Klątwy i uroki od zaraz - 06

***Rafał***

W przydrożnej budce koło CPN-u kupiliśmy hamburgery. Najedzeni pojechaliśmy z powrotem do mojego mieszkania. Odświeżyłem się w łazience i już miałem wskakiwać w garnitur, kiedy do sypialni weszła Marta. Wyglądała na zaskoczoną, ale nic nie powiedziała. Uśmiechnęła się, ale jakoś tak smutno.

- Coś nie tak? - zapytałem wciągając spodnie.

- Nie kochanie, wyglądasz bardzo męsko - pochwaliła i pocałowała mnie cudownym mokrym pocałunkiem.

- Mmmm... - mruczałem.

Powolutku oderwała swoje cieplutkie wargi. Westchnęła.

- Rafał, ja... - urwała.

Chciała mi coś powiedzieć, ale się wahała.

- O co chodzi Maleńka?

Musnąłem swoim jej nosek. Uśmiechnęła się na tą pieszczotę. Lubiłem, jak tak na mnie reagowała.

- Wiesz, moi rodzice są dość... Jakby to ująć... Trudni? Nietypowi? To chyba najlepsze słowo. Nie chcę, żeby to jakkolwiek wpłynęło na nas, dobrze? Oni to oni, ja to ja.

- Ale zawile mówisz. Oczywiście, że to na nas nie wpłynie, nawet jeśli są socjopatami i w strojach klaunów mordują ludzi łopatami do odśnieżania.

Próbowała być poważna, ale i tak się roześmiała.

- Aż tacy nietypowi nie są i teraz nie wpłynie to na nas, ale kiedyś zostaną dziadkami naszych dzieciaczków i sam rozumiesz.

- Dzieciaczków? To jednak dwójka? - ucieszyłem się.

Wziąłem ją na ręce i obracałem się z nią w ramionach. Śmiała się głośno i beztrosko. Jej szczęście potęgowało moje własne.

- Szkoda, żeby się zmarnowały takie dobre geny, jak nasze. Tylko nie śpieszmy się z tym - powiedziała radośnie.

- Oj, też wolę się najpierw ustawić -  przyznałem.

A później ją postawiłem na nogi, przytrzymałem głowę i mokrym jęzorem zwiedziłem jej twarz. Próbowała się wyrwać, ale nie miała szans. Powiedziała mi, że to wredne, ale wiedziałem, że się jej podobało. W jej oczach znów zabłysły iskierki, za którymi tak tęskniłem.

Wkrótce potem pojechaliśmy do Marty, żeby się przebrała. Ubrała zieloną sukienkę, chociaż upierała się, że jest miętowa. Miętowy w moim słowniku nie występował. Zielona jak cholera, pomyślałem, ale zostawiłem to dla siebie.

Minęło nieco ponad czterdzieści minut i znalazłem się w mieszkaniu rodziców Małej Wiedźmy. Otworzyła jej mama. Dobre półtorej głowy niższa od Małej Wiedźmy, z dużą nadwagą i w kompletnie źle skompletowanych ciuchach - o jakieś trzy rozmiary za duża sportowa koszulka z rękawem i długa spódnica. Wyglądała trochę jak włóczęga, ale nie robiłem głupich uwag. Szeroko się uśmiechała.

- O, cześć Marta. Już jesteście? Wchodzie - powiedziała na wstępie i zrobiła miejsce, żebyśmy weszli.

- Dzień dobry - przywitałem się.

Poczułem się lekko pominięty. Marta spaliła buraka i pokręciła głową. Westchnęła.

- Mamo, wróć - mówiła spokojnie Mała Wiedźma. - To jest Rafał Sawicki, mój narzeczony. Kochanie, to moja roztrzepana mama - Beata.

Pani Beata wróciła i podała mi rękę, trochę tłustą lub spoconą, ale udałem, że niczego nie zauważyłem. Wręczyłem jej bukiet kwiatów i ozdobną torebkę z butelką wina w środku. Weszliśmy do środka. Mieszkanie było zwyczajne, może tylko dużo bardziej zagracone. Ludzie chomiki, zrozumiałem. Nie wyrzucają niczego, co może się przydać choćby za 50 lat.

Marta zaprowadziła mnie do salonu. Ściany były jasnoniebieskie. Na komodzie stał duży stary telewizor z rodzaju tych z wielkimi dupami. Jej tata siedział na kanapie i nachylał się nad ławą. Miał na sobie zwykłą szarą koszulkę z krótkim rękawem i spodnie moro. Mała Wiedźma rzuciła mu niepewne cześć.

- Dzień dobry - powiedziałem.

- Cześć. Już, chwila. Kończę - oznajmił.

Na nosie miał okulary, a przed sobą rozebraną lampkę biurkową. W jednej ręce dzierżył lutownicę z dymiącym końcem, drugą przytrzymywał mocowany do płyty kabel. Po krótkiej chwili popatrzył zadowolony na swoje dzieło. A później wreszcie na nas.

- Czego stoicie? Siadajcie - powiedział.

Odłożył lutownicę ostrożnie na stolik. Wyciągnął do mnie dłoń.

- Adam - przedstawił się.

- Rafał.

- Zepsuła się? - wskazałem wzrokiem lampkę.

- Może nie tyle zepsuła, co kabel się poluzował. I tak, raz świeci, a dziesięć nie świeci. No szlak człowieka nieraz bierze, bo trzeba przyświecić, a nie ma czym. A klamot tylko stoi i miejsce zabiera. Szkoda wyrzucić, bo jest jeszcze dobra. Po co mam nową kupować, jak wystarczyło przylutować głupi kabel i chodzi. No nie tak jest? Ty byś kupował?

Pan Adam głos miał miły, spojrzenie ciepłe, a uśmiech szczery. I tak jak jego żona, z wyglądu w ogóle nie był podobny do Małej Wiedźmy. Czarne krótkie włosy z pasmami siwizny i błyszczące niebieskie oczy.

- Nie, jedną już nawet kiedyś naprawiałem mamie - wyznałem.

- Sam widzisz. Gówno takie Chińczycy robią, wysyłają do Europy, a później trzeba się mordować. Dawniej się poszło, kupiło, to było i było. Zresztą, dawniej to się robiło eleganckie lampki z puszek z piwa. Wystarczyło przeciąć, poprzewiercać i pozaginać krawędzie. Teraz każdy idzie do sklepu i gotowe kupuje. Jest tego tyle, że się robić nie opłaca.

Kiedy pan Adam mówił, poczułem czyjś wzrok na plecach. Obejrzałem się przez ramię i zobaczyłem panią Beatę. Stała w drzwiach i przyglądała mi się. Sprawiała wrażenie zakłopotanej, ale i tak się gapiła z dziwnym wyrazem twarzy. Może serio mordowali ludzi?

- Słyszałeś Adam? Marta bierze ślub. Mówiła ci? - zwróciła się do męża.

- Nic nie mówiła jeszcze. Chłopie nie żeń się, to jest ostatnio głupota -  
powiedział do mnie przekornie.

Zerknął na Martę. Ja też zerknąłem. Siedziała spięta i czujna, jak śnieżna pantera tuż przed atakiem. Jej twarz była pozbawiona wyrazu. Oddała ojcu spojrzenie, ale był w nim chłód i rezerwa.

- Tak, myślałby kto, że masz tak źle - skarciła go lekko żona.

- A dobrze? - zaśmiał się.

Pani Beata machnęła lekceważąco ręką. A później zaczęła przypatrywać się Marcie.

- Jesteś w ciąży, że się tak szybko pobieracie? - wypaliła pani Rakowska.

Pan Adam zaczął się śmiać. Mała Wiedźma nakryła twarz ręką w stylu face plam. Ja się szeroko uśmiechnąłem i trochę mnie to speszyło.

- Nie proszę, pani. Dzieci na razie nie planujemy - wyjaśniłem.

- To czego się tak szybko pobieracie? - drążyła.

- Kochamy się i pasujemy do siebie. Mam nadzieję, że szybko, ale nie ustaliśmy jeszcze daty ślubu. Oświadczyłem się zaledwie parę godzin temu - wyjaśniłem.

- Aha - powiedziała pani Beata.

- Ty nie "aha", tylko idź zrób coś picia i przynieś jakieś ciastka - przypomniał jej pan Adam.

