Miłość jest ślepa cz 1 do 7

Te części były wstawione paręnaście dni temu.

Miłość jest ślepa

Niczego nie słyszał. Nawet kaskady kropel uderzających o ciemnobrązowe wieko. Mimo, że starał się o niczym nie myśleć, uświadomił sobie jedno. Na pogrzebie zawsze pada. A kiedy ta myśl minęła, podniósł oczy i odchylił głowę w prawo. Bliżej trumny stała tylko matka Tomka i jego siostra. Ojciec nawet w takiej chwili nie odpuścił. Czy przez to Tomasz odszedł? Nie. Chociaż zawsze ciężko mu było z tym, że jeden z rodziców nie pogodził się z jego wyborem. A czy właściwie to można nazwać wyborem?  
  Prawdziwy powód nawet nie raczył pożegnać swojego dawnego kochanka. Co teraz robił, w tej właśnie chwili? Miał kilka możliwości, lecz prawdopodobnie wybrał najbardziej prawdopodobną. Siedział w towarzystwie Kamila. Może pili coś i słuchali czegoś. Roman tylko miał nadzieję, że w tej chwili nie robili tego.  
  Mimo, że próbował mu tłumaczyć, że drogi miłości są zawiłe jak ścieżki lasu u podnóża świętej góry Fudżi, w prefekturze Yamanashi, Tomasz nie usłuchał. A przecież Romek był jego bratnią i najbliższą duszą. Rozumiał go i próbował pomóc...
  Czy duch Tomka jest teraz tam w tym miejscu, gdzie drzewa rosną tak blisko siebie, a podłoże wulkaniczne się porusza? I błąka się wraz z innymi, którzy odeszli zbyt wcześnie, jak on?
(Chodzi o las samobójców w Japonii, o nazwie Aokigahara)    
    
Pani Kraszewska płakała, Romek słyszał jej szloch, nawet przez szum deszczu. Jolka? Pewnie miała łzy na policzkach, z pewnością go kochała, w końcu była jego młodszą siostrą...
  Mieli problem z księdzem, ale na szczęście znalazł się taki, co zgodził się by wygłosić kilka słów w końcu ostatniej drogi Tomasza.  
Nie z powodu, że Tomasz preferował mężczyzn. I nie, że sam odebrał sobie życie. Tylko dlatego gdzie to zrobił.  

                                                             Siedem dni wcześniej.

- Poproszę cappuccino i szarlotkę. Czy można z bitą śmietanką, bardzo tak lubię - Daniel odchylił głowę do tyłu i przejechał długimi palcami po swojej blond czuprynie.
- A co dla pana? - zapytała młoda kelnerka, bruneta, o wielkich brązowych oczach.
- Latte i ptysia - odrzekł Tomek.
  Dziewczyna zapisała zamówienie i oddaliła się w kierunku zaplecza. Daniel rzucił okiem na starszego gościa, który właśnie wyszedł.
- Miał ładne buty, chyba ze skóry jelenia, wyglądały na bardzo mięciutkie - skierował wzrok na Tomka.
  Obserwował go z delikatnym uśmiechem. Brunet uniósł brwi i spojrzał prosto w oczy blondyna.
- Nie mówiłeś poważnie - głos mu niedostrzegalnie zadrżał...
- O czym - jego palce dotknęły delikatnie dłoni Tomka.
  Ten próbował je uchwycić, ale blondyn cofnął rękę.
- No, że z nami... koniec.
- Znowu zaczynasz? Od tygodnia mnie męczysz. Coś się wypaliło, rozumiesz! Mam kogoś...
- Wiem.
- Och, więc go widziałeś?  
- Dlaczego mi to zrobiłeś? Mówiłeś, że będziemy zawsze ze sobą.
- Dręczysz mnie. Chciałeś się spotkać na kawie. Mówiłeś, że nie będziesz do tego wracał.
- Daj mi szansę. Zrobię co zechcesz...
  Daniel z trudem pohamował śmiech.
- Jesteś żałosny. I tak od roku robiłeś wszystko co chciałem. I wiesz co, znudziło mi się. Twoje wiersze, kwiaty i to w jaki sposób byłeś uległy w mojej sypialni. Miałem naprawdę ochotę zjeść tę szarlotkę, ale całkiem mi odeszła ochota. Nie rozumiesz? Nigdy nie słyszałeś starej piosenki : Kiedy miłość odchodzi, nie zatrzymuj jej siłą.
- Kocham cię.
- A ja uwielbiam Kamila, dobrze mi z nim.  
- Nie potrafię żyć bez ciebie, proszę!
- Przestań robić sceny, idioto!
  Daniel gwałtownie odsunął krzesło i wstał. Kilka osób spojrzało w kierunku ich stolika.
Tomasz patrzył za nim, ale został na miejscu. Dziewczyna przyniosła dwie filiżanki i dwa talerzyki z ciastkami.
- Och, pana znajomy zrezygnował? Co teraz zrobię?
- Zapłacę za wszystko, proszę się nie martwić.
  Zatroskanie zniknęło z twarzy szatynki. Postawiła wszystko na stoliku. Odwróciła się i zamierzała odejść.
- Proszę pani, czy mógłbym zapłacić od razu?
  Odwróciła się w miejscu.  
- Oczywiście. To będzie razem - zaczęła pisać w swoim małym zeszyciku... - czterdzieści osiem złotych.
  Tomek wyjął z kieszeni portfel i wyjął banknot pięćdziesięciozłotowy i dołożył jeszcze pięć złotych. Dziewczyna odsunęła monetę i wydała dwa złote.
- Proszę zabrać wszystko, to dla pani.
   Spojrzał na dziewczynę.
- Jak pani na imię?
   Dziewczyna uśmiechnęła się nieznacznie.
- Mam na imię Agnieszka. Czemu pan pyta, przecież nie chce się pan ze mną umówić...
  Uniosła lekko kąciki ust, a na jej czole pojawiła się pionowa kreska. Zrozumiała, że popełniła gafę. Ale Tomasz przyjął jej słowa bez urazy.
- Nie dla tego. Jesteś ostatnią osobą, z którą rozmawiam, Agnieszko. Życzę ci szczęścia.
  Lekko zaskoczona dziewczyna patrzyła chwilkę za wychodzącym brunetem.
  Chyba nie mówił poważnie... Szkoda, że lubi chłopców. Całkiem całkiem, niczego sobie, pomyślała.
Tomek wyszedł powoli z kawiarni. Mijał ludzi.  
  Mimo późnej jesieni wciąż tłumy, pomyślał. Minął hotel Bristol, a potem pomnik Józefa Poniatowskiego. Zobaczył budynek kościoła. Prawą dłonią czuł drewnianą rączkę. Wszedł do środka. Lubił wnętrza kościołów. Pamiętał swoją pierwszą komunię. Już wówczas wiedział, że jest inny. I już wtedy musiał uważać.  
  Rzucił okiem na piękny wielki żyrandol. Podszedł blisko ołtarza. Stanął na ciemnym kwadracie. Kilka osób modliło się w ławkach. Spojrzał na główny ołtarz.
- Wybacz - rzekł cicho.
  Rozsunął kurtkę. Położył lewą dłoń na sercu.
- Wybacz, również - szepnął.
   Ćwiczył to kilka razy, przecież nie chciał się ośmieszyć w takiej chwili. Dlaczego wybrał te miejsce? To miało dla niego specjalne znaczenie.
    
Pierwsza zauważyła to starsza kobieta, po chwili inni. Nie zawiódł... Kilka osób dzwoniło po pogotowie...

                                                                  Teraz

Romek zadzwonił z dołu. Wiedział, że Kamil już poszedł, bo widział go ze środka swojego Renaulta. Kupił go rok temu. Rodzice pomogli. Jeszcze raz pomyślał o panu Marianie Kraszewskim. Jakim trzeba być człowiekiem, żeby nie przyjść na pogrzeb własnego syna!
- Kto tam? - usłyszał głos Daniela.
- Romek. Dzwoniłem, że wpadnę.
  Usłyszała dźwięk i otworzył oszklone drzwi. Po dwóch minutach pukał do drzwi na szóstym piętrze.
Kiedy drzwi się otworzyły i szatyn zobaczył zapłakaną twarz Daniela z miejsca zmienił zamiar.
- Właź - powiedział brunet - Chcesz czegoś mocnego?
- Nie. Wiesz, prawda?
- Wiem. Byłem na policji. Spędziłem tam trzy godziny, kurwa!
   Romek patrzył na przystojnego młodzieńca.
- Pewnie chciałeś mnie strzelić, proszę! Czy to moja wina, że przestałem go kochać? Dlaczego to zrobił, idiota! Dlaczego! I to gdzie? W kościele Świętej Anny. Debil! Gdybym wiedział! Gdybym wiedział!
- Nie mówił ci?
- Zaczął mi robić scenę w kawiarni... Powiedział, że nie może żyć beze mnie. Ale skąd mogłem wiedzieć, że to zrobi? I co mogłem zrobić? Powiedz! Powiedz!
  Roman zobaczył jak w zwolnionym filmie, jak Daniel podnosi dłonie, kładzie je na jego karku i zbliża usta do jego.  
  Usta mężczyzn nie były mu obce, ale nigdy nie całował się z Danielem. Tak, to prawda. Podobał mu się, ale kiedy dostrzegł, że Tomasz jest z nim, zapomniał. Ale czemu blondyn to zrobił teraz? Roman odsunął twarz.
- Co robisz? Przecież jesteś z Kamilem.
  Blondyn patrzył na niego, a w jego oczach ukazały się łzy.
- Nic nie rozumiesz. Sądzisz, że jestem dziwką i nie mam uczuć. Przywal mi i idź sobie. Może kiedyś zrozumiesz co zrobiłem.
- Masz rację. Przyszedłem, żeby cię strzelić. Wybacz. Będziesz na pogrzebie?
- Nie. Jak mógłbym im wszystkim spojrzeć w oczy.  
- Czujesz się winny?
- A powinienem? Kochałeś kiedyś? Ja myślałem, że kocham Tomka, ale kiedy poznałem Kamila dopiero wówczas zrozumiałem czym jest prawdziwa miłość.
  Roman patrzył na niego chwilę.
- Prawdę mówiąc nie kochałem nikogo. Jest mi dobrze z Markiem, ale jeżeli mnie zostawi to trudno.
- A ty? Mógłbyś go zostawić?
- Cóż, nie jestem jego własnością, a on moją. To wybór.  
- Tak. Masz rację. Pozdrów Marka.
  Roman został sam w przedpokoju. Postał chwilkę i wyszedł. Zjechał na dół i poszedł do wozu.  
  Też był na policji, ale nie tak długo jak Daniel. Widział uśmieszki, ale tylko u dwóch osób. Porucznik Krzak zachowywał się bez zarzutu. Roman powiedział wszystko co wiedział. Pan Stanisław interesował się najbardziej powodem miejsca samobójstwa, ale Romek nie umiał pomóc. Nie rozumiał sam, nie tylko czemu Daniel to zrobił, ale przede wszystkim dlaczego wybrał kościół.  
Wezwali go dwa dni po śmierci Tomka. Nie miał nic do ukrycia. Wiedział, że inni też chcą wiedzieć dlaczego.
- Czy wiedział pan, że Tomasz Kraszewski chce popełnić samobójstwo? - zaczął Porucznik Krzak.
- Nie.  
- Wiedział pan, że pan Kraszewski miał kłopoty natury osobistej?
- Każdy ma jakieś. O co dokładnie panu chodzi, poruczniku Krzak?
- Chcę wiedzieć, czy mogły być jeszcze inne powody niż to, że pan Danielewicz zerwał związek z panem Kraszewskim.
- Ojciec nie mógł zaakceptować orientacji seksualnej Tomka. Nawet nie przyszedł na pogrzeb.
- Czy ktoś szykanował pana Tomasza Kraszewskiego z jakiegokolwiek powodu?
- Nie sądzę. Był moim przyjacielem, wiedziałbym o tym. Wie pan, nie jest łatwo być pedałem nawet w Warszawie.
  Przez twarz Stanisława przeszedł lekki grymas.
- Rozumiem.
- Co pan rozumie, poruczniku? Jest pan hetero, mniemam. To my jesteśmy wyrzutki, a nie wy.
- Proszę wybaczyć, panie Wasilewski. Traktuje pana najbardziej normalnie. Nie rozmawiamy teraz o związkach międzyludzkich tylko o samobójstwie. Młody człowiek odebrał sobie życie w kościele Świętej Anny wbijając nóż prosto w serce. To nie jest typowy rodzaj samobójstwa. Prawdę mówiąc nigdy nie słyszałem o czymś podobnym. Próbuję zebrać fakty. Proszę nie utrudniać mojej pracy.
- Przepraszam.  
- W porządku. Jak dawno się pan znał z panem Kraszewskim?
- Od czternastu lat. Może piętnastu. Od komunii.
- Czy poza ojcem, pana Tomasza inni członkowie rodziny nie akceptowali faktu, że pan Kraszewski wolał mężczyzn?
- Z tego co wiem, nikt nie akceptował, ale nikt nie robił mu z tego powodu przykrości.
- Rozumiem. Czy widział pan ten nóż? - Krzak położył na biurku ładny nóż z rękojeścią z ciemnego drzewa. Ostrze mogło mieć z piętnaście centymetrów.
- Tak. Dostał go od ojca. Może dziesięć lat temu. On wówczas jeszcze nie wiedział, że Tomasz jest taki.
- Tak, rozumiem. Mam ostatnie pytanie. Właściwie nie powinienem go zadawać.
- Proszę pytać, poruczniku. Nie mam nic do ukrycia.  
- Dobrze. Co pańskim zdaniem mogło skłonić pana Kraszewskiego do decyzji by odebrać sobie życie w kościele?
  Roman chwilkę patrzył na porucznika. Stanisław miał ładne rysy. Ładne brwi i duże oczy. Roman patrzył jeszcze chwilkę.
- Cóż, to jest moja pierwsza myśl. I mogę się mylić. Może miał żal do Boga, że takim go stworzył?
  Krzak pomyślał coś, ale nie dał po sobie poznać jakiego rodzaju myśl mu przyszła do głowy. Podziękował Romanowi Wasilewskiemu za wszystko i złożył mu wyrazy współczucia. Na koniec, co było nieco dziwne, uścisnął mu dłoń.  
Kiedy Roman już wyszedł, Stanisław usiadł na skórzanym fotelu i spojrzał na sufit.

