Kiedy otworzysz oczy cz 4

— Witaj, piękna Katarzyno.  
— Witaj, Markusie.  
— Pamiętam cię jako małą dziewczynkę, już wówczas byłaś piękna, ale teraz...
Dojechali na miejsce. Zatrzymali konie i zeskoczyli na ziemię prawie równocześnie.
— Jesteś sama z tym rycerzem?
Na jego twarzy widniało nieopisane zdziwienie.
— Tak.
— Wilki, dzicy. Jak...
— Mieliśmy szczęście.  
Markus kręcił głową z niedowierzaniem. Zostawili konie przed wielkim namiotem.
— Uczta godna króla — rzekła Katarzyna. Dostrzegła mnóstwo różnorodnego jadła.  
— Czy dokonałaś wyboru? — zapytał Markus.
— To mój wybraniec — pokazała na Kartysa.
Olbrzym sądził, że mówi o ochronie, ale zaraz się przekonał o co pytał król.
— Chcesz poślubić tego olbrzyma? Ani mnie, ani Arnisza, ani Laryna? — zapytał z niedowierzaniem. To czeka nas wojna — rzekł smutno. Kim jest ten olbrzym, z jakiego rodu?  
— Do wczoraj był drwalem.  
— Drwalem, zwykłym drwalem? — pytał nie wierzając znowu.
— Pamiętasz matkę Markusie?
Jej pytanie wybiło go ze zdziwienia.
— Nie bardzo — odrzekł.  
— A jakie koszmary cię dręczą.
— Prawo zabrania — uciął.
— I ty to mówisz? Chyba się nie boisz?  
Zapytała bez zabarwienia uczuciowego, ale Markus poczuł się wyraźnie dotknięty.
— Odpowiem po posiłku — rzekł ostro. Na osobności.  
— Kartys nie opuszcza mnie na chwilę, chyba że za potrzebą, a i wówczas jest opodal. Nie mam przed nim tajemnic.  
— On spada ze skały, a ja topię się w bagnie — wypaliła.  
Markus popatrzył na boki.  
— Zjedzmy najpierw, uszanuj rytułał — dodał ciszej.
Kartys odczuł gdzieś wewnątrz, że jej pytania o sny otwierają w nim coś, czego nie pojmował.
Katarzyna zgodziła się skinieniem głowy na proźbę Markusa. Zatrabiono na trąbach.  
Król ujął Katarzynę pod rękę i wyszedł na zewnątrz.
— Na cześć Królowej Katarzyny! — krzyknął.  
Wiwat z tysięcy gardeł rozdarł powietrze, trzykrotnie.  
Weszli do namiotu. Mięso pieczone, gotowane jarzyny, surowe i z ukropu, owoce. Wszystko co mogło ucieszyć oko i podniebienie.
— Mam i ja podobnego siłacza — rzekł Markus.  
— Nie przyjechałam tu na turniej — rzekła krótko. Poza tym on by go rozerwał na strzępy.  
Markus zmarszczył brwi, poczuł sie znowu lekko urażony.
Podano wino.
— Oddal wszystkich, proszę — rzekła.  
— A on, król pokazał na Kartysa.  
— On zostaje.  
Markus poczuł w niej nieugiętość stali.
— Szkoda, że podjęłaś taką decyzję. Nie poznałem równej ci osoby.  
— Dobrze, nie gniewaj się o to, co powiedziałam o twoim siłaczu, ale to prawda. Jest tylko jedna osoba na tej ziemi, mogąca go pokonać.  
— A kto nią jest? — uśmiechnął się Markus.
— Ja — powiedziała Katarzyna.
Markus zaczął się śmiać.  
— Nie śmiej się królu — odezwał się Kartys. Walczyła z czteroma naraz, najlepszymi z królestwa Hernencji i ich pokonała, ratujac mi przy tym życie.