Na początku myślałem, że mama Marty mnie nie lubi. Teraz, że ta kobieta nie wie co ze sobą zrobić i trochę, jak małe dziecko, próbowała zwrócić na siebie uwagę. Tak jakby czuła, że jeśli przestanie wtrącać choćby bezsensowne uwagi, to zniknie. Z pewnością gapowatość moja Mała Wiedźma odziedziczyła po niej, ale na szczęście nie w tym stopniu.

Pan Rakowski szybko uporał się z poskładaniem lampki.

- Widziałeś? Tak to się robi - roześmiał się.

Uśmiechnąłem się tylko.

- Matra mówiła, że lubi pan chodzić na ryby - zmieniłem temat i trafiłem w punkt.

Właściwie już do końca naszej wizyty nie mówiliśmy o niczym innym. Pan Adam miał w rękawie milion zabawnych opowieści, a ja sam niewiele mniej, bo często jeździłem na ryby z ojcem, Grubym i jego tatą. Pani Rakowska co chwilę wtrącała coś od siebie i chwaliła męża. Często też podekscytowana opowieściami męża zdradzała zakończenie, nim pan Adam dobrnął do połowy opowieści. Pod koniec wizyty tata Małej Wiedźmy poprosił żebyśmy przeszli na "ty", bo nie uważał się za pana. Tylko Marta milczała cały czas. Parę razy uśmiechnęła się do mnie,  podziękowała matce za kawę i to było wszystko. Niepokoiło mnie to, bo nie miałem pojęcia co się działo w jej głowie. W ogóle nie była sobą taką, jaką ją znałem.

W samochodzie nie odzyskała humoru.

- Zrobiłem coś nie tak? - zapytałem, zanim odpaliłem silnik.

- Dlaczego tak myślisz? - odpowiedziała pytaniem zaskoczona.

- Nie odzywasz się do mnie, Niunia. Powiedz, co się dzieje?

- Wszystko jest okej, Misiu. Nie mam humoru przez ten deszcz i trochę boli mnie głowa. To wszystko.

Przez chwilę panowała cisza.

- Wystarczy że powiesz, że bardzo nie chcesz o tym rozmawiać. Nie musisz kłamać - wyjaśniłem.

Dopiero teraz odpaliłem silnik i ruszyłem. Marta nic nie powiedziała.

- To gdzie mam jechać? - zmieniłem temat.

- Do domu. Źle się czuję Rafał, poznasz Natalię za tydzień, dobrze? Już jej napisałam, że dziś lipa.

Skinąłem głową w zamyśleniu. Co raz bardziej żałowałem, że przycisnąłem Małą Wiedźmę do złożenia mi tej głupiej obietnicy. Zamiast cieszyć się moimi oświadczynami, myślami była w jakimś paskudnym miejscu. Miejscu, którego za cholerę nie chciała mi pokazać.

Kiedy podeszliśmy do drzwi, od razu usłyszałem radosne piski Kazka. Otwarłem i poklepałem go po cielsku. Marta pogłaskała go z wyraźną przyjemnością i rozpogodziła się. Poszła się wykąpać, a ja zabrałem parasol i smycz i poszedłem z Kaziem na spacer. Kaganiec mu darowałem, bo padał deszcz, więc ulice i park były oblegane jedynie przez ślimaki.

Gdy wróciłem wytarłem ścierką Kaziowi łapki. Poszedł napić się wody i na swoje legowisko. Mała Wiedźma już spała. Zwinięta w kłębek i przykryta po same uszy, co mnie trochę rozczuliło, bo w mieszkaniu było gorąco.

W kuchni znalazłem na stole kanapki z szynką, żółtym serem, papryką i rzodkiewką. Z pod talerza wystawała złożona kartka.

"Przepraszam za dziś. Grzebanie w przeszłości źle na mnie wpływa. Jestem zmęczona i idę spać. Nie gniewaj się, proszę. Kocham Cię i tak cholernie się cieszę, że zostanę Twoją żoną. Pierścionek jest piękny. Teraz będę się po nim macać, gdy pomyślę o Tobie. Jak zboczeniec jakiś
Smacznego, Skarbie"

Uśmiechnąłem się na tego zboczeńca. Nigdy wcześniej nie poznałem kobiety, która tyle by się śmiała i żartowała. Zaparzyłem herbatę, zjadłem kanapki i spakowałem się do pracy. Nie byłem senny, ale położyłem się obok Małej Wiedźmy, żeby patrzeć jak śpi. Wsunąłem w uszy pchełki i włączyłem ulubioną muzykę. Wymyśliłem sobie też zajęcie na zabicie czasu.

