyła utopijnymi marzeniami, wiedziała że nie zmieni świata. Ale czuła, że mogła by dokonać zmian, przynajmniej w swoim najbliższym otoczeniu. Teraz, zrozumiała nagle, że ta ,,machina” przerasta ją, a ona jest jeszcze nadal, tylko młodą dziewczyną. Prócz ojca, którego utraciła, kochała siostrę. Saleta, mimo że miała tylko rok mniej niż ona, naiwnością i znajomością życia przypominała siedmioletnie dziecko. Albrecht w jej oczach miał dobre cechy. Miała nadzieję, że nie będzie miał jej za złe, tego, co uczyniła.  
Jeśliby tylko wiedział dlaczego to zrobiłam, pomyślała.
— Jesteśmy prawie na miejscu — przerwał jej rozmyślania Kalt.  
Wąska droga pomiędzy drzewami prowadziła prosto. Weszli do chaty. Od razu było widać, że od lat nikt tu nie zaglądał.
Kalt, mimo że nie miał dużo czasu na zorganizowanie ucieczki, zabrał najpotrzebniejsze rzeczy. Poza bronią wziął jedzenie.
— Jak długo tu się zatrzymamy?  
— Tylko jedną noc, musisz się wyspać.
— A ty nie?
— Spróbuję.
— Jak daleko do stolicy Deranni, to znaczy ile nam to zajmie?  
— Tydzień, przy sprzyjających warunkach.
— Och, myślałam że jest bliżej.
Dostrzegła coś na jego twarzy.
— Coś się stało? — zapytała.
— Dwa tygodnie — dodał po chwili namysłu.
— Damy radę, nie jestem zwykłą księżniczką, nie sprawię ci kłopotu.
— Wiem, nawet w połowie nie myślałem, że jesteś taka.
Dobrze strzelasz z łuku, wolisz męskie zajęcia, ale nie myślałem, że jesteś taka.
— Jaka?
— Dzielna.
Poczuła się w pełni dowartościowana. Kalt to nie typ bawidamka, jeśli tak mówił, to tak było. Zrozumiała momentalnie, że musiał już dawno zwrócić na nią uwagę. Jego słowa świadczyły, że nie tylko ją zna, ale również, rozumie. I to ją miło zdziwiło, ponieważ była bystra, a nigdy nie zauważyła by ją oserwował lub nawet patrzył. Uniosła lekko głowę.
— Mimo, że nas ścigają, nie czułam się nigdy tak wolna jak teraz.
— To dobrze.
— Dobrze? To bardzo dobrze. Martwię się teraz o kogoś.
— Domyślam się o kogo chodzi. Nie sądzę by groziło jej niebezpieczeństwo.
— Ach, ona jest jak dziecko — odparła Tenra.
— Czasem dzieci mają wspaniałe pomysły. Prześpij się nieco... ale zaraz i ja o czymś zapomniałem.  
Poszedł do swoich rzeczy, przypiętych u boku konia.  
— Znalazłem to w twoich rzeczach.
Podał jej mały sztylet. W jej oczach zaszkliły się łzy.
— Och Kalt, to prezent od ojca, nigdy się z tym nie rozstawałam. Dobrze, że to zabrałeś.
Uścisnęła go serdecznie.
— Prześpij się, a ja spróbuję coś upolować — rzekł.
Doszedł do drzwi.
— Nie zostawiaj mnie samej — dotarło do niego.
Zatrzymał się w pół kroku i powoli odwrócił .
Może ją przeceniłem, pomyślał. To dopiero młoda dziewczyna, choć dzielna i twarda.
— Będę przy tobie, pośpij. Zmienimy się po trzech godzinach.  
Położyła się na surowym materacu, zdartym i nieco cuchnącym.
— Ciepło ci? — zapytał.
— Tak,  jest ciepła noc.
— Nie chcę na razie zapalać ognia.
— Kalt? — zapytała — dlaczego dwa tygodnie.
— Musimy przejść przez góry — rzekł spokojnie. Jest wąskie przejście i zajęło by nam tydzień mniej, ale Kenman je zna i na pewno je obstawił. Będzie ciężko, bardzo ciężko.
— Damy radę — szepnęła ziewając  
Powieki same jej się zamykały. Zasnęła prawie natychmiast.
— Dzielna jesteś Tenra — szepnął.
Popatrzył na jej młodą twarz. Pocałował jej policzek.
— Na pamięć twego ojca, którego miłowałem. Zrobię wszystko, by cię doprowadzić do stolicy.
Zmarszczył brwi i czoło, bo wiedział jak będzie ciężko.
                                                                         *
Królestwo Deranni rozciągało się żyzną równiną porośniętą lasami i przecinaną rzekami. Stolica nie miała specjalnych murów obronnych. Naturalne jej położenie gwarantowało jej bezpieczeństwo. Z jednej strony morze, z drugiej ostra ściana gór. Trzecią stanowiła zapora gęstego lasu. Drzewa rosły tak ciasno, że konny nie łatwo mógł się przecisnąć. Ostatnią stronę, prawie dwustu milowej równiny zamykało pasmo gór z małymi wąskimi przesmykami prowadzące do księstwa Mertrehta. Sam król żył w wielkiej przyjaźni z Melgradem. Doszły go słuchy o tym, że jego przyjaciel nie umarł naturalnie, ale nie słuchał plotek. Polegał na słowach kardynała, że Melgrad nagle zachorował. Sam kardynał opierał się na słowach innego sługi bożego, piastującego funkcję biskupa w księstwie Mertrehta. Król miał dobre serce i sam będąc szczerym, ufał innym. Królował sam, bowiem jego żona zmarła kilka lat temu. Teraz, pomagał mu syn, dzielny Rotgerand. Król cieszył się, że będzie miał komu zostawić Derennie. Rotgerand posiadał wszystkie cechy dobrego władcy. Rozsądny, silny, prawy i szlachetny. Zjednywał sobie przyjaciół i umiał trzymać wrogów na dystans, a i tych nie miał wielu. Król myślał o dobrej żonie dla niego. Miał na uwadze Tenrę, ale kiedy usłyszał o jej szybkich zaręczynach z Albrechtem, zaczął szukać innej, dla umiłowanego syna.
                                                                   *
Kenman zarządził postój. Jego ludzie choć twardzi i przywykli do służby, robili wrażenie zmęczonych. Nowy dowódca straży zdawał sobie sprawę, że Kalt i Tenra muszą też odpoczywać. Zgodnie z przewidywaniem Kalta, Kenman obstawił wąski przesmyk między górami, silną grupą ludzi. Miejsce to dawało ogromną przewagę jego rycerzom, bowiem stali w ukryciu w górze, w pułkach skalnych. Gdyby Kalt chciałby tamtędy przejść, byłby to akt samobójczy. Kenman wydał rozkaz swoim podwładnym by pozostali tam dwa tygodnie. Miał jednak nadzieję, że uda się mu pochwycić Kalta i Tenre wcześniej. Teren nie dawał Kaltowi dużego wyboru.
Musisz jechać tędy, a ja złapię cię właśnie tu, myślał nowy dowódca straży. Wskazał palcem na mapie miejsce, które nazywało się ,,Zajazd kruków”.
                                                                *
— Co się stało — Tenra przetarła oczy.
— Nic — odezwał się Kalt — pospałaś prawie pięć godzin.
— Mówiłeś o trzech, ty też musisz być zmęczony.
— Trochę — odrzekł.
Tak naprawdę ledwo trzymał się na nogach, a powieki ciążyły jak ołów. Tenra usiadła obok. Kalt położył się i zasnął prawie natychmiast.
— To co robisz, to tylko obowiązek, czy coś więcej? — zapytała cicho sama siebie, bo Kalt spał jak już kamień.
Patrzyła chwilę na niego, a potem wyszła przed chatę. Usiadła na progu, łuk trzymała na kolanach, a kołczan ze strzałami, obok. Czas dłużył się niemiłosiernie. Wolałaby chodzić lub robić cokolwiek niż siedzieć. Przysnęła na chwilę, to mogła być minuta lub godzina. Skarciła się w duchu. Kiepski ze mnie strażnik. Nagle usłyszała trzask łamanej gałęzi. W jednej chwili jej ciało naprężyło się jak struna. Znowu cichy trzask.
Lepiej obudzę Kalta, pomyślała. Weszła do chaty. Szarpnęła go za ramię.
— Tam ktoś jest. Albo zwierze — wskazała kierunek, trochę na prawo.
Kalt z kocią zręcznością już stał przy drzwiach. Nadsłuchiwał chwilę i kiedy miał już zrezygnować, usłyszał szmer ocierających się gałęzi.
— Jeden człowiek — zwyrokował. Zaczekaj tu i miej się na baczności — szepnął.
Oby miał rację, myślała. Ukryła się z przygotowaną strzałą na cięciwie. Wytężyła słuch do granic możliwości. Nagle usłyszała głuche uderzenie i jęk. Po chwili Kalt wrócił, ale nie sam. Niósł ciało. Rzucił je na podłogę. Przystawił miecz do piersi gościa i czekał. Po kilku minutach ten zaczął się ruszać.
— To ja Kalt, nie rób mi nic złego.
— Ktoś ty? — zapytał Kalt.
— Nie poznajesz? Twój stary druh, Jarh.
Kalt powoli przesunął miecz i odsunął nim kaptur nieznajomego. Światło jutrzenki oblało twarz mężczyzny. Wyglądał na około pięćdziesiąt lat, wyłysiały z kilkoma bliznami na twarzy.
— Jarh, co tu robisz u diabła? — zapytał Kalt odkładajac miecz.
— Przyjaciel — szepnął do Tenry — stary druh.
Podał mu rękę, pomógł wstać. Jarh zaczął rozcierać guza na głowie.
— Miałeś szczęście, że cię nie zabiłem. Co tu robisz?  
— Polowałem w okolicy, mieszkam kilka mil stąd.
— Widziałem was wczoraj, przed zachodem, a potem grupę jeźdźców jadących od ,,Zajazdu kruków”. Prowadził ich jakiś drągal. Sam się tu czasem zatrzymuję, więc sądziłem, że tu zostaniesz na noc — ciągnął Jarh.
— Ten wielkolud to Kenman, mój zastępca.
— Słyszałem coś — mruknął Jarh.
— Ta dziewczyna, to księżniczka Tenra — rzekł Kalt.
— Niczego sobie — uśmiechnął się Jarh.
Dziewczyna błysnęła tylko oczami i zanim Kalt zareagował, trzymała sztylet na szyi Jarha.
— Pracujesz dla Kenmana — syknęła.
— Uspokój się dziewczyno! — ostro rzekł Kalt.
Szybka jak błysawica, pomyślał również. W oczach Jarha panował strach, ale tylko przez chwilę.
— Nie znam Kenmana, a ty nie jesteś gościnna — rzekł spokojnie Jarh.  
Odsunął powoli ostrze sztyletu.
— Nie ufam mu — rzekła Tenra i usiadła za stołem.
— Ten olbrzym pojechał z powrotem, ale może wrócić. Nie możecie jechać głównym szlakiem!
— Przecież nie jedziemy — odrzekł Kalt.
— Na pewno obstawił wąski przesmyk przez góry — dodał Jarh.
— Wiem i to — odparł spokojnie Kalt.
— Faktycznie muszę poznać tego Kenmana, czy jak mu tam i spróbuję odwrócić jego uwagę od ,,Zajazdu kruków” — rzekł od niechcenia Jarh.
— Jak on to wszystko wie?  
— To stary wyjadacz, znamy się jeszcze zanim zacząłem służyć u twojego ojca, możemy mu ufać — dokończył Kalt.
— Nie ufam mu i tyle — rzekła Tenra i wyszła na dwór.
Jaśniało.
— Ostra dziewczyna — rzekł Jarh.
— Jeszcze jak — odparł Kalt.
— Co myślisz? — zapytał Kalt, patrząc na Jarha.  
— Przyniosłem wam trochę jedzenia, nie miałeś pewnie czasu polować.
— Jak daleko są ludzie Kenmana?
— Może dwadzieścia mil, ale pewnie wrócą. Wygląda jak by cię szukali — dodał.
Jarh wyjął kilka kawałków wędzonego mięsa i chleb.
— Dzięki — rzekł Kalt.
— Wczorajsze — rzekł Jarh.
— Tenra! — Kalt zawołał dziewczynę — Chodź, Jarh przyniósł coś wspaniałego.  
Tenra wróciła i popatrzyła na Jarha.
— Może się mylę. Jeśli tak, wybacz, dużo ostatnio przeszłam.
— A co się stało, plotka jest szybka, ale czasem wypaczona?  
Kalt opowiedział w skrócie całą historię.
— O do diaska, musicie zawiadomić króla — zakrzyknął Jarh.
— To właśnie chcemy zrobić — odpowiedział spokojnie Kalt.
— Nic tu po mnie — rzekł Jarh. Odnajdę Kenmana i moja w tym głowa aby ominął ,,Zajazd kruków”.
— Uważaj Jarh, Kenman to sprytny i niebezpieczny człowiek — dodał Kalt.
— Znasz mnie, nie z takimi dawałem sobie radę.
— Przybył pieszo? — zapytała Tenra, kiedy Jarh znikną w wysokich krzewach.
— Nie, pewno zostawił konia niedaleko, to stary wyga.
— Wszystko mówi za, jeśli chodzi o niego, ale mam złe przeczucie — rzekła Tenra.
— Wierz mi, możemy na nim polegać.
— Znasz go długo, lecz kiedy widziałeś go ostatni raz?
— Może dziesięć lat temu, zaraz po zamachu na twoją matkę.
— Był na nią zamach? — zdziwiła się Tenra.
— Tak, ktoś strzelał z łuku, dostrzegłem coś, ale nie mogłem nic zrobić więc zasłoniłem ją własnym ciałem.
Rozpiął koszulę. Poniżej obojczyka rysowała się tam okrągła blizna.
— Dwa cale niżej i dostałbym w samo serce.
— Długo dochodziłeś do siebie?  
— Parę dni walczyłem ze śmiercią, ale jak widzisz, żyję.
— Uratowałeś mojej matce życie, a teraz mnie — popatrzyła na niego wnikliwie.
Przez jego twarz przeszedł grymas.
— Mów, proszę — rzekła Tenra, ponieważ coś odczuła.
— Mogę się mylić... Przedtem... po tym, trochę się zmieniła. Chyba nie stanowili z twoim ojcem udanej pary... Melgrad... kochałem go, dbał o księstwo, o was i  ludzi... Ona czuła się niezaspokojona — dodał delikatnie, Kalt.
— Zawsze chciała więcej władzy — ucięła Tenra.
— To później — dodał.
Tenra zrozumiała co znaczyło w jego jego słowo ,,niezaspokojona".
— Fizycznie?
— Tak — odrzekł Kalt.
Po jego minie widać był, że wszedł na dość trudny dla niego temat.— Powiedziała ci? — Tenra robiła wyraźnie coraz bardziej zdziwionej.
— Przed zamachem, a szczególnie po... Kalt szukał odpowiednich słów.
— Możesz mówić jaśniej?  
— Ciężko mi mówić, bo to twoja matka — ciągnął.
— Dawała ci coś do zrozumienia?  
— Więcej — odrzekł całkiem speszony Kalt.
— Spałeś z nią? — zapytała wprost.
Spojrzał na nią ostro.
— Co to, to nie — zwiesił głowę. Co prawda, nie wielu by się temu oparło.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii miłość, użył 3083 słów i 18110 znaków.

3 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • AuRoRa

    Ostrożna ta Tenra, ciekawa postać :)

  • Duygu

    Oby Tenra i Kalt nie zostali złapani. mam nadzieję, że Jarh im pomoże w ucieczce.  Ahhh, ten Kenman! Uparty jak osioł  :whip:  Kalt musi żyć i nic mnie nie obchodzi zdanie Kerty i Mertrehta! Ratuje ich córkę, a oni chcą go zabić.  :smh:  Co za władcy, własną córkę chcieli stracić i jeszcze jego.

  • AlexAthame

    @Duygu  <3  :kiss:

  • Margerita

    łapka w górę Tenra, jak zawsze musi wdawać się dyskusje

  • AlexAthame

    @Margerita Dziękuję