Klątwy i uroki od zaraz - 21

Poniedziałek, 10 lipca
***Rafał***

Marta dzwoniła i pisała do mnie codziennie, ale ja milczałem. Kasowałem wiadomości, bo nie byłem w stanie ich czytać. To było zbyt bolesne. Nawet się nie łudzę, że kiedykolwiek o niej zapomnę. Nie po tym, co było między nami. Nie zapomnę i nigdy sobie nie wybaczę, tego co jej zrobiłem. Tym głupim wyścigiem z Grubym, rozjebałem nam życie.

Wiem, że Mała Wiedźma przyszła parę razy do szpitala, ale ją po prostu wypraszano. Czułem się jeszcze gorzej, bo ona walczyła, a ja jak pierdolona cipa siedziałem w swojej klatce obrażony na cały świat. Skopałem jej ponad rok życia i zostawiłem ze złamanym sercem. Przestała przychodzić, gdy zobaczyła mnie z Mariolą.

Gdy Mała Wiedźma weszła w najmniej odpowiednim momencie, zrozumiałem że nigdy nie powinna była zobaczyć mnie z Mariolą. Boże, jej oczy... Mógłbym przysiąc, że zobaczyłem w nich jej zranioną duszę. Ten wyraz twarzy zaczął mnie prześladować nawet w snach. Śniłem, że znów mogę chodzić i moje nogi są jak dawniej. Marta patrzyła na mnie, a jej twarz była zawsze napiętnowana bólem i rozczarowaniem. A później się odwracała i znikała powoli jak zjawa, gdy ja krzyczałem by nie odchodziła. Nigdy nie udawało mi się już jej pochwycić. Często budziłem się z krzykiem albo płaczem.

Spotkanie z Mariolą było dość dziwne, ale musiałem z kimś pogadać, bo chuj mnie strzelał z nagromadzonego żalu i samotności. Teoretycznie miałem kumpli, ale kumplom nie mówi się wszystkiego, wtedy starczają na dłużej.

Zadzwoniłem do Żwirka. Nie wiem dlaczego akurat do niej. Może dlatego że zawsze była łatwa i chętna. Pierwszy raz, drugi raz i trzeci raz. W końcu przyszła do mnie w odwiedziny sama z siebie. Długo rozmawialiśmy, ale nie dlatego że rozmowa szalenie się kleiła, po prostu napierdalała plotkami jak Polsat reklamami. Później dała mi się wygadać. Nie słuchała mnie jakoś specjalnie, raczej czaiła się znów na swoją kolej, ale nie przeszkadzało mi to. Powiedziała mi, że jest w trzecim miesiącu ciąży i rozstała się z chłopakiem. Ona też potrzebowała posiedzieć przy kimś. Tak zwyczajnie, po ludzku. Rozumiałem ją.

Jakoś tak się złożyło, że zaczęła przychodzić codziennie. Czasem nawet żartowaliśmy i na chwilę zapominałem, że jestem pierdolonym kaleką i nieudacznikiem. To były bardzo krótkie momenty, ale dobre i cokolwiek.

Nie wiem dlaczego Mariola mnie pocałowała. Nie wiem dlaczego nie odepchnąłem jej. To było równie miłe jakby to Kazek lizał mnie po mordzie oślinionym jęzorem. Niby miłe, niby bliskie, ale jednak kurwa czegoś brakowało. Kiedyś byłem zakochany w Marioli, ale to było zwykłe zakochanie, krótka fascynacja jej ciałem. W niczym nie przypominało kakofonii uczuć, które żywiłem do Marty.  
     
To co zobaczyła Mała Wiedźma, to nie był pierwszy raz. Odrzuciłem przeszłość, bo nie było w niej już dla mnie miejsca. Nigdy nic nie będzie już takie jak kiedyś. Dlatego pozwalałem Żwirkowi na pieszczoty. Żałuję, że Marta to zobaczyła.

Świat dookoła mnie stanął na głowie. Zacząłem drzeć koty z babką od rehabilitacji, bo nie chcę współpracować. Nie widzę sensu tych wszystkich ćwiczeń. Nie czuję nóg i już nigdy ich nie poczuję. Nie ma nawet minimalnych szans. Odczuwam do nich obrzydzenie. Powiedzieli mi, że to cud że żyję. Więc dlaczego ja się czuję, jakby moje życie dobiegło końca?

Powoli zacząłem dostawać normalne jedzenie, ale wszystko wydaje mi się paskudnie, nijakie i bez smaku. Nie straciłem zmysłu, straciłem coś ważniejszego. Wolę życia. Popadłem w całkowitą obojętność, a kiedy nie jestem obojętny, jestem ciągle wkurzony. Mam ochotę poćwiczyć na siłowni, popływać, pojeździć motorem, pójść na ryby, ale przede wszystkim pragnę wiedzieć, co się kurwa dzieje z Martą i jak ona sobie radzi. Żaden ze sposobów rozładowywania emocji nie jest w moim zasięgu. Jestem sam w jebanej szpitalnej klatce, otoczony litością innych ludzi. Jestem kurewsko nieszczęśliwy.

Tylko Bóg jeden wie, jak bardzo mnie wkurwia milczenie mojej ukochanej. Niczego w świecie bardziej nie pragnąłem, niż jej obecności. Tylko że w swoim mniemaniu, już na nią nie zasługuję. Nie mam do niej prawa. Codziennie się modlę żeby mi kiedyś wybaczyła i mnie nie znienawidziła. Pragnę jej jak niczego w świecie, ale nie zrobię nic żeby to naprawić. Gdybym to zrobił, zmarnowałbym jej życie. Kocham ją i mam nadzieję, że znajdzie szczęście.

Moje ręce szybko wróciły do sprawności i są prawie takie jak dawniej. Jedynie mięśnie nieznacznie się na nich zmniejszyły. Bark już tylko ćmi, żebra bolą przy przekręcaniu się, ale powoli przyzwyczajam się do tego. Często boli mnie kręgosłup, wkrótce po raz kolejny będą mi go operować, chociaż nie wiem po co. Jest mi wszystko jedno.

Matka skacze obok mnie jakbym był upośledzony. Przywlekła mi nawet jakiegoś cholernego psychologa, żeby pomógł mi się pogodzić z konsekwencjami wypadku. Kazałem mu, a właściwie jej, bo to była kobieta, kategorycznie spierdalać. Nie mogła mi zwrócić sprawności w nogach, więc nie była mi potrzebna do niczego. I tak przychodziła i mówiła do mnie jak do dziecka, dopóki się nie znudziła moim odpychającym i wulgarnym zachowaniem.

Najlepsza była akcja, gdy matka nasłała na mnie księdza. On do mnie mówił, a ja się śmiałem i śmiałem. Zacząłem mu prawić komplementy - pochwaliłem sukienkę, modną fryzurę i zapytałem, jakim autem jeździ, ale mi nie powiedział. Zapytałem ile zarabia dziennie, to palnął mi szybkie kazanie na temat mojej bezbożności, dorzucił żebym się nawrócił i modlił do Boga i szybko uciekł. Zachowywałem się jak totalny gimbus, ale miałem to gdzieś. Czuję się jakbym tracił zdrowe zmysły albo jakbym miał obluzowaną którąś klepkę. Może dolega mi jedno i drugie.

Później w nocy po wizycie księdza płakałem. Długo płakałem. Dlaczego to wszystko przytrafiło się akurat mnie? Przeklinałem Boga, przepraszałem i błagałem, żeby mi pomógł wszystko odzyskać. Ale On milczał, pewnie nawet nie patrzył w moją stronę. Byłem sam, skurwysyńsko samotny i zagubiony.

Płakałem za Martą. Nie miałem pojęcia gdzie była, z kim i jak się czuła. Zastanawiałem się, czy był teraz przy niej Wojtas i czy to jemu płakała w ramię, a on jej powtarzał, że przecież ją ostrzegał. Nie mogłem znieść tej myśli. Rozpierdalała mnie na fragmenty. Kurwa mać, to była piekielna noc.

Miałem atak histerii. Piguła od zupy ogórkowej siedziała przy mnie aż zasnąłem. Opowiedziałem jej dosłownie wszystko. Ma na imię Kasia. Jest w porządku, nawet parę dni wcześniej przyniosła mi z własnego domu, zrobioną własnoręcznie zupę ogórkową. Spoko babka.

Rano zadzwoniłem do mamy i kazałem kupić wielki bukiet kwiatów i przywieźć mi go do szpitala. Dosłownie piętnaście minut po mamie wparowała wystrojona Mariola w pełnym makijażu, eleganckiej kiecce i na wysokich szpilkach. Była wesoła i co chwile zerkała na kwiaty.

Jakże mnie to rozbawiło w duszy. Matka myślała że chcę je dać Żwirkowi i musiała ją uprzedzić. Taki chuj. Mariola była moją pocieszycielką. Taka była jej rola. Nie przejmowałem się zbytnio jej uczuciami. Lubiła pieniądze, penisy i poniżanie innych, więc traktowałem ją jak podkategorię kobiety. Ma swoich sponsorów, niech oni kupują jej kwiaty. O nic jej nie prosiłem, ani nie czarowałem że jeszcze cokolwiek między nami będzie. Nie zamierzałem brać odpowiedzialności za jej zachowanie.

Żwirek zerkała na bukiet szczebiocząc jakieś bzdety, jak to za mną nie tęskniła przez ostatni rok, że jestem dla niej tym jedynym i takie tam pierdolenia. Gdzieś w połowie jej monologu znudziłem się i zasnąłem. Obudziłem się dopiero przed kolacją.  

Jest dziewiętnasta. Właśnie zaczęła swoją zmianę Kasia. Przyszła oczywiście najpierw do mnie, pogodna i pełna energii.

- Dzień dobry, pani Kasiu - zacząłem.

- Cześć, Złotko. Lepiej się dziś czujesz? - zatroszczyła się.

- Pewnie. Przepraszam za wczoraj - powiedziałem, byłem nieco zawstydzony swoim wczorajszym wybuchem histerii.

- Nie przejmuj się, nie takie rzeczy się tu działy - puszcza mi oko.

Biorę bukiet i wysuwam kwiaty w jej stronę, a potem uśmiecham się najbardziej czarująco jak tylko potrafię.

- Jakby nie miała pani męża, to by były teraz oświadczyny. Niestety skubaniec mnie ubiegł, więc będą tylko podziękowania - urywam na chwilę i udaję zamyślenie. - Chyba, że chce się pani rozwieść? - podsuwam wesoło.

Kasia się rubasznie śmieje, bierze ode mnie kwiaty i wącha je.

- Są piękne mój gagatku, ale męża nie zostawię nawet dla ciebie - puszcza mi oko.

- Tak go pani kocha? - pytam.

- Tak dobrze zarabia - kłamie żartobliwie.

Kasia dużo mówi o swoim mężu. Nie jest ideałem, ale go kocha. Zawsze ma lekki rumieniec, gdy o nim opowiada. Pewnie gdyby nie Kasia zanudziłbym się tu na amen. Kasia jest spoko. Wszystkie piguły powinny takie być. Wtedy na bank pacjenci wracaliby szybciej do zdrowia. Dobre słowo i szczery uśmiech czasem potrafią uleczyć lepiej, niż najlepsze leczenie.
________
Hej Kochani <3

No i mamy perspektywę naszego Romeo Ktoś mu jeszcze kibicuje żeby się ogarnął, czy spisaliście już go na straty za zbrodnie, których się dopóścił?

Fajnie że łzawa historia uwiedzenia Gapy przez Sebastiana tak się wam spodobała Pozdrawiam i dziękuję za wszystkie łapki i komentarze <3

4 komentarze

 
  • kryczka17

    kryczka17 8 lut 2018

    W końcu wróciłaś! Przeczytałam mije zaległości no i kurcze duzo sie dzieje. Chciałabym żeby Rafał sie ogarnął, dowiedział się i dziecku i zaczął walczyć o rodzinę :/

  • Fanka

    Fanka 7 lut 2018

    A ja jestem za Romeo Naprawdę wierzę w to ze ich drogi znowu się zejdą,a ze i on się ogarnie

  • nacpanapowietrzem

    nacpanapowietrzem 7 lut 2018

    Aj ten Rafał, brak słów...

  • Mysza

    Mysza 7 lut 2018 ip:94254247

    Prawie się wzruszylam...a tak na poważnie to nie znoszę gościa. Jak tam nasza kochana Matrusia i bobas?