***

***Marta***

Rozszczekał się budzik. Wzięłam z szafki telefon i wyłączyłam alarm. Czekałam aż Rafał podniesie się pierwszy, ale nie poczułam, żeby się poruszył. W ogóle nie poczułam jego obecności. Uniosłam się na rękach. Rafała nie było, ale na jego poduszce leżała duża złożona na pół kartka A4. Wzięłam to cudeńko w łapki i zajrzałam do środka:


"Dla Małej Wiedźmy

Choćbym miał ukraść worek gwiazd z nocnego nieba
Albo przejść przez pustynię bez kropli wody do picia
I wejść bez żadnych lin na najwyższą górę na świecie
Tylko powiedz że chcesz, a zrobię to dla Ciebie

Mogę skoczyć bez spadochronu z wysokości chmur
I wpław przepłynąć wszystkie oceany, kiedy panuje sztorm
A gdy nadejdzie z piorunami burza, to zatrzymać deszcz
Tylko powiedz że chcesz, a zrobię to dla Ciebie

Ze srebrnego księżyca przyniosę księżycowy pył
Złapię powietrzną trąbę, będziesz patrzyła, jak się kręci
Będę pływał z rekinami i nauczę je, że gryzienie jest złe
Tylko powiedz że chcesz, a zrobię to dla Ciebie

Wkroczę w środek pożaru, ognia też nie będę się bał
Nad przepaścią przejdę po najcieńszej ze wszystkich lin
Jeśli to mało, z samego piekła ukradnę diabłu widelec
Tylko powiedz że chcesz, a zrobię to dla Ciebie

Oskubię anioły z piór i uszyję z nich poduszkę mięciutką
Złapię za ogon wiatr, nie będzie bez pozwolenia wiał
Do stóp złożę calutki świat, nawet ze złota koronę dam
Tylko powiedz że chcesz, a zrobię to dla Ciebie

Bo nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych
Gdy chodzi o uszczęśliwienie najpiękniejszej spośród Wiedźm
Ten wiersz to jedyne co na pewno wiem
Pamiętaj Niunia, tak bardzo kocham Cię

Zrobię wszystko żebyś była szczęśliwa, bo jesteś całym moim światem.Twój Rafał"


Przytuliłam do siebie kartkę. Z oczu mimowolnie popłynęły mi łzy. Ale to były dobre łzy, łzy radości. To był najfajniejszy prezent, jaki dostałam dotąd od Rafał. Wybrałam jego numer. Odebrał po czwartym sygnale.

- Dzień dobry, Mała Wiedźmo. Już wstałaś? - przywitał się.

- Cześć Misiu. Właśnie się obudziłam - wymruczałam zaspanym głosem.

- Znalazłaś to, co zostawiłem ci na poduszce?

- Yhym. Rafał?

- Tak?

- Wyjdź za mnie. To ja powinnam ci się oświadczyć - wyznałam.

Roześmiał się. Lubiłam słuchać jego śmiechu.  

- Bardzo chętnie, Maleńka.

- Nie jesteś na mnie zły za wczoraj?

- Nie. Jestem zły na siebie, że wymusiłem na tobie tą obietnicę. Zapomniałem, że masz obsesję, jeśli chodzi o ich dotrzymywanie. Nie rozumiem, co się właściwie wczoraj stało.  

- Nie mówmy o tym, dobrze? Zrozumiesz wkrótce. Teraz chcę się cieszyć, że jestem twoją narzeczoną.

- Jak sobie pani życzy, pani Sawicka.

- Powiedz to jeszcze raz - poprosiłam. - Ładnie brzmi.

- Pani Marta Sawicka.

- Mmmmmm... - mruknęłam. - Nie mogę się doczekać, aż będę tak miała w papierach.

- A ja się nie mogę doczekać momentu, w którym włożę ci obrączkę na palec i będziesz oficjalnie maja na zawsze.

- Jesteś słodki. I bardzo dziękuję za wiersz. Czuję się, jakbyś dał mi kawałek siebie.

- Nie kawałek, Niunia. Dałem ci całego siebie i czekam na moment, aż przestaniesz się bać i zrobisz to samo dla mnie. Razem z tym trupem, którego ukrywasz w szafie.

- Zrobię to, Kochanie. Co ci tak buczy w tle? - zapytałam.

- Gruby śpi i furkocze, jak ruski wentylator. Jedziemy tylko we dwóch drugim busem, bo musimy odebrać materiał i zawieźć na budowę - wyjaśnił.

- Pozdrów go ode mnie, jak się obudzi.

- Dobrze Kicia.

- Co mam zrobić z Kazkiem? - zapytałam.

- Wyprowadź go na spacer po parku, okej? Paulina go później weźmie do siebie.

- Dobrze, Skarbek. Będę już kończyła. Idę się wykąpać i zbieram się do pracy.

- Przepraszam, że cie nie odwiozłem, ale spałaś tak słodko, że nie chciałem cię budzić. Całą noc patrzyłem, jak śpisz.

- Zboczeniec - bąknęłam.

Znów się roześmiał.

- Może odrobinę - przyznał.

- Jeszcze raz dziękuję za wiersz, wiele dla mnie znaczy. Miłego dnia, Kochanie.

- Do usłyszenia, pani Sawicka.

- Pa mężu.

***

Po powrocie z pracy zaczepiła mnie sąsiadka, pani Monika. Staruszka wzrostu siedzącego psa była najbardziej wścibską osobą na całym osiedlu. Wiedziała wszystko. Jej gumowego ucha nie powstrzymałyby nawet trzymetrowe ściany z litego betonu.

- Pani Rakowska, proszę zaczekać - zawołała, gdy wchodziłam już po schodach.

Zmełłam przekleństwo, przewróciłam oczami i cofnęłam się do parteru. Nie znosiłam tej ropy, ale pani Krystyna, moja przyszywana babcia, jak ją w duchu nazywałam, często z nią rozmawiała, bo pani Monika była doskonałym źródłem informacji.

- Dzień dobry. O co chodzi? - zapytałam.

- Nie będę owijać w bawełnę, martwię się o panią Lombarę.

- Stało się coś? - zapytałam natychmiast.

Pani Krysia Lombara z racji wieku była już słaba i miała problemy z sercem. W głowie zapaliła mi się czerwona lampka.

- A no właśnie chyba coś się stało, bo panienka wie, że z Krysi ranny ptaszek. I na siódmą rano na pobranie krwi poszła i do tej pory nie wróciła, a już siedemnasta prawie. O piętnastej byłyśmy umówione na herbatę - powiedziała pani Monika.

O kurwa, bardzo niedobrze, pomyślałam. Ta staruszka nigdy się nie spóźniała.

_________
Witajcie Kochani moi <3
Mam nadzieję, że za bardzo nie odstaję od starego stylu pisania Dziękuję, że mnie czytacie, zwłaszcza tym, którzy czekali na te części od początku mojej przygody z pisaniem, bo faktycznie się wyczekaliście. Żałuję, że tak się stało, ale nie umiałam się zmusić do pisania.
Dziękuję wam wszystkim bardzo za łapki, komentarze, ciepłe słowa i motywację Jesteście Kochani <3

PS: Jak wam się podoba wiersz? Pokazałam go koledze, ale mówi, że wiersz jest słaby i jakby miał wenę, to zrobiłby lepszy

2 komentarze

 
  • Fanka

    Fanka · 28 wrz 2017

    Dla mnie rewelacja !
    Co do kolegi to chyba musisz zmienic bo wiersz jest niesamowity i gdybym ja taki dostala to bym sie tak samo wzruszyla jak Mala Wiedźma! Nie potrzeba bogactwa czy Bog wie czego,wystarczy drobny gest

  • Black

    Black · 13 wrz 2017

    Jest delikatnie i wzruszająco. Bohaterka jest cudowna jak zawsze, ale podoba mi się jej zmiana. Jest cudownie dziewczyno