Pociąg donikąd cz 10

Roger nie zareagował na zaczepne pytanie intruza.

— Wybacz, Aste. Pojedziemy gdzieś indziej.

— Ty możesz iść, kruszynka zostaje — odrzekł mocarz.

Roger uśmiechnął się do mnie i szepnął.

— Wybacz, widzisz, że próbowałem.

Nie wiedziałam co mam wybaczyć, ale po chwili już tak.

Po chwili wielki leżał opodal, ze złamaną szczęką. Kolesie zareagowali, ale zbyt późno. Jeden dostał kopa w pierś i wyleciał przez płotek kawiarni. Drugi chciał wyciągnąć broń, ale talerz rzucony przez Rogera trafił go w środek czoła. Przyjechała policja i zabrała trójkę. Mieli układy, ale Roger również. Wystarczył jeden telefon i został ze mną.

Nawet się nie zdenerwowałam. Pojechaliśmy dwie ulice dalej i tam dopiero wypiliśmy kawę.

— Wybacz, że przyszłam za wcześnie.

— To moja wina, powinienem bardziej uważać na mój skarb.

Pocałowałam go.


Tego wieczoru poznałam jego ciało, a on moje. Był wspaniały, to dobre określenie.

Byliśmy ze sobą trzy lata, być może byłabym z nim do końca życia. Już wiedziałam co robi. Zajmował się pracą dla rządu. Czasami musiał coś wynegocjować siłą. To wszystko, co umiał, ale i tak obiecał zmienić zawód. Wzięliśmy ślub po roku. Sądziłam, że zestarzeję się przy nim.

Nie wrócił z Brazylii. Dwa dni potem zawiadomiono mnie, że zginął od kuli. Coś poszło nie tak. Ponoć umarł z moim imieniem na ustach.

Simon otworzył oczy.

— Przykro mi, Aste.

— Los potrafi być parszywy. Dwa lata nosiłam żałobę. Postanowiłam już nigdy z nikim się nie wiązać. Ale widocznie nie mam silnego charakteru.

Skończyłam studia i przeniosłam się do Londynu. To był 2015. Robiłam zakupy w dużym sklepie. Kupowałam płaszcz. Plucha, wiesz, jaka jest tu jesień...

— Tak, Aste. Pewnie to ostatnia osoba, którą pokochałaś. Czy mogę ci opowiedzieć o mojej Beatrice?

— Tak, teraz twoja kolej. — zgodziła sie od razu.

Poznałem ją dzięki pracy. Prowadziła sklep z kamieniami, sprzedawała również dyski z muzyką relaksująca i olejki zapachowe. Nie szło jej dobrze. Może miałem słabość do pewnego koloru włosów i oczu. Miała miedziane włosy i zielone oczy, wiesz, bo wadziłaś Laurę.

— Tak, opowiedz. Będę słuchać uważnie, tylko za pół godziny będziemy na miejscu.

Simon popatrzył na Aste.

— Dokończymy wspomnienia, warto.

— I ja tak myślę — odrzekła cicho.

— Od razu jak tylko weszła na umówione spotkanie odczułem, że jest delikatną duszą. Nie miała siły przebicia jak większość ludzi interesu. Robiła wrażenie, że jest zagubiona w tym świecie. Dużo bardziej niż ja.

Aste słuchała i poruszyła się nieznacznie na siedzeniu, w końcu ona taka była, lub przynajmniej tak się określała. Bez siły przebicia i zagubiona.

— W czym mogę pomóc — zapytałem.

— Mam sklep i sprzedaje różne kamyczki i trochę dysków z muzyką. Przychodzi trochę ludzi, ale większość ogląda i odchodzi.

— Cóż, tak już jest. Ludzie kupują przedmioty użyteczne, a jak im zostanie pieniędzy, wówczas nabywają dzieła sztuki czy coś dla duszy, jak twoje kamyczki.

Poruszyła się.

— Jeszcze nie widział pan moich kamyczków, a już tak pan mówi. Pewnie dlatego, żeby być miłym.

— Jestem Simon — wyciągnąłem dłoń w jej kierunku.

— Beatrice Cox — powiedziała krótko.

— Ładne imię.

— Naprawdę się panu podoba?

— Simon — zaakcentowałem.

— Czy to pomoże, kiedy będę tytułować cię po imieniu?

— Rozluźni atmosferę. W każdym wypadku to ułatwia w pomocy.

— Czyli jest szansa? — uśmiechnęła się uroczo.

— Przyszłaś z nadzieją, czyli jest. Zwykle mam inne zlecenia, ale postaram się zobaczyć, co można zmienić.

— Jak to zobaczysz, Simonie?

— Stosuję niekonwencjonalne metody. Zwykle ludzie do mnie trafiają, kiedy zwykła pomoc zawodzi.

— Masz duży procent sukcesów?

— Większość klientów jest zadowolona.

— To ja pewnie będę wśród tej mniejszości.

Uśmiechnąłem się do niej.

— Może w tym leży problem, w braku wiary w siebie.

— Wierzę w siebie tylko słabo mi we wszystkim idzie.

— W to z pewnością nie uwierzę. Masz Beatrice zdjęcia swojego sklepu — spojrzałem na zegarek — jeżeli nie masz nic przeciwko, pojadę z tobą i sam zobaczę, dobrze?

Nastąpiła subtelna zmiana na jej twarzy.

— Zawsze jeździsz do swoich klientów?

— Czasami i wiesz co? Jeżeli sprzedaż się nie podwoi w ciągu dwóch miesięcy, nie wezmę ani pensa.

— Och, nie mogę na to pozwolić — zaoponowała.

— Nie masz wyboru, to ja ustalam stawkę.

— Sama nie wiem...

— Ja wiem — rzekłem stanowczo.

Coś było w niej interesującego, nie w sensie fizycznym, chociaż była bardzo ładna. Rozejrzała się po moim gabinecie.

— Mam bardzo ładny kryształ ametystu, będzie pasował do twojego miejsca pracy.

— Dobrze, zgadzam się w ciemno.

Podałem jej płaszcz, bo mieliśmy jesień i przenikliwy wiatr tego dnia sprawiał wrażenie, że odczuwało się naprawdę zimno. Jej wóz pamiętał lepsze lata, ale nie mogłem wziąć jej do swojego samochodu, bo mieszkała nad swoim sklepem. Ruszyła ostrożnie i jechałem za nią. Prowadziła wóz dość wolno, ostrożnie i z uwagą. Dotarliśmy po czterdziestu minutach.

Od razu pomyślałem, że potrzebuje jakąś reklamę, neon, lub co najmniej lepszą witrynę. Sklepik miał coś z niej. Wyczuwałem z miejsca ciepło i spokój w jej sklepie. Wszędzie miała pełno kamieni. Zbyt dużo. Następna zauważoną rzeczą stanowiły kontenery na kamienie. Potrzebowała dużo pozmieniać w dekoracji wnętrza.

— To ten kryształ. Podoba ci się.

Od razu zobaczyłem cenę. Siedemset funtów. Za pierwszą poradę brałem minimum dwieście funtów, ale nigdy więcej niż trzysta.

— Jest piękny i ma moc — rzekłem

Prawie metrowej wysokości wnętrze skały wypełnionej kryształami ametystu, o kolorze ciemnego różu, wpadającym we wrzosowy.

— Dobrze by miał się w moim zamku.

— Mieszkasz w zamku? — zdziwiła się bardzo.

— Czasami, ale on nie jest realny, ja go buduję w swojej świadomości.

— Zabierz mnie tam — szepnęła.

Powiedziała to tak autentycznie, a w jej głosie wyczułem tęsknotę.

— Nie czujesz się dobrze na tym świecie?

— Nie tak bardzo. Jest tu tyle zła i ja je odczuwam. Oczywiście jestem świadoma czynionego dobra, ale zło znacznie przeważa.

— To prawda, ludzie mogliby być lepsi, ale pewnie nie chcą.

— I co myślisz? — popatrzyła w koło.

— Trochę pozmieniamy. I w sklepie i w tobie.

— We mnie?

— Jesteś bardzo miłą i ciepła duszą, ale brak ci wiary w siebie, jak już wspomniałem. Masz zadowolenie z tego, co robisz, ale sądzisz, że inni tak nie odczuwają. Powinnaś przynieść też kilka swoich obrazów.

Popatrzyła na mnie uważnie.

— O ile pamiętam nic nie wspominałam, że maluję.

— Tak odczułem. Kwiaty, zachody słońca i autoportrety, ale te chowasz.

— Jesteś chyba jasnowidzem.