— Powiedz temu drwalowi by milczał — rzekł Markus, blady ze złości.
— Nie odzywaj się kochanie — rzekła Katarzyna. Nawet Markus jest barbarzyńcą w pewnych sprawach.  
Nawet Kartys struchlał na dźwięk jej słów.  
— Przybyłaś mnie obrażać — szepnął Markus.  
— Nie, przybyłam cię obudzić — powiedziała dobitnie. Jest rycerzem od wczoraj, sama nadałam mu ten stan.
Zmieniła znowu temat i zrobiła to po mistrzowsku.
— Widziałeś morze?  
— Tak, przecież moja północna granica, to woda.  
— Wiesz co za tą wodą jest?
— Nikt tego nie wie — odrzekł zbity z tropu.  
— To jaki masz koszmar co noc?
— Jakiś potwór pochyla się nad moją postacią i dusi mnie.  
— Ale budzisz się, zanim to zrobi?
— Tak, jak to wiesz?
— Czy nie widzisz, że coś jest nie tak?  
— Co jest nie tak? — patrzył na nią inaczej.
— Wszystko.  
— Nie chcę o tym mówić.  
— Wolisz wszystko niż to, prawda? Pomyliłam się co do ciebie, Markusie. A może nie...
— Jdziemy — powiedziała do Kartysa. Nie bądź okrutny, miej serce, Markusie. Zostaniesz królem trzech królestw, a właściwie czterech. Pamiętaj, że szczęście ludzi jest najważniejsze.
Odwróciła się.  
— Kochaj, strach nie ma władzy nad miłością. Zrozumiesz to, kiedy odejdę.
Wyszli bez pożegnania. Markus wybiegł za nią. Zapomniał o rytuale. O tym, że jest królem.  
— Co mam robić?
— Przekonaj wojsko Arnisza, mają we krwi zasady jego ojca. Wojsko Laryna same za tobą pójdzie. Uważaj na kler i tylko na nich.
Co z Larynem, jak wiesz, że jego ludzie sami do mnie przyjdą?
— Witaj, piękna Katarzyno.  
— Witaj, Markusie.  
— Pamiętam cię jako małą dziewczynkę, już wówczas byłaś piękna, ale teraz...
Dojechali na miejsce. Zatrzymali konie i zeskoczyli na ziemię prawie równocześnie.
— Jesteś sama z tym rycerzem?
Na jego twarzy widniało nieopisane zdziwienie.
— Tak.
— Wilki, dzicy. Jak...
— Mieliśmy szczęście.  
Markus kręcił głową z niedowierzaniem. Zostawili konie przed wielkim namiotem.
— Uczta godna króla — rzekła Katarzyna. Dostrzegła mnóstwo różnorodnego jadła.  
— Czy dokonałaś wyboru? — zapytał Markus.
— To mój wybraniec — pokazała na Kartysa.
Olbrzym sądził, że mówi o ochronie, ale zaraz się przekonał o co pytał król.
— Chcesz poślubić tego olbrzyma? Ani mnie, ani Arnisza, ani Laryna? — zapytał z niedowierzaniem. To czeka nas wojna — rzekł smutno. Kim jest ten olbrzym, z jakiego rodu?  
— Do wczoraj był drwalem.  
— Drwalem, zwykłym drwalem? — pytał nie wierzając znowu.
— Pamiętasz matkę Markusie?
Jej pytanie wybiło go ze zdziwienia.
— Nie bardzo — odrzekł.  
— A jakie koszmary cię dręczą.
— Prawo zabrania — uciął.
— I ty to mówisz? Chyba się nie boisz?  
Zapytała bez zabarwienia uczuciowego, ale Markus poczuł się wyraźnie dotknięty.
— Odpowiem po posiłku — rzekł ostro. Na osobności.  
