Miłość, przyjaźń i inne ustrojstwa - 26

***

Popołudniowe słońce przyjemnie grzeje mi plecy. Wiatr rozrzuca włosy i co rusz mam je w ustach, albo po prostu przez nie nic nie widzę. Idę powoli i ze spuszczoną głową. Wracam z pracy. W jednej dłoni mam dwie reklamówki z zakupami, druga swobodnie lata w przód i tył bez mojej wiedzy. Po moich policzkach płyną strumieniami słone łzy. Jestem zmęczona, ale nie fizycznie. Moja psychika sobie nie radzi. Za dużo uczuć i emocji na raz. W głowie wciąż mam obraz Rafała, a serce jest ściśnięte tęsknotą za nim.

Myślę o pieprzykach na jego ciele. Ile ich miał? Chciałabym móc je teraz policzyć, dotykając każdy jeden ustami. Myślę o silnych ramionach i o tym jak mnie tulił mocno do piersi nosząc na rękach. Byłam tak cholernie blisko jego serca. Myślę o gorących pocałunkach. O jego dłoniach, które tak często zaciskał na mojej pupie. O jego cholernie białych zębach. O odpalaniu mu papierosów, gdy prowadził Passata. I o jego ręce na moim kolanie. O jego łzach, które łamały mi serce. O prostym, średniej długości nosku. Ciekawe czy zdawał sobie sprawę z tego, że go zabawnie marszczył gdy mu dogryzałam? O zawadiackim uśmiechu, który zawsze gości na jego twarzy. Te usta są zawsze ciepłe, chętne i miękkie jak aksamit. O jego języku w moich ustach, tańczącym wraz z moim jakiś psychopatyczny i szalony taniec pożądania. O włosach miękkich i chętnie poddających się moim palcom. O oczach, tak cholernie głęboko niebieskich. Mają ciemną otoczkę, ale poza tym są bardzo jasne. Przypominają wzburzony sztormem ocean. Przy brzegu lazurowy, ale dalej granatowy, głęboki, niebezpieczny i pełen tajemnic. Nigdy nie widziałam oceanu, ale tak go sobie zawsze wyobrażałam. Brakuje mi jego długich, niemal kobiecych rzęs. Ciemnych brwi, które zabawnie marszczy, gdy jest zamyślony lub unosi w zaskoczeniu lub zdziwieniu. Myślę o wystających kościach policzkowych. O uszach, które uwielbiam przygryzać. O lekkim zaroście, którym mnie drapał. Nie bolało, za to bardzo podniecało. O lekko szorstkich od pracy dłoniach, którymi głaskał mój brzuch na dobranoc, a ja mu kradłam ciepełko. O cudownych długich palcach, które wkładał mi do trampek żeby masować stopy i kostki. To było bardziej intymne, niż gdy stałam przed nim ubrana jedynie we własną skórę. O jego cudnie pachnącej szyi z małym jabłkiem Adama. O szerokich ramionach z wyraźnie zarysowanymi mięśniami. Będąc w nich czułam się pełna i kompletna. O malutkich sutkach, które stawały się jeszcze mniejsze, gdy dotykałam je opuszkami lub językiem. O unoszącej i opadającej przy każdym oddechu klatce piersiowej. O kaloryferku na brzuchu, po którym błądziły moje palce. O fajnym pępku, dookoła którego zataczałam mu językiem kółka i łaskotałam. O plecach, które drapałam nie kontrolując swojej namiętności i rozkoszy. O kuszących bokserkach, które wiecznie wystają mu z pod spodni czy spodenek. O pośladkach, na które nocą wędrowała moja dłoń. Zaciskałam i prostowałam palce muskając jego skórę. O ścieżce miłości prowadzącej do placu zabaw. O sprzęciku, którym robił cuda z moim ciałem. O długich, umięśnionych nogach pokrytych ciemnymi włoskami. O sporych stopach, które uwielbiałam pieścić swoimi. Rany, nawet nie miałam pojęcia jaki nosił rozmiar buta. O jego błyszczącym od potu ciele, gdy się kochaliśmy lub tańczyliśmy. O tym, że nazywał mnie Małą Wiedźmą. Tak bardzo go kocham i za nim tęsknię...

Wlekę swoje zwłoki objuczona tymi siatkami i pogrążona w myślach. Wiedziona czystą kobiecą intuicją spoglądam w prawo i widzę stojącą nieopodal roześmianą parę. Jak ja im teraz zazdroszczę. Szczupła blondynka, ubrana w dopasowaną, obcisłą, czerwoną sukienkę i szpilki, uśmiecha się i wesoło coś do niego szczebiocze. Dziewczyna ma duży biust, czerwone paznokcie, mocno pomalowane oczy i usta podkreślone czerwoną szminką. Obsesję ma na punkcie tego koloru, czy jak? Jest elegancka, zadbana i muszę przyznać że wygląda jak wychudzony pomidor, ale cholernie seksowy pomidor. Jako że jest chłodno, ma na sobie dobrze mi znaną bluzę swojego mężczyzny. On owija jej długie proste włosy o swój palec i aż tutaj słyszę jego cudowny śmiech. Chłopak stoi do mnie plecami, ale wygląda tak bardzo znajomo, że dostaję arytmii serca. Kurwa, TO się nie może znowu dziać!

