Ścigani przez śmierć cz 1

Ścigani przez śmierć.  

Surowe, dębowe drzwi celi, zamknęły się głucho. Wokół panował półmrok. Światło dobiegającego dnia, docierało przez zakratowane okienko, znajdujące się wysoko, prawie pod sufitem, ponad zasięgiem rąk. Łóżko zbite z surowych desek pokrywał materac obszyty szorstkim, lnianym płótnem. Ze środka wystawały złote źdźbła siana. Dziewczyna podniosła się z chłodnej podłogi i usiadła zrezygnowana na materacu. Nie płakała, a nawet się nie smuciła. Wszystko co miało dla niej jakiś sens, odeszło bezpowrotnie. Jutro lub pojutrze poprowadzą ją na miejsce kaźni i zetną jej głowę wielkim toporem. Widziała wielokrotnie egzekucje. Tym razem to będzie ona.
                     Kilkanaście dni wcześniej.
   Książę Mertreht siedział na drewnianym fotelu, ozdobionym złotem i klejnotami. Obok, na równie pięknym krześle siedziała jego żona, Kerta. Mertreht znał się na wszelakiej sztuce i miał dobry gust. Komnata, w której siedzieli, dosłownie tonęła w przepychu. Wszędzie wisiały obrazy i stały rzeźby. Ściany udekorowano trofeami z licznych polowań. Pachniało kwiatami, a to było zasługą Kerty. Księżna odczuwała dumę i zadowolenie. Jeszcze parę miesięcy i zajmie miejsce królowej całej Derranni. Dyskutowała z mężem o ostatnich punktach planu. Pierwszy jej mąż zmarł nagle cztery lata temu. Melgrad osierocił ją wraz z dwiema córkami. Niektórzy szeptali po cichu, że Melgrada otruto, ale nikt nie śmiał tego mówić głośno. Księżna pozostała tylko trzy miesiące wdową. Kerta poślubiła bogatego hrabiego z sąsiedniego księstwa. Mertrehta cechowała jasność umysłu. Uwielbiał sztukę i kochał przepych, znał się również na sztuce wojennej. Szybko zjednał sobie najbliższych zmarłego króla. Najbardziej zależało mu na pozyskaniu córek. Młodsza jasnowłosa Saleta robiła wrażenie łatwowiernej. Dawała się przyciągnąć na stronę, licznymi drobiazgami. Rok starsza Tenra stanowiła dla Mertrehta ciężki orzech do zgryzienia. W odróżnieniu od młodszej siostry, miała więcej cech męskich niż kobiecych. Lubiła jeździć konno, strzelała wyśmienicie z łuku i kuszy i dobrze władała lekkim mieczem. Jej zielone oczy zawsze płonęły jasnym blaskiem. Choć w chwili śmierci ojca liczyła sobie niespełna lat piętnaście, szybko zrozumiała o co tu chodzi. Musiała głęboko ukryć to w co wierzyła i to czego się domyślała. Nie mogła podzielić się tym z nikim z dworu, więc jeździła często na grób ojca i tam zwierzała się ze swoich sekretów. Kiedy skończyła dziewiętnaście lat wezwano ją do ozdobnej komnaty. Ojczym siedział obok matki. Siedzieli jak król i królowa.
— Czemu zawdzięczam ten zaszczyt? — zapytała Tenra.  
— Mamy dla ciebie radosną wiadomość — zaczął Mertreht.
— Wychodzisz za mąż — dokończyła Kerta.
— Och! — zdziwiła się Tenra — a za kogo?  
— Najdoskonalszy wybór jakiego kochający ojciec i matka mogli dokonać — zaczął Mertreht.
— Ojczym — poprawiła go dziewczyna.
— Mój mąż daje ci całą miłość jaką może dać córce, uszanuj to.
— Czy nie robię tego?  
— Nie musisz przy każdej okazji podkreślać, że nie jest twoim ojcem.  
— Postaram się. Czy dowiem się kto to?
— Ależ oczywiście kochanie — odrzekł Mertreht. To syn księcia Noragocji, Albrecht.
— Ach więc to tak.
— Tylko tyle? — zapytała wyraźnie niezadowolona Kerta. Jesteś niewdzięczna.
— Przecież nie pytacie mnie o zgodę, tylko oznajmiacie. Czy mogę odmówić?
— Nie śmiej — syknął Mertreht, ale zaraz się pohamował. Nie zrobisz nam tego, mnie i matce.
— Nawet go nie znam — rzekła chłodno Tenra.
— Za tydzień zawita na nasz zamek. To uroczy młodzieniec, mamy pewność, że ci się spodoba — ciągnęła słodko matka.
— Czy to wszystko, moi drodzy?  
— Tak, możesz odejść — rzekł Mertreht, wymuszając miły ton.
Tenra szybko wyszła i zamknęła za sobą zdobione drzwi.  
— Nie wydaje się być szczęśliwa — odrzekł Mertreht.
— Zrobi co zechcemy — odrzekła sucho Kerta. Potem oficjalnie podpiszemy kilka dokumentów i będziemy jednym wielkim księstwem — ciągnęła Kerta. A w krótce cała Derannia będzie należeć do nas — dokończył Mertreht.
— Nareszcie zajmę należne mi miejsce królowej — szepnęła uradowana Kerta.
Tenra miała jedną wadę, lubiła podsłuchiwać.
A więc to tak, myślała, oddalając się bezszelestnie od drzwi. Ja mam być tylko pionkiem w ich grze, myślała nadal. Teraz już jestem pewna, że ta żmija otruła ojca!  
Weszła do mniejszego salonu na końcu korytarza. Usiadła za stołem aby zebrać myśli.
— Coś się stało siostro? — zapytała Saleta, która pojawiła się niespodziewanie. Wyglądasz na roztrzęsioną!
— Och nic. Oznajmiono mi właśnie, że wychodzę za mąż — powiedziała to, jakby dotyczyło to kogoś innego.
— Och to cudownie — rzekła rozpromieniona Saleta — a za kogo?
— Albrecht — odparła sucho Tenra.
— Ty masz szczęście. Przystojny, bogaty — ćwierkała Saleta.  
— Podoba ci się?  
— Pewnie, ale nie dam tego poznać, obiecuję.
— Muszę wyjść na dwór — rzekła Tenra — za dużo wrażeń.
Zeszła na dół do koni. Wsiadła na czarnego dwulatka, jednego z jej ulubionych. Zrzuciła krępująca suknię. Pod spodem miała spodnie i skórzane buty, u góry kaftan. Gdyby nie jej zaokrąglone piersi można by powiedzieć, że wyglądała jak giermek. Pognała jak szalona. Tym razem nie pojechała na grób ojca, ale w kierunku lasu. Wiatr rozwiewał jej miedziane włosy... Nie dostrzegła, że w małej odległości podąża za nią czwórka konnych. Mertreht dbał aby nic się jej nie przytrafiło, ale głównie chciał wiedzieć gdzie jeździ i z kim rozmawia. Ostatnio doszły go słuchy, że widziano ją kilkakrotnie z Mertrasem, jednym z gwardii. Tym razem Tenra chciała być sama. Zatrzymała konia. Tu na brzegu lasu czuła się bezpieczna i wolna. Wkrótce jednak dostrzegła czwórkę jezdnych.
— Nawet teraz mnie śledzą — jęknęła.
Muszę coś postanowić, myślała. Ucieknę z Mertrasem, chyba mi pomoże.
Nie była pewna czy go kocha albo on ją. Czuła się z nim dobrze. Raz się nawet całowali, chociaż bardzo subtelnie.
Trudno coś ukryć przed, , kochanymi rodzicami" ale tego chyba nie wiedzą, pomyślała.
Wracając, obmyślała plan ucieczki  
— Jak przejażdżka? — zapytała Saleta.  
— Dobrze, jak zawsze.
— Zjemy coś? — zagadnęła Saleta.
— Nie bardzo mam ochotę.
— To może pokażę ci moją nową suknię — nie dawała za wygraną jasnowłosa.  
— Może później, siostro. Teraz chcę być sama, wieczorem mi pokażesz.
Weszła do swojego pokoju. Tu przynajmniej nie ma szpiegów, pomyślała. Wzięła pióro, pergamin i napisała.
, , Dziś o północy, tam gdzie ostatnio”.  
Wyszła z pokoju, rozejrzała się na obie strony. Nikogo. Wsunęła kartkę cienkiego pergaminu w umówionym miejscu, pod obrazem greckiego ogrodu. Obejrzała się jeszcze raz, nikogo. Późnym wieczorem sprawdziła z ostrożnością, że wiadomość odebrano. Tuż przed północą, wymknęła się przez balkon. Po konopnej linie spuściła na dół. Strażnik równym krokiem zaczął oddalać się od balkonu. Przy tej ciemności nie mógł dostrzec liny. Przebiegła około dwustu kroków i zaczęła rozglądać się z uwagą. Stanęła pod starym klonem.
— Hej Tenra — usłyszała szept Mertrasa — tu jestem.  
Podeszła boso do niego. Miała na sobie ciemne spodnie i ciemną bluzę.
— Nie mamy za wiele czasu. Chcą mnie wydać za Albrechta, a ja nie mam na to wcale ochoty, uciekniesz ze mną?
Chłopak zrobił zakłopotaną minę.
— Jestem zaskoczony, nie mogę tak od razu powiedzieć.
—Tenra dała mu chustkę.
— Jeżeli zgodzisz się, zostaw całą. Jeśli nie, rozerwij na pół. Muszę już wracać.  
Pocałowała go krótko. Chłopak stał całkiem zaszokowany. Patrzył jak się oddala. Tenra podbiegła pod drzewo, obserwowała strażnika. Ten minął jej okno i zaczął się oddalać. Dziewczyna przesadziła mały płotek, wspięła się po linie, po czym wciągnęła ją na górę. Zerknęła jeszcze raz w dół. Miała pewność, że nikt jej nie widział. Myliła się.  
Co dzień sprawdzała umówione miejsce, jednak ciągle nie miała odpowiedzi. Przyjechał Albrecht. Przybył z trzema tuzinami ochrony i kilkoma służącymi. Kerta i Mertreht robili wrażenie szczęśliwych z jego przybycia, a Saleta dobrze ukrywała, że to właśnie jej podoba się przyszły mąż siostry. Wydano przyjęcie, posadzono Tenrę obok Albrechta. Tenra rzuciła na niego okiem  
Niczego mu nie brakuje, pomyślała.
— Lubisz bale — zaczął nieśmiało — ja uwielbiam!
— Wolę polowania — odparła.
— Polowania też lubię, choć wolę się przyglądać — odparł nieco zbity z tropu.
— Tak właśnie myślałam.  
— Mamy się pobrać za dwa dni w waszej katedrze — powiedział beznamiętnie.  
Nie robił wrażenia zadowolonego.
— Za dwa dni? — zapytała z niedowierzaniem Tenra. Powiedzieli mi, że przyjechałeś abyśmy się poznali!
— Taki był pierwotny plan, ale się zmienił.
— Plan, to właściwe słowo — rzekła jakby do siebie.  
— Będę dobrym mężem — rzekł, patrząc na nią.
— Nie wątpię — rzekła i spojrzała na niego uważnie. Podobam ci się?
— Taak — rzekł, choć nie zabrzmiało to przekonująco.
— Rozumiem — odrzekła Tenra.
— Masz piegi — uśmiechnął się kwaśno.
Dostrzegła coś w jego twarzy. Biedak, pomyślała, też go zmusili.
Dzień przed ślubem znalazła całą chustkę w schowku. Bardzo uważnie napisała wiadomość do Mertrasa.
, , Bądź gotowy z dwoma końmi pod lasem, w noc poślubną. Po drugiej zmianie warty”.  
   Kerta z niedowierzaniem obserwowała Tenre. Znała jej porywczą naturę i spodziewała się buntu. O Albrechta się nie obawiała. Wystraszony maminsynek. Taką miała o nim opinnię. Plan szedł znakomicie. Wszystko wymyśliła ona, Kerta. Już od prawie dekady myślała o tym. Na swojego poprzedniego męża, Melgrada, nie mogła liczyć. Zbyt lojalny i uczciwy. Nie miała żadnych wyrzutów sumienia, sypiąc mu truciznę do wina. Poza tym nie dbał o nią należycie w tych zwykłych sprawach. Nie to co Mertreht. Ich apetyty stały na tym samym poziomie, chociaż Kerta w polityce jak i w łożu chciała dominować. Kuzyn Mertrehta, Giljan władca sąsiedniego księstwa, nie tak od razu przystał na plan. Dlatego tak upierał się na to małżeństwo, po którym legalna unia ich księstw miała podstawy prawne. Nie chciał wyglądać na zwykłego rebelianta, czy zdrajcę. Kerta i Mertreht ustalili, że po pokonaniu króla, usuną Giliana w znany im sposób. W Pagonni nikt im nie zagrozi i zostaną władcami całej Derannni. Ta myśl napełniała ją radością i dodawała jej sił. Dlatego, starała się słodzić córce jak mogła.
— Nie możesz wystąpić w tej sukni — patrzyła z niesmakiem na kreację z białego jedwabiu. Tylko perły, suknia wygląda zbyt skromnie. Dam ci moją, powinna pasować. Dorzucę jeszcze parę klejnotów.
  Tenra zachowywała się jak we śnie. Wykonywała polecenia, jednak bez większego zaangażowania. Wszyscy byli tak zaaferowani przygotowaniem do ślubu, że nikt nie zwrócił uwagi na nietypowe zachowanie księżniczki. Z wyjątkiem Salety. Chociaż i ta nie wiedziała czy to ślub, czy coś innego. Tenra ubrana w suknie matki wyglądała pięknie. Wreszcie i pan młody dostrzegł jej nietypową i wykwintną urodę. Albrecht poczuł się lepiej. Starał się odgonić myśli o nocy poślubnej. Tak naprawdę, trochę obawiał się dziewczyny, którą miał prowadzić do ołtarza. W końcu przyszedł dzień ślubu. Cała ceremonia, dzwony, trąby i wiwaty uszły uwadze miedzianowłosej. Wiedziała jedno. Mertras zgodził się jej pomóc. Przyjęcie weselne przeciągnęło się do dziesiątej straży*. Kerta lekko podchmielona winem rozpływała się w pochwałach dla Albrechta i Tenry. Goście powoli opuszczali biesiadę i udawali się na spoczynek.  
Tenra nie chciała tego robić, ale też nie widziała innego rozwiązania. Miała przygotowany proszek, który otrzymała od zaufanej osoby. Wsypała go do kielicha z czerwonym winem. Podała go Albrechtowi już w sypialni.
— Chyba wypiłem dość — rzekł Albrecht.  
— Nie widziałam abyś pił dużo — odpowiedziała Tenra.
— Za naszą noc poślubną — rzekła i sama wypiła swój puchar.
Po kwadransie Albrecht spał jak dziecko. Zamknęła drzwi na klucz od wewnątrz. Zrobiła to dla pewności, sądziła że w noc poślubną nikt nie będzie ich niepokoić. Ubrała się szybko w strój do polowań.
Tym razem to na mnie będą polować, pomyślała.  
Tuż po drugiej straży zeszła po linie na dół. Odczekała aż strażnik się oddali. Przebiegła bezszelestnie do żywopłotu, przeskoczyła go i pobiegła około dwieście kroków gdzie jej czarny mustang skubał spokojnie trawę. Wskoczyła na niego lekko i pognała w kierunku lasu. Tuż za pierwszymi drzewami czekał Mertras.
— Jedźmy? — szepnął.
Czuła, że jest mocno wystraszony. Jechali brzegiem lasu około pół godziny. W umówionym miejscu czkali na nich rycerze.
— Kto to? — zapytała.
— Zebrałem ósemkę — rzekł po dłuższej chwili milczenia. Chcę ci pomóc, robię to dla ciebie i twojego ojca — rzekł.  
Tenra poczuła wilgoć w oczach.
— Nigdy by nie doszło do tej zdrady, gdyby on żył — odrzekła.
— Zdrady? — zdziwił się Mertras.
— To małżeństwo to płaszczyk do unni. Chcą zjednoczyć Pagonnie i Noragocję, a potem zagarnąć całą Derannie — ciągnęła dziewczyna.
— Teraz rozumiem — rzekł Mertras.  
— Nigdy ci tego nie zapomnę — rzekła ciepło — i odwdzięcze się jak tylko będę mogła.
Teraz jechali w dziesiątkę, średnim biegiem, by nie męczyć koni. Chciała, by się udało, choć miała niepokój w sercu. I nie bezpodstawnie. Tenra chyba pierwsza dostrzegła grupę jezdnych w oddali. W nocy pewnie by ich nie dostrzegła, ale już dniało. Stali w odległości mili
— Mamy gości — szepnęła.
Dostrzegła strach w oczach młodzieńca.
— Zawracamy — wydał komendę. Zawrócili konie i wtedy zobaczyli, że druga grupa podąża za nimi w odległości około pół mili. Stanęli w desperacji i wówczas obie grupy zaczęły się przybliżać w szybkim tempie. Po chwili zostali osaczeni.
— Żywych nas nie wezmą — krzyknęła Tenra i sięgnęła po łuk.  
Młodzi rycerze chwycili za miecze. Szanse mieli znikome, a właściwie żadne. Dwa tuziny przeciwko ósemce. Zanim doszło do bezpośredniego starcia celne strzały Tenry zmniejszyły ilość przeciwników o trzech rannych lub zabitych. Młodzieńcy walczyli z zaciekłością, ale szybko walka przemieniła się w rzeź. Tenra dostrzegła zastępcę dowódcy gwardii, Kenmana. Robił spustoszenie długim, ciężkim mieczem. Kenman miał ponad sześć stóp wzrostu. Natura obdarzyła go nie tylko wzrostem. Posiadał wielką siłę i szybkość oraz znajomość strategii walki. Tylko jeden człowiek w księstwie mógł mu zagroźić. Lecz i ten człowiek był z nimi, dowódca straży Kalt. Tenra zobaczyła jak Kalt mierzy z kuszy. Usłyszała świst strzały obok ucha. Na twarzy Mertrasa pojawił się grymas bólu. Tenra zobaczyła jak pada na ziemię ze strzałą prosto w sercu.
— Nieee! — krzyknęła dziewczyna. Zeskoczyła z konia, położyła głowę młodzieńca na kolanach.
Łzy popłynęły jej z oczu. Mertras uśmiechnął się. Po chwili jego oczy zgasły. Odszedł. Wszystko w około straciło dla niej sens. Czas jakby zatrzymał się w miejscu...  
    
Kiedy się ocknęła, usłyszała głos Kalta.  
— Zabierz ją i sprawdź czy nie ma jakiejś broni.
— Tak dowódco — rzekł Kenman.  
Kenman związał jej ręce z tyłu. Zrobił co polecił Kalt. Odebrał jej krótki sztylet z za pasa
— Dzielna jesteś — powiedział Kenman — szkoda cię.
— Mam nadzieję, że wam się nie uda, wam wszystkim — wycedziła przez zęby.
Jechali powoli do zamku, Kalt prowadził. Uciekinierom udało się zabić dwoje i zranić troję. Z pośród towarzyszy Tenry nikt poza nią nie ocalał. Bo tak miało się stać. Tenra czuła się złamana. Postąpią z nią źle? Co do tego nie miała pewności. Co zrobią dokładnie?  
Po kilku godzinach dotarli na zamek.
* W królestwie Deranni straż trwała godzinę i zaczynała się o północy.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii miłość, użył 2877 słów i 16584 znaków, zaktualizował 4 cze 2017.

4 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Almach99

    W pierwszym odcinku dzieje sie wiecej niz mozna by sie spodziewac. Mam nadzieje, ze to tylko wstep do historii

  • AuRoRa

    Ciekawa historia, czyta się jednym tchem, dużo się dzieje, ale jest to wyważone. Łapka

  • Duygu

    Zaczyna się ciekawie, bardzo ładny język.  :bravo:  Intrygi, szepty, ucieczka... No, no, no, kocham!  <3  Świetne, będę czytała dalej, bo jestem ciekawa, co się stanie. Postaci ciekawie wykreowane. Wielka łapa w górę!  :)

  • AlexAthame

    @Duygu Dziekuje za przychylna ocenę, Wasza Książca Mosc.Prosze polecić Chrystianowi, może też spojrzy przychylny okiem. :yahoo:

  • Duygu

    @AlexAthame Ależ, nie dziękuj mi, Alexandrze. To ty idealnie się spisałeś. Oczywiście, przekażę mu twa prośbę. Z pewnością przeczyta  :D   :lol2:

  • Margerita

    łapka w górę bardzo fajna historia Ścigani przez śmierć a moment, jak Tenrę chcieli zgilotynować to czytałam z zapartym tchem