Kiedy otworzysz oczy cz 7 ostatnia.

Dla Mar, bo czyta, a siódma i ostatnia się zawieruszyła. Dziwne, że nikt się nie kapnął, że nie ma wyjaśnienia....

— Wiesz, jestem dosyć przystojny — rzekł.  
— I bardzo skromny — dodała. Widzę, że jesteś, dlatego z tobą poszłam.
— Poważnie, miałem powodzenia, ale nigdy... nie miałem dziewczyny.
— To się dobraliśmy, bo ja nawet nie całowałam się z nikim. Nie wypada na pierwszej randce. Ale możemy nie mieć drugiej.
— Masz piękne oczy.  
— Miałam — poprawiła go.
Całowali się chwilę. Zaczęli iść dalej.  
— Jestem osłabiony, ale...
— Zawsze to samo, tylko wam sex w głowie.  
— Nie to miałem na myśli — powiedział skromnie. Chciałem powiedzieć, że jestem osłabiony, ale mógłbym tak iść z tobą godzinami.
— Wybacz mi to, co powiedziałam. Ty jesteś romantyczny, a ja... głupia.
— Nie jesteś głupia. Jesteś dobra, odważna i mądra. Dałbym życie, byś mogła żyć.
— Tu? Kocham ziemię i wszystko na niej wraz z tymi ludźmi, ale tu niedługo wszystko umrze — rzekła smutno.
Doszli. Po kwadransie leżeli na czystych łóżkach. Dwa specjalne terenowe wozy, przywiozły dziewiątkę. Wszedł kapitan.
— Dziękuję wam, uratowaliście dziewięć osób, nie mieliśmy tam szukać.
— Ile nam zostało?  
— Trzymacie się nieźle. Wyjdziecie z tego.  
— Nie kłam, mów prawdę.  
— Dwa tygodnie, a Kelvin może trzy dni mniej. — posmutniał.
Dobrze, tak myślałam.  — odrzekła.
— Masz wiadomości, ile ludzi zostało? — zapytał Kelvin.  
— Sporo — rzekł kapitan — uśmiechnął się.  
— Mama nie dawała ci mydła do buzi za kłamstwo? Nie umiesz kłamać — rzekła Carolina.
Kapitan posmutniał i w jego oczach pokazały się łzy.  
— Mniej niż milion, mówią, że 750 tysięcy, ale nikt nie wie dokładnie. Prawda jest taka, że za rok będą pojedynczy ludzie, jeśli w ogóle ktoś przeżyje. Szaleją wiatry i promieniowanie jest wszędzie...
*
— Już minęło dwanaście dni — rzekł Kelvin. Gdybyśmy się lepiej czuli pewnie byśmy się kochali do pierwszej zorzy.
— Na pewno jesteś wspaniały, ale teraz leż.
Całowała mu oczy.
— Fajnie, że cię poznałam... — Może poznamy się znowu. W innym, lepszym świecie.
Zasnął, żył jeszcze. Carolina zastanawiała się, ile jeszcze mu zostało. Dzień, dwa?
— Nigdy nie mówiłam do Ciebie, ale wiem, że słyszysz — powiedziała cicho. Pozwól nam odejść razem. Tylko o to Cię proszę.
                                                                                                           *
Na całą Ziemię zszedł sen. Właśnie w chwilę po tym jak Carolina poprosiła Stwórcę. Dobry ojciec nigdy nie zostawi dzieci w biedzie. Ale wcale nie musi sam. On ma moc i może.
Wielki statek o długości trzech tysięcy mil zawisł nad północnym biegunem. W tej samej chwili ci wszyscy, w których, chociaż tliło się życie, znaleźli się na Statku-matce. Nie tylko ludzie. Zwierzęta i roślinność. Ze statku zeszła na ziemię grupa cudownych istot. Nie tylko pięknych cieleśnie, ale i duchowo. Nie mieli właściwie solidnych ciał, ale raczej wyglądali jak płynne światło. Jedna grupa świetlistych aniołów zabrała się do usuwania promieniowania. Po tygodniu nie było nic, czego Pan nie stworzył. Wszystko pochodzenia rąk ludzkich zniknęło z powierzchni, z atmosfery, z bliskiej kosmicznej przestrzeni, spod ziemi i spod wody. Wszystko, co żyło, wisiało w workach z cieczą przypominającą wody płodowe. Tę część statku nazwano Wielką Macicą. Świetliste anioły żyły w przyjaźni z Bogiem i działały na jego polecenie. Teraz, 743684 ludzi ocalałych z Ziemi, czekało. Czekało na przebudzenie.  
*
Tak jak wszystko, co uporządkowane i tu był porządek. Świetlista istota o kolorze jasnego periodytu składała sprawozdanie dowódcy, złotoświetlistej istocie.
Nie mówili po ludzku, chociaż mogli. Nie rozmawiali telepatycznie, chociaż i to potrafili. Mówili językiem, którym Bóg wołał gwiazdy po imieniu, a one mu odpowiadały.
— Co z umiłowaną planetą El? — zapytał złotoświetlisty.  
— Będzie gotowa za tysiąc naszych dni, a tysiąc ich lat.
— Czy wszystko dobrze z nimi? — zapytał zielonoświetlistego.  
— Tak, ale mamy problem — rzekł śpiewnie.
— Tak, mów — powiedział złotoświetlisty.  
— Jak na wiosnę zakwita pierwszy kwiat na polu, albo pierwszy przebiśnieg unosi głowę do słońca.  
— Kto? — zapytał złotoświetlisty.
— Dziewczyna, dziewica, 26 lat. Mogła umrzeć za dwa dni z promieniowania, przed naszą interwencją.
— Co z nią? — zapytał złotoświetlisty.
— Jej potencjał miłości przekracza naszą średnią. Umieszczaliśmy ją w różnych wirtualnych światach.  
W każdym pamięta sen i budzi się, bo pragnie wiedzieć. W każdym poświęca życie dla innych. W każdym znajduje ukochanego. Musimy coś zrobić, bo inaczej obudzi innych, a oni nie są gotowi.
— Mówisz, że jej potencjał miłości bezwarunkowej sięga naszej średniej?
— W jednym śnie była bliska twojej — rzekł zielonoświetlisty.  
— Niesłychane, nie bez powodu El ich tak miłuje — rzekł śpiewnie złotoświetlisty. Są okrutni i pełni miłości, głupi i mądrzy. Daj jej ciało, jakie kocha najbardziej i sprowadź ją tutaj.
Złotoświetlisty wiedział, jakie ciało wybierze dziewczyna, ale chciał, żeby ona sama dokonała wyboru.
*
Carolina stała w ogrodzie róż. Mała altanka, ławka. Dostrzegła i poczuła konwalie. Rosły też maliny i śpiewały ptaki. Jednak ona wiedziała, że to nierealne. Tym razem inaczej nierealne. Do altanki wszedł człowiek o białych jak śnieg włosach i brodzie. Ale miał skórę młodzieńca i poruszał się sprężyście.  
— Jestem El-va, zastępca.  
— Carolina — rzekła. Albo Kira, albo Aria, albo Katarzyna, albo Kaj — dodała. Kim jestem naprawdę?
— Każdą z nich. Zabraliśmy cię wraz z umierającą ludzkością dwa dni przed śmiercią. Masz w sobie miłość i wybaczenie.
El-va pokłonił się przed nią nisko.
— Czemu mnie wezwałeś, czy nadal śnię?
— Nigdy nie spałaś. Byłaś naprawdę nimi wszystkimi. Ludzkość nie jest gotowa, musi dojść do twojego poziomu miłości. Jeżeli cię tam zostawimy, obudzisz ich. A oni nie są gotowi.  
— Tam, znaczy gdzie?  
— Pokażę ci, a potem zapomnisz. Nie możesz z tym żyć i pamiętać.
— Nie chcę więcej zapominać. Chcę widzieć i pamiętać wszystko.
— Dobrze więc, pokażę ci i będziesz pamiętać — rzekł El-va. Pragniesz jeszcze czegoś?
— Tak, koniec z koszmarami i chcę mojego ukochanego.  
— Kenetha, Kelvina, Romulusa, Kala i Kertysa.  
— Damy wam planetę, będziecie tam bogami, więcej niż my teraz.  
— Będziemy tylko sami?
— Nie, weźmiecie wszystkie zwierzęta, wszystkie rośliny i ryby. Wszystko co żyje.
— A dzieci? Bardzo bym chciała mieć dzieci.
— Będziesz miała dziewczynkę i chłopca. Oni zostaną nowym Adamem i nową Ewą, oczywiście nazwiecie ich, jak zechcecie.  
— A nie będzie potopu i Chrystus nie umrze więcej? — zapytała z łzami w oczach.
— Ty umarłaś w jego imieniu wielokrotnie — rzekł El-va. Za tysiąc lat ziemia będzie gotowa do zasiedlenia. Czynię cię w imieniu El, wielkim ogrodnikiem Ziemi. Dostaniesz wielką moc i wielką odpowiedzialność. W każdej twojej łzie i kropli potu, będzie tysiące dusz, które umarły w tej wojnie i z powodu każdego innego zła. To będą również twoje dzieci, prowadź je, żeby zło się nie powtórzyło. Chodź, pokażę ci Wielką Macicę. Jeśli będziesz chciała zapomnieć, zapomnisz — dodał.
— To nie jest angielski, a wszystko rozumiem.
— To język Boga — rzekł El-va — a my jesteśmy jego pomocnikami.
— Czy będziemy pamiętać nasze wcielenia?
— Tak, będziecie. To nie były wcielenia, przyjdzie czas, a zrozumieśz
*
Katarzyna stała obok El-va
— Czy oni cierpią?
— Nie, oni śpią i dokonują wyboru. Nie ma dobra i zła. Jest tylko wiedza i niewiedza. Największą niewiedzą jest to, że ktoś nie widzi Boga.
— Ja nigdy nie byłam religijna.
— On nie chce religii i udawania. On chce, by każdy przyszedł do Niego jak ty. Czy chcesz by Kertys to widział? — zapytał El-va
— Myślę, że powinien.
— Powiem zielonoświetlistemu, by go odszukał.
— Ja wiem, gdzie on jest.  
— Ja nawet nie wiem, gdzie on jest — zdziwił się złotoświetlisty. Teraz wiem, bo wiem, że ty wiesz. O, wielką duszą jesteś. I twoja miłość wielka jest.
— Idź, obudź go, on czeka — rzekł El-va
*  
Planeta, która dali im świetliści wyglądała jak Ziemia, bo jak inaczej mogła wyglądać.
— Nie będzie ci się nudziło?
— Że jesteśmy sami? — zapytał Kertys.
— No wiesz, co mam na myśli.  
— Wiem, że nie jesteśmy sami — rzekł, gładząc ją po zaokrąglonym brzuchu.
— Co będzie pierwsze?  
— A co byś chciał?
— To, co ty, bliźniaki.
— Spróbowałbyś chcieć inaczej — rzeka figlarnie. Wiesz kiedy się poczęły?
— Teraz, na tej planecie.
— Nie, Wówczas, tej ostatniej nocy na granicy terytorium ,,dzikich”. El-va powiedział, że mogę mieć je przez słowo, ale ja wolałam tak.  
— I one będą mieć dzieci?
— Dopiero kiedy wrócimy na Ziemie.
— A jeśli pozostaniemy tu?
— Same wybiorą.
— Czy wiesz, że ten klecha sądził, że jestem wiedźmą i mam kontakt z diabłem?
— A co z nim się stało?  
— Kiedy Markus został królem czterech królestw, pogonił go na kraniec, pod górami. Musiał tam ciężko pracować. Ujęłam się za nim kilkakrotnie.
— Kiedy, przecież zginęliśmy.
— Żyliśmy nie raz, Markus, Morgan, Linda, biskup...
— Jak to możliwe, że jesteś tak dobra?  
— A ty też nie jesteś daleko za mną — rzekła Katarzyna. Czy wiesz, kim była dziewczynka, którą uratowałeś?
— Nie.  
— Jeśli powiesz mi milion razy, że mnie kochasz, to powiem ci kim była. I trochę się zdziwisz.  
Usiadł naprzeciwko, patrzył jej w oczy, a ona gładziła brzuch.  
— Kocham cię, kocham cię...
Przerwał na chwilkę.
— Czy my teraz także śpimy?  
— Dowiesz się jutro, kiedy otworzysz oczy — odrzekła cicho.
Koniec.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii miłość, użył 1710 słów i 10103 znaków, zaktualizował 26 lis 2020.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Margerita

    Łapka w górę

  • AlexAthame

    @Margerita Dzieki :)