Kiedy otworzysz oczy cz 2

Pracowała już dziewięć miesięcy w, , 3”. Nie odeszła do telewizji mimo krezusowych ofert. Mieli świąteczne party przed Bożym Narodzeniem. Kirę kochali wszyscy. Zarabiała 80$ na godzine. Miała własne auto do dyspozycji z kierowcą o budowie i zdolnościach ochroniarza. Kira nie piła i wszyscy to szanowali. Party się skończyło. Została ona, Suzan, Keneth i Morgan. Zarówno Kira jak i jej chłopak nie tknęli alkoholu. Natomiast Suzan i Morgan mieli już dobrze w czubie. Kira chciała już iść.
— Zaczekajcie jeszcze chwilkę — poprosił Morgan.
— Dobrze, ale tylko trochę.  
— Chodź pokaże ci nominację od burmistrza. Ogłoszę to po świętach, ale tobie chciałem pokazać najpierw.
— Pokaż jej tylko nominację — zaśmiała się Suzan.
Suzan czuła się dobrze. Miała nadzieję, że znowu będą razem z Morganem. Obydwoje byli po                                                                     rozwodach, a dzisiejsze party wskazywało na to, że to może się stać.
Morgan otworzył biurko.  
— Popatrz co napisał burmistrz.  
Kira przebiegła oczami po liście na kredowym papierze. Poczuła dłoń Morgana na swojej dłoni.  
— Co robisz Morgan, jesteś pijany!  
— Nie na tyle, że nie wiem co robię. Jesteś tu dzięki mnie, ale swoją pozycję zawdzięczasz sobie.
— Proszę, zabierz rękę — poprosiła.  
Morgan zabrał dłoń.
— Nigdy mi nie podziękowałaś.  
— Jestem ci wdzięczna — powiedziała bez gniewu.
— Tylko tyle?  
Patrzył na nią długo.
— Wybacz mi Kira. Jesteś inna, inna niż wszystko co znam. Nie umiem tego opisać. Ja...
W drugim pomieszczeniu usłyszeli zamęt, a potem strzały.
Do pokoju weszła, Linda Large. W jej dłoni dymił pistolet.
   Po pierwszej rozmowie z Kirą, odnośnie Lindy, Morgan nie mógł pojąć, że Kira nie chce jej zguby. Długo rozmyślał o wszystkim i... zdecydował się poznać Lindę. Linda była atrakcyjna. Miała w sobie coś, co pociągało Statforda. Mogła podobać się mężczyznom. Ładna, zgrabna i inteligentna. Ich zwiazek był w ukryciu. Linda chciała więcej, a Morgan chciał się wycofać. Linda odkryła, że powodem tego była Suzan. Miała swoje wejścia i kontakty. A teraz była u kresu. Mimo, że robiła wrażenie, że uczucie to ostatnia rzecz na jakiej jej zależy, to jednak pragnęła zatrzymać Morgana. Przegrywała wymarzonego faceta. Znienawidziła jego, Suzan, lecz najbardziej... Kirę. Kiedy widziała ją w telewizji, wyła ze złości. Złości i zazdrości. Nie o pieniądze, nie o karierę. O to czego nie mogła mieć. Dobroć, którą Kira miała.
   Zostawiła dwa trupy w pierwszym pomieszczeniu, jak sądziła i zostały jej jeszcze trzy życia, które chciała odebrać. Jego, Kiry i swoje. Kiedