Pęknięty diament — rozdział 23

Caterina

Tamtego dnia po naszej wielkiej kłótni pół nocy spędziłam na gapieniu się w sufit i rozmyślaniu o tym wszystkim. Matt spał, obejmując mnie w pasie, a ja potrafiłam myśleć tylko o tym, że pod jego ramieniem kryło się nasze dziecko, a on nawet o tym nie wiedział. Oczywiście, to była moja wina. Nie powiedziałam mu, choć przecież milion razy pytał, co było nie tak. Chciałam mu powiedzieć, ale nie potrafiłam nic z siebie wykrztusić. Ta kłótnia zaszła za daleko. Tak bardzo chciałam mu powiedzieć, że wariuję, że ciągle myślę o tym, że coś jest między nim a Prue… ale nie mogłam. Wiedziałam, że zaraz rzuciłby jakąś wymówką. Nie miałam żadnego dowodu, ale byłam pewna — widziałam to w jego oczach. Dałam mu już kilka szans na powiedzenie prawdy. Nie skorzystał z żadnej z nich. Nie poznawałam człowieka, z którym byłam zaręczona, dlatego informację o ciąży wciąż zachowywałam tylko dla siebie. Nie mówiłam mu o swoich wątpliwościach, bo wiedziałam, że i tak mnie okłamie… A częściowo też dlatego, że zwyczajnie bałam się powiedzieć to na głos. Bałam się, że wtedy to stanie się realne, a ja cholernie nie chciałam, by tak było. Kochałam Matta tak bardzo, że cała aż drżałam na myśl, że mogłabym go stracić. Jeszcze do niedawna byłam przekonana, że on czuł to samo. Teraz jednak wszystko się zmieniło.
Nie zamierzałam być podejrzliwą narzeczoną. Nie przeszukiwałam kieszeni jego spodni, nie grzebałam mu w komórce, nie czytałam wiadomości, ale stało się jasne, że zaczynałam popadać w paranoję. W kółko odtwarzałam w myślach moment, gdy zobaczyłam go z Prue. Moment, gdy Jake najprawdopodobniej mnie okłamał. Te wszystkie chwile, gdy Matt był poza domem, mówił mi, że jeździł na tor. Nie miałam żadnych powodów, by mu nie wierzyć. Skoro widział mój zmieniony stan i wciąż dopytywał się o jego powód, musiało mu na mnie zależeć. Musiało, inaczej przecież by się ze mną nie żenił. Nie widziałam tu logiki ani rozsądnego wytłumaczenia. Skoro mnie kochał, dlaczego nie był ze mną szczery? Obawiał się mojej reakcji na coś? Kiedy on i Prue stali się sobie tak bliscy, że nie było między nimi żadnego skrępowania? Dlaczego stało się to bez mojego udziału? O czym jeszcze nie wiedziałam?
Miliony pytań krążyły mi po głowie i miałam wrażenie, że jeszcze chwila, a wybuchnę.  
Mdłości dalej towarzyszyły mi na każdym kroku. Zdążyłam też po raz kolejny wybrać się do lekarza i przy tym zdać sobie sprawę, że moja ciąża trwała już dwa miesiące. Niedługo miała być widoczna i już niemożliwa do ukrycia przed Mattem. Już teraz było to ogromnie trudne — ciągłe wymioty, nudności, zgagi oraz także bolesne w dotyku piersi. Gdyby wszystko było normalnie, zapewne Matt pomagałby mi ze wszystkim. Kochałby się ze mną powoli i czule. Byłby obok w każdej sekundzie. Nienawidziłam się za to, że odbierałam mu to, tę radość oczekiwania na dziecko, ale nienawidziłam też jego, bo byłam stuprocentowo pewna, że wciąż mnie okłamywał i że miało to związek z Prue. Ta kobieta weszła z buciorami w nasze życie, choć miała zająć się tylko ślubem i weselem. Już podczas pierwszego spotkania zabrała mi mały skrawek pewności siebie. Co jeszcze chciała mi odebrać?
Wszystkie zlecone mi przez ginekologa badania wyszły w normie, co pozwoliło mi się choć na chwilę uspokoić — a spokój był mi potrzebny, ponieważ zaczęły się święta. Choć dobijał mnie fakt, że byłby to idealny moment na obwieszczenie rodzinie faktu, że byłam w ciąży, starałam się emanować szczęściem i spokojem. Wygrzebałam z pudła nasze świąteczne swetry, moje puchowe skarpetki i lampki świąteczne, które zawiesiłam w salonie. Zmagałam się z nimi, słuchając kolęd z odtwarzacza, kiedy wrócił Matt.
— Zaczęłaś dekorowanie beze mnie? — zapytał, robiąc smutną minę i położył jakieś pudełko na blacie w kuchni.
— To tylko lampki. Za to twoim zadaniem będzie włożenie swetra z reniferami. — Zeszłam ostrożnie z kanapy i uśmiechnęłam się.
— Jak tylko ty założysz taki sam, to jasne. Moja mama zrobiła nam pierniczki — powiedział z uśmiechem i wskazał na pudełko.
— Super — zachwyciłam się. Mdłości chwilowo były mniejsze i zamierzałam w pełni skorzystać z tego faktu. — Będą nam idealnie pasowały do czekolady z piankami.
— I bitą śmietaną — dodał Matt. — Którą potem możemy wykorzystać w innych celach. — Spojrzał na mnie znacząco.
— Jestem przekonana, że to podpada pod seks przedmałżeński, a więc grzech, w dodatku pomnożony o jakieś… milion razy. — Przygryzłam wargę, powstrzymując uśmiech, bo jego propozycja była bardzo kusząca. — Pójdziemy do piekła, wiesz?  
— Oj tam. Mogę iść i do piekła, byle z tobą. — Podszedł do mnie i objął w pasie, przyciągając do siebie.  
Parę minut później siedzieliśmy na kanapie, oboje przebrani w swetry z kiczowatymi reniferami, zajadając się piernikami i popijając czekoladą. W tle migały wesoło kolorowe lampki. Choć dalej byłam miotana niepokojem i wątpliwościami, to w tym momencie czułam się dziwnie spokojnie.
— Wyglądamy super — stwierdziłam, wyciągając komórkę. — Zechcesz to uwiecznić? Dawno nie robiliśmy żadnych zdjęć.
— Jasne. Musimy to nadrobić, kochanie — odpowiedział i pocałował mnie w policzek.  
Z jednego zdjęcia, mającego jedynie uwiecznić fajną świąteczną chwilę wyszła cała sesja zdjęciowa, którą z uśmiechem skopiowałam później do albumu oznaczonego jako “ulubione”. Późnym wieczorem przeglądałam je, zatrzymując się dłuższą chwilę na każdym. Patrzyłam na Matta, który był jak zwykle przystojny, uroczy, roześmiany. Na niektórych zdjęciach nawet nie uśmiechał się do obiektywu, tylko po prostu patrzył na mnie. Idealny obrazek, a jednak wciąż czułam nerwowe ssanie w żołądku. Wpatrywałam się w te zdjęcia, jakby miały powiedzieć mi prawdę. Czy Matt był ze mną szczery? Czy jeszcze mnie kochał? Gdy patrzyłam na te fotografie, byłam tego pewna, ale rzeczywistość wyglądała przecież zupełnie inaczej.
***
Do świątecznych tradycji należały też obiady u naszych rodzin. Najpierw odwiedziliśmy mamę Matta. Zawsze traktowała mnie tak, jakbym już od dawna należała do rodziny. Mel podczas jedzenia zerkała na mnie znacząco, pewnie myśląc, że obwieszczę wszystkim radosną nowinę, ale jedynie pokręciłam nieznacznie głową, ucinając temat. Zmarszczyła brwi — nawet i ona zaczynała dostrzegać, że zbyt długo z tym zwlekałam. Nie miała jednak możliwości porwania mnie na stronę, więc nie zalała mnie masą pytań. Byłam za to wdzięczna, bo dzięki temu pobyt w rodzinnym domu Matta był wspaniałym czasem — w przeciwieństwie do obiadu w moim domu, który był niezręczną formalnością. Nie było nowością, że moi rodzice nie przepadali za Mattem, ale miałam nadzieję, że chociaż w święta trochę nam odpuszczą. Moja mama jednak zachowywała się uprzejmie i chłodno, czym trochę przypominała mi Prue. Źle się tam czułam i chciałam jak najszybciej wrócić z Mattem do naszego mieszkania.
Próbowałam prowadzić jakąś rozmowę, by nie siedzieć w ciszy, kiedy moja mama nagle mi przerwała:
— Cat, prawie nic nie zjadłaś.
— Nieprawda. Zjadłam połowę jedzenia, które tu jest.  
— Chyba żartujesz. — Pokręciła z dezaprobatą głową. — Od kiedy tu jesteście, podniosłaś widelec do ust może dwa razy. Zresztą, jesteś blada i wyglądasz nie najlepiej. — Przeniosła wzrok na Matta. — Matthew, czy ty w ogóle o nią nie dbasz?
— Słucham? — Zaskoczony Matt zatrzymał widelec w połowie drogi do ust.
— Każesz jej się odchudzać czy co? — Moja mama zmarszczyła groźnie brwi. — Przecież już teraz wygląda jak szkielet.
Matt odłożył widelec, zaciskając szczękę. Widać było, że próbował zachować spokój.  
— Mamo, przestań! — rzuciłam ostro. — Mam swój własny rozum, a Matt nic mi nie każe. Nie rzucaj bezpodstawnych oskarżeń.
— Dziecko, a widziałaś się ostatnio w lustrze? Zajęłaś się tylko ślubem, pewnie nawet nie pamiętasz, żeby coś jeść. Skoro on ci nie pomaga w planowaniu, mógłby chociaż pilnować, byś jadła.
— Dlaczego z góry pani zakłada, że nie pomagam? — zapytał Matt opanowanym głosem.  
— Z doświadczenia wiem, że mężczyźni najchętniej pojechaliby na godzinę do Vegas i to byłby dla nich ślub idealny. — Odłożyła głośno widelec. — A moja córka chce czegoś więcej. Wątpię, byś chciał się w to angażować.  
— Wiem, czego chce Cat i jej to daję, bo chcę, żeby była szczęśliwa.  
— A czy Cat chce mieć taki samochód, jaki masz? — wtrącił się nagle mój tata. — Kompletnie niepraktyczny, niebezpieczny? Jak chcesz wozić w nim dzieci?
— Tato… — jęknęłam, ale na wzmiankę o dzieciach coś przekręciło mi się w żołądku.
— Nikt nie każe jej nim jeździć. Jeśli będzie chciała, kupię jej normalny samochód. — Cierpliwość Matta zaczynała się kończyć, ale nadal starał się być grzeczny. — A dzieci będę woził w fotelikach. Bez znaczenia w jakim samochodzie, jeśli tylko foteliki będą odpowiednie, to nic im się nie stanie.  
— A myślisz, że styl jazdy nie ma tu znaczenia? — huknął tata. — Z dziećmi trzeba jeździć bezpiecznie, a nie tak jak ty, szlajać się po torach i ścigać…
— Sugeruję, żeby najpierw przejechał się pan ze mną po mieście, a potem oceniał mój styl jazdy. A tor to zupełnie inna i niezwiązana z dziećmi sprawa.  
Widziałam po twarzy Matta, że ledwo powstrzymywał się, by nie zacząć wrzeszczeć na mojego tatę, który już nabierał powietrza, by znowu coś powiedzieć, ale miałam tego dosyć. Moi rodzice nie potrafili zachować się odpowiednio nawet w Święta. W sekundę uznałam, że dobrze zrobiłam, nie mówiąc im o ciąży — skoro robili takie problemy już teraz, ciekawe, o co mieliby pretensje, gdyby się dowiedzieli.
— Wystarczy! — rzuciłam ostro, wstając od stołu. Spojrzałam na rodziców z wyrzutem. — Nie wierzę, że się tak zachowujecie. To nie wasza sprawa, jakim samochodem jeździ Matt. Nie macie prawa wypowiadać się o naszych dzieciach, których… — Wzięłam głęboki oddech. — Których nawet jeszcze nie mamy. Są Święta. Niedługo będziemy rodziną, a wy to wszystko psujecie. — Głos zaczął mi się łamać, więc jedynie wyciągnęłam do Matta rękę. — Chodź. Wychodzimy stąd.
Matt chwycił moją dłoń, wstając.  
— Wesołych Świąt — powiedział i wyprowadził mnie stamtąd. Ubraliśmy się w ekspresowym tempie i wyszliśmy. Drzwi trzasnęły, a ja po raz pierwszy od dawna czułam całkiem inny ból niż ten związany z Mattem. Odsunęłam na bok nasze sprawy. Skupiłam się na tym, jak źle mi było z faktem, że moi rodzice tak go potraktowali.
— Przepraszam cię — powiedziałam ze skruchą, gdy wsiadaliśmy do samochodu. — Przepraszam za nich.
— To nie ty powinnaś przepraszać. Myślałem, że już im przeszło. Przecież bierzemy ślub, no i są pieprzone Święta! — Matt uderzył dłonią w kierownicę. — Czemu oni mnie tak nie lubią, co? Co ja im takiego zrobiłem?  
— Nie wiem — mruknęłam cicho. — Ja też myślałam, że już dadzą sobie spokój. Dzisiaj przekroczyli wszelkie granice. — Nieśmiało wyciągnęłam rękę i splotłam nasze palce. — Ale nie przejmuj się tym. Jeśli chcą się tak wobec ciebie zachowywać, będą musieli pogodzić się z faktem, że nie będą u nas mile widziani. Nie wybaczę im, jeśli cię nie przeproszą.
— Nigdy mnie nie lubili, więc powinienem być na to przygotowany…
— Matt — przerwałam mu stanowczo.
— Co?
Przybliżyłam się odrobinę, mocno ściskając go za rękę.
— Kocham cię — powiedziałam cicho. Miałam wrażenie, że nie mówiłam mu tego od bardzo dawna. Skupiłam się na sobie, na ciąży i na własnych lękach. Chciałam okazać mu tym wsparcie, ale mój ton był niemalże błagalny — przypomnienie o tym, że go kochałam i jednocześnie błaganie, by nie odchodził.
Matt zamknął na chwilę oczy i westchnął ciężko.  
— Ja też cię kocham — odpowiedział, patrząc mi w oczy.  
Przybliżyłam się jeszcze bardziej i delikatnie dotknęłam jego czoła swoim. Przez chwilę siedzieliśmy tak w milczeniu, ściskając się za ręce. Serce biło mi nieznośnie mocno.
Nie odchodź, Matt. Błagam. Zostań ze mną.



Matthew
     
Wracając do domu, cały czas trzymałem Cat za rękę. Jechaliśmy w ciszy. Zastanawiałem się, czy poruszyć temat, na który nie chciała rozmawiać. Nawet jej mama zauważyła, że coś było nie tak. Miałem udawać, że nie widzę, jaka jest blada i je mniej niż zwykle? Nie chciałem się znowu kłócić, więc milczałem. Ściskałem tylko mocno jej dłoń. Powiedziała, że nie jest chora. Chyba by nie skłamała na tak poważny temat. Nie wiedziałem, jak miałem nakłonić ją do rozmowy.  
Do mieszkania weszliśmy nadal trzymając się za ręce. Nadal w ciszy. Pomogłem Cat zdjąć płaszcz, a potem udałem się do kuchni.
— Chcesz herbatę, kochanie? — zapytałem.
— Poproszę.  
Wyjąłem dwa kubki, do których wrzuciłem chwilę później imbir i torebki herbaty. Pokroiłem cytrynę i pomarańczę, by nabić je goździkami, których szukałem dłuższy czas po szafkach, aż w końcu znalazłem. Zalałem herbatę wrzątkiem, posłodziłem miodem i wrzuciłem cytrusy. Z kubkami w rękach poszedłem do salonu, gdzie Cat siedziała na kanapie. Usiadłem obok niej, a herbatę postawiłem na stoliku.  
— Jeszcze za gorąca do picia — powiedziałem.
— Poczekamy. Nigdzie nie ucieknie.  
— Wszystko okej?
— Tak. — Uśmiechnęła się delikatnie. — Wciąż mi przykro, że moi rodzice cię tak potraktowali, ale cieszę się, że jesteśmy już w domu. I mam coś dla ciebie — dodała.  
— Ja dla ciebie też. — Uśmiechnąłem się, wstając. — Poczekaj.
Poszedłem do gabinetu, gdzie schowałem bransoletkę z zawieszką diamentu, bo wiedziałem, że Cat tam nie zagląda — a jeśli nawet, to na pewno nie szperała w moich papierach. Wyjąłem pudełeczko, wróciłem do salonu i usiadłem obok mojej narzeczonej.
— Jesteś moim dopełnieniem, Cat — powiedziałem, patrząc jej w oczy i wręczyłem prezent. — I nie wyobrażam sobie żadnej innej kobiety przy moim boku, ale to chyba wiesz. — Uśmiechnąłem się.
Jej oczy się zaszkliły, chyba nawet bardziej niż powinny, ale uśmiechnęła się i zaczęła odwijać papier z pudełka. Na widok bransoletki pociągnęła delikatnie nosem, po czym wyciągnęła w moją stronę nadgarstek.
— Pomożesz mi?
— Oczywiście — odparłem i zapiąłem bransoletkę na jej ręce. — Podoba ci się?
— Oczywiście — powtórzyła po mnie. — Jak mogłaby mi się nie podobać? Jest cudowna. — Westchnęła. — Teraz mam wrażenie, że mój prezent dla ciebie jest niewystarczający.  
— Jak może być niewystarczający? Pozwól, że sam ocenię.
— Poczekaj, przyniosę — powiedziała, po czym wstała i zniknęła w czeluściach naszej sypialni. Chwilę później wróciła, taszcząc jedno mniejsze pudełko owinięte srebrnym papierem oraz coś znacznie większego, co wyglądało jak tablica — też cała srebrna. — Może nie jest to tak romantyczne jak ta bransoletka, ale… — Położyła mi na kolanach mniejszy prezent. — Sama nie wiem. Pomyślałam, że twój poprzedni zestaw jest już trochę stary i wyszczerbiony, więc…
Odpakowałem pudełko i moim oczom okazał się zestaw do sushi. Uśmiechnąłem się szeroko.
— Sam myślałem o kupnie nowego. Widzę, że mnie uprzedziłaś. Dziękuję, kochanie. —  Spojrzałem na nią, nadal się uśmiechając. — Nie mów, że to wielkie też dla mnie. Bo teraz to chyba mój prezent dla ciebie jest niewystarczający.
— To jest właściwie dla nas obojga — poprawiła mnie, wręczając mi ogromną tablicę. Gdy po raz kolejny zdarłem papier, zobaczyłem, że to była chyba jakaś mapa. — To personalizowana mapa podróży. Dodaje się tu miejsca, do których chce się pojechać albo te, w których już się było. Jest też miejsce na zdjęcia… — Spojrzała na mnie z niepewnym uśmiechem. — Pomyślałam sobie, że możemy to powiesić na ścianie i odhaczać podróże, w które wyruszymy, jak już będziemy małżeństwem. Chcę pojechać z tobą do Japonii. Zwiedzać z tobą świat. — Splotła nasze palce. — I na starość oglądać zdjęcia i wspominać, jakie mieliśmy piękne życie.  
Przez chwilę nie wiedziałem, co powiedzieć. To było takie… właściwe. Chciałem, by tak wyglądało nasze wspólne życie.  
— Cat, to jest… idealne. Też tego chcę. — Odłożyłem mapę oraz zestaw do sushi na bok, przyciągnąłem Cat do siebie i pocałowałem. — Kocham cię.
— Ja ciebie też — szepnęła, odwzajemniając pocałunek.  
Oderwałem się od niej na sekundę, by zgasić światło w salonie, tak, że jedynym źródłem światła były migające nad nami lampki świąteczne. Potem delikatnie osunęliśmy się na kanapę. Wsunąłem rękę pod bluzkę Cat i całowałem każdy skrawek jej szyi i dekoltu, a potem wróciłem do jej ust. Ona uniosła się nieco, by rozpiąć mi spodnie. Po raz pierwszy od dawna robiliśmy to powoli, czule, bez żadnego pośpiechu. Bo przecież nigdzie nam się nie spieszyło. Mieliśmy siebie i to było najważniejsze. Każdym dotykiem i każdym pocałunkiem chciałem jej pokazać, jak bardzo ją kocham i jak wiele dla mnie znaczy. Nasze ubrania po kolei lądowały na podłodze, aż nie dzielił nas już żaden materiał. Gdzieś z tyłu głowy mignęła mi myśl o tej bitej śmietanie, ale nie chciałem się odrywać od Cat. Następnym razem ją wykorzystamy. Już ja się postaram, żeby była w zasięgu ręki.  
Na kanapie nie było za dużo miejsca, ale dzięki temu mogliśmy być jeszcze bliżej siebie; skóra przy skórze. W pewnym momencie miałem wrażenie, że stęknęła cicho z bólu, kiedy ścisnąłem jej pierś. Chyba mnie poniosło i zrobiłem to zbyt mocno. Nie chciałem sprawiać jej bólu, więc pilnowałem się, żeby być delikatniejszy.
Nie pamiętam, czy kiedykolwiek kochaliśmy się, wkładając w to tyle czułości, bez pośpiechu, skupiając się nie tyle na samym akcie, co na sobie. Była to miła odmiana, bo przeważnie kontrolę przejmowało pożądanie i tylko nim się kierowaliśmy. W tym momencie nie było między nami muru. Tego, o którym mówiła Cat. Do którego dołożyła kilka cegieł, ale w większości zbudowałem go ja. Wiedziałem to i ta wiedza ciążyła mi z każdą chwilą coraz bardziej, powodując jeszcze większe wyrzuty sumienia.

candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i dramaty, użyła 3429 słów i 19015 znaków.

Dodaj komentarz