— Naprawdę nie wiem jak to wiem — rzekłem.

— Jeżeli chcesz, namaluję cię, w twoim zamku.

— Ja jestem tym zamkiem — odparłem niemal automatycznie.

— Nie ma tak ciepłych zamków.

— Mylisz się, mój jest z lodu.

— Dlatego się rozpada, bo topnieje. Jesteś ciepły.

Poczułem się dziwnie, pierwszy raz ktoś mówił mi rzeczy, o których bym nawet nie pomyślał.

— Może i masz rację. Zrobisz mi portret, ale podasz cenę i...

— I co?

— Chcę zobaczyć twoje obrazy, a szczególnie autoportrety.

— Wszystkie? — była lekko wystraszona i nie wiedziałem czemu.

— Te, które uważasz za najlepsze.

Spojrzała na mnie swoimi wielkimi oczami.

— Chyba nie będę mogła tego zrobić.

Uchwyciłem jej dłoń, a ona jej nie zabrała.

— Chyba wiem dlaczego.

— Jak możesz to wiedzieć?

— Może...

— Nie, to ja ciebie zapraszam. Kawa lub herbata i ciasteczka własnej produkcji — wyraźnie się ożywiła.

Teraz ja z kolei zastanawiałem się skąd wiedziała, że chciałem zaproponować kawiarnię.

Poszliśmy na górę.

— Zwykle jestem bardzo wstydliwa, nie rozumiem, dlaczego wobec ciebie zachowuje się całkiem inaczej.

— U mnie jest podobnie. Trzymam z klientami odpowiedni dystans. Wiem już co trzeba zmienić w sklepie, a w tobie już zapoczątkowały się zmiany.

— Mieszkanie miała schludne. Dużo antyków, ale też nowoczesną kuchnię.

— Mieszkasz sama?

— Nie mam nikogo, kto by chciał taką marzycielkę, pesymistkę i niezbyt piękną kobietę.

— To, że nie ubierasz się, by podkreślić urodę, nie oznacza, że jesteś przeciętnej urody. Pewnie źle zrozumiesz skoro ci powiem.

— Nie zrozumiem tego źle, powiedz Simonie.

Pierwszy raz wymieniła moje imię.

— Mogę zobaczyć obrazy?

— Są w tamtym pokoju, to moja pracownia. Ty popatrz, a ja przygotuję dwie kawy, bo chcesz kawy, prawda?

— Tak, niezbyt mocną

— Dwie łyżeczki cukru i jedną trzecią śmietanki — dokończyła za mnie.

— Dokładnie, zadziwiasz mnie, ale i ja coś wiem — zrobiłem tajemniczą minę.

Odprowadziła mnie do swojej pracowni.

— Nie czuj się skrepowany — powiedziała cicho.


Szybko wyszła, pozostawiając za sobą miły zapach perfum. Miała talent, tak jak odczułem. Rysowała ołówkiem i węglem, a malowała akwarelą i olejem. Obrazy miały subtelne barwy. Stosowała dwie techniki, fotograficzną i drugą niejako przeciwną. Wówczas obrazy otaczała mgiełka. Nigdzie nie dostrzegłem portretów. Być może powinienem być detektywem. Czułem, że tu są. Spojrzałem na kotarę, identyczną, jaką zasłaniała okna. Jedną z moich cech była spostrzegawczość. Kiedy dojechaliśmy do sklepu dostrzegłem dwa okna, częściowo okryte kotarami, tymi kotarami. Teraz widziałem dwa częściowo zasłonięte oka, a jedno całkowicie.

Podszedłem i odkryłem. Tak jak przypuszczałem. Miała tam kilka portretów różnych ludzi. Ale ja szukałem autoportretów, a tych nie dostrzegłem. Dalej węszyłem, ale nadal zachowywałem umiar, bo w końcu nie przebywałem w swoim mieszkaniu. Niczego nie otwierałem. Przypadkowo się potknąłem i byłbym upadł, ale złapałem mimowolnie stolika i potrąciłem zeszyt. Spadł na podłogę i otworzy się mniej więcej w połowie. Zobaczyłem autoportret w węglu. Akt. Subtelny i piękny. Usłyszałem, że weszła.

— Potknąłem się o pędzelek i zrzuciłem to z biurka — pokazałem zeszyt.

— Kawa gotowa — powiedziała tylko i wróciła do salonu.

Odłożyłem zeszyt i podążyłem za nią.

Na stole stał cały głęboki talerz napełniony ciasteczkami. Śliczne, pachnące i z pewnością, doskonałe w smaku.

— Dobre?

— Chyba tak, inaczej bym nie proponowała.

— Pierwszy pozytyw. Jesteś piękna i masz talent malarski. Jesteś odważna tylko nie wiem czemu się boisz.

— Bo wszystko jest ulotne — szepnęła.

— Takie jest i strach przed tym niczego nie zmieni.

Nalała mi kawy.

— Którą technikę wolisz? — wsypała dwie łyżeczki cukru i uzupełniła filiżankę śmietanką.

— Obie są świetne. Pokażesz mi swoje autoportrety?

— Dobrze, jak wypijemy kawę. Nie jesteś głodny?

— Troszeczkę.

— Powinnam o to zapytać wcześniej. Mam smażonego łososia i lazanię warzywną.

Jadłem już małego biszkopcika z makiem, przekładanego powidłami.

— Pyszne. — sięgnąłem po drugi. — Dzisiaj sklep jest zamknięty?

— W poniedziałki mam zamknięte.

Kawa miała znakomity zapach i smak.

Zdecydowanie twoje obrazy zrobią furorę. I udekorujemy sklep kwiatami. Lubisz kwiaty, prawda?

— Tak, bardzo.

— Będzie dobrze, Beatrice.

—Sadzisz?

— Z całą pewnością.


Tego dnia posiedziałem z nią jeszcze dwie godziny. Czułem się dobrze w jej towarzystwie. Po moich sugestiach, za dwa tygodniach potroiła sprzedaż, a po miesiącu osiągnęła czterokrotny wzrost i tak się utrzymywało przez kilka miesięcy. Sprzedała po bardzo dobrej cenie swoje obrazy. Zaczęliśmy się spotykać. I w końcu któregoś dnia nasze usta się spotkały, a potem poznaliśmy nasze ciała. Beatrice akceptowała moją osobę w całości, więcej, chciała poznać mój wewnętrzny świat. Osiągnąłem spokój i radość. Niestety któregoś dnia poczuła się źle. Zupełnie bez powodu. Pojechaliśmy na badania i oboje dowiedzieliśmy się najgorszego. Rak krwi. Natychmiast jej optymizm prysnął jak bańka mydlana. Ja broniłem się przed widzeniem czarno, ale i mi po pewnym czasie się udzieliło.

— Kochanie, wyjdziesz z tego. Obecnie medycyna poczyniła wielkie postępy.

— Nie mój umiłowany, ja odejdę. Być może spotkamy się znowu po drugiej stronie.

Poczułem łzy.

— Nie bardzo wierzę w drugą stronę. Mam cię teraz. Już raz zostało złamane moje serce, a kiedy w końcu poznałem ciebie, jak będę dalej żył bez?

— Będziesz żył i może kogoś poznasz. Moje odejście nie oznacza końca twojego życia.

— Nie wiem, czy będę chciał żyć bez ciebie. Spędziłem tak długo z tobą.

— Cóż, chciałabym żyć, ale pisane mi jest umrzeć. Byłam i jestem bardzo szczęśliwa, dzięki tobie. Czasem ludzie żyją dziewięćdziesiąt lat i nie poznając miłości. A ja tego doznałam, kochanie. Nigdy ci nie mówiłam, ale poczułam coś już, kiedy pierwszy raz zobaczyłam cię w twoim biurze. Może pomyślisz coś złego o mnie, ale również tego samego dnia już chciałam być z tobą blisko. Nigdy nie byłam z nikim tak blisko, ale dawałeś mi tyle rozkoszy. Kocham cię i będę do końca, a jeżeli tam będę świadoma, również. Ale pamiętaj, że możesz i chciałabym byś kogoś poznał i był szczęśliwy.


Nie mogłem opanować łez. Była zbyt słaba, by się kochać ze mną, a czułem, że pragnie tego. Całowałem jej usta, a łzy spadały na jej twarz. Sądziłem, że będzie żyć jeszcze kilka miesięcy, niestety zmarła tej nocy, z uśmiechem na twarzy.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii miłość i dramaty, użył 2419 słów i 13965 znaków, zaktualizował 14 wrz o 6:11.

Dodaj komentarz