— Kartys nie opuszcza mnie na chwilę, chyba że za potrzebą a i wówczas jest opodal. Nie mam przed nim tajemnic.  
— On spada ze skały, a ja topię się w bagnie — wypaliła.  
Markus popatrzył na boki.  
— Zjedzmy najpierw, uszanuj rytułał — dodał ciszej.
Kartys odczuł gdzieś wewnątrz, że jej pytania o sny otwierają w nim coś, czego nie pojmował.
Katarzyna zgodziła się skinieniem głowy na proźbę Markusa. Zatrabiono na trąbach.  
Król ujął Katarzynę pod rękę i wyszedł na zewnątrz.
— Na cześć Królowej Katarzyny! — krzyknął.  
Wiwat z tysięcy gardeł rozdarł powietrze, trzykrotnie.  
Weszli do namiotu. Mięso pieczone, gotowane jarzyny, surowe i z ukropu, owoce. Wszystko co mogło ucieszyć oko i podniebienie.
— Mam i ja podobnego siłacza — rzekł Markus.  
— Nie przyjechałam tu na turniej — rzekła krótko. Poza tym on by go rozerwał na strzępy.  
Markus zmarszczył brwi, poczuł sie znowu lekko urażony.
Podano wino.
— Oddal wszystkich proszę — rzekła.  
— A on, król pokazał na Kartysa.  
— On zostaje.  
Markus poczuł w niej nieugiętość stali.
— Szkoda, że podjęłaś taką decyzję. Nie poznałem równej ci osoby.  
— Dobrze, nie gniewaj się o to, co powiedziałam o twoim siłaczu, ale to prawda. Jest tylko jedna osoba na tej ziemi, mogąca go pokonać.  
— A kto nią jest? — uśmiechnął się Markus.
— Ja — powiedziała Katarzyna.
Markus zaczął się śmiać.  
— Nie śmiej się królu — odezwał się Kartys. Walczyła z czteroma naraz, najlepszymi z królestwa Hernencji i ich pokonała, ratujac mi przy tym życie.
— Powiedz temu drwalowi by milczał — rzekł Markus, blady ze złości.
— Nie odzywaj się kochanie — rzekła Katarzyna. Nawet Markus jest barbarzyńcą w pewnych sprawach.  
Nawet Kartys struchlał na dźwiek jej słów.  
— Przybyłaś mnie obrażać — szepnął Markus.  
— Nie, przybyłam cię obudzić — powiedziała dobitnie. Jest rycerzem od wczoraj, sama nadałam mu ten stan.
Zmieniła znowu temat i robiła to po mistrzowsku.
— Widziałeś morze?  
— Tak, przecież moja północna granica, to woda.  
— Wiesz co za tą wodą jest?
— Nikt tego nie wie — odrzekł zbity z tropu.  
— To jaki masz koszmar co noc?
— Jakiś potwór pochyla się nad moją postacią i dusi mnie.  
— Ale budzisz się, zanim to zrobi?
— Tak, jak to wiesz?
— Czy nie widzisz, że coś jest nie tak?  
— Co jest nie tak? — patrzył na nią inaczej.
— Wszystko.  
— Nie chcę o tym mówić.  
— Wolisz wszystko niż to, prawda? Pomyliłam się co do ciebie, Markusie. A może nie...
— Jdziemy — powiedziała do Kartysa. Nie bądź okrutny, miej serce, Markusie. Zostaniesz królem trzech królestw a właściwie czterech. Pamiętaj, że szczęście ludzi jest najważniejsze.
Odwróciła się.  
— Kochaj, strach nie ma władzy nad miłością. Zrozumiesz to, kiedy odejdę.
Wyszli bez pożegnania. Markus wybiegł za nią. Zapomniał o rytuale. O tym, że jest królem.  
— Co mam robić?
— Przekonaj wojsko Arnisza, mają we krwi zasady jego ojca. Wojsko Laryna same za tobą pójdzie.
Uważaj na kler i tylko na nich.
— Co z Larynem, jak wiesz, że jego ludzie sami do mnie przyjdą?
— Laryn woli butelki wina, kobiece łona i piersi. Tak naprawdę podziękuję ci w duchu za to, że nie będzie musiał być królem.
Po chwili Katarzyna i Kartys jechali miedzy wojskiem Markusa. Nawet jeszcze kiedy mieli ich daleko za sobą, słyszeli wiwaty.
— Katarzyno chcesz jechać nocą? — zapytał Kartys.
— Nie ma żadnej nocy — rzekła cicho.
Kartys podjechał do niej blisko, bo sądził, że nie usłyszała.
— Chcesz jechać w nocy przez kraj dzikich? — zapytał raz jeszcze.
— Nie, zatrzymamy się zaraz na ich granicy.  
— Ty się niczego nie boisz?  
— Może tylko tego wszystkiego.
Po godzinie jazdy dojechali. Zaczęli rozkładać koce. Kartys zapalił ogień.  
— Naprawdę chcesz mnie za męża?
— A ty byś nie chciał nim być?
— Jestem prostym drwalem.                                                                                                          — Nie jesteś, a ja nie jestem królową — szepnęła. To co wiem, jest pewne. Kocham cię, a ty mnie, prawda?
Patrzył na nią.  
— Tak Katarzyno, od pierwszej chwili...
Poczuł jej namiętne wargi na swoich. Najpierw odbierał ją jedynie cieleśnie, potem jednak fizyczna rozkosz pieszczot ustepowała jakiemuś głębszemu odczuciu spełnienia i jedności...
Obudziły ich bębny dzikich.
Pocałowała go w policzek. Zaczęła zakładać ubranie. Spojrzała wymownie na jego zakryte teraz biodra.
— Dziękuję, że byłeś delikatny.
— Nie zrobiłem ci krzywdy? — zapytał zatroskany.
— Było miło.  
— Jak oni to robią? — powiedziała do siebie.  
— Kto?  
— Nie ważne.
Dojedziemy do Hernencji?  
— Pewnie nie, jeśli jest tak jak myślę. Ty spadniesz ze skały, a ja utonę w bagnie.
Kartys popatrzył na nią smutno.
— Nie martw się. Pamiętaj, jeśli tak się stanie, będziemy razem. Zawsze!
Zobaczyli dzikich. Katarzyna wskoczyła na konia.  
— Szybko, do pagórków — krzyknęła.
Po chwili gnali obok siebie. Katarzyna odchyliła ciało w jego kierunku.  
— Kocham cię — szepnęła.
Kiedy minęli pagórki, okolica nagle się zmieniła. W dole zobaczyli namioty i tysiące dzikich. Kartys ruszył w kierunku urwiska, Katarzyna w stronę lasu. Koń Kartysa potknał się i z rżeniem strachu zleciał w przepść. On sam, na czas zeskoczył.
— Zaraz do ciebie dołączę, przyjacielu — szepnął cicho Kartys.
Nie czuł bojaźni, mimo że otoczyło go cztery tuziny dzikich. Byli wielcy jak on. Mieli miecze, maczugi i krótkie zakrzywione noże. Kartys bez strachu walczył. Zrzucił lub zabił mieczem i rękami ponad trzy tuziny. Ostatnie co zobaczył to oczy dzikiego. Miał pewność, że nie są ludzkie. Złamał mu kark jak drobną gałązkę...  Poczuł, że spada. Dokładnie jak we śnie...

     Katarzyna dotarła do lasu. Nikt jej nie gonił, ale jakaś dziwna siła kazała jej jechać na przód. Poczuła, że jej ukochany zginął. Uśmiechnęła się. Zostawiła konia, a ten pobiegł w przeciwnym kierunku. Nagle poczuła trzęsawisko. W pierwszej chwili odczuła strach. Ale tylko na chwilę. Zobaczyła wielkie budowle z dziwnego kamienia, pojazdy o lśniących ślepiach, ludzi. Strach minął.
— Znajdę cię, ukochany.
Jej twarz zanurzyła się w gęstej mazi...
                                                     ***
     Leżał na bruku. Głowa bolała. Dotknął czoła. Krew. Widział nie ostro. Zaczął dostrzegać kontury.
— Wszystko dobrze, Romulusie — zapytał młody patrycjusz.
— Gdzie oni są — zapytał Romulus.
— Już zabrali ich ciała. Miałeś szczęście, że moi żołnierze dostrzegli cię w tym zaułku.
Romulus przypomniał sobie. Szedł ulicą Rzymu na targ niewolników. W małej uliczce napadli go rabusie. Gdyby nie pomoc Arteliusa i jego żołnierzy, kto wie...  
Przybyła lektyka Arteliusa. Przyjaciel pomógł mu wsiąść.
— Opatrzę twoje rany, a niewolnice zrobią ci kąpiel — rzekł Artelius. Co za pomysł, by chodzić pieszo po ulicach Rzymu.  
— Wiesz, że chciałem kupić tę dziewczynę, a teraz pewnie kupił ją jakiś grubas z senatu.  
— Nie doceniasz swojego przyjaciela, Arteliusa — rzekł tamten. Kupiłem ci ją. Jesteś mi winny sześć sztuk złota.  
— Sześć sztuk, aż tyle?  
— Czy nie jest warta? — zapytał Artelius. Piękna, dzika i waleczna. Wielu ją chciało mieć dzisiejszej nocy.  
— Ja jej nie wezmę, póki nie będzie chciała — rzekł spokojnie Romulus.  
— Och, wiem, że jesteś inny — odparł tamten. Może dlatego cię lubię. Czasem i ja wolałbym ich uwolnić, ale takie życie. Musielibyśmy pracować, budować, gotować. A tak, tylko walczymy — dodał Artelius.  
— Walczymy? Siedzimy w rydwanach i patrzymy jak nasi żołnierze giną. Kiedy ostatnio trzymałeś miecz? — zapytał Romulus.  
— Godzinę temu. Sam zabiłem dwóch, co cię napadło. Rzym powinien być wolny od takich zbirów.
— Wiesz to co ja, Cezar wymusił na senacie większe podatki. Ludzie tracą domy, posiadłości. Trójka z rabusiów pochodziła na pewno z wyższych stanów. Jak tak dalej pójdzie, senat i Cezar będą w zagrożeniu.  
— Teraz i ty puściłeś wodzę fantazji — rzekł Romulus.
— Zaiste? Powinieneś posłuchać plotek.
Dojechali do posiadłości Rodena Arteliusa, konsula północnej Afryki.
Romulus Rodus, zajmował dobre miejsce w senacie.  
Miał zarówno oddanych przyjaciół jak i zaciekłych wrogów. Głównie z powodu jego poglądów na temat system.
Cezar go lubił. Sam twierdził, że w w wolnej republice, każdy wolny obywatel ma prawo mieć swoje zdanie. Cezar wiedział, że wolność niewolników to utopia.
Podano owoce i wino. Dwie, prawie nagie, czarne niewolnice wachlowały powietrze.  
— Chcesz ją zobaczyć teraz, czy po posiłku?
— Nikt jej nie tknął? — zapytał Romulus.
— Broniła się jak lwica, jest trochę podrapana — rzekł uśmiechając się Artelius.
— Pożyczysz mi powozu? — zapytał Romulus.
— Jasne, odprowadzisz go ze złotem, prawda?
— Jesteś moim przyjacielem, ale nigdy nie zapominasz o pieniądzach. Chce ją zobaczyć i wracam — rzekł Rodus. Dam ci siedem sztuk, za przysługę.  
Artelius zaklaskał w dłonie. Po małej chwili dwóch wielkich, czarnych eunuchów przyprowadziło nabytek. Roden nie widział w urodzie niewolnicy niczego specjalnego. Owszem niczego sobie. Zgrabna, silna, o mocnych zębach. No może oczy, zielone i włosy miedziano-złote. Tak, coś było w jej oczach, ale to wszystko. Miała na sobie białą suknię z jedwabiu i prosty złoty pas. Jej oczy spotkały się z oczami Romulusa. Na jedną chwilę. Poczuł niepokój w sercu.
— Dziękuje ci jeszcze raz za wszystko, drogi Rodenie — rzekł Romulus.  
Poszli do powozu. Romulus podał jej dłoń przed wejściem do powozu.
— Podajesz rękę niewolnicy?
— Jak masz na imie? — zapytał Romulus.
— Aria — odrzekła dziewczyna.  
— W moim domu niewolnicy są wolni — rzekł dobitnie Rodus.  
— Słyszałam coś o tym — rzekła dziewczyna.
— Nikt cię nie tknął?  
— Nie żyła bym, gdyby to się stało. Wystarczyło, że obnażyli mnie na targu — parsknęła.
— Nikt cię nie dotknie ani nie obnaży, dopóki będziesz ze mną.
— Czyli wolność w złotej klatce?  
— Jeśli zapragniesz być wolna, wywiozę cię tam, gdzie będziesz bezpieczna i uwolnię.
Aria popatrzyła na niego. Pocałowała go w policzek.
— Nie dotkniesz mnie, póki nie zechcę?  
— Na Jowisza, tak postanowiłem.
— Jesteś szlachetny, może zdobędziesz moje serce.  
Zaczęła nucić jakąś smętną pieśń.
— Tam gdzie mieszkam, ludzie maja jasne, złote włosy. Jesteśmy wolni, a kobiety stają w rządzie nawet wyżej niż mężczyźni. Napadła nas banda dzikusów. Uwięzili chłopców i mężczyzn. Kobiet nie tykali, bo wiedzieli, że dziewice mają wysoką cenę. Sprzedano mnie na statek i oto jestem.
— Przykro mi — rzekł Rodus.
— Co ci się stało w czoło — dotknęła go palcami.  
— Szedłem na targ by cię kupić i napadnięto mnie. Nie wziąłem powozu, bo chciałem pokazać ci ulice Rzymu. Gdyby nie Artelius Roden, pewnie bym już nie żył.  
— Może gdyby nie Artelius Roden, nie miałbyś rany.
Spojrzał na nią ostro.  
— Zabraniam ci tak mówić, to mój przyjaciel.
— Zabraniasz mi jako mój pan, czy inaczej?
— Jesteś dumna i wolna. Inaczej — odparł po chwili.  
Pocałowała go po raz drugi.
— Nie rozpalaj mnie Ario — powiedział cicho. Pachniesz cudownie i wszystko we mnie drga.  
— Jeśli tylko tak mnie kochasz, nigdy nie zdobędziesz mojego serca.
— Nie miałem wielu kobiet, a umiem się pohamować, ale ty jesteś niezwykła — powiedział szczerze.
Popatrzył na nią inaczej.
Wybacz mi — rzekł.
— Nie lubię Rzymu i nie ufam Arteliusowi, możesz być zły. Dał za mnie sześć sztuk złota i pewnie chce złoto z powrotem dziś wieczorem?
— Tak, też zastanawiam się, że przyjaciel tak nie postępuje. Ale jak ty to wiesz?  
— Wiem.  
Dojechali do posiadłości Romulusa.
— Pojedź ze mną tam gdzie mieszkam. Tam wszyscy są wolni i szczęśliwi. Nauczę cię siać, robić chleb i ciasto — rzekła cicho.  
— Nie mogę, nie teraz.  
— Ach tak — powiedziała Aria. Wygląda na to, że jestem bardziej wolna niż ty.  
Coś zakuło go w serc. Może miała racje. Pierwsze co zobaczył w niej to nie ciało ani nawet oczy. Wolność!
— Co chcesz robić? — zapytał. Słuchać muzyki, grać, malować?
— Pozwól zająć mi się ogrodem i robić chleb — poprosiła.  
— Dobrze.
Zwołał wszystkich, w liczbie czterdziestu, wolnych niewolników.  
— To jest Aria, z kraju za ciepłym morzem. Będzie zajmować się ogrodem i robić chleb. Przyjmijcie ją ciepło do naszej wspólnoty.
Romulus zajął się pracą. Listami, podatkami i planami. Pod koniec dnia jego służący oznajmił, że Aria chce go widzieć.  
— Niech wejdzie, jako jedyna może wchodzić zawsze, kiedy zechce.
— Służący skinął głową, że rozumie.
Weszła Aria.
— Gdzie będę spała?
— Tam gdzie zechcesz — odrzekł. W moim domu jest wiele sal.
— Mogę spać obok twojej sypialni?  
— Tak, możesz.
— Jeśli będziesz miał złe sny, wiesz gdzie mnie szukać.  
— Ario, czy ty masz też koszmary?
— Czasem, a może zawsze.
Został sam.
Dziwna dziewczyna, jest ze mną pół dnia, a ja już oszalałem na jej punkcie, pomyślał.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii miłość, użył 3153 słów i 19287 znaków.

3 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Margerita

    Łapka w górę Katarzyna chce poślubić drwala a to dobre

  • AlexAthame

    @Margerita Zdarza się, szczególnie, że drwal to specjalna postać :smile:

  • Almach99

    W kazdym wcieleniu bohaterzy maja koszmary, bardzo podobne. Dlaczego krolowa I drwal musieli umrzec?
    A teraz przenosimy sie do starozytnego Rzymu...

  • AlexAthame

    @Almach99 Wszyscy muszą kiedys :sad2:

  • AuRoRa

    Bardzo intrygujące. Wszystkich łączy sen i śmierć. Katarzyna to silna kobieta,czterech pokonała , żal też drwala.