Mimo że się wlekę, zwalniam jeszcze bardziej i się im przyglądam. Chłopak splata ręce za jej plecami, przyciąga ją do siebie i namiętnie całuje. Dziewczyna zauważa mój wzrok i zaczyna się tu gapić. Po chwili za jej spojrzeniem odwraca się jej partner. Ja dostaję zawału, a Rafał ma równie głupią minę jak Bartek przed laty. Wmurowuje mnie i tylko patrzymy na siebie ignorując blondynkę. Wciąż trzyma jedną rękę na jej tali. Serce wściekle tłucze mi się o żebra. Rafał rusza w moją stronę, zostawiając swoją towarzyszkę bez słowa. Krzyczy coś do niego, ale nie słyszę jej słów. Są odległe i kątem oka widzę tylko jej wykrzywioną gniewem twarz.

Jestem w szoku. Gapię się jak wół na malowane wrota. Już dawno wypadły mi z rąk zakupy, po chodniku potoczyły się pomarańcze, ale nawet tego nie zauważyłam. Stoję tylko i patrzę. Podchodzi do mnie i otwiera usta, żeby coś powiedzieć, ale jego słowa zatrzymuje moja pięść. Uderzam z całej siły. Nie jestem w stanie wytrzymać ani sekundy dłużej i zaczynam uciekać. Biegnę dysząc i szlochając. Nie wiem dokąd. Bez celu. Po prostu przed siebie. Jak najdalej stąd. Nogi płoną zmęczeniem i potykam się na równym chodniku. Z moich ust wydobywa się krzyk. Uderzam twarzą o bruk i odpływam w objęcia ciemności.

Noc z soboty na niedzielę:

Zerwałam się z łóżka z krzykiem, z płaczem i z walącym sercem, o mało nie spadając z niego. Byłam cała zalana potem i głośno dyszałam. Miałam wielką gulę w gardle, a serce mnie lekko bolało. Nie w przenośni, czułam fizyczny ból od nadmiaru emocji. Otaczała mnie ciemność. Słyszałam dobiegającą z telefonu piosenkę, ale byłam zbyt wystraszona, żeby się na niej skupić. Drżały mi kolana i dłonie, jak zawsze gdy ktoś podnosił mi ciśnienie. To był tylko sen. Tylko sen. To było takie prawdziwe i rzeczywiste, ale to tylko pieprzony zły sen...

Zakryłam usta poduszką i szlochałam skulona w pozycji embrionalnej. TO się znowu NIE stało. To się nie stało. Tego nie było. Mimo wszystko nie mogłam się uspokoić. Po omacku wyszukałam papierosy i odpaliłam ostatniego, którego zostawiłam sobie na rano. Wzięłam ze stolika kiepiołkę i trzymałam drżącą ręką. W międzyczasie napełniłam płuca dymem. Przetarłam wierzchem dłoni mokre policzki.

To było takie straszne. Nie potrafiłam się dzielić Niebieskookim. Nie i koniec. Jeśli miały go dotykać inne, to niech sobie go wezmą całkiem. Odstawiłam popielniczkę na szafkę i opadłam na plecy. Przyciągnęłam kołdrę pod sam nos i płakałam gapiąc się w sufit.

Leżałam tak już jakąś godzinę. Wciąż płynęły mi łzy. Nie mogłam zasnąć. Słyszałam jak deszcz tłukł mi się o szyby. Co chwilę ciemność w pokoju rozrywały błyski, a chwilę później było słychać grzmoty. Zapaliłam nocną lampkę i po raz tysięczny przetarłam dłonią łzy.

Wygrzebałam się z łóżka i ubrałam białą bieliznę, czarne spodnie, seledynową bokserkę i szare skarpetki. Rozczesałam włosy i zrobiłam kucyka. Zwinęłam go palcami w kok i zabezpieczyłam drugą gumką. Założyłam czarną, ocieploną w środku podszewką skórzaną kurtkę bez kaptura. Do kieszeni wrzuciłam portfel i telefon, ale przedtem wyłączyłam muzykę. Poszłam do przedpokoju i założyłam wciąż lekko drżącymi rękami trampki. Wzięłam z wieszaka klucze i wyszłam zamykając za sobą drzwi.

Człapałam szybkim krokiem na CPN. Buty przemokły szybko, tak samo jak włosy i przód spodni. Wlazłam w niezliczoną ilość kałuż, ponieważ nawet nie myślałam o tym, żeby je omijać. Przynajmniej nie było widać strumieni moich łez. Na miejscu kupiłam papierosy i dwa tyskie. Facet poprosił mnie o dowód. Normalnie rzuciłabym jakąś śmieszną, kąśliwą uwagę. Ale teraz byłam po prostu zirytowana jego stwarzaniem problemów. Moje usta zacisnęły się w kreskę. Wygrzebałam płaską płytkę z portfela i mu rzuciłam na ladę. Oddał mi ją po sekundzie, tylko na nią zerknął. Nawet nie popatrzył na datę urodzenia. Zapłaciłam i wyszłam bez słowa. Pieprzony palant.