W czarnym BMW siedział wysoki brunet. Dostrzegł Romana i uchylil drzwi.
- Długo to trwało.
- Dzięki, że czekałeś - pocałował go delikatnie w usta.
- Chcesz gdzieś iść, czy jedziemy do mnie?
- Wiesz co, tak na prawdę nie wiem. W sumie znałem go całe wieki, jest mi smutno.
- Mnie też. Czy policjant zachowywał się w porządku?
- Tak, miły gość. Gdyby wszyscy tacy byli.  
- Może gdzieś we wszechświecie jest planeta gdzie większość jest gejami, a mniejszość woli przeciwną płeć. Chciałbyś tam być?
- To fantazja. Kobieta z natury rodzi dzieci, a mężczyzna ją zapładnia. Wiesz dobrze jak ja, że to co nas dotyczy jest nienaturalne. Pytanie jest tylko dlaczego tak jest.
- Ale dobrze ci ze mną - Marek pokazał swoje nieskazitelnie białe zęby.
- Tak. Lubię być z tobą. Rozmawiać, kochać się. Czemu pytasz, przecież wiesz?
- Bo coś powiedziałeś. Ja wiem, że taki się urodziłem. I jest mi czasem przykro, że inni tak reagują.
- Gorzej jest na wsi i w innych miastach. Chyba w Warszawie jest najlepiej. Jest ci tylko czasem przykro? Ja tak odczuwam cały czas. Oczywiście nie myślę o tym cały dzień. Trudno by było tak żyć..
- Ale i tak jesteśmy daleko za Amsterdamem i San Francisko.
- To nie ma znaczenia. Jesteśmy tu i teraz. Porucznik zapytał mnie na koniec co myślę o tym, że Tomek wybrał kościół.  
- I co mu powiedziałeś?
- Że Tomasz miał żal do Boga, że go takim stworzył.  
- A co ty myślisz?  
- Na jaki temat?
- Czy też masz żal?
- Nigdy o tym nie myślałem. Należymy do mniejszości, a wszystkie mniejszości są w pewnym sensie prześladowane. Albinosi, karzełki, inwalidzi.
- Pieprzysz. Nie porównuj nas z krasnalami! - Marek nieco się uniósł.
- Pytałeś to ci odpowiedziałem.
  Marek zastartował i ruszyli.
- Jedziemy do nas.
- Dobrze.  
  Zabrzmiało to miło w jego uszach. Zawsze, kiedy Marek wypowiadał to, działało jak balsam na jego duszę. Nie pocałunki czy bardziej intymne doświadczenia, tylko właśnie te słowa...Od czasu jak zdecydował i powiedział, stracił rodzinę. Bezpowrotnie. I to go bolało najbardziej.
  
Romek siedział na kanapie, a Marek kończył podgrzewać obiad w kuchni. Gotował nieźle, ale i szatyn nie był w tym nogą. Brunet rozumiał ból swojego chłopaka. Chciał go utulić, a nawet czuł, że go pragnie, ale nie miał pewności czy jest na to odpowiednia pora. Jednak po obiedzie pocałował  go namiętnie i po kilku minutach byli już bardzo blisko. Lecz tym razem skończyło się tylko na pieszczotach. Roman był jakby gdzieś daleko i jego kochanek to rozumiał.  
  Oboje pracowali. Marek miał swój sklep z odzieżą, a Roman pracował w agencji reklamowej. Widocznie jego szef miał bardzo liberalne spojrzenie, bo sam traktował Romana bardzo dobrze, a i reszta załogi nigdy nie dała poznać, że inność Romana im przeszkadza, albo razi.  

                                                            Tydzień potem

Dwa dni wcześniej przyjęto dziewczynę o imieniu Kayla. Po dwóch dniach Roman miał pewność, że piękna brunetka woli dziewczyny.  
Czy wyglądała inaczej? Nie. Prawdopodobnie tylko znawca mógł to dostrzec. Ubrana ładnie i kobieco. Prawie bez makijażu, nie licząc delikatnej pomadki w kolorze maliny. Czarne włosy do połowy pleców, spódnica podkreślająca jej kształty, ale bez przesady. Tę sukienkę założyła pierwszego dnia. Potem zawsze ubierała spodnie. Zawsze.
  Jak Roman to dostrzegł? Cóż, może Kayla się zapomniała. Renata miała blond włosy i niebieskie oczy, ale nie była blondynką w sensie intelektualnym. Piastowała stanowisko sekretarki. Partner Marka musiał przyznać, że Renata jest bardzo ładna. Oczywiście nie była w jego typie ze zrozumiałych względów. I właśnie tego dnia zobaczył spojrzenie Kayli. Tylko dziewczyna, która lubi dziewczyny mogła tak spojrzeć. Co gorsza ona również dostrzegła, że on zobaczył te spojrzenie. Lecz szatyn nie dał nic po sobie poznać. Tak sądził. Mieli przerwę na lunch i zaczęli wychodzić. Brunetka podeszła do niego.
- Dłużej tu pracujesz, to pewnie wiesz gdzie można dobrze zjeść?
- Znam dobre miejsce. Zaraz blisko.
  Przez sekundę pomyślał, dlaczego podeszła właśnie do niego?
  Dziewczyna robiła wrażenie bardzo pewnej i otwartej. Ale nawet mimo to trochę się zdziwił. Zaraz po wyjściu z budynku zagadnęła wprost.
- To już wiesz, prawda?
  Udał, że nie rozumie.
- Co wiem? O co ci chodzi, Kayla?
- Nie udawaj. Powinniśmy się trzymać razem. Ja też wiem, że wolisz mężczyzn.
- Skąd wiesz, że ja wiem coś o tobie?
- A nie wiesz? - uśmiechnęła się ślicznie.
- Wątpię czy ktoś inny by się domyślił, a ja nikomu nie powiem.
- Mnie to nie przeszkadza, gdybyś powiedział. Szef wie i tak.
- Jest w porządku, to znaczy bardziej liberalny niż reszta społeczeństwa. Widzisz, tam?  
- Aha, to tam jest restauracja?
- Tak. Dobrze ukryta, a jedzenie świetne. Jak u mamy.  
  Kayla skrzywiła się nieco.
- Coś cię zabolało.
- Jesteś spostrzegawczy i troskliwy. Nie bez powodu mówią, że gej jest najlepszym przyjacielem dla kobiety.
- Ale ty też jesteś gejem.
- Co nie umniejsza faktu, że jestem kobietą. Dzięki za troskę, wszystko dobrze... Może ci kiedyś powiem.
- Nie możesz teraz?
  Spojrzała na Romana.
- Wyglądasz dorośle, ale to pytanie świadczy, że jesteś jak mała dziewczynka. Cierpliwości. Muszę cię lepiej poznać, a poza tym nie mamy tyle czasu.
  Weszli do sporego baru, bo właściwie wyglądał tak więcej niż restauracja. Usiedli blisko okna. Szatyn odsunął jej krzesło. Kayla spojrzała na niego ostro.
- Jestem lezbą i potrafię o siebie zadbać.
  Roman nieco się skulił.
- Wybacz, ja...
  Klepnęła go mocno w plecy.
- Nabrałeś się. To miło z twojej strony. Testuję cię.
- Testujesz? Dlaczego?
- Jest ze mnie cholera. Miły z ciebie gość.
  Kelnerka podeszła do stolika i podała im karty.  
- Dla ciebie chyba nie potrzeba? - zwróciła się do Romka.
- Tak, wezmę halibuta, ziemniaki i sałatkę, jak zawsze. To Kayla.
   Kelnerka zlustrowała brunetkę.
- Witaj. Nasze jedzenie powinno ci smakować.
- Cześć, ślicznotko. Nie widzę nic dla jaroszów. Szkoda.
- A co byś chciała, Kayla. Szef coś dla ciebie wyczaruje.
  Dziewczyna przejechała wzrokiem od jej głowy aż do stóp.
- Mówisz? I od razu przeszłaś na ty?
- Chyba się pani nie gniewa - odrzekła, ale bez najmniejszego strachu.
- Żartuję, w końcu ja pierwsza nazwałam cię ślicznotką.
- W porządku, powinnam jednak uważać. Szef coś dla ciebie przygotuje, Kayla. Jestem Róża, tak w ogóle.
- Róża. Ładne i zapomniane imię - Kayla wyciągnęła dłoń.
  Róża ją uścisnęła krótko i odeszła w kierunku zaplecza.
- Podoba ci się? - zapytał Roman.
- Całkiem niezła. Amatorkę dziewczyn poderwać łatwo, trudniej zwykłą.  
  Romek uśmiechnął się subtelnie i odrzekł.
- Może więcej czasu znajdziesz w weekend. Marek jedzie do Niemiec na trzy dni.
- Twój chłopak?
- Praktycznie narzeczony, a ty masz kogoś?
- Miałam. Nie byłam wierna i mnie rzuciła.
  Szatyn posmutniał.
- Coś się stało? - delikatnie dotknęła jego dłoni.
- Wiesz... Tydzień temu miałem pogrzeb przyjaciela. Zabił się z rozpaczy, że jego kochanek go zostawił.
- Czy to nie ten co się zabił w Świętej Annie?
- Tak.
- O kurwa... Nie rozumiem. Przykro mi.
- Mnie też. Znałem go od czternastu lat. Od komunii.
  Kayla popatrzyła na niego dłużej.
- Fajny z ciebie gość. Jak chcesz to możemy się spotkać w piątek po pracy. U mnie.
  Spojrzała jeszcze raz.
- Podoba mi się.
- Róża?
- Też, ale myślę o sekretarce. Spróbuję ją zdobyć.
  Roman gwizdnął.
- Dopiero zostałaś przyjęta, chcesz szukać innej pracy?
  Zmarszczyła czoło i zapytała.
- Lubię ryzyko.
- Jak chcesz. Szef jest w porządku, jak mówiłem, ale nie sądzę aby mu się to podobało.
- Jak to złotowłose bóstwo ma na imię, Dorota?
- Renata. Ma narzeczonego. Daruj sobie. To dobra praca.
- Przemyślę. Lubisz pić?
- Nie specjalnie. Oczywiście nie jestem abstynentem.
- Ja lubię. Szczególnie, że mam ci opowiedzieć moją historię. Ale to jeszcze nic pewnego.
- Że mi powiesz?
- Nop, że się upiję. Ufam ci. Znam kilku gejów, ty jesteś nieco inny.
- To komplement, rozumiem. Dziękuję. Myślę, że jestem naturalny. Pogodzony z losem, wierny i ... może więcej wrażliwy niż inni.
- Coś takiego! - roześmiała się - Więcej wrażliwy! Zawsze słyszałam, że środowisko gejowwskie wyróżnia wrażliwość.
- Nadwrażliwość i przewrażliwienie. A ja mówię o zwykłej wrażliwości.
- Nie wiedziałam, że jesteś filozofem...
  Przerwała bo Róża przyniosła jedzenie.
- Już go lubię - pociągnęła nosem, Kayla - miałam na myśli szefa co zrobił te przepyszne spaghetti.
- Mówiłam, że to czarodziej. Będzie ci smakowało.
- Jestem pewna. Co robisz wieczorem?
  Kelnerka podparła prawą pięść zaraz nad biodrem.
- Mam spotkanie z moim chłopakiem, bardzo intymne - wycedziła.
- Rozumiem. Jakbyś chciała się kiedyś spotkać, to moja wizytówka - wyciągnęła dłoń z karteczką.
- Chcesz, żebym się pogniewała? - zapytała Róża, ale wzrok bazyliszka nieco złagodniał.
- Wiesz, że nie. Obiecuję, że pierwsze spotkanie nie będzie intymne. Nawet wcale.
- Jesteś pojebana, wiesz o tym?
- Tak, ale nie jestem taka zła. Aha, nie jestem wierna. Zacznę być jak spotkam tę wybraną osobę.
- To miłych poszukiwań. I przystopuj.
  Róża odeszła, a Roman nie mógł wyjść z podziwu.
- Jesteś niebezpieczna. Zaczynam ci wierzyć, że mówisz poważnie o Renacie.
  Kayla się uśmiechnęła.
- Zauważyłeś?
- Niby co?
- Wzięła wizytówkę.
- Faktycznie. Jednak... dlaczego jesteś taka?
- Dowiesz się w piątek, a teraz jedzmy.
  Roman zaczął od ryby. Zwrócił oczywiście uwagę, że Kayla zgarnęła kilka razy jego sałatkę. Chyba wyczuła jego myśli, bo powiedziała.
- Zostawię ci trochę makaronu i sosu, jest boski. Chyba złamię przyrzeczenie i pójdę ucałować szefa.
- Kayla!
- No dobra, nie pójdę. Poprawiam się.
- Jesteś szalona.
  Nagle jej śliczna buzia przybrała wyraz smutku, a dłonią wytarła łzę.
- Tylko to utrzymuje mnie przy życiu.
  Roman poczuł strach. Natomiast brunetka odczuła, że jeszcze nigdy tak się wcześniej nie zachowywała w stosunku do nikogo. Szatyn położył dłoń na jej i powiedział.
- Obiecaj, że nie zrobisz tego co Tomasz.
  Kayla spojrzała mu prosto w oczy. Nie, raczej odczuł jej wzrok głębiej, aż w środku swojej duszy.
- Nie mogę tego obiecać.
  
Roman odczuł coś nieokreślonego. Nadal miał w głębi duszy poczucie winy, że nie zdołał uratować swojego bliskiego przyjaciela. Z drugiej strony rozum mu podszeptywał, że nie mógł mu pomóc. Teraz jednak odczuł, że Kayla jest mu bliska, mimo że zna ją tak krótko. Nie mógł wiedzieć wcześniej, że jej szalone zachowanie jest przykrywką. A raczej wytworzeniem wirtualnego świata, który ma oddzielić ją od realności. Od czegoś co jest w jej wnętrzu, a sprawia, że jest na granicy lub nawet może w samym środku piekła. Przycisnął mocniej jej drobną dłoń.
- Musisz mi obiecać - szepnął.
  Ona zmrużyła swoje wielkie oczy i teraz już dwie wielkie łzy spadły z łoskotem na opróżniony talerz. Roman jakby chciał odciąć tę sytuacje i powiedział coś zupełnie innego niż chciał.
- Miałaś mi zostawić trochę jedzonka.
  Uśmiechnęła się przez łzy i natychmiast wytarła policzki zewnętrzną częścią dłoni.
- Naprawdę jesteś mało spostrzegawczy. Popatrz na swój talerz.
  Szatyn spojrzał. Kiedy to zrobiła?  
- Och, przepraszam. Nie zauważyłem, na pewno nie chcesz?
- Zjedz, albo sama cię nakarmię.  
  Poczuł rumieniec. Wiedział, że była do tego zdolna. Subtelnie nabrał widelcem makaron z sosem. Widział jej wzrok, bo śledziła jego widelec. Kiedy otworzył usta, ona zrobiła to samo.
- Grzeczny chłopiec.  
  Rzucił krótkie spojrzenie i pokiwał przecząco głową.  
- Kayla, jesteś niesamowita.
  Uśmiechnęła się szeroko.
- Szkoda, że nie masz cipki, bo bym ci ją wylizała.
  Otworzył szeroko oczy.
- Wariatka, prawdziwa wariatka!
  Dziewczyna spojrzała na zegarek.
- Chorobcia, już ta godzina? Za dziesięć pierwsza.
  Wyjęła pieniądze.
- Ja chciałem zapłacić - powiedział.
- Innym razem, Romek.  
  Młody mężczyzna czuł czyjś wzrok. Odwrócił się dyskretnie. W drzwiach kuchni stała Róża i patrzyła na Kaylę.
- Zadzwoni, wierz mi. Zakazany owoc najlepiej smakuje.
- Rozwalisz im związek - odrzekł szybko.
- Nie panikuj. Skoro tak, to i tak nie zdałby testu. Poza tym kto wie co będzie. Może nic, a może jeśli nawet, to nikt się nie dowie. Ja mu nie powiem. Ty?
- Zwariowałaś!
- Nie, tylko się upewniam.  
  Zostawili solidny napiwek, zgarnęli ubrania i wyszli. Roman miał pewność, że brunetka odprowadziła ją wzrokiem do samych drzwi. Pomyślał o czymś i zapytał.
- A jak ona zareagowała?
  Czy zastanawiał się nad tym czy Kayla załapie?
- Wyzwała mnie od dziwek i kazała więcej nie dzwonić ani jej odwiedzać.
- Długo byłyście razem?
- Półtora roku, prawie dwa.  
- Warto było.
  Znowu dostrzegł ten sam grymas.
- Była tak bardzo podobna do niej, musiałam.
- Do kogo?
- Piątek.  
- Piątek jest jutro. A co jeżeli Róża zadzwoni?
- Dzisiejszy wieczór mam wolny, a jutro mam spotkanie.
- Z kim?
- Osioł, z tobą normalnie wrażliwy pedale.
  Roman poczuł kubeł zimnej wody. Dawno go tak nikt nie nazwał, oczywiście z pośród przyjaciół.
- Dlaczego mnie tak nazwałaś, to boli.
- Ból jest nieodłączny w tym życiu. Możesz nazwać mnie lezbą, ale na mnie to nie działa, bo nią jestem.
- Chcesz zrujnować początek przyjaźni?
  Rzuciła mu krótkie spojrzenie.
- Chyba mnie nie słuchasz, albo nic nie rozumiesz. Jak jesteś panienką z pensjonatu, to nie wytrzymasz mojej przyjaźni. Jak większość, zresztą.
- To jest nadal test?
- Nie, ja cię zaakceptowałam. Problem jest tylko tu.
  Dotknęła jego głowy swoimi długimi palcami.
- A nie tu? - dotknął serca.
- Nie. Obiecuję cię tak nigdy już nigdy więcej nie nazwać. Czy to wystarczy?
- Tak. Ja też ciebie zaakceptowałem. Tylko nie wiem jak to mi pójdzie. Miałem tylko Tomka.
- Dasz radę.
  Bardzo go korciło by zadać to pytanie, tym razem jednak zastanawiał się czy powinien je zadać.
- A ty miałaś kogoś takiego?
  Wiedział, że Kayla zrozumie pytanie. Po chwili poczuł, że podobnie jak w barze tak i teraz uścisnęła mu dłoń.
- Tak, miałam.  
- Odeszła?
- Tak.  
  Doszli do budynku ich biura.
- Dziękuję za wszystko, Romek.
- Nie ma za co.
  Dostrzegł, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki z twarzy dziewczyny zniknęły wszystkie emocje i troski. Weszła pewnie do środka. Posłała Renacie uśmiech, a ta zarumieniła się nieco.
Cholera, jak ona to robi, pomyślał.  
  Do końca dnia pracy tylko chwilami wracał do rozmowy, którą prowadzili w czasie lunchu. Pół godziny przed końcem do jego pokoju weszła Kayla. Przyniosła jakieś papiery.
- Stary mówi, że to na wczoraj.  
  Romek pomyślał, że w dobie komputerów wciąż są papiery. Zaczął przeglądać. Wiedział po chwil, że będzie musiał zostać co najmniej do ósmej. Nie przestając przeglądać, wziął komórkę do ręki i napisał krótkiego sms-a do Marka, że wróci później. Doszedł do ostatniej kartki. Od razu zobaczył jej wizytówkę. Coś mu mówiło, żeby odwrócić. Tak jakby miał pewność co tam zobaczy. I wcale się nie mylił. Ciemnoróżowy odcisk warg.
- Dziwna ta Kayla - powiedział do siebie.  
  Patrzył chwilkę na wizytówkę i po chwili schował ją do wewnętrznej kieszeni marynarki.
- Jeżeli zrobisz mi awanturę, to oblałeś test, kochanie - szepnął do siebie.
  Wiedział, że w tej kieszeni jest zdjęcie Marka.

Trafił do domu kwadrans przed dziewiątą. Marek otworzył drzwi. Pocałował go krótko w usta.
- Wykorzystują cię, to już drugi raz w tym miesiącu.
- Nie jest tak źle. Dostałem dodatkowe pieniądze. Mówiłem ci, że pan Wacław jest w porządku.
- Zrobiłem kolację.
- Kochany jesteś - rzekł wzruszony, szczególnie na widok dwóch kieliszków czerwonego wina.
- Wiesz, wyjeżdżam na trzy dni, ale nie tylko dlatego...
  Roman wyczuł ukryte pytanie. Podszedł do swojego chłopaka i wtulił się w jego ramiona.
- Jestem już ok. Chociaż na dnie serca zawsze pozostanie blizna.
- Szkoda go. Życie jest paskudne.  
- My je tworzymy. Cały ten świat. Widzę, że czekałeś z kolacją. Zjedzmy ją razem, a potem chcę być blisko ciebie. Też tego chcesz, prawda?
- Wiesz, że tak.
  Szatyn poczuł przyjemny prąd. W końcu dawno nie byli w tej szczególnej sytuacji.  

Kiedy skończyli, Marek pierwszy poszedł do łazienki. Co było przyjemniejsze? Pocałunki? Dotyk? Czy samo hardcore? A może westchnienia i szepty... Nigdy nie zastanawiał się czy w ich związku pełni rolę jej czy jego. Marek był jego pierwszym poważnym partnerem. Oczywiście nie pierwszym mężczyzną którego miał, albo który miał jego. Pierwszym był Bolesław. Nauczył go wszystkiego. Jak się przygotować by było miło i czysto. By można było czerpać rozkosz z tego co dała natura. Marek już to wiedział. Jako dwa lata starszy, pełnił rolę męską, ale nie zawsze. Ostatnimi miesiącami zamieniali się rolami. Czy go kochał? Może trochę. A Romek jego? Trudno orzec. Czuł, że czegoś brakuje, tylko nie wiedział czego. Oboje byli sobie wierni, zarówno w związkach uczuciowych i fizycznych. Marek ufał Romanowi i rozumiał, że Tomek był jego przyjacielem. Nigdy nie pytał czy było coś między nimi fizycznego. Odwiedził kilka razy rodziców Marka. Nie czuł akceptacji, ale również niechęci. Natomiast jego rodzice pochodzili z lubelskiej wsi i kiedy zrozumieli, że ich syn jest gejem, nie chcieli go znać. Ani ojciec, ani matka. Ani dwóch braci. W sercu Romka mieli swoje miejsce. Takie jak rodzina mieć powinna, ale wiedział, że nigdy ich świadomie nie zobaczy. Oni zawsze mogli to zrobić. Miał od dziesięciu lat ten sam numer komórki i ktoś z nich mógł zawsze zdzwonić lub napisać wiadomość. Jak do tej pory to się nie zdarzyło.  
  W końcu i Romek wziął prysznic. Dochodziła pierwsza w nocy. Czasem myli się razem, ale dzisiaj oboje czuli, że potrzebują przestrzeni. Szatyn wrócił i sądził, że jego kochanek będzie w objęciach snu. Wszedł cicho do sypialni i nie zapalał światła.
- Jeszcze nie śpię - usłyszał jego ściszony baryton.
- Och, sądziłem, że będziesz chrapał, kochanie.
- Myślałem o nas. Gdybyśmy żyli w normalnym kraju, moglibyśmy wziąźć ślub i nawet adoptować dzieci.
- Ale nie żyjemy. Rozmawialiśmy o tym wielokrotnie. Z drugiej strony, księża gwałcą dziewczynki i chłopców, a nic im za to nie jest.
- Nie wszyscy są tacy.
  Marek zapalił lampkę nocną.
- Bronisz ich? A może też jesteś przeciwny prawom, które powinniśmy mieć?  
- O co ci chodzi. Powiedziałem tylko, że nie wszyscy księża są pedofilami.
- Ach tak! Pan sprawiedliwy się odezwał. Ten sam klecha obmacuje dziewięcioletnią dziewczynkę, albo zmusza dziesięciolatka, żeby mu obciągał, ale grzmi z ambony, że będziemy się smażyć w piekle.
- Oni też będą, skoro już mówimy o Piśmie. Mieliśmy dobry czas. Dlaczego tego nie uszanujesz?
  Nastąpiła cisza.
- Przepraszam, kochanie.
  Romek przytulił się do szerokiego torsu Marka.
- Uważaj na siebie w czasie podróży i śpij już. Musisz wyjść o szóstej, będziesz niewyspany.
- Dam radę. Wybacz.
  Romek poczuł pocałunek na policzku. Po chwili usłyszał spokojny oddech partnera.
- Jesteśmy pedałami, czy chcesz to przyjąć czy nie - szepnął.  
  Pomyślał ułamek chwili o Kayli. Zasnął.

Obudził go dźwięk budzika. Marek musiał wstać i wyjść bardzo cicho. Roman przekręcił się na bok i jego twarz znalazła się na poduszce bruneta. Zaciągnął się aby lepiej poczuć zapach włosów kochanka. Wstał i poszedł do łazienki. Na lustrze dostrzegł serduszko namalowane mydłem.  
  Obaj z Markiem nie przesadzali w niczym. Nigdy nie robili tego co Oskar Wilde. Nie potrzebowali również żadnych dodatkowych akcesori. Wystarczało im własne ciało, o które zresztą dbali. Obydwaj mężczyźni mogli się podobać kobietom, Roman w swojej ocenie oceniał, że Marek jest bardziej od niego przystojny. W oczach bruneta, było na odwrót.  
Szatyn ogolił swój mocny zarost. O ile włosy na głowie miały, mocno brązowy kolor, to zarost na twarzy i reszcie ciała miał czarny. Właściwie mógł uchodzić w oczach innych za bruneta. Dopiero w porównaniu z wyglądem Marka uwidaczniała się różnica. Marek miał czarne włosy jak hindus. W zasadzie jego włosy miały granatowy odcień.  
Odrobina perfum Pi i gotowe. Ubrał się jak zawsze elegancko i wszedł do kuchni.  
- Kochany jest - powiedział cicho, na widok kanapek.  
  Czuł głód, dlatego postanowił zrobić dodatkowo jajecznicę. Nie pił rano kawy, a jeżeli to inkę, ale zdarzało się mu to rzadko. Przeważnie pił herbatę. Lubił hinduską lub z cejlonu, obecnie zwanego Sri Lanką. Po śniadaniu posprzątał i wrzucił wszystko do zmywarki. Pomyślał o Kamilu. Trochę był podobny do jego Marka, tylko nieco drobniejszy. Wiedział, że Danielowi podoba się jego chłopak.  
  Po pięciu minutach jechał już w kierunku centrum. Czasami brał autobus i metro, a w zimie, właściwie zawsze. Ale dzisiaj miał spotkać się z Kaylą i nie wiedział o której wróci. Nigdy jeszcze nie miał koleżanki. Już w ostatnich latach podstawówki koledzy i koleżanki domyślali się kogo preferuje. Co dziwne, kłopoty go omijały i nikt go nie prześladował. Trafił naprawdę wyjątkowo. W liceum było podobnie. Dlaczego? Nie gestykulował i nie starał się mówić jak dziewczyna. Właściwie na pierwszy i drugi rzut oka nie można było stwierdzić, że Roman jest gejem. Do drugiej klasy liceum jedynym jego przyjacielem był Tomasz Kraszewski. Odbierał go zawsze jako przyjaciela. Nie wyobrażał sobie, że mógłby go pocałować albo i coś więcej. Nigdy też nie widział Tomasza nago. Co dziwne, a może i nie, Tomasz był jedynym mężczyzną, do którego nie miał najmniejszego pociągu. Za to, kochał go. To wiedział. Kochał go jak przyjaciela i człowieka. Dziwne, prawda?
  Rozmawiali kiedyś o swoich przygodach. Roman zaczął pierwszy.  
Odbyło się to w sposób delikatny, a jego pierwszy kochanek miał naprawdę duże wyczucie. U Tomasza zaszło to w podobny sposób. Nie wszyscy zastanawiają się jak ten pierwszy raz może wpłynąć na przyszłość. O ile ludzie są młodzi i niedoświadczeni, nie ma wielkich zagrożeń. Inaczej kiedy jeden z partnerów jest starszy. To jest reguła nawet i w związkach hetero. Pierwszy kontakt fizyczny i Tomasza przebiegł delikatnie i z wyczuciem, jakkolwiek miał charakter czysto seksualny. Stało się to szybko i szybko się skończyło. Wówczas brunet nie czuł się zdradzony czy w jakikolwiek sposób oszukany. Jednak przez długi długi czas pozostawał sam. Jak odkrył to Roman, Tomasz miał większe potrzeby uczuciowe niż fizyczne. Poznał Daniela w wieku dwudziestu lat i wszystko się zmieniło. Wyglądali na idealną parę i Tomasz zdawał się być szczęśliwy. Opowiadał szatynowi o swoich sukcesach w sypialni i gdziekolwiek indziej ze swoim blond kochankiem. Roman nie za bardzo chciał słuchać, ale też nie zabraniał, by przyjaciel się tym dzielił. Rok temu szatyn zauważył, że coś się zmienia. Tomasz pozostał ślepy i nic nie widział, że Daniel nie ma do niego takiego uczucia jak on do niego. Jak to zwykle bywa, kiedy w końcu rozumiał, zaczął dawać więcej. Pragnął więcej. Spowodowało to odwrotną reakcję u Daniela, jednak nadal byli parą. Aż któregoś dnia pojawił się Kamil. Przyjechał z Gdyni. Nie narzucał się i kiedy dowiedział, że Daniel jest w związku, chciał trzymać się z daleka od blondyna. Jednak i on zaczął w końcu coś czuć do Daniela. Teraz upadek relacji Tomasza i Daniela pozostał tylko kwestią czasu. Roman wiedział i czuł. Próbował wszystkiego, ale wszystko zawiodło. Mimo to zaskoczyło go samobójstwo przyjaciela i bardzo to przeżył.  

Wszedł do biura i przywitał Renatę. Zawsze przychodziła pierwsza, a może miała inne godziny pracy.
- Cześć, Roman. Miałeś dobrą noc. Chyba zostałeś wczoraj długo, co?  
- Skończyłem po ósmej. Mój partner pojechał do Niemiec.  
- Rozumiem. Słuchaj...
  Roman poczuł mrowienie na plecach.
- Tak?
- Widziałam, że poszedłeś na lunch z Kaylą. Stary ją przyjął z otwartymi ramionami. Jest fenomenalna i ma kupę znajomości.
- O tak? Nie wiedziałem.
  Renata prześwietlała go oczami.
- Chciałam zapytać... cholera. Pójdziesz ze mną na lunch? Chyba, że idziesz znowu z Kaylą...
  Wypalił, może nie potrzebnie. Czasami był zbyt szczery.
- Chcesz mnie wypytać o nią.
  Stwierdził, a nie zapytał, to był błąd w dyplomacji.
  Zarumieniła się.
- Nie żeby wypytać, chodzi o to, że...
  Nie skończyła, bo w drzwiach pojawił się szef.
- Witam. Dobra robota, panie Romanie. Jestem wdzięczny.  
- Trzeba to trzeba, szefie.
   Szef uśmiechnął się do niego i sekretarki i zniknął za oszklonymi drzwiami swojego gabinetu.
- To jak?
- Nie odmawia się kobiecie, szczególnie pięknej. Idziemy razem na obiad.
  Renata zrobiła oczy.
- Dziwnie to brzmi w twoich ustach, Romek.
- Dobra, spotkamy się na dole pięć po dwunastej. Muszę lecieć. A czy dziwnie to brzmi? Dostrzegam piękno. Kwiatów, zwierząt i ludzi. To wszystko.
  Kayla zajrzała do niego dwa razy. Raz o dziesiątej dziesięć, a drugi raz pięć po jedenastej. Wiedział to dokładnie, bo zerknął w obu wypadkach na komputer. Dopiero za drugim razem, kiedy weszła z papierami, oznajmił to jej.
- Idę na lunch z Renatą.
- Tak, przewidziałam to. Nie mów jej za wiele. Ale też nie kłam - uśmiechnęła się.
- Nie kłamię.
- Wszyscy kłamią, tylko ten w górze podobno nie.
- Nic o tym nie wiem.
- Spotykamy się o szóstej, adres masz. Nie musisz nic kupować. Dlatego o szóstej, bo ja coś przygotuję do jedzenia, a głównie sama muszę się przygotować... psychicznie.
- Jasne. Kwiatów nie kupię. Daje je czasem Markowi.
- Rozumiem. Ale chcę ci tylko powiedzieć, że lesbijka jest kobietą, a kobiety lubią kwiaty. Możesz zrobić wyjątek.
  Uśmiechnęła się i powiedziała.
- A jak trafisz w mój gust, dam ci buziaka.
- Skąd wiesz, że będę chciał?
- Chyba nie myślałeś, że cię pocałuję, jak całuję moje kochanki.
- Kayla, przestań. To byłoby dla nie tak obrzydliwe jak dla hetero faceta, pocałować drugiego.
- Żyjesz w schematach. Jesteśmy przyjaciółmi. Nigdy nie całowałam się z facetem. Ale nie ustawiam się, że odczułabym to tak lub inaczej. Więc przestać pierdolić, mój drogi. Idę sobie.  
  Zanim zdołał otworzyć usta, wyszła. Wiedział, że się nie pogniewała. Prawdę mówiąc zadziwiała go coraz bardziej. Jednak po chwili zaczął myśleć o czymś bardziej trudnym. Jak poprowadzić rozmowę z Renatą.
  Roman nie był idiotą. Piękna blondynka musiała wyczuć bluesa. Na jej biurku stało zdjęcie narzeczonego. Bardzo atrakcyjnego szatyna. Widział go kilka razy. Facet miał pieniądze, ale z pewnością Renata na to nie poleciała. Coś zatem nie było w porządku. Kayla igrała z ogniem. Albo miała gdzieś innych, albo... Tak, to nie wróżyło niczego dobrego. Roman znalazł się nagle między młotem, a kowadłem. Czy będzie miał możliwość zasugerować coś Renacie? I w końcu czy należy winić tylko Kaylę? Roman miał problem. Niestety nie miał kogo zapytać o poradę. Mógł oczywiście wykręcić się sianem i wcale nie iść z sekretarką, ale tego nie mógł zrobić. Musiałby być zupełnie kimś innym niż był, żeby tak postąpić.  
  W miarę upływu czasu, kiedy pora lunchu się zbliżała, czuł coraz większe zdenerwowanie. Większe niż wówczs, kiedy zdjął majtki, chwilę przed swoim pierwszym razem.  
I to nie było budujące. Próbował się uspokoić, ale nie mógł. To był cały Roman. Skrupulatny, dokładny i obowiązkowy, a przede wszystkim szanujący innych. Gdy się czegoś podjął, pragnął to wykonać w sposób doskonały. Nie chciał zawieść zaufania ani Renaty ani tym bardziej, Kayli.
  Za pięć dwunasta chciał rozmówić się z brunetką. Jego uczciwa natura mówiła mu, że Kayla, powinna udać głupa i zaprzestać jakichkolwiek poczynań wobec Renaty. Ale inna część jego osobowości szeptała, że dziewczyna tego nie zrobi.  
  Zgasił komputer i wyszedł z pokoju. Dostrzegł przez szybę sylwetkę szefa. Wacław Machulski rzadko wychodził na obiad. Czasem wcale go nie było w biurze, innym razem siedział do ósmej i cały czas rozmawiał przez telefon, albo przez komputer. Nie widział sekretarki, znaczyło to, że już czeka na dole. Mieli dwunastą jeden, a wszyscy już poszli? Może Renata spotkała na dole Kaylę i nie będzie musiał z nią jeść obiadu. Ale znowu coś mu szeptało, że w jakiś sposób brunetka zniknęła z radaru.  
- Cholera - zaklął cicho.
Wyszedł z biura i udał się w kierunku windy. Spotkał kilka osób z innych branż, znał ich z widzenia. Niestety na dole stała tylko Renata. Uśmiechnęła się na jego widok.
- Widziałaś Kaylę? - zapytał prosto z mostu.
- Tak. Wyszła w pół do dwunastej. Wacław ją posłał na jakieś spotkanie. W ogóle na mnie nie spojrzała, jakby mnie nie dostrzegła. Nie rozumiem... Gdzie zwykle chodzisz na obiad?
- Do N 31, a ty Renato?
- Różnie. Czasem kupię zapiekankę, innym razem do wietnamskiej. Od biedy do Maca. Dlaczego pytasz?
- Tak tylko, pójdźmy do Injachi.
  Roman nie chciał spotkać Kayli i dlatego zaproponował hinduską restaurację...
- Nigdy nie byłam, możemy tam iść. Nazwa brzmi japońsko.
- To hinduska knajpka.  
- Dobrze, pewnie mają ciekawe przyprawy.  
  Przez trzy minuty nic nie mówili. Szli dalej i w końcu weszli do środka.
- Pachnie ładnie i sporo ludzi, znaczy dobre żarcie.
- Tak. Kiedy bierzesz ślub? - chciał jak najszybciej pozbyć się stresu i postawić na uczciwość w związkach.
  Renata spojrzała na niego i jej mina nie wróżyła nic dobrego.
- Wiesz... ostatnio mieliśmy kilka potyczek. Johny mnie chyba ... zdradza.
- Co mówisz! Wciąż masz jego zdjęcie na biurku.
- Z tą zdradą to nic pewnego, chociaż ostatnio nabieram większych podejrzeń.
- Przepraszam, że tak zapytałem wprost.
- Jest w porządku. Na jego forsę każda by poleciała.
- Tylko, że ty nie jesteś każda.
- Roman!
- Czy coś powiedziałem nie tak?
- Nie sądziłam, że jesteś taki.
- A jaki miałem niby być. To, że preferuję mężczyzn nie oznacza, że nie umiem myśleć i wysnuwać wniosków.
Usiedli i po chwili pojawiła się kelnerka i przyniosła karty. Blondynka bardzo szybko zlustrowała menu.  
- Już wybrałam. Pamiętam jedno danie. Pyszny kurczak z sosem, ryż i sałatka.  
- Jesz mięso?
- Tak, a czemu? Ty nie?
- Głównie ryby. Ale dzisiaj zamówię jarskie.
- Dobry wybór.
- Co chciałabyś wiedzieć.
  Roman zapytał to i sądził, że Renata będzie długo układać pytania.
- Lubisz mężczyzn, ale gdybym tego nie wiedział, trudno mi by było to poznać. Geje przeważnie charakterystycznie gestykulują i mówią.
- Masz rozeznanie?
- Nie, to z własnej obserwacji i rozmów z innymi. Dlatego zapytam prosto. Czy Kayla jest lesbijką?
  Roman poprawił się na fotelu.
- Wiesz, rozmawiałem z nią wczoraj dopiero pierwszy raz...
- Roman, proszę!
- Tak. Lubi tylko dziewczyny.
- Sądzisz, że jej się podobam?
  Spojrzał jej w oczy. Miała duże i błękitne.
- Wiem, że zabrzmi to dziwnie w moich ustach, ale sądzę, że możesz się podobać wszystkim. Jesteś bardzo atrakcyjna.
- Tak, brzmi to dziwnie w twoich ustach. Nie dodałeś, że z wyjątkiem ciebie.
- Nie dodałem. Widzisz, to jest tak. Pociągają mnie mężczyźni, ale potrafię dostrzec piękno.
- Czyli uważasz, że jestem nie brzydka, ale cię nie pociągam. Czy tak?
- Nie jestem biseksualny, jestem gejem. Homoseksualistą, pedałem lub ciotą. Odpowiedź jest, nie. Nie pociągasz mnie - nieznacznie się uniósł, z pewnością niepotrzebnie.
- Rozumiem. Nie musiałeś wymieniać całej listy. Jesteś dla mnie atrakcyjny jak każdy mężczyzna. To, że preferujesz mężczyzn, niczego nie zmienia.
- Przepraszam, ale mieliśmy rozmawiać o Kayli.
- Już powiedziałeś mi wszystko co chciałam wiedzieć. A właściwie potwierdziłeś moje przypuszczenia. Jestem do zdobycia.
  Roman zakrztusił się wodą.
- Że co proszę?
- To co słyszałeś. I nie dlatego, że chce się odegrać na Johnie.
- On jest Jan, prawda.  
- Nop. Ojciec jest z Ameryki. Dali mu imię John.  
- Skoro jesteś szczera... Mogę zadać ci jedno pytanie?
- Oczywiście. Wiem o co chcesz zapytać. Odpowiedź brzmi, nie.
- Jestem aż tak przewidywalny?
- O co innego mogłeś zapytać niż o to, czy byłam kiedyś z dziewczyną?
- Istotnie, chyba jestem przewidywalny.
- A ty?
  Roman ponownie miał problem z prawidłowym przełknięciem wody.
- Co ja?
- Próbujesz grać na zwłokę. Wacław nie przyjmuje idiotów.  
- Nigdy nie byłem z dziewczyną. Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Sądzę, że czułbym niesmak i z pewnością nie byłbym zdolny...
- Roman, tylko zapytałam. Nie musisz się spowiadać.  
  Powinien się zastanowić. Pamiętać słowa brunetki. Miał nie mówić za dużo.
- Ona cię rzuci.
  Renata zaczęła się śmiać.
- Nie przyszło ci do głowy jedno? Że gdybym miała inne nastawienie to wcale bym się ciebie o nic nie pytała... To nawet nie jest chęć sprawdzenia jak to jest. Myślałam o tym już wcześniej. A właściwie od tamtego wieczoru. Opowiem ci, może ci się coś rozjaśni...  
Miałam może szesnaście lat. Od zawsze byłam ładna i wiedziałam o tym. Chłopcy chcieli się ze mną umawiać, pocałować mnie i więcej. Oczywiście wówczas jeszcze tego nie zrobiłam. Miałam oczywiście chłopaka, dosyć fajnego. Umysłowo i fizycznie. Zamierzałam mu się oddać, głównie dlatego, że nie naciskał. Mieliśmy prywatkę tylko we czworo, bo jego dobry kumpel przyszedł ze swoją dziewczyną. Bardzo ładną i zgrabną i dodatkowo nie głupią. Zabrakło procentów i chłopcy poszli coś kupić. Kiedy tylko zamknęły się za nimi drzwi Małgosia zmieniła się na twarzy. Powiedział, że jestem dla niej bardzo atrakcyjna i czy chciałabym spróbować tego z nią. Tak prosto z mostu. Zdziwiłam się, bo w życiu bym się nie spodziewała, że ona może to powiedzieć, a głównie tego chcieć. Powiedziałam jej, że za kogo mnie ma i co w ogóle sobie wyobraża. Więcej o tym nie rozmawiałyśmy. Ona to przyjęła i do końca spotkania zachowywała się bez zarzutu. Nawet jak się wstawiła. Zapomniałam prawie o tym, aż do wczoraj... A co do reszty, nie uważam, że zdradzę Johna. Co innego gdyby chodziło o mężczyznę.
- Dziwny rodzaj oceny, ale muszę to przyjąć.  
- Niosą obiad. Fajna ta knajpka. Muszę tu wrócić. Jesteś w porządku. Rozumiesz, że...
- Oczywiście, że nikt się nie dowie. Nawet mój facet.
- No widzisz! Wiedziałam, że jesteś mądry. Prawdopodobnie w ten weekend wszystko się wyjaśni z moim narzeczonym. Tak na dziewięćdziesiąt procent nie jest w porządku. Zastawiłam pułapkę. Jest bogaty i sprytny, ale nie tak jak ja.
  Roman zrozumiał w sekundę, że jego dotychczasowy obraz Renaty, legł w gruzach. Z pewnością to nie była grzeczną dziewczynką.  
Zaczęli jeść. Jedzenie było naprawdę pyszne.  
- Kurcze, ale dobre - zamruczała.
- Dobra kura?
- Roman jesteś rozbrajający. Mam powiedzieć: O kurwa jakie pyszne?
- Sorry. Poprawiam się na amen.
  Dotknęła jego dłoni i natychmiast posmutniała.
- Jestem egoistką. Przykro mi z powodu Tomasza. Naprawdę.
  Szatyn posmutniał również.
- Dziękuję. Trzeba żyć. Szkoda go. Najgorsze jest to, że to była niczyja wina.
- Nie zgadzam się z tobą. To była czyjaś wina. I wiesz czyja.
- Moja?
- Nie. Nas. Nas wszystkich. Twoja była najmniejsza.
  Roman popatrzył na nią jak jeszcze nigdy, na nikogo.
- Jesteś dobą osobą. Będzie szczęśliwy ten kto zdobędzie twoje serce.  
  Dziękuję. Zawsze myślałam, że jesteś taki. Dobry i sprawiedliwy. Tylko, że ty jesteś lepszy niż myślałam.  
Roman poczuł ciepło w sercu. Jeszcze nigdy nikt nie powiedział mu takiej miłej rzeczy.
  Rzuciła okiem na swój złoty zegarek, firmy Michael Koss.
- Musimy wracać - spojrzała na niego, a potem na jego talerz - Nic nie zjadłeś, dlaczego?
- Za dużo miałem stresu, może poproszę, żeby mi zapakowali.
  Zapłacili i Romek dostał pudełeczko z jedzeniem. Zanim jeszcze wyszli, pomyślał krótko o Marku. Umówili się, że nie będzie dzwonił. Brunet nakreślił mu już wcześniej, że czasami jeden telefon w czasie zawierania transakcji może wszystko zrujnować. Natomiast Roman oznajmił mu o swoim spotkaniu z Kaylą. Marek nieco się zdziwił, ale tylko do momentu jak dowiedział się kim ona jest.
                                                                          *
- Miałem raz przyjaciółkę, może bardziej nazwałbym ją koleżanką. Miałem wówczas szesnaście lat. - Jak miała na imię? - zapytał szatyn.
- Ania. Zupełnie przeciętna dziewczyna. To znaczy miała coś w sobie, jak każdy. Po jakimś miesiącu powiedziałem jej o sobie i wiesz co ona na to? Że wiedziała od początku.
  Rozmawiali o tym przy kolacji, poprzedniego wieczoru.
- Nigdy mi o tym nie mówiłeś - zainteresował się Romek - czy lubiła chłopaków?
- O tak - Marek zmienił się nieco na twarzy.
- Zdaję mi się, że lubiła mnie. Chociaż wiedziała od początku kim jestem. Jak na to wpadła, nie mam pojęcia. Okazała się bardzo uczciwa, bo nigdy nikomu nic nie powiedziała.
- Ale zrobiłeś taką minę...
  Marek popatrzył na szatyna.
- To był jedyny raz kiedy całowałem się z dziewczyną. To było tak okropne, do tej pory pamiętam. Brry!
- Och! Aż tak strasznie było?
- Właściwie do tej pory nie rozumiem, bo ona była zadowolona, a moje odczucie, przyjęła zupełnie naturalnie. Przeprosiła mnie, bo to wyszło od niej.
- Niczego to nie popsuło miedzy wami?
- Nie, tylko oboje wiedzieliśmy, że to się nie może powtórzyć.
                                                                         *  

Dochodzili do budynku.  
- Fajne było z tobą spędzić czas. Any time, soon - uśmiechnęła się
  Roman odwzajemnił uśmiech.
- Gdybyśmy się już dzisiaj nie widzieli, to życzę przyjemnego weekendu.  
- Chciałeś powiedzieć, przyjemnych łowów, chociaż kto będzie myśliwym tego nie wiem. Raczej ja - uśmiechnęła się.
  Młody mężczyzna wzdrygnął się w środku. Renata wyglądała tak niewinnie. Jak to pozory mylą, pomyślał. Posłała mu jeszcze jeden uśmiech, a przy tym spojrzała tak jak gdyby wiedziała co pomyślał.  
  Kiedy usiadł już w swoim fotelu, przed komputerem, przypomniał sobie popularne określenie, że mężczyźni są z całkiem innej planety niż kobiety. Chociaż, z której pochodził on?
  Zabrał się za pracę. Miał wykonać jeszcze dwa ważne telefony i potrzebował mieć ku temu wolną głowę, a jak na złość uparcie zastanawiał się gdzie teraz jest Kayla. W końcu nie wytrzymał, wyszedł ze swojego pokoiku i udał się do jej.  
Nie stanowiło to żadnego problemu, ponieważ rutynowo członkowie zespołu odwiedzali się, kiedy zachodziła potrzeba. Zapukał.
- Proszę - usłyszał głos brunetki.  
  Otworzył drzwi. Kruczowłosa nimfa siedziała na skórzanym fotelu, a swoje stopy trzymała na biurku. Roman ogarnął wzrokiem pomieszczenie.  
- Łał! To chyba nawet Wacław tak nie ma. Twoja poprzedniczka miała pokoik jak ja.
- Nie przesadzaj. Jak rozmowa?
  Trochę mnie zaszokował wygląd twojego miejsca pracy. Kayla, nie rób mi tak więcej! Miałem cholernego stracha
- Większego niż przed pierwszym razem?
  Młody mężczyzna znowu nie mógł uwierzyć. Przecież sam o tym samym pomyślał poprzednio.
- Jesteś wróżką, czy co? Dokładnie takie porównanie przyszło mi do głowy zaraz przed rozmową z Renatą.
- Och! Mój biedny mały chłopczyk. Pewnie wszystko poszło gładko. I po co się było stresować...
- Nie jesteś ciekawa?
- Pewnie, wal śmiało.
  Przypomniał sobie co powiedział Renacie.
- Niechcący się wygadałem, powiedziałem jej, że nie jesteś wierna.
  Patrzył na nią oczekując nagany, ale niczego takiego nie zobaczył na jej twarzy.
- Czyli sprawy poszły aż tak daleko, ciekawe? Co powiedziała?
  Roman wiedział już, że Kayla jest bardzo konkretna i pierdoły ją nie interesują.
- Powiedziała, że jest do zdobycia i nie dlatego, że chce się odegrać na Johnie. To jest jej narzeczony. Pewnie już nie długo, zresztą.
- No widzisz, a myślałeś, że stracę pracę. Zuch. I wiesz co? Skoro to wiem, to zmienię scenariusz, niech ona mnie zdobywa. Leć do siebie.
  Skierował się do drzwi.
- Nie zapomnij kwiatów - usłyszał na odchodne.
  Wyszedł. Jego mina wskazywała, że czuł się jakby dopiero się urodził. Nie w sensie witalności, lecz odnośnie wiedzy życiowej.  
- Och, zapomniałem jej powiedzieć, że złotowłosa jest niebezpieczna, ale czy Kayla nie jest? - mruknął do siebie.
  Usiadł za biurkiem i poczuł jakby wszystko puściło w jego środku.
Och jak dobrze, że jestem z Markiem. Wygląda na to, że największe problemy jakie my mamy, są mniejsze niż w związkach z kobietami, pomyślał. Pierwszy raz poczuł, że dobrze być gejem.
  Krótka rozmowa z brunetką dobrze wpłynęła na jego wnętrze i obie rozmowy związane z pracą, uznał za sukcesy.  
W ich interesie mieli z jednej strony nowe horyzonty, a z drugiej strony ogromną konkurencję. Liczyło się nie tylko profesjonalne rozpoznanie rynku, ale i osobiste kontakty. A może głównie to drugie.
  
Zbliżała się piąta. Rozprostował kości i zgasił komputer. Kiedy wychodził, zobaczył szefa.
- Jak zwykle ostatni - uśmiechnął się Wacław.
- To pewnie przypadek.
- Nie sądzę - ładny krawat - szef znowu się uśmiechnął.
- Staram się dobrze prezentować.
- Wszyscy się staramy. Miłego odpoczynku, Romanie.
   Wacław puścił go przodem i szatyn usłyszał jak jego szef klika przyciski alarmu. Kiedy stał już przy windzie, tamten zamykał drzwi kluczem.
Przytrzymał drzwi windy, ale Machulski powiedział.
- Zejdę po schodach. Trzeba trochę gimnastyki.
  Już w windzie, Roman pomyślał, że Wacław wygląda klasa. Mógł mieć góra dziesięć lat więcej niż on. Z pewnością chodził na siłownię, bo samo chodzenie po schodach nie sprawiłoby takiej sylwetki.
  
Roman miał jeszcze więcej niż godzinę. Zgodnie z tym co sprawdził, Kayla mieszkała na Dolnym Mokotowie, blisko Sadyby. Nie znał tej okolicy. Sam mieszkał na Ursynowie.  
- Kwiaty - mruknął.
Ciekawe jakie może lubić, myślał. Róże pewnie dla niej są zbyt proste. Kalie, a może chryzantemy? Teraz był duży wybór w końcu tydzień temu tłumy odwiedzały cmentarze.  
  Jest silna, myślał dalej. Storczyki. Tak z pewnością. Rosną w trudnych warunkach, a są takie piękne. Znalazł na mapie jej ulicę i kwiaciarnie w koło. Po trzydziestu minutach dojechał na ulicę Bernardyńską. Dostrzegł mały, w barokowym stylu kościół. Zaparkował przed kwiaciarnią. Zobaczył obok cukiernię.
- Dobry pomysł, zrobi obiad, więc powinienem przynieść deser - znów rzekł do siebie, co mu się raczej nie zdarzało.
  Wszedł do cukierenki. Wybrał kilka rodzajów ciastek. Po wyjściu, położył pudełko na siedzeniu z tyłu auta i wszedł do kwiaciarni.  
- Co dla pana? - zapytała kobieta w średnim wieku.
- Szukam orchidei.
- Co takiego?
- Storczyków.
- Aha. Mamy dwa rodzaje.
- Ma pani w doniczce czy tylko cięte?
- Oczywiście, że w doniczce. Jak będzie pan dbał, to będą stać latami.
- To nie dla mnie. Poproszę te różowe. Są takie śliczne.
  Kobieta wzięła doniczkę i zaczęła pakować. Jego wzrok padł na kwiaty za szkłem. Dostrzegł je, a przecież były takie niepozorne.
- Przepraszam, zmieniłem zdanie. Poproszę konwalie.
- Coś pan nie za bardzo zdecydowany. Kwiaty jak kwiaty, wszystkie dobre. Te maleństwa długo nie postoją, za to pachną ładnie. W maju popularne, bo są wtedy komunie.
- Tak, pamiętam - powiedział cicho.  
  Natychmiast wrócił obraz z przed piętnastu lat. On w krótkich, czarnych spodenkach, a obok podobnie ubrany Tomasz. Obydwaj mieli konwalie. Zapach kadzidła i organy. Nigdy chyba nie zapomni tego wspomnienia...  
  Zapłacił i wyszedł. Wciąż było za wcześnie. Nie chciał kupować alkoholu.  
Zatrzymał samochód blisko, ale nie zupełnie przed jej domem. Starał się zebrać myśli.    
Ciekawa z niej osoba. Coś skrywa. Szalona, odważna. Piękna i robiąca wrażenie, że jest całkowicie wyzwolona.
Uśmiechnął się do siebie. Nie pasowała do typowego obrazu lesbijki o jakim wiedział, częściowo a obserwacji i trochę z opowiadań. Przeważnie były wystrzyżone, z pofarbowanymi włosami i kolczykami w ustach lub nosie. Czasem grube i brzydkie. Oczywiście to nie była reguła. W końcu tak jak we wszystkich grupach, zdarzały się szczupłe i zgrabne. Widać, że też musiały być dziewczyny z klasą, jak Kayla. Natomiast oni. Różnie. W większości zadbani, dobrze ubrani. Słodkie perfumy i buty. Dobrej klasy, oczywiście na miarę portfela.  
  Nigdy nie zastanawiał się dlaczego ktoś preferuję tę samą płeć, a większość przeciwną. Napisano na ten temat wiele prac, ale pełnej i prawdziwej odpowiedzi nikt nie znał.  
  Roman sprawdził czas. Wskazówka jego zegarka pokazywała dwadzieścia po szóstej, kiedy zapukał do drzwi starej willi z małym ogrodem, w tej chwili nieco smutnym, z powodu pory roku.
- Właź. Zawsze się spóźniasz?
  Jej wzrok padł na kwiaty.
- Wiesz co, zaskoczyłeś mnie!
  Powiedziała to tak, że nie odczuł czy pozytywnie czy negatywnie.
- Chciałem kupić storczyki. Byłbym bliżej? - zaczął nieśmiało bronić swojego wyboru.
  Nadal stał w przedpokoju i trzymał w dłoni pudełko z ciastkami. Ona spojrzała na niego i wzięła pudełko i skierowała się do kuchni.
- Uwielbiam róże...
- Sądziłem, że są zbyt typowe, trudno...
  Wróciła do niego i pomogła mu zdjąć wełnianą jesionkę.
- Cicho bądź, nie przerywaj.
  Popatrzyła na niego jakoś inaczej.
- Uwielbiam róże, lilie i oczywiście kocham orchidee, ale najbardziej... Najbardziej kocham konwalie. Jak wiedziałeś? Jak!
- Nie wiem. Wybrałem już różowe storczyki i dostrzegłem ten bukiet.
  Zobaczył, że ociera dyskretnie łzę.
- Pachnie cudnie - szybko zmienił temat - Marek też świetnie gotuje - dodał, aby nie miała wątpliwości o jakim zapachu mówi.
- To nie są zawody o palmę pierwszeństwa, mam nadzieję, że będzie ci smakować. Spaghetti. Zupa jarzynowa i kilka sałatek.
- Wszystko to zrobiłaś dzisiaj, po pracy? - zdziwił się niezmiernie.
- No nie, cudotwórcą nie jestem. Dzisiaj wszystko skończyłam, tak to ujmę. Sałatki z jarzyn i świeżych owoców zrobiłam dzisiaj, to zrozumiałe. Poczekaj, przebiorę się. Chcesz coś posłuchać? Klasyka, jazz, metal?
- Lubię fortepian. Chopin. Czasem słucham Liszta.  
- Mam, poszukaj wśród dysków. Jestem trochę staromodna.  
  Roman usiadł na kanapie.  
  Mieszkanko miało swoje lata, ale było z pewnością po remoncie. Dostrzegł kwiaty na parapetach. Dopiero teraz zobaczył kota. Siedział pod biurkiem i bacznie go obserwował. Kot był cały czarny i nawet oczy takie się zdawały, ale oczywiście miały brązowy kolor. Wstał i podszedł do regału.
  Miała porządek, a nawet dyski posegregowała gatunkami. Dostrzegł też kilka płyt, ale nigdzie nie widział adapteru. Znalazł kilka koncertów Chopina w dobrym wykonaniu.  Wsunął dysk do właściwego wejścia. Chwilę zastanawiał się jak uruchomić wieżę i w końcu doszedł. Miała dobry sprzęt i super głośniki. Usiadł na powrót na kanapie i przymknął oczy i zaczął słuchać. Relaksował się może pięć minut, bo tyle zajęło Kayli by się przebrać.  
  Do tej pory widział ją zawsze w spodniach, poza pierwszym razem. Teraz miała ładną, żółto-złotą kreację, lekko za kolana.
- I jak?
- Wyglądasz dobrze.
- Miło, że ci się podoba. Zapraszam do stołu.
- Pomogę wszystko przynieść.
- Spoko, dam radę sama, poza tym jesteś gościem, ale jak chcesz pomóc, to dobrze.
  Po kilku minutach mieli wszystko na stole.
- Później będzie wino. Lubisz?
- Nie za bardzo. Ale kieliszek wypiję.
- Cenię, że jesteś szczery.  
  Jedli w ciszy, bo kiedy zasiadali do stołu, Roman zgasił muzykę. Obiad smakował wyśmienicie, prawdę mówiąc, dawno nie jadł niczego tak dobrego. Pomógł jej zanieść talerze, sztućce i salaterki do zmywarki. Kiedy wracali, Kayla zabrała ze stołu w kuchni dwie butelki wina. Roman zrobił wielkie oczy, ale nic nie powiedział. Usiedli na kanapie.
- Nie byłeś w restauracji tej co byliśmy wczoraj? Nie widziałam cię. - powiedziała.
  Dopiero sobie przypomniał.
- Byliśmy z Renatą w hinduskiej i na śmierć zapomniałem o jedzeniu. Ale to nic, w poniedziałek zjem. Zostawiłem w lodówce w biurze.
- Nie zjadłeś?
- W sumie miałem duży stres związany z rozmową, a częściowo chciałem zrobić miejsce na te pyszności. Szczerze mówiąc, super ci wyszło.  
- Chcesz powiedzieć, że przebiłam Marka?
- Trudno powiedzieć. Było świetne. Masz zdolności kulinarne.
- I nie tylko - uśmiechnęła się subtelnie.
  Szatyn rozejrzał się po salonie.
- Szukasz czegoś?
- Widziałem kota.
- To Nokturn, pewnie śpi na fortepianie.
- Serio? Tak się nazywa? Na fortepianie, gdzie jest, nie widzę?
- W drugim pokoju. Tam gram. Nie zauważyłeś, że mam długie palce? Przydają się i tu i tam.
   Pominął jej uwagę, chociaż oczywiście załapał.  
- Musisz zatem lubić Chopina - rzekł tylko.
- Również.  
  Nastąpiła chwila ciszy.
- To opowiesz?
- Jeszcze nie zaczęłam pić, ty możesz powiedzieć najpierw coś o sobie.
- Ja? Miałem usłyszeć tajemnicę dotyczącą ciebie.
- Usłyszysz. O buziaku też nie zapomniałam. Zgaduję, że nie miałeś żadnej koleżanki.
- To prawda. Raczej byłem odludkiem, natomiast wczoraj wieczorem, Marek mi powiedział...
  Zaczął i dopiero pomyślał, że może nie powinien o tym mówić.
- Jeśli to tajemnica, nie mów.
- Nie myślę, że to aż tak ważne. Powiedziałem mu o tym, że mamy się zobaczyć i z tego to wyszło. Opowiedział mi, że kiedy miał szesnaście lat, czyli jakieś jedenaście lat temu, miał koleżankę, której się podobał, mimo że wiedziała o nim...
- I?
- Pocałowała go...
- O! I jak to odebrał?
- Okropnie! A jej ponoć się podobało.
- Bywa.  
- A ty?
- Roman, proszę żebyś ty zaczął. Wyglądam na wyzwoloną i bez stresu, ale wierz mi, że będzie mi trudno mówić o tym. Będziesz pierwszym, któremu powiem. I jeżeli możesz, zachowaj dla siebie.
- Nie mamy z Markiem sekretów.
- W takim razie nie mogę...
- Dobrze, zachowam dla siebie.
  Spojrzała na niego krótko.
- Dziękuję.
  Odwróciła się i pocałowała go w policzek.
- Zgodnie z umową.
- Jednostronną.
- Chyba nie było obrzydliwe.
- Nie powiedziałem tego.
  Czuł, że patrzy.
- Co?
- Ja również nigdy nie całowałam mężczyzny.
- Co masz na myśli?
- Jak mi powiedziałeś o doświadczeniu Marka, coś pomyślałam, ale w prawdzie i już wcześniej chodziło mi to pod czupryną.
- Rozumiem, aczkolwiek raczej nie chciałbym.
- Widzisz, teraz jesteś sobą, mądrym chłopcem. Nie starasz się gadać pierdoł, tylko rozumiesz wszystko w mig. Jesteśmy zbyt dojrzali na próby. Jednak nie sądzę, bym miała ochotę zrobić to z kimkolwiek innym, z męskiej rasy.
  Oczywiście Roman zrozumiał. Postanowił więcej nie udawać podczas rozmów z Kaylą.
- Czy dlatego, że jestem gejem?
- Nie. Dlatego, że jesteś.  
- Jestem? Kim jestem?
- Sobą. Ale jak nie rozumiesz, to moje tłumaczenie nie zmieni twojego poznania.
- Mogę chwilkę pomyśleć?
- Jasne.
  Zaczął znowu się czuć zdenerwowany. Podobnie jak w chwilę przed spotkaniem z Renatą, chociaż daleko mniej. Nie miał pewności czy Kayla rozumie o czym chciał myśleć. Nie o ewentualnym pocałunku. O tym, że Jest.
  Co miała na myśli? Prawdopodobnie żadnych kryteriów. Wobec tego musiał jej pasować, jako człowiek. Całościowo? A to, że był gejem, było drugoplanowe lub trzecioplanowe. I od razu przyszła konkluzja. Jak on ją odbiera? Na ile ma to dla niego znaczenie, że ona lubi dziewczyny.  
W jednej chwili zrozumiał. Obok siedział człowiek, przyjaciel. Dusza. Bratnia dusza.
- Rozumiem. To jaki jestem, nie ma znaczenia. To, że jestem gejem, również. Zrozumiałem kim ty jesteś. Jesteś. To jest głębokie.
  Pokiwała głową.
- Pozwól mi spróbować, wolę teraz. Potem prawdopodobnie się wstawię i będziesz sądził, że dlatego.
- Rozumiesz, że czuję się jak hetero, którego gej prosi o pocałunek.
- To nie jest tak. Ja jestem kobietą. A ty mężczyzną.
- Nie wiem. Pewnie będzie obrzydliwe. Może i dla ciebie. Nie czujesz żadnego podniecenia, mniemam?
- Nie. Traktuję to czysto duchowo. I nie mam oczekiwań, ale...  
  Zrozumiał.
- Tak czy tak, nie powiem Markowi. Kayla, ty nie wiesz co robisz! Zawsze jesteś taka? Czuję się z tobą jakbym chodził po krawędzi wulkanu.
- Lubisz przesadzać. l uwielbiasz dramatyzować na darmo i robić problemy na zapas. Postaram się nauczyć cię abyś tego nie robił. Innym razem...
  Wzięła jego policzki w dłonie i spojrzała mu w oczy.
- Boisz się. Dlaczego?
- Obiad był dobry - uśmiechnął się.
- Coś wiem, czego ty nie wiesz. Nie zwymiotujesz.
  Nie czekała, bo faktycznie się bał i nie rozumiał dlaczego. Gdyby czekała, chociaż minutę dłużej, pewnie by odmówił.
  Poczuł jej usta. Trzymał swoje zamknięte, a ona nie naciskała. Czekała. Delikatnie je rozsunął. Jak na razie nic. Poczuł jej język na górnej wardze. Nic. Na dolnej. Nic. Podjął decyzję. Przypuszczał, a raczej nawet się spodziewał, że może odczuć to co Marek jedenaście lat temu. W sumie, nie pytał go, czy wówczas dotknął języka Ani.  
  Wysunął i poczuł jej język... Zaczęło narastać. Z miejsca. Jak wyścig koni. Nie, raczej jak reakcja łańcuchowa! Oderwał pospiesznie usta.
- To był kurwa, bardzo zły pomysł. Chyba już pójdę.
- A więc jednak, nie myliłam się. A niektórzy nie wierzą w kobiecą intuicję!
- O co chodzi?
- Tak myślałam. Nie wiem co ty czułeś, ale ja zaczęłam wchodzić na wyższe poziomy. Z wielką prędkością. To się nawarstwiało, ale nie jestem tchórzem, jak ty. Miałeś prawo przerwać i zrobiłeś to. Chcesz to idź, ale wolałabym byś został - wypowiedziała to wszystko spokojnie i bez widocznej emocji.
Tym razem, podjął natychmiast decyzję.
- Zostanę. Racja, nie było obrzydliwie. Było rozkosznie. Niebezpiecznie rozkosznie.
- Witam w klubie. Nie mówię, że przepraszam. Nie mówię, zapomnij...
- Pedał i lezba mieli prawie razem orgazm, no ładnie! - jeszcze nie doszedł do siebie.
- Mówiłam ci, że dramatyzujesz. Jesteś przewrażliwiony, a właściwie trochę przeciągasz, nie jesteś naprawdę taki.
- Istotnie. Dobrze. Jesteś wyjątkowa. Nie sądzę, że kobiety są takie. Tak na ten przykład, Renata.
- Niebezpieczna. Nieprzewidywalna, prawda?
- Tak, ale nie będziemy obrabiać jej dupy.
- Ja mam zamiar, ale w realny sposób - uśmiechnęła się.
  Spojrzała na Romana.
Zdążył chyba już przywyknąć do jej odzywek, bo nie zareagował zupełnie na jej wypowiedź.
- Mów - powiedziała krótko.  
  Zobaczył, że otwiera wino i leje do swojej szklanki.
- Zagram ci kiedyś, ale nie dzisiaj. Dzisiejszy wieczór jest specjalny - powiedziała z delikatnym uśmiechem.
  Położyła łokcie na stole i podparła brodę na dłoniach
  Roman poczuł ulgę. Zrobiłby wielki błąd gdyby wyszedł. Kayla była niesamowita. Pewnie dla innych również, ale dla niego w specjalny sposób. I ucieszył się, że może taka jest tylko dla niego. W jednej chwili uwierzył w przyjaźń między kobietą i mężczyzną. O ile spełnione są ich warunki.
  
Wziął głęboki wdech i zaczął opowiadać... Od momentu jak daleko pamiętał. Wspomniał oczywiście Tomasza. Oględnie opisał pierwszy raz z Bolesławem. Czuł, że Kayla nie jest zainteresowana szczegółami, bo i po co miałaby być. Prawdopodobnie wiedziała co i jak robią to mężczyźni ze sobą. Mówił długo, może półtorej godziny. Dotarł do wczoraj i do dzisiaj.
  Patrzyła długo mu w oczy.
- Na lunchu byłam w N 31 i rozmawiałam krótko z Różą. Mamy się spotkać w niedzielę lub jutro, o ile zadzwoni. Nie mam pewności czy dotrzymam obietnicy.
- Jakiej obietnicy?
- Powiedziałam jej, co powinieneś pamiętać, że pierwsze spotkanie nie bedzie miało erotycznego charakteru.  
- Tak, teraz sobie przypominam. Nabrałaś na nią apetytu?
- No niezupełnie. To pewnie wyjdzie od niej. Nie rozumiesz pewnych mechanizmów.
- Czyli darujesz sobie Renatę, to po co było tyle zachodu?
- Kto powiedział, że sobie daruję? Ona mnie chce i Róża również. Potraktuję to fizycznie, ale jest drugie dno, o którym ci nie powiem.
- A to dlaczego?
- Bo nie jestem Bogiem. Przypuszczam. Jeżeli to się stanie, to bądź pewny, że się dowiesz. Tylko ty.  
  Gwizdnął.
- Czym zasłużyłem na takie łaski.
- Roman, przestań pierdolić. Lubię cię jak nie udajesz. Jak musisz, to rób to z innymi. Ze mną, bądź szczery. To znaczy mów co czujesz, bez względu na to co ja mogę pomyśleć o tobie. Comprende?
- Rozumiem. Jestem dla ciebie kimś wyjątkowym. Może to dla mnie zbyt szybko.
- Nie. Kiedy poczułeś, że Marek jest specjalny?
- Od razu.
- A widzisz!
- Ale ja go nie kocham. Przynajmniej do tej pory.
- Wiem.  
- Wiesz?
- Tak. A ponieważ zaczniesz znowu swoje pierdoły, to zacznę już lepiej opowiadać. Słuchaj i nie przerywaj.
- Despota.  
- What ever.
- Znasz angielski?
- Angielski, francuski, hiszpański, włoski i chiński. Znaczy mandaryn, tak trochę. Tamte perfekt.
- O! Zdolniacha jesteś.
- Gram na fortepianie, nieźle maluję i jak wiesz, dobrze gotuję. I dobrze strzelam.
- Masz broń, dobre sobie - nie bardzo wierzył...
  Wstała i podeszła do regału. Otworzyła szufladę i wyjęła pistolet.
- P-99 Walther. Mam jeszcze Glocka.
- Impressive.
- Grazie, Danke, Merci, Gracias, Xiexie. Thank you. Dziękuję.
- Mów - rzekł poważnie.
  Kiedy to powiedział twarz Kayli zmieniła się momentalnie. Dostrzegł ten sam grymas, który zobaczył wczoraj, w  N 31.
  Tak jak i ty, od razu wiedziałam, że jestem inna. Zanim zaczęłam dojrzewać. Odkryłam to w sobie kiedy skończyłam pięć lat. Mam teraz dwadzieścia sześć. Miałam dobrych rodziców i o sześć lat starszego brata. Ojciec nas nie wyróżniał. Mama chyba zawsze kochała bardziej mnie. Nieznacznie więcej. Kiedy dostałam pierwszego okresu już miałam pewność co ze mną jest. Tym niemniej, lubiłam bawić się z chłopcami, bardziej niż z dziewczynkami. Można powiedzieć, że jestem typem męskim. Dominuję, ale jestem również bardzo kobieca. Potrafię przyjąć. Czasem umiem być posłuszna, ale to zależy od drugiej strony, jaka jest. Nie jestem kapryśna. Wierz mi, dziewczyny są. Sądzę, że generalnie dotyczy to całej żeńskiej rasy, nie tylko tych typu L.
  Mimo inności radziłam sobie dobrze. Nikt nie wiedział. Nikt się nie domyślał. Miałam kolegów i jedną koleżankę, Kasię. Spokojną i wrażliwą. Miałyśmy czasem spanie. Sleep-over. I wierz mi, że potrafiłam się pohamować. Nie było to jak w twoim przypadku, że Tomasz był dla ciebie specjalnie inny. Uważałam Kasie za przyjaciółkę ale jednocześnie fantazjowałam o niej. Tak. Więc możesz sobie wyobrazić co czułam kiedy razem spałyśmy. Ona się do mnie tuliła, a czasem nawet całowała mnie w usta. Rozumiesz, bez języka, oczywiście. To było coś normalnego, uważam że mogło to zaistnieć między bardzo dobrymi koleżankami, a może przyjaciółkami. Miałyśmy jedenaście, a potem dwanaście lat. Wszystko się zmieniło jednego lipcowego dnia. Miałam wówczas niespełna trzynaście lat.
- Doszło do czegoś?
- Miałeś nie przerywać. Pamiętaj!
- Przepraszam.
- Nie musisz przepraszać, ale nie przerywaj. Potem możesz pytać. Potem możesz wszystko. Mieszkałyśmy nie tak daleko stąd. Trochę bliżej Wilanowa. Spakowana, z plecaczkiem, przyszłam do Kasi. Rodzice pojechali ze Staśkiem nad wodę, nad Zegrze. Mieli wrócić wieczorem. Planowałam spędzić cały dzień z Kasią. Aha, później coś dodam, bo żeby nie komplikować, pominęłam ważną kwestię. Bardzo istotną. Poprzedniego dnia Kasia pojechała z tatą do babci i popsuł im się tam samochód. Jej tata sądził, że naprawi rano i wrócą. Niestety nie zdołał. Nie zadzwonili do moich rodziców i nie powiadomili o zaistniałej sytuacji. Trochę się zmartwiłam i nie wiedziałam co zrobić. W zasadzie chciałam wrócić do domu, ale pozostawała mi wówczas perspektywa bycia samej aż do wieczora.            
  Lubiłam jej rodziców. Pan Tadeusz był fajny, a mama Kasi, cudowna. Powiedziałam, że chyba wrócę do domu. Zaproponowała, że mnie odprowadzi. Nie mieli drugiego samochodu, inaczej być może po nich pojechała, a dziadek przyjechał z babcią ich autem, kiedy samochód zostałby naprawiony, a dziadkowie mogliby wrócić swoim. W rezultacie zostałam. Szczerze mówiąc, ucieszyłam się, że Maja chciała żebym została. Nie wiedziałam, że tego dnia zmieni się moje życie. Zjadłam coś, a potem rozmawiałyśmy. Było pięknie i ciepło, więc się opalałyśy. Mogłam już coś wyczuć. I właściwie wyczułam, ale chciałam spróbować. Maja była piękną kobietą. Miała brązowe włosy i zielone oczy. Nienaganną figurę. Nie mogę powiedzieć, że mnie uwiodła, bo to ja zaczęłam. Opowiem ci naszą rozmowę, zaraz przed tym, bo dokładnie ją pamiętam. Jak do tego doszło.  
  Jak wspomniałam poprzednio, hamowałam się kiedy spałam z Kasią. Miałam dwanaście lat i w moich fantazjach były pocałunki, dotknięcie jej małych piersiątek lub ewentualnie cipki. To wszystko. Ale to zmieniło się na początku maja. Dostrzegłam, dosłownie pojedyncze spojrzenia Mai. I wówczas obiekt moich fantazji, się zmienił. Tak!
Rozmowa miała taki przebieg
- Jest miłe słońce, chciałam się poopalać - powiedziała Maja.
- Super, mam ciemną karnacje i lubię słońce - rzekłam.
- Przygotuję picie, bo trzeba pić, jak jest ciepło.
- Mam kostium i się przebiorę.
- Dobrze Kayla. Ja zrobię picie i też się przebiorę.
  Zrobiłam to szybko i wyszłam na dwór. Koc leżał na trawie. Przyszła w kostiumie. Miała śliczne ciało. Bóstwo. Oliwkowa cera, kaskady miedzianych, falistych włosów i wielkie zielone oczy. Założyła jasnozielony kostium. Patrzyłam na nią jak na boginię. Ona posłała mi znowu te spojrzenie.  
  Wyobraź sobie, że wyszło to ode mnie.
- Opalała się pani nago?
- Nigdy, czemu pytasz?
- Chciałabym.
- Chciałabyś sama?
- Chciałabym z panią.
- Dobrze, ale to będzie tajemnica.
- Pani tak czasem patrzy...
- I ty tak patrzysz, od początku maja, prawda?
- Prawda.
  Mieli ogród i wysoki żywopłot. W okolicy Wilanowa posesje oddalone były wówczas o kilkaset metrów. Zdjęła górę, a potem dół. Patrzyłam i czułam, że wszystko we mnie drga. Zdjęłam swój kostium. Leżałyśmy chwilkę. I znowu to wyszło ode mnie. Jestem pewna, że ona tego też chciała, ale nie zrobiła ruchu. Wyciągnęłam dłoń i dotknęłam jej szyi, a potem piersi. Sama odczuwałam gęsią skórkę na swoim ciele, mimo upału.  
- Nie - szepnęła.
  Poczułam skurcz. Wiedziałam przecież, że chce... Nie rozumiałam dlaczego powiedziała to słowo. Ale natychmiast mnie ucieszyła i uspokoiła.
- Nie tu. Ktoś zobaczy.  
  Założyła kostium i poszła do środka. Ja zabrałam swój i poszłam nago do mieszkania. Kiedy weszłam do domu, ona już pozbyła się kostiumu. Siedziała na wersalce, kolana miała blisko siebie, a dłonie oparte na nich.
- Jest pani taka piękna.
- Skoro to już mamy, mów na mnie Maja.
- Oczywiście jak będziemy same - rzekłam.
- Jesteś bardzo mądra na swój wiek. Tak, jak będziemy same, Kayla.
- Tak, chyba tak. Nie jestem głupia. To przez to, że musiałam cały czas ukrywać, co jest ze mną. Ale ty masz męża. Lubisz dziewczyny, dziewczynki?
  Patrzyła na mnie. Tak inaczej.
- To jest dziwne. Kobiety na mnie nie działają, młode dziewczynki również. Tylko ty. Co czułaś jak spałaś z moją Kasią?
  Wiedziałam, że mogę być z nią całkiem szczera.
- Walczyłam z sobą, żeby jej nie dotknąć, żeby się niczego nie domyśliła. Ale to trwało do maja. Wówczas moje fantazje zmieniły obiekt.
  Uśmiechnęła się krótko i o nic nie zapytała, musiała wiedzieć kogo mam na myśli.
- Wiesz z pewnością, że jeśli do czegoś dojdzie, a ktoś to odkryje, mogę iść do więzienia.
Poczułam się tak jakbym miała otrzymać super gwiazdkowy prezent, w środku lata. Nie miałam najmniejszych wątpliwości, że to się zaraz stanie.
- Ty mnie nie zmuszasz, to ja chcę. Nikt się nie dowie.
- Boję się, ale nie tego.
- Nie bój się Maja, mogę?
- Wszystko.
  Przymknęła oczy.  
A ja? Pojmiesz to? Chciałam wszystkiego.  
Podeszłam do niej. Zaczęłam ją całować. Usta, piersi, brzuch i jej intymność. Dotykałam. Robiłam to intuicyjnie. Słyszałam jej westchnienia, kilkanaście szczytów. Potem ona pieściła mnie. To było niezapomniane. Do tej pory nikt nigdy nie dał mi takiej rozkoszy. Może dlatego, że ją kochałam...i kocham.
Tego dnia całowała mnie wszędzie. I ja ją. Dotykałyśmy się. Powiedziała, że pragnie mnie od roku. Nie czułam się w żaden sposób uwiedziona czy wykorzystana.  
  Potem się to powtarzało...  
To trwało dwa lata. Musiałyśmy bardzo uważać i szukać okazji. Nie miałyśmy łatwo. Kasia chyba się coś domyślała. Wyobraź sobie taki związek. Trzynastoletnia dziewczynka z jednej strony i dobra matka i żona, z niezaspokojonym pragnieniem. Ale nie myśl, że to była żądza, nie. Kochała mnie... bardzo. I ja ją...
Nie tak zaraz, może na początku września, poszłam do spowiedzi. Rodzice naciskali, rozumiesz... Katolicy. Oczywiście wymyślałam coś na odczep się. Żeby było za co dać pokutę. Trafiłam na księdza Bogumiła. Ha! Bogumił. Dobre imię sobie przybrał!
  Kiedy skończyłam, powiedział przez kratkę.
- A co dziecko, nic nie mówisz mi o grzechu szatańskim! Robisz te rzeczy z kobietą!
  Zamarłam. Grom z jasnego nieba nie zrobiłby większego spustoszenia. Jak mógł to wiedzieć?!  Istniało tylko jedno wytłumaczenie. Maja wyznała mu na spowiedzi. Dorosła kobieta, a zrobiła kardynalny błąd. I powiedziała to właśnie Bogumiłowi. I wówczas, wierz mi, stałam się już zupełnie dorosła.
- A ksiądz co?! Tylko ktoś się dowie! Wiem, że ksiądz obmacuje dziewczynki. Znam imiona trzech. Dobrze, że ksiądz mnie nie próbował dotknąć. Zabiłabym.
- Precz szatanie. Więcej do mnie nie przychodź do spowiedzi.  
- Bardzo dobrze. Jesteś gorszy od nas. Ja kocham i ona kocha, a ty gwałcisz!

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii miłość, użył 14229 słów i 78662 znaków, zaktualizował 29 paź 2020.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto