Operacja Czarny świt cz 8

Po rozmowie z Wolnym, Jadzia nie mogła dobrze pracować. Martwiła się o Krzysztofa. To stało się tak szybko. Lecz ile razy zastanawiała się czy to realne, tylko bardziej uświadamiała sobie, że czas nie robił znaczenia. Wiedziała, że kocha go mocno i trwale. Zadzwonił jej telefon. W słuchawce usłyszała głos meżczyzny.
— Dzień dobry — mówi pułkownik Swerc. Krzyś jest w szpitalu na Saszerów. Jestem jego ojcem. Zawiadomiłem moich ludzi na zewnątrz, może pani przyjechać.
— Och mój Boże, co sie stało?! Jadę natychmiast.
— Coś się stało, muszę natychmiast jechać — powiedziała w pracy.  
Po chwili jechała wozem policyjnym do szpitala. Wiedziała już co się wydarzyło. Prosto z parkingu pobiegła pod salę operacyjną. Przed salą stała mała grupka ludzi. Starsza para, młoda para i młody chłopak. Podszedł do niej szpakowaty mężczyzna.
To ja z panią, Jadziu, rozmawiałem — rzekł pułkownik.
— Co z nim?  
— Bardzo ciężko ranny. Kula przeszła koło serca, dosłownie centymetry.
Swerc patrzył na nią smutno. W jej oczach pojawiły się łzy.
— On będzie żył, obiecał mi, a to nie jest człowiek, który nie dotrzymuje obietnic. Poza tym to jest pewne, bo kocham go. Prosiłam Boga i on mi go nie zabierze.
Wtuliła się w ramiona pułkownika.
— Mówił mi o pani. O tobie, Jadziu — poprawił się pułkownik. Ja też mam nadzieję, że przeżyje.
— Nie mów tak tato — rzekła Jadwiga. To pewne — dodała, patrząc prosto w oczy pułkownika.
— Domyślam się kim jest ta para, nie wiem tylko kim jest ten młody blondyn — powiedziała Jadwiga.
— Och, gdyby nie on, pewnie wszyscy by zginęli — powiedział pułkownik.
Jadwiga podeszła do Jurka.
— Nie wiem dokładnie co się stało, ale pułkownik mówi, że dzięki tobie oni żyją.
— Och, gdybym wiedział, ustrzelił bym tego typa zanim on strzelił do pana kapitana — rzekł Jurek. Nie jest mi łatwo, zabiłem człowieka — powiedział. Mimo, że to był zabójca, nie jest mi łatwo.  
Jadzia przytuliła go mocno. Nie powiedziała nic, jednak Jurek poczuł ulgę.
— Ma pani jakąś moc leczenia duszy, czuję się dużo lepiej.
— To nie ja, to moja miłość — odrzekła Jadwiga.
     Operacja trwała prawie trzy godziny.
— Zrobiłem co w mojej mocy — powiedział chirurg. Reszta w rękach opaczności. Jest silny i nie stracił dużo krwi, bo szybko go przywieźli. Ten chłopiec, pokazał na Jurka, to świetny kierowca. Gdyby zadzwonili po karetkę, byłoby po nim — dodał lekarz.
— Czy można go zobaczyć? — zapytała Jadwiga.
— Krótko i tylko jedna osoba — rzekł lekarz.
Swerc spojrzał na żonę, rozumieli się bez słów.
— Idź dziecko — rzekła matka Krzysia do Jadwigi.
Jadwiga weszła. Goleń leżał na łożku. Rurki, kroplówki. Zobaczyła jego bladą twarz  Podeszła do niego, dotknęła jego ręki i pocałowała go w czoło.
— Czekam na ciebie kochanie — szepnęła.
                                                                        
                                                                   *
Jacek zrobił sobie kawę. Zadzwonił telefon. Usłyszał głos swojej narzeczonej. Monika płakała.
— Ojciec nie żyje — rzekła przez łzy.
— Co ty mówisz?
— Włącz telewizję — rzekła — miał wypadek.
— Zaraz przyjadę.
Jacek zbiegł po schodach. Zapalił swojego Land Rowera. Pojechał do natychmiast do Moniki.
                                                                   *
Stara Selińska przygładziła brudne i poskręcane włosy. Nie grzebieniem czy szczotką, której nie posiadała. Zwilżyła sliną swoją dłoń. Stała przed komendą policji Praga południe. Zajęło jej prawie godzinę by tu dojść. Mieszkała w starych opuszczonych barakach przy targu. Tam zbierali się żebracy, czasem niskiej klasy pijacy i najniższej klasy prostytutki. Selińska tkwiła w swojej kryjówce, tak dobrej, że tylko nieliczni zadomowieni z tym miejscem wiedzieli, że tam mieszka. A jej stare oczy niejedno widziały. Zaginął jej przyjaciel, Fredek. Zabrał go ten zły. Selińska bała się władzy, ale zdecydowała się powiedzieć o wszystkim. Miała ponad pięćdziesiąt lat. To kim była i jaki tryb życia prowadziła, dawał wrażenie, że wyglądała na ponad sześćdziesiąt. Wódka, brak opieki medycznej, uboga dieta. W szczęce nie zostało sporo zębów, a te, które zostały wymagały naprawy. Przez to jej policzki zapadły się, a dolna szczęka zrobiła się węższa i cofnęła się. Długie, siwe włosy sięgały do połowy pleców. Miała na sobie stary poplamiony płaszcz, rozwalające się buty i dwie pary spodni. Cuchnęła, ale jej to nie przeszkadzało. Wszyscy śmierdzieli podobnie. Jadła rzadko coś świeżego. Jej organizm miał naturalna siłę. Nie chorowała. Żebracy nie chorują. Żebrak choruje, znaczy, że pewnie umrze. Fredka poznała niedawno, razem zbierali butelki. Musiała pomagać mu liczyć, bo to mu nie szło zbyt dobrze. Ale podczciwy był, trochę marzyciel. Gdyby nie ten zły, może by nie poszła, ale tak...
     Selińska nie narzekała na swój los. Modliła się do Najświętrzej panienki, szczególnie kiedy wzięła coś z bazaru i nie zapłaciła. Ale robiła to rzadko. Starała się uzbierać tyle butelek żeby starczyło na chleb i wódkę. Fredek mówił, że nie trzeba pić, a wtedy będzie więcej na chleb. Może to i racja.  
     Selińska miła już kiedyś przyjaciela. Taki przybłęda, piesek. Znalazła go tuż za targiem, miał złamaną łapę. Chciała wierzyć, że to przez auto. Nie chciała myśleć, że to ludzie zrobili. A przecież jej oczy widziały nie jedno. Choćby stary Radek. Nikomu nie robił nic złego, pił może więcej niż Selińska, a to i co. I ona Selińska siedziała w swoim domku. Zawinięta w szmaty. Chłodny jesienny wieczór. Radek pijany siedział prawie naprzeciwko jej budy, śpiewał sobie. I Selińska widzi jak podchodzi takich trzech, młodych. Zaczęli go kopać, a on nawet się nie bronił, pijany był. A potem się śmiali i poszli. Selińska patrzyła. Radek się nie ruszał. Wygrzebała złotówkę, poszła zadzwonić. Patrzyła z daleka. Najpierw przyjechało pogotowie, a potem policja. Zawinęli Radka w czarny brezent i tyle. Selińska bała się władzy, a ciemno było. Nie widziała ich twarzy, tych młodych znaczy. A innym razem to nawet płakała. Przyszła nowa, młoda. Może 30 może 40 lat, młoda. Dużo piła, a piła z trzema. I Selińska widziała, że oni ją... kolejno. A ona pijana była. A potem oni poszli. A młoda spała. Nic jej nie było, spała. W koło puste butelki po wódce. I tylko gołe uda widać było. A potem przyszedł mężczyzna. Starszy, postawny, w szarym płaszczu. Rozejrzał się. Selińskiej nie widział. Miał czarne rękawiczki. Selińska widziała co zrobił. Wziął pustą flaszkę i wsadził ją między gołe uda, tej młodej.... Popatrzył w koło, a potem... kopnął. Dwa razy. Selińska słyszała dźwięk tłuczonego szkła. Tamten poszedł. A ta młoda jęczała, ale niedługo. Zamilkła. Selińska odczekała aż zły odszedł. Podeszła, dużo krwi tam było. I ona Selińska płakała. Bała się i uciekła. Trzy tygodnie mieszkała gdzie indziej.  
     A to było prawie, kiedy znalazła Łatka. Tak go nazwała, bo biały był i miał tylko czarną łatę na boku. Taki kudłaty, nie duży, ale i nie mały. Selińska wzięła go, złożyła łapę jak umiała. Zapiszczał, ale nie ugryzł. Leżał u niej w budzie tydzień. Dzielila się z nim co miała i wodę mu przynosiła. I potem, on Łatek, zaczął chodzić. Gdzie Selińska, tam on. Kulał trochę. A nigdy nie szczęknął nawet. Kiedy zima nastała spał przy jej boku. I jej było cieplej i jemu. I Selińska lubiła go, a może bardziej. I pytała Jasnej Panienki czy psa kochać to nie grzech. I Panienka nic nie mówiła, to Selińska myśli, że można. I, że to nie grzech. Wiosna szła. To już trzeci rok jak Łatek z nią był. I takich czterech młodych zaczęło ją szarpać. I ona Selińska nie wie czemu. I Łatek rzucił się na nich, bronił ją, ona wie. I jeden z nich miał taki kij, metalowy. I uderzył Łatka w głowę. A on tylko pisnął, potem nic. A oni uciekli. Łatek patrzył na nią, a potem jego oczy zgasły. I ona Selińska zobaczyła, że krew z pyska wyciekła, ciemna. Płakała nawet więcej niż po tej młodej. I ona poprosiła jednego z okolicy i kopali dół. A ziemia twarda jeszcze była, zmarznięta. I wykopali dół, tam za parkiem. I ona Selińska myśli, że on, Łatek do nieba poszedł, bo gdzie miał iść. Dobry pies był. Ona myśli, że on tam czeka na nią. Potem Selińska nie rozmawiała z nikim i może więcej wódki piła. Bo w sercu żal miała. Sporo czasu minęło zanim poznała Fredka. Poczciwy człowiek z niego. Potem mówił Selińskiej, że jakiś pan na wycieczkę go zabierze. On marzyciel, myślała.
     I ona Selińska widzi. Podszedł, rozmawia z Fredkiem. I ona wystraszyła się bardzo, bo to był ten co tą butelkę kopnął w kroku, tej młodej. A ona patrzyła jak odchodzą. I ona się bała, ale poszła. Widziała jak wchodzą do dużego, czarnego auta. I to już trzeci dzień jak go nie ma. Fredka znaczy.
                                
Starszy sierżant sztabowy Kłos miał służbę, kiedy na posterunek weszła stara żebraczka.
— Czego chcecie kobieto?  
Sierżant był ludzkim policjantem. Wiedział, że skoro sama przyszła, to nie przelewki. Nie pytał o miejsce zamieszkania, albo dokumenty.
— Fredka zabrał — rzekła.
— Dowodzik macie? — zapytał na wszelki wypadek.
Ona kręci głową i mówi.
— Ten zły, Fredka zabrał — powiedziała tylko.
Starszy szeregowy Kaleta spojrzał na Kłosa.  
— Wyrzucić ją, czy do aresztu? Trochę śmiedzi wódką.
— Poczekajcie Kaleta, to też człowiek. Ktoś ją może skrzywdził, a kto ją obroni, jak nie my. No mówcie kobieto, co się stało. Nikt was tu nie skrzywdzi — rzekł Kłos.
— Selińska jestem, mieszkam za starym bazarem w budzie.
— No mówcie, co z tym Fredkiem.
— Mogę usiąść, panie władzo, bo zmęczona jestem. Daleko szłam by tu dojść.
— Siadajcie Selińska, wiem gdzie ten bazar. Daleko iść, prawda.
Opowiedziała wszystko od początku. Popłakała trochę kiedy doszła do Łatka. Kiedy skończyła, Kłos chwycił za telefon.
— To nie może być prawda — uśmiechnął się głupio Kaleta.
Kłos odłożył słuczawkę, poczerwieniał z gniewu.
— Czego się śmiejesz, idioto? Chciałbyś aby twojej matce ktoś rozbił butelkę w kroku? Wynoś się czyścić kible, a jak znajdę plamkę będziesz językiem zlizywał. Wynocha! — wrzasnął.
Uspokoił się nieco i dopiero zadzwonił do porucznika z Komendy Głównej.
— Tu starszy sierżant Kłos z Pragi Południe. Zgłosiła się do nas kobieta, żebraczka. Sprawa dotyczy kobiety co zmarła z powodu ran narządów rodnych, cztery lata temu.
Porucznik przypomniał sobie ten bestialski czyn, bez precedensu. Śledztwo ugrzęzło z powodu braku dowodów i poszlak.
— Przywieźcie tę kobietę do mnie — rzekł porucznik.
— Ja myślę, panie poruczniku, że najpierw ją nakarmię, umyję i ubiorę — rzekł sierżant.
Porucznik milczał chwilę.
— Dobrze myślicie, sierżancie. Nie tylko dobry z was policjant, ale i dobry człowiek.
— Selińska — rzekł Kłos, pojedziemy na Komendę Główną. Ale najpierw dam wam jeść, a pani policjantka pomoże wam się umyć i damy wam nowe ubranie.
— A nie zatrzymacie potem?
— Zrobiliście dobrze, że przyszliście do nas. Nikt was nie zatrzyma.
                                                                   *
     Goleń leżał słaby, ale jego życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo. Na trzeci dzień po operacji siedział już na łóżku, oczywiście z pomocą Jadzi. Od czasu operacji nie odstępowała go na chwilę. Czuwała, mało spała. Kula przeszła na wylot i na szczęście nie uszkodziły żył doprowadzających krew do najważniejszego organu. Jarek i Asia mieli ochronę policji i wojska. Sprawa ucichała lecz ciągle istniała mała szansa, że coś im może zagrozić. Czekali aż Krzysztof wydobrzeje, chcieli mu osobiście podziękować za uratowanie życia. Jarek przez skromność zachował fakt, że na sekundę zanim Goleń zastrzelił AS16, miał już wolne ręce. Jego natura czarnego żołnierza miała właśnie wybuchnąć, kiedy celny strzał kapitana wyeleminował tego złego i pysznego człowieka. Jarek nigdy się nie dowiedział jaki potencjał w nim tkwi. A to stało się za sprawą kogoś, kogo uważał za największego wroga. Przez ten czas Jadwiga polubiła się z Asią. Opowiedziały sobie wzajemnie historie swoich miłości i to bardzo je zbliżyło.  
     Jadwiga karmiła Krzysia, kiedy telewizor podawał wiadomości.  
,,Dziś w Alei Zasłużonych na cmentarzu na Powązkach, spoczął światowej sławy genetyk, profesor Jan Rawicz. Został pośmiertnie odznaczony orderam Odrodzenia Polski, drugiego stopnia. Na grobie złożono wiązanki i kwiaty. Na pogrzebie obecni byli bliscy oraz przedstawiciele nauki polskiej. Obecny był również minister nauki i techniki, Lech Mrożek”.
Goleń zgasił telewizor, wziął komórkę.
— Pułkownik Swerc — słucham.
— To ja ojcze, dzwonię z komórki Jadzi.
— Jak się czujesz, synu?
— Słabo, ale Jadzia wzmacnia mnie swoją miłością, właśnie mnie karmiła.
— Cieszę się, że dzieki Bogu, wszystko dobrze się skończyło.
— Ojcze, czy mógłbyś coś dla mnie sprawdzić?
— Tak synu, co mógłbym dla ciebie zrobić.
— Natrafiliście może na ślad Jara?  
— Zniknął jak kamień w wodzie, chytra bestia — odparł Swerc.
— Tak, rozumiem. Sprawdź ojcze, może trzy dni przed śmiercią Rawicza, czy nie zanotowano jakiegoś nietypowego zaginięcia lub porwania w okolicach lub lepiej samej Warszawie. Najbardziej prawdopodobna okolica to Praga Południe.
— Dobrze synu, sprawdzę. Czy coś przypuszczasz?
— Powiem ci to osobiście — rzekł kapitan.
Goleń wyłączył komórkę.
— To nie Rawicz zginął — rzekła Jadzia.
Goleń popatrzył na nią uważnie.
— Tak kochanie, dokładnie. Powinnaś pracować w policji.
— Chodź bliżej, powiem ci tajemnicę służbową.
Opowiedział jej dokładnie, co zobaczył w ośrodku.
— Co sugerujesz? — zapytał, kiedy zakończył.
— Jeden z ochraniarzy zginął inaczej niż pozostali, to znaczy ktoś inny go zabił.
— Doskonale, doszedłem do tego, ale nie wiem kto i dlaczego — powiedział Kszyś.
— Zabił go Jarek, tylko nie wiem dlaczego.
— Mój Boże, ty naprawdę jesteś genialna.
Jadzia wiedziała, że nie kpi.
— Wiem już.
— Co wiesz — tym razem Krzysztof otworzył szerzej oczy. Słuchłam cię bardzo uważnie.
— To co stało się w COD, stało się wcześniej. Ostatni czarny żołnierz tropił ukrytego ochroniarza, Jarek uratował mu życie, a ochroniarz strzelił mu w plecy. Jarek, nie jako człowiek, ale jako czarny żołnierz, zabił go w odruchu.
Goleń zaniemówił.
— Mówię ci to nie dla tego, że cię kocham, Jadziu. Pracuję w policji 14 lat, jestem dobry. Mówią, że najlepszy. Ale nie dorastam ci do pięt. Przypuszczam, że ta cała sprawa umrze w zarodku, to znaczy nie będzie sprawy ani winnych, nic. Kiedy to już zupełnie ucichnie, zapytam Jarka. To dobry chłopak. Zrobiono mu krzywdę, zabrano mu dzieciństwo.
— Kasia jest dla niego jak balsam, a on dla niej. Wiem to na pewno. Miłości nie można mierzyć — kontynuowała. Ale jeśli by to zrobić, nasza jest wielka, ale ich? Nie możemy się z nimi równać — zakończyła.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii miłość i kryminalne, użył 2748 słów i 15394 znaków.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • AuRoRa

    Historia Sielińskiej porusza, zwłaszcza przy tym czego była świadkiem. Biedne zwierzątko, pies to przyjaciel człowieka na dobre i złe.

  • AlexAthame

    @AuRoRa  :)