Klątwy i uroki od zaraz - 24

Poniedziałek, 24 lipca
***Marta***

Sebastian powitał mnie w samych szarych dresach. Jego oddech był lekko przyspieszony, policzki zaczerwienione, a włosy i ciało spocone. Na bank przed chwilą seksili się z Gapą. Palił papierosa i patrzył na mnie szukając nie wiem czego. Z łazienki dobiegał dźwięk spływającej wody.

- Przeszkodziłam wam? - zapytałam nieco speszona.

- Nie, ale jakbyś wróciła minutę wcześniej, to bylibyśmy niepocieszeni - wyszczerzył się.

- Kamień z serca - uśmiechnęłam się i starłam wyimaginowany pot z czoła.

- Czego Mariusz był taki wkurzony? - spytał brat, gdy zdzierałam z siebie bluzę.

- Popchnęłam go na lampę i kopnęłam w jaja - wyjaśniłam obojętnie, bo zdążyłam już puścić to w niepamięć.

- O co poszło? - dopytywał brat.

- Skąd ty go wytrzasnąłeś? Nie mogłam się go pozbyć - burknęłam.

Siedziałam na podłodze i walczyłam ze sznurówką dzielnie jak Don Kichot z wiatrakiem. Poguźliłam wszystko jeszcze bardziej i w końcu Seba się zlitował, kucnął i zaczął mi to rozplątywać. Zrobił to zaskakująco szybko, ale gdy chciałam wstać położył mi rękę na ramieniu i mnie przytrzymał.

- O co wam poszło? - naciskał. - Nie kopnęłabyś go za darmo w jaja. Co ci chciał zrobić? - Seba patrzył mi z bliska w oczy.

Poczułam się jak dziecko pod karcącym spojrzeniem ojca.

- Nazwał Kotusia bachorem i nie chciał się ode mnie odpierdolić - powiedziałam zirytowana.

- Pogadam sobie z nim jutro - odpowiedział brat.  

Podniósł się sprężyście, podał mi rękę i pociągnął mnie do góry. Na jego pojawił się szeroki uśmiech.

- No to co za Hiszpana uwiodłaś? - zmienił temat.

- Polaka, tylko tam mieszka. Jest fajny, zabawny i ładny, ale co najmniej dziesięć lat starszy, braciszku. Nie dla mnie. Tylko śmieszkowaliśmy - wzruszyłam ramionami.

Przyszła Justyna owinięta w różowy ręcznik i dosłownie wywlekła z korytarza za rękę mojego brata i zaciągnęła go do sypialni. Oboje śmiali się beztrosko. Cieszyłam się ich szczęściem, ale patrzenie na nich przypominało mi co sama straciłam.

Wzięłam szybki prysznic i poszłam się położyć. Zwinęłam kołdrę w rulon i wtuliłam się w nią. Sprawdziłam telefon, ale nie było żadnych wiadomości.

Rafał, ty rybi chuju, zostawiłeś mnie, zdradziłeś i jeszcze bezczelnie do mnie milczysz. Jak ja mam kurwa żyć, skoro wciąż cię kocham i nie potrafię o tobie nie myśleć? Jak możesz tak pomiatać moim serduszkiem?  

Muszę zająć czymś myśli żeby nie zwariować. Na szybko klepię wiadomość do Ani.

Ja: Siema, dałnico <3 Co u ciebie?

Gołębica: Cześć, pało! Teoretycznie Piotruś robi mi właśnie masaż pleców, praktycznie maca mnie ciągle po dupie. Jak się trzymasz, oślico?

Ja: Jest okej. Wepchnęłam dziś jednego faceta na latarnię, później kopnęłam go w jaja. Nie będzie mnie stalkował żaden gnojek

Gołębica: Hurra! Yeeeeeaaaaach!!! No nareszcie zaczynasz żyć

Ja: Bajerował mnie też jeden typek. Chciał mi pokazać miasto, ale nie kumał nic historii, więc sam wymyślał wydarzenia   

Gołębica: Ładny? Zabawny? Wzięłaś jego numer?

Ja: Ładny, ale sporo starszy. Sam mi wcisnął swój nr. Chyba chce mnie zbajerować "na przyjaciela" i przelecieć   

Gołębica: Jak ładny, to sobie poruchaj Ci zabawni zwykle są dobrzy w te klocki

Ja: Za wcześnie, stara :(

Gołębica: Zapomnij wreszcie o tamtym połamanym chuju! Nie jest ciebie godzien. Nie psuj sobie przez niego życia. On dalej spotyka się ze zdzirą. Pobaw się trochę, Kicia

Ja: Skąd wiesz!?  

Gołębica: O zdzirze? Od mojego Seksmiszcza! Stara, uciekam! Paluszki Piotrusia zaatakowały mój plac zabaw

Ja: No to miłego

Włączyłam sobie cicho piosenkę. Zabrałam telefon i poszłam do kuchni. Ukradłam Sebie papierosa. Zapaliłam sobie przygryzając nieustannie wargę, żeby nie ryczeć na głos. Wydmuchałam nos w papierowy ręcznik. Wciągnęłam w płuca dym i zaczęłam szeptem śpiewać z Andrzejem*:

[…] I jeszcze wierzę w to, że zawsze jakaś jest
Okazja żeby móc powiedzieć to co najważniejsze, więc
Nie czekaj, nie
I pokaż, pokochaj

Teraz póki czas
Choć dni jeszcze przyjdą
Teraz nie waż się skazywać na niewinność
To właśnie teraz jest ten czas
Właśnie czas zakwitnąć
Zanim gdzieś w otchłani nasze cienie znikną…

Tej nocy, tak jak każdej poprzedniej, nie mogłam zasnąć. Wierciłam się we wszystkich możliwych kierunkach. W końcu nie wytrzymałam i poszłam po tabletki na sen. Na opakowaniu nie znalazłam przeciwwskazań dla kobiet w ciąży, więc zżarłam jedną i popiłam Cisowianką. Przez chwilę mnie korciło, żeby zeżreć wszystkie i porządnie pospać, ale serduszko mi wytknęło, że skrzywdzę Kotusia.

Poszłam na łóżko i po godzinie wiercenia się, w końcu Morfeusz porwał mnie w objęcia.

***  

Wtorek, 25 lipca
***Marta***

Rano Gapa obudziła mnie klapsiorem w goły poślad. Mogłam wsadzić dupę w spodenki, a nie spać w stringach. Jak się nie myśli, to tak bywa. Teraz miałam na dupsku odbitą łapę Gapy z rozcapierzonymi paluchami.

- Wstawaj, masz gościa - oznajmiła żywo.

- Dupa mnie boli! - burknęłam, masując swój pośladek. - Jakiego gościa? - oprzytomniałam.

- Sama chodź zobacz, leniuchu. Czeka na ciebie w kuchni - puściła mi oczko i wyszła.

Rafał! To mógł być tylko Rafał! Serce waliło mi jak głupie z ekscytacji i podniecenia. Wciągnęłam szybko na siebie bokserkę i krótkie spodenki. Związałam włosy w kucyk i pociapałam tuszem rzęsy. Malując je zauważyłam że drżą mi dłonie.

Rafał! Rafał! Rafał! Dzięki ci Panie Boże, bo już myślałam że dałeś za długi urlop mojemu Aniołowi Stróżowi! Cofam wszystko co powiedziałam, tylko pomóż mi go odzyskać!  

Postarałam się uspokoić ile się dało. Miałam ochotę wręcz tam pobiec, żeby go chociaż zobaczyć. Nie zamierzałam jednak tak po prostu dać mu satysfakcji i pokazać jak kurwa boli mnie to, co mi zrobił. Chociaż emocje mnie rozsadzały, postarałam się wyglądać na zaspaną i obojętną. Weszłam tam starając się wyglądać godnie i spokojnie.

Rozczarowanie było bolesne. Jak mogłam w ogóle myśleć że to Rafał? Niby jak wlazłby na schody? Musiałam walczyć ze sobą żeby nie jęknąć z zawodu. Zmusiłam się do przyjaznego uśmiechu.

- Cześć, Rafiki - powiedziałam.

- Cześć, Timon - wyszczerzył się.

- To ja pójdę, ten no, podlać kwiatki w sypialni - rzuciła Gapa, puściła mi oko i uciekła zostawiając mnie samą na placu boju.

- Nie wzięłaś wody – burknęłam pod nosem, a Rafiki szeroko się uśmiechnął. - Chcesz coś do picia? - zapytałam, bo nie bardzo wypadało na wstępie pytać "no i po jaki chuj tu przylazłeś!?"

- Nie, dzięki. Nie kłopocz się. Wpadłem tylko na chwilę, bo wczoraj mi to zostawiłaś w aucie i pomyślałem, że chciałabyś to odzyskać.

Podniósł do góry moją nerkę i zamerdał mi nią przed nosem. Wczoraj ją zdjęłam w samochodzie, bo mnie gniotła w brzuch. Telefon wyjęłam, żeby zapytać Seby czy jest w domu, a później odruchowo wetknęłam go do kieszeni. A nerka z portfelem została w schowku w drzwiach. Sięgnęłam po swoją własność, ale Rafiki cofnął szybko rękę i fant został w jego niecnych łapskach. Cholerny kradziej!

- Timek, nie tak szybko - wyszczerzył się. - Oddam ci to, jak się ze mną umówisz.

- Umówię na co? - podchwyciłam, patrząc na niego podejrzliwie.

- Na co chcesz. Kręgle, bilard, spacer, kolacja, kino, basen, opera, teatr, kawa, pizza albo na zupę gulaszową. Możemy też sobie pozwiedzać miasto, albo jechać gdzieś za miasto - rozgadał się.

- Albo mogę zepchnąć cię z krzesła, zabrać co moje i zabunkrować się w pokoju - zadumałam głośno.

- To niehumanitarne - burknął.

- Ale szybkie i skuteczne – pozwoliłam sobie zauważyć.

- Na pewno nie lepsze od darmowego żarcia w wykwintnym towarzystwie - kusił.

- Darmowe żarcie zawsze spoko - zgodziłam się z nim. - A jakie załatwisz to towarzystwo? - droczyłam się.

- Moje i tylko moje. Więc zwiedzamy dziś dalej miasto, a później kolacja? - wyszczerzył się.

- Więc zwiedzamy dziś miasto, a później zobaczymy, ale zjadłabym pierogów z mięsem - potwierdziłam.

- No dobrze, Timon. Przyjadę po ciebie o siódmej, pasuje? - zapytał.

- Może być - odpowiedziałam.

Nie miałam ochoty iść z nim, ale jeszcze bardziej nie miałam ochoty siedzieć sama w domu ze swoimi myślami. Seba wracał zwykle późno, a Gapa miała dziś drugą zmianę.

Mateusz oddał mi moją torebkę. Odprowadziłam go do drzwi.  

- Wyglądasz uroczo w dwóch innych skarpetkach - puścił mi oko i sobie poszedł nonszalanckim krokiem.

- A ty z brudną dupą! - rzuciłam za nim butnie.

Zatrzymał się i próbował cokolwiek dojrzeć na swoim dupsku. Nawet otrzepał spodnie.

- Już? - zapytał.

- Nie wiem, spodnie zasłaniają - wyjaśniłam.

- Timon, ty jesteś zła surykatka - bąknął wesoło i zniknął mi na schodach.

Zamknęłam drzwi z zacieszem na pół ryja i tłumionym chichotem. Zła surykatka, też coś. Idiota. Odwracając się wlazłam w Gapę, która nie wiem skąd przede mną wyrosła.

- Timon, to ten twój Hiszpan? - zapytała.

- Nie mów do mnie Timon. Tak Gapo, to jego wczoraj poznałam, ale nie jest mój - potwierdziłam.

- Patrzył na ciebie jakby chciał cię zjeść - stwierdziła, kiwając brwiami.

- Że niby kanibal? W sumie to możliwe, nie pytałam go o zamiłowania kulinarne - udałam, że nie wiem o co jej chodzi.

- Jest przystojny, na pewno przy kasie, a do tego doświadczony. Taka partia rzadko się trafia - nawijała.

- Coś sugerujesz? - zaczęłam się irytować.

- No pewnie. Podoba ci się, bo inaczej byś się z nim nie umówiła. Wygląda na świetny materiał na tatusia dla twojego bobaska - palnęła jak dzik w sosnę.

- Spoko, pójdę i mu się oświadczę - warknęłam i odruchowo pomacałam się po pierścionku zaręczynowym, który wciąż nosiłam.

- E tam, lepszego możesz nie znaleźć - ciągnęła.

- A kto twierdzi, że szukam? - burknęłam i poszłam do swojego pokoju.

Klapnęłam w fotelu i wybrałam jeden z moich ulubionych numerów telefonów. Trzy sygnały i dotarł do moich uszu nieco skrzekliwy, ale miły głos.

- Proszę?

- Dzień dobry, Pani Babciu - przywitałam się.

- Martusia! Już się martwiłam, że Kochanie zapomniałaś o mnie. Jak się czujesz?

- Jest nawet okej - skłamałam.

- Czyli do dupy. Zmądrzał w końcu ten twój absztyfikant i przemówił ludzkim głosem? - zapytała.

- Nie, to już skończone. Spotyka się z kimś innym - chciałam to powiedzieć obojętnie, ale z moich słów biła gorycz.

- Co też temu chłopcu do głowy przyszło. Upierać się przy takich głupotach i marnować młodość. Będziesz chyba musiała o nim dziecinko zapomnieć - powiedziała smutno.

- Nie wiem jak o nim zapomnieć, mam go w każdej pieprzonej myśli - westchnęłam.

- Prosisz o radę? - zatroszczyła się.

- A można coś na to poradzić? – burknęłam.

- Tak, kochanie. Musisz posprzątać życie, jak zagraconą szafę. Wyrzuć jego zdjęcia, jakby to był stary sweter. Usuń wiadomości, jakby to były ulubione, ale stare i dziurawe skarpety. Wyrzuć prezenty od niego, jakby to były suknie, które są piękne, ale nigdy ich nie zakładasz. Zmień sygnały przychodzących wiadomości, tak jak zmieniasz bieliznę na lepszą. Pora skompletować nową garderobę, moje dziecko. Tylko pamiętaj, Kochanie, nie wpuszczaj go więcej do szafy, bo to pierdolony mol i zje ci nowe szmatki - zakończyła wywód.

- Nie wiem, czy potrafię pozbyć się zdjęć - wyznałam.

- Inaczej o nim nie zapomnisz - zawyrokowała.

- Wolałabym nie musieć o nim zapominać - przyznałam z rezygnacją.

- Możesz na niego poczekać, Kochanie. Tylko czy na pewno chcesz zmarnować sobie życie na czekaniu na coś, co może nigdy już nie nadejść? To już nie jest ten sam chłopiec. Zmienił się, Kochanie. Cokolwiek zrobisz, już nigdy nic nie będzie takie samo. Oboje poszliście na przód - tłumaczyła łagodnie.

- Życie jest niesprawiedliwe - zauważyłam.

- Życie jest piękne, Złotko. Tylko trzeba umieć dostrzec to piękno. Zobaczysz, że wkrótce wszystko się ułoży - obiecała.

- A pani jak sobie radzi beze mnie? - zapytałam.

- Nie mam komu prawić morałów - powiedziała wesoło.

- Zdrowie nie dokucza?

- Och, Kochana. Mam lepsze zdrowie niż niejeden koń - roześmiała się. - Kończę Kochanie, bo idę na herbatę do Kariny. Baw się dobrze Złotko i nie marnuj życia na czekanie i zamartwianie się. Buziaczki.

- Dziekuję, pani Krysiu. Miłego dnia. Do widzenia.

- Pa, Martusiu!

Przynajmniej u pani Krysi rutynowo i stabilnie. Staruszka miała rację, powinnam podjąć jakąś sensowną decyzję i coś z sobą zrobić. Najwyższa pora wszystko sobie poukładać i pójść na przód.

Zauważyłam też, że pani Krysia jest ostatnio dla mnie milsza i w ogóle spokojniejsza. Myślę, że to dlatego, że przechodzę ciężki okres i ją też to martwi.  
___________
Cześć Kochani <3

Jak mi wyjdzie ładnie spotkanie Marty i Rafikiego, to wam je pokażę A jak nie, to przeskoczę do perspektywy Romeo, bo miałam oststnio wenę i machnęłam rozdział

1 637 czyt.
100%134
DziecieChaosu

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne, użyła 2481 słów i 13373 znaków.

4 komentarze

 
  • Fanka

    Fanka · 16 lut 2018

    Rafik wydaje się spoko,ale moim zdaniem i tak Romeo jest lepszy
    Wiem że wiele osób już to skreśliło,ale dla mnie to on jest dla Marty   
    Świetna część Kochana    
    dla Ciebie  

  • AnonimS

    AnonimS · 15 lut 2018

    Wena rzecz ważna. Widocznie jestem stary skoro mnie śmieszą takie powiedzonka jak : "palnęła jak dzik w sosnę." "bo to pierdolony mol i zje ci nowe szmatki" i jeszcze parę innych .w sumie fajnie to się czyta z uśmiechem na twarzy . Jednym zdaniem pisz dalej.

  • Mysza

    Mysza · 15 lut 2018 · 287366687

    A niech się z nią spotyka. Mam nadzieję, że Martusia zrobi porządek w swojej szafie. Starsza Pani ma rację i lepiej żeby Marta zaczęła sobie układać życie. Bez moli. Kochana, nie mogę patrzeć jak Marta cierpi. Zrób coś z tym, proszę :(

  • nacpanapowietrzem

    nacpanapowietrzem · 15 lut 2018

    Czyżby Rafał już odpuścił?