Klątwy i uroki od zaraz - 16

Poniedziałek, 12 czerwca
***Rafał***

Marta wyglądała na zaskoczoną i zaczęła się śmiać na głos, jakbym palnął największą gafę świata. A ja nie rozumiałem i byłem skołowany. Jedyne o co ją ostatnio prosiłem, to żeby została moją żoną. Do tego wszystkiego zaczął ćmić mnie łeb.

- Czy ty ochujałeś? Nic nas nie rozłączy, Kochanie. Zapomniałeś już? Cokolwiek się stanie, zawsze będziemy razem - oznajmiła wesoło, a ja poczułem jak spadł mi ciężar z serca.

- Zabiję cię za straszenie mnie - powiedziałem oddychając głębiej, co sprawiało mi ból.  

- Chciałam ci powiedzieć, że jeśli to jeszcze aktualne, to chcę z tobą zamieszkać - powiedziała nieśmiało, splatając ze sobą palce.

- A to niby czemu pani Sawicka byłaś zmieniłaś zdanie? - zapytałem zaciekawiony.

Nie chciałem żeby zamieszkała ze mną z litości. Nie zniósłbym tego. Owszem, miałem zagipsowane nogi i prawą rękę, co bardzo mnie ograniczało, ale przecież nie musiała mnie niańczyć. Czułbym się jak dziecko, a nie facet. Lubiłem być samodzielny i jeśli byłoby to konieczne byłbym skłonny zdjąć z siebie skorupy, gdyby mi przeszkadzały.

- Byłam zmieniłam zdanie, drogi mężu, bo uświadomiłam sobie jak do dupy wygląda życie bez ciebie. Teraz wiem co czułeś, gdy o mało nie umarłam i dlaczego masz taką silną potrzebę bycia obok mnie. Czuję to samo, Kochanie. Chcę być przy tobie jak najwięcej - wyjaśniła miziając mnie po policzku.

- Naprawdę? - nie dowierzałem.

- "Przysięgam ci, że cokolwiek się wydarzy między nami, nigdy cię nie zostawię" - powtórzyła z uśmiechem słowa naszej zaręczynowej przysięgi. - Z każdym dniem kocham cię bardziej i jestem tego bardziej pewna - dodała. - Nie będę się już widywać z Wojtkiem, bo teraz rozumiem jak cię to musiało drażnić - pogładziła mnie po ustach i brodzie.

Jej słowa były jak miód dla moich uszu. Czekałem aż wsunie mi palec do ust, ale nie zrobiła tego. Może to i lepiej, bo i tak teraz nie miałoby jak dojść do czegokolwiek. Zamknąłem na chwilę oczy, żeby uspokoić wyobraźnię.

- Więc mi wybaczasz moją chwilową nie dyspozycyjność? - upewniłem się.

Marty oczy zaszkliły się. Pokiwała mi energicznie głową. Nachyliła się i pocałowała mnie, co mnie trochę speszyło, bo od ponad dwóch tygodni nie myłem zębów i pewnie jebało mi z mordy jak z wylęgarni smoków. Ale nawet jeśli to zauważyła, nie dała niczego po sobie poznać.

- Kochanie, cokolwiek się kurwa stanie, nie zrezygnuję z ciebie, pamiętaj o tym - powiedziała, a ja poczułem ukłucie niepokoju. Coś było na rzeczy. Miała to wypisane na twarzy.

- Mówisz to z jakiegoś powodu? - zapytałem wprost.

- Z takiego, że cię kocham najbardziej na całym jebanym globie - powiedziała głaszcząc mnie po włosach.

- Jesteś najlepsza - przyznałem, ale niepokój zalągł mi się pod skórą i wibrował nieprzyjemnie.

Do sali weszła piguła, ta sama, która śmiała się z mojej zupy ogórkowej. Odpięła mi pustą kroplówkę i wyciągnęła końcówkę z weflonu. Na jej sporym cycku wysiała plakietka. Piguła miała na imię Kasia.

- Złociutka, zabieram pana Sawickiego na rezonans. Pożegnajcie się szybciutko - zawyrokowała i puściła do Marty oczko.

Marta pocałowała mnie czule. A później drugi raz.

- Kocham cię, więc bądź dla mnie silny, Skarbie. Bez ciebie nie ma mnie - szepnęła, a ja byłem pewien, że nie powiedziała tego bez powodu. Pewnie pojawił się jakiś problem i nie chciała mnie nim obciążać dopóki tu tkwiłem.

- Też cię kocham i zawsze będę przy tobie - zapewniłem żarliwe.  

Bo czy cokolwiek mogło stanąć naszemu szczęściu na drodze? Byliśmy sobie po prostu pisani. Nie było przeszkód, z którymi byśmy sobie nie poradzili.

Uśmiechnęła się, ale jej oczy były smutne. Moja biedna, kochana Mała Wiedźma, pomyślałem.

***

Po badaniach byłem wykończony, więc tylko chwilę pogadałem z Pauliną, pozwoliłem pigule nakarmić się jakimś kleistym gównem i poszedłem spać zły, że nie pozwolili mi niczego normalnego zjeść pierdoląc coś o skręcie jakichś kiszek. W dupie miałem kiszki, zjadłbym jakiegoś kurczaka chociaż, albo schabowego.

Po południu gadałem chwilę z Gołębiem i jego rodzicami, a później wzięła mnie w obroty baba od rehabilitacji. Pomagała mi machać łapami i je zginać. Poniżej pośladków nie czułem jeszcze nóg, ale postanowiłem się tym na razie nie martwić. Ciało bolało mnie niemiłosiernie, ale współpracowałem, bo chciałem jak najszybciej być samodzielny.

***

Wtorek, 13 czerwca
***Rafał***

Następnego dnia z ulgą odkryłem, że mogę ruszać ręką, a tę zagipsowaną podnosiłem trochę do góry. Zajebiście się ucieszyłem. Moje przeszczepy znów działały.

Rano porozmawiałem z tatą. Przeprosił mnie za wszystko i powiedział, że żałuje swojego zachowania. Pogratulował mi zaręczyn i obiecał dołożyć się do wesela. Powiedział też, że nasz rodzinny dom zawsze już będzie stał przede mną i Martą otworem i że czeka na wnuki, a mamą mam się nie martwić. Poczułem zajebistą ulgę i dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, jak zajebiście brakowało mi kontaktu z ojcem. Obaj płakaliśmy, zupełnie jak wiele lat temu, gdy umarła babcia Marysia, mama mojego ojca.

Martę nadal coś gryzło, ale nie chciała wyjaśnić o co chodziło. Miałem nadzieję, że jej bóle w dole brzucha to nic poważnego. Ona sama upierała się, że po prostu robi się jej przepuklina na jelicie i tego nie widać na USG. Mówiła też, że muszę szybko nabrać sił, bo ma dla mnie taką niespodziankę, że mi buty spadną z wrażenia. Powiedziała, że nie powie mi od razu, bo istnieje opcja że się zdenerwuję, a teraz muszę być spokojny i nabierać sił. Uparta Wiedźma.

- Cześć, chujasie - do sali wparował mi Gruby i przerwał moje barwne rozmyślania.

- Cześć frajerze - ucieszyłem się na widok jego nieogolonej mordy.

- Kurwa, dawniej byłeś brzydki, ale teraz to żal na ciebie patrzeć - pocukrował mi.

- Cieszę się, że ty jesteś urodny, zakazana mordo - odparowałem.

- Przywiozłem ci telefon. Masz - położył mi go szafce. -  Naładowałem ci nawet baterię, chujasie. Wisisz mi za to piwo.

- Dzięki, stary. Co z motorem? - zaciekawiłem się.

- Na złom. Przednie zawieszenie pogięte w ósmy paragraf, rama też, a do tego pęknięta. Tłumik urwany, plastiki połamane. Tylko silnik przeżył jako tako, a cylinder musiał trafić na kamień, bo dwa żeberka się odjebały. Nawet koła pogiąłeś i przebiłeś bak. Ciesz się, że diabli złego nie biorą, bo byś się był chujasie zabił - wyjaśnił.

- Ja jestem niezniszczalny - śmiałem się. - Już macham łapami, czekaj tylko aż mi pościągają te skorupy i kupię nowy motor.

- A na chuj ci nowy? - zapytał niemądrze Gruby.

- Do jeżdżenia, a po co? - zaśmiałem się. Chyba nie myślał, że się będę cykał jeździć po wypadku?

- A jak ty chcesz jeździć, jak już nigdy nie będziesz chodził? - zapytał, a mi uśmiech zamarł na mordzie.

- Co ty pierdolisz!? - zapytałem mocno wystraszony.

- Gołąb mówił, że rozjebałeś kręgosłup i do końca życia będziesz jeździł na wózku - zmarszczył brwi.

- Gruby, co ty kurwa pierdolisz!? - wkurwiłem się.

- Nikt ci nie powiedział? - zmieszał się.

- Gruby, chuju, jak mnie wkręcasz, to przysięgam, że cię zapierdolę - warknąłem wytrącony z równowagi.

- W życiu, Romeo. Dla mnie jesteś jak brat, chłopie. Nie w takiej sprawie. Mówię ci tylko to, co mi ćwierkały Gołębie. Może to ja coś źle usłyszałem - bronił się.

- Kurwa, stary, zrób to dla mnie i weź zawołaj tu lekarza.

- A gdzie mam go szukać?

- Spróbuj w szpitalu - burknąłem. - Nie wiem, zapytaj którąś pigułę na korytarzu.

Gruby wyszedł, a ja się zmusiłem, żeby nie płakać.

Dlatego wszyscy byli tacy mili. Dlatego Marta chciała ze mną zamieszkać. Z pierdolonej litości. Jak ja będę pracował? Nigdy nie będę mógł normalnie pobawić się z dziećmi, wejść po pierdolonych schodach, ani jeździć samochodem czy motorem. Nie zabiorę Marty do Afryki i nie będzie lotu balonem. Niczego kurwa nie będzie. Jeśli zmuszę ją żeby ze mną została, zmarnuję jej życie. Jestem pierdolonym kaleką, inwalidom, niepełnosprytnym frajerem. Koniec z imprezami, ogniskami i rybami. Kurwa, już nie jestem facetem. Jestem pierdolonym ciężarem dla wszystkich, a oni boją mi się o tym powiedzieć. Jak ja będę teraz żył? Boże, kurwa, dlaczego pozwoliłeś mi przeżyć!? Lepiej by było gdybym umarł...

A może Gruby się pomylił!? Może źle zrozumiał i były małe szanse na to, że wrócę do zdrowia? Może jeszcze nie straciłem wszystkiego?

Najgorsze było to, że gdy w końcu przyszedł lekarz, to potwierdził słowa Błażeja i dołożył jeszcze więcej złych wiadomości o moim stanie zdrowia. Kiedy z dnia na dzień dowiedziałem się, że już nigdy nie zrobię sam takich najprostszych czynności, zrozumiałem jak dużo kurwa miałem w życiu. A teraz zostałem z niczym, bezradny jak trzylatek.
____________
Hej Robaczki <3  

Dziękuję za motywujące łapki i komentarze <3 Fajnie widzieć Was tu co raz więcej <3

Nasz boski Rafałek właśnie dowiedział się o swoim kalectwie i zerowych szansach na odzyskanie sprawności w noziach. Jego życie wywróciło się do góry kołami. Jeśli jesteście ciekawi, jak Rafał to zniesie i jak wpłynie to na jego związek i życie, zapraszam do dalszego śledzenia losów moich bohaterów.

3 komentarze

 
  • nacpanapowietrzem

    nacpanapowietrzem 27 sty 2018

    Tak się przykro zrobiło po przeczytaniu tego rozdziału  

  • Fanka

    Fanka 27 sty 2018

    Biedny,ale takie same szanse miał na przeżycie,więc różnie bywa w życiu
    A ja znam różne cuda które się zdarzyły
    No cóż życzę mu duuuzo zdrowia

  • Mysza

    Mysza 27 sty 2018 ip:94254242

    Biedny Rafał. Daj ku kopa siły bo Marta nie może się teraz denerwować. O ciąży też powinien się dowiedzieć. Ona go tak bardzo kocha, że nieważne jest dla niej czy on będzie kaleką czy nie. A rehabilitacja może zdziałać cuda. On nie może teraz odgradzać się murem. Szkoda życia na to.