Nie miałam ochoty wracać do domu. Więc poszłam na plac zabaw, koło którego rzadko pojawiali się panowie w mundurkach. Musiałam przejść spory kawałek, ale było to lepsze niż dostać mandat w tym policyjnym mieście. I tak już mnie minęły tylko w drodze na CPN dwa radiowozy. Dłonie miałam lodowate, ale na sercu czułam jeszcze większy chłód. Wyciągnęłam telefon i mokrą dłonią, rozmazując krople wody na wyświetlaczu, włączyłam "Proletariat - Nie Masz Nic" i wsłuchałam się w słowa piosenki.

"W zimną noc, gdzieś pod neonami

Stałaś tam, między ulicami

Naście lat, jasne brudne włosy

Smutna twarz, z piętnem przemocy.

Nie masz nic, nie masz nawet siebie

W sercu lód, może litość w niebie

Miałaś mieć, to co inni mają

Kochać to, co inni kochają[...]"

Nuciłam sobie cicho pod nosem całą nutę paląc fajkę, szlochając i pociągając nosem. Cholerna tęsknota nie chciała się odczepić. Na placu zabaw władowałam się na huśtawkę. Odpaliłam kolejnego papierosa i otwarłam puszkę. Huśtałam się lekko zahaczając butami o mokrą ziemię.

I co z tego, że pobrudzę trampki? Nieważne. Co z tego, że woda pod pupą dobrała się już do bielizny? Też nieważne. Co z tego, że mi zimno? Nieważne.

Bujałam się i słuchałam piosenek popijając zimne piwo.

Chciałabym teraz umrzeć. Po prostu zasnąć i nigdy więcej nie otworzyć oczu. Uciec od życia, problemów i współczujących spojrzeń, które mnie czekały. A także szyderczych, że się nabrałam na jego gierki. Włączyłam "Tęsknotę" Verby i znów targał mną szloch. Ogólnie nie słuchałam Verby, ale ta piosenka mi się cholernie spodobała.

Próbowałam ogrzać dłonie między udami, ale zrobiło mi się jeszcze zimniej. Przyglądałam się pięknym błyskawicom. Miałam wrażenie, że niebo płakało dziś razem ze mną. Już nigdzie nie czułam się na miejscu. Jedzenie straciło smak. Nawet jeszcze nic nie jadłam od piątku. Mimo to nie czułam głodu.

Nie wiedziałam jak długo tu siedziałam. Puszki spoczęły już dawno w pobliskim koszu. Podniosłam się w końcu i zmierzałam do pustego domu. Wlekłam nogę za nogą. Miasto było wymarłe, jak moje wnętrze. Nie było księżyca, ani gwiazd. Mrok i pustka. Świeciły tylko latarnie i niektóre szyldy sklepów. Wiatr świszczał i przewiewał mnie do kości.

Weszłam do mieszkania. Otoczyło mnie przyjemnie ciepłe powietrze. Rozebrałam się do naga, zostawiłam mokre rzeczy w łazience na podłodze. Poszłam do sypialni, władowałam się na łóżko, zwinęłam się w kłębek i zakryłam się cała kołdrą. Wciąż drżałam z zimna.

Korciło mnie, żeby napisać Rafałowi "Kocham Cię", ale powstrzymałam się. Nie chciałam się nim dzielić z nikim. Egoistycznie pragnęłam go tylko dla siebie. Jeśli nie mogłam go mieć na tych zasadach, to wolałam żeby go nie było wcale. Pragnęłam zasnąć, ale myśli było zbyt dużo. Więc tylko leżałam, telepałam się i cichutko szlochałam.

Przypomina mi się stara piosenka z filmu "Pokaż kotku co masz w środku". Pobrałam ją z ulub-a. Edyta Górniak wyła nielitosiernie tym swoim śmiesznym głosem, ale jej słowa odzwierciedlały moje myśli, więc słuchałam tego gówna.

"Potoki finezyjnych słów,

Bez końca płyną z Twoich ust.

Nie myślisz chyba, że

Uwierzę w każdy wers,

Znam Cię przecież, nie od dziś.

W masce nawet śpisz,

Z nią tak do twarzy Ci...

Więc.

Oszukuj, udawaj - Ja swoje wiem!

Co w środku, masz kotku?

Nie zdziwi mnie, już nie.

Bukiety zawsze świeżych róż,

Codziennie kładziesz u mych stóp.

Czy tego chcę, czy nie,

Wciąż zapewniasz mnie,

Że tą jedyną jestem Ja.

W oczach kłamstwo lśni,

Z nim tak do twarzy Ci!"

Z kuchni dobiegły mnie dźwięki sztućca obijającego się o płytki. Oj tam, żadne duchy. Koteł się czymś bawił. Miałam tylko nadzieję, że nie wybrał sobie noża na zabawkę. Słuchałam smętnych piosenek i czekałam na sen, który za cholerę nie chciał nadejść...

Dodaj komentarz