Przez szybę, cz. 1

Potrzebuję powietrza. Wiatru, który smaga mi skórę. Potrzebuję deszczu, spaceru do celu. Ból w stopie się nasila. Nadal jestem zakochana. Wzdrygam się na tę myśl i maszeruję szybciej, dalej. Uciekam.
Tydzień wcześniej
Kamienica była obskurna. Z wielu miejsc na elewacji odpadał tynk ukazując brudne, popękane cegły. Drewniane okna z cienkimi oblamówkami zostały pomalowane na ohydny, cielisty kolor. Padał zimny deszcz, głucho tłukąc w mocno pordzewiałą rynnę. Wejścia do mieszkań odgradzała od ulicy stara, równie pordzewiała jak rynna, brama, która ledwo trzymała się na zawiasach. Prawdopodobnie kiedyś w kolorze pastelowej zieleni, zdobiona w motyw kwiatowy, była teraz otwarta. Tuż przed wejściem do prawej oficyny stało dwóch mężczyzn. Pasowali do tego miejsca, brudni i mokrzy. Przeklinali, śmiali się gardłowo i palili znalezione w koszu niedopałki. Przez lata pewnie nikt nie ruszył ich z tego miejsca – ani kobieta, ani praca, tym bardziej pomoc społeczna. Wizja ciepłego życia była im daleka. Nie poświęcili mi uwagi, kiedy przemknęłam cicho obok nich do lewej oficyny. Byłam spóźniona, ale zdążyłam zarejestrować, że przez chmury zaczyna przedzierać się coraz śmielej słońce.
Nic nie mówiąc, gniewnym wzrokiem nakazał mi usiąść. Dobrze wiedziałam, że jest zły z powodu mojego spóźnienia, tym bardziej, że przedstawienie już trwało w najlepsze.
Kazał mi patrzeć. Z krzesła ustawionego na środku pokoju miałam doskonały widok na łóżko. Siedzisko nie było ani za daleko, ani zbyt blisko i przez głowę przemknęło mi pytanie: „ kto tutaj naprawdę gra główną rolę?”. On też miał idealny ogląd na całą mnie.
Kazał mi patrzeć. Parzyli się jak dzikie psy. Ona z głową ukrytą w poduszce, jemu pot ciężkimi kroplami spływał z czoła i klatki piersiowej. Ściany pokoju miały ciepły odcień beżu. Zasłonięte okno po ich prawej stronie było duże i musiało dawać sporo światła. Poza dniem takim jak ten, poza tą chwilą, określiłabym ten pokój mianem przytulnego.  
Kazał mi patrzeć. Lubił perwersje. Kiedy złapał mój wzrok, nie chciał go puścić. W głowie dudniły mi jego słowa: „… ona będzie tylko zabawką w naszych rękach. Ona się nie liczy, użyjemy jej i wyplujemy jak przeżutą gumę”.
Kazał mi patrzeć jak posuwa mocno jedną z wynajętych pań. Często je tak nazywał – panie. Panie dumnie kroczące. Panie frywolne. Panie jedne, panie drugie. Kazał mi patrzeć i przez jedną chwilę, kiedy nasze oczy się spotkały, mogłabym uwierzyć, że pasja i zacięcie w jego spojrzeniu są dla mnie, że to ze mną się tak zachłannie kocha. Mogłabym, ale chwile mają to do siebie, że mijają bezpowrotnie. Ta minęła z jej proszącym o więcej jękiem. Z pewnością czuła rozkosz. W końcu miała w sobie jego chuja. Jego wzrok mówił: „zostań ze mną”, ale było już za późno, byłam już daleko stąd. Widziałam jej falujące rytmicznie, obwisłe piersi. Widziałam szkarłatne rumieńce i usta zaciśnięte w wąską linię, które marnie tłumiły odgłosy jej przyjemności. Była piękną kobietą, o mlecznobiałej skórze i delikatnych dłoniach z wypielęgnowanymi paznokciami. Farbowała włosy, teraz miały odcień głębokiego mahoniu…
Czuł, że traci kontrolę nad sytuacją, jego oczy wyrażały zdziwienie, dezorientację. Pewnie nie tak wyobrażał sobie moją twarz.
Postanowiłam wstać z krzesła z idealnym widokiem na łóżko. Dużo mnie to kosztowało, bo kolana miałam jak z waty – przekonałam się o tym przy pierwszym kroku w ich stronę. Opuszkami palców, bardzo powoli, dotknęłam ust .Były do bólu suche. Właściwie wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. Zakryłam usta dłonią, potem dłoń przeszła na oczy zapatrzone na nich. Ucisnęłam powieki  tak, jak robię to zmęczona po ciężkim i długim dniu. Chyba chciałam coś powiedzieć, ale mój umysł po brzegi wypełniała pustka. Zatrzymał się w swoim pędzie, a ja w milczeniu skierowałam się do drzwi. Wyszedł z niej gwałtownie, usłyszałam za sobą przeciągły jęk zawodu. Rozumiałam ją. Wiedział jak pieprzyć i robił to zdecydowanie zbyt dobrze. Stanął przede mną, jego kutas nie zdążył opaść. Założył ręce na piersi, a ja zaczęłam karykaturalnie machać swoimi i krztusić się, bo nagle z pustki utworzył się nadmiar słów, słów niewypowiedzianych i zostawionych na inną okazję, odpowiedniejszy moment. Słów, które układałam nieskończoną ilość razy w głowie jako przemowę, w nadziei, że ta coś poruszy, w nadziei, że kiedyś zdobędę się na odwagę, by ich użyć, choć tak naprawdę wystarczyłyby proste dwa, powiedziane nawet przelotnie.
- Co to ma być? – spytał chłodno. Cały był zimny i niedostępny, od nagiej skóry po lód w ciemnych oczach.
- Ja… ja chciałam… kocham cię – oparłam się czołem o jego klatkę piersiową jak dziecko szukające czułości.
Byłam przy nim tak niska, że jego skrzyżowane ręce jedynie muskały moje włosy. Wzięłam głęboki wdech. Wreszcie, wśród wszechobecnego zapachu seksu unoszącego się w powietrzu, poczułam ten znajomy, jego własny, ale to nie było już ważne. Czułam mur, którym się ode mnie odgradza. Był spięty i stało się jasne, że jedyną bliską mu w tym mieszkaniu kobietą jest ta leżąca teraz na łóżku, ta, której imienia prawdopodobnie nawet nie pamiętał. Spojrzałam w stronę łóżka. Widziałam szok malujący się na twarzy tej pani. Była o wiele młodsza niż przypuszczałam i w jednej, koszmarnej chwili zobaczyłam, że mi współczuje. Poczułam łzy napływające do oczu. Odwróciłam się ponownej do posagowej postaci mężczyzny, który mi to wszystko zafundował.
- To nie musi być miłość… Nie musi – chciałam, żeby zabrzmiało to stanowczo, jakby to miała być granica i zapewnienie. Wyszło cicho, błagalnie. Uśmiechnęłam się kręcąc przecząco głową, kiedy po moim policzku spłynęła łza i nieporadnie wzruszyłam ramionami. Chciałam, żeby uznał moje wcześniejsze słowa za błahe, żeby było jak dawnej.
- Nie – i to było wszystko. Żadnych wyjaśnień, żadnych, że on mnie też, żadnej nadziei, że to da się odkręcić.
Już znałam powód tych przemilczanych słów. Właściwie, znałam go od zawsze, ale łudziłam się. Bałam się, tak bardzo bałam,  tego, co przed chwilą stało się faktem, a z faktami się nie dyskutuje i był taki – zostałam odrzucona. Zostałam odrzucona w najbardziej żałosny z możliwych sposobów, tuż po tym jak mężczyzna, którego kocham uprawiał seks na moich oczach z inną, a ja wyznałam mu miłość. To nie było może wielkie uczucie, odurzające i porywające, ale było… moje. Intensywne, milczące, słodkie, bolesne trochę pod brzuchem, powodowało rozkojarzenie, nieobecny wzrok i nieśmiały uśmiech na wspomnienie wspólnych chwil, na każdy przejaw, że dla niego to mogło być coś więcej niż spotkania bez zobowiązań. A teraz… teraz nic nie znaczyło i byłam znowu sama.
Prostuję plecy.
- Zapomniałeś założyć gumki. Ze mną zawsze…  – mówię szeptem i nagle urywam.
Przełykam głośno ślinę. Nie mam już łez w oczach. Nie ma już nie nic do powiedzenia. Lekko potrząsam głową na znak, że już wszystko rozumiem i nie mogę tak stać.  
Podnoszę buty, przez ramie przewieszam płaszcz. Odsuwa się taki daleki, a ja boso wychodzę na koszmarnie zimny korytarz. Nie czuję pod stopami lodowatego chłodu posadzki, nic nie czuję, poza szarością. Jak w letargu powtarzam: „to nie musi być miłość”, ale nikt oprócz mnie tego nie słyszy.
Dokończy z nią, w końcu zapłacił. I możliwe, że się w nią zleje.
Drzwi z lekkim plaśnięciem zamykają się za mną, a ja, nadal boso, schodzę na dół. Wsiadam sztywno do taksówki i automatycznie podaję adres. Pod domem nadeptuję na szkło, tępy ból przeszywa moje ciało. Wreszcie pozwalam sobie na łzy, morze łez i okłamuję siebie, że to z powodu rany. Na plecach czuję czyjś wzrok, ale nie przejmuję się tym. W domu od razu idę do sypialni i rzucam się na łóżko. Szczelnie owijam się kocem, bo moim ciałem wstrząsają dreszcze. Zasypiam głęboko w ciągu kilku minut.
Budzi mnie silny ból. Zapalam lampkę przy łóżku. Dochodzi czwarta rano. Odkrywam koc, żeby zobaczyć powiększającą się na prześcieradle plamę krwi. Spuszczam stopy na podłogę i próbuje wstać, ale ból jest nie do zniesienia. Sięgam po telefon. Po kilku sygnałach odzywa się zaspany głos.
- Słucham?
- Potrzebuję twojej pomocy – odpowiadam cicho.
- Jest czwarta rano…
-Wiem – przerywam mu – musisz zawieźć mnie na pogotowie.
- Zaraz będę – rozłącza się i mam pewność, że właśnie wyskakuje z łóżka już ubrany w nieskazitelny garnitur.

2 810 czyt.
100%92
szmaragdowe

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i erotyczne, użyła 1621 słów i 8931 znaków.

2 komentarze

 
  • AlexAthame

    AlexAthame · 8 lut 21:38

    No cóż  kobiety chyba lubią takich macho, więc w pewnym sensie same są sobie winni. Takich co je wywyzszają i prawie uwielbiają,  mają gdzieś. Dziwny jest ten świat.Jakkolwiek, z tego powodu, że tak jest między mężczyznami a kobietami, trochę je rozumiem, że w końcu uciekają w ramiona innych kobiet.Za to facetów co wolą innych facetów, nie rozumiem. Cz pierwsza, to może będzie drugą i zobaczymy. Pisarka z pewnością nie jest dziewczynką, widać to po treści.

  • agnes1709

    agnes1709 · 8 lut 19:21

    Bardzo przyzwoicie. Czwarta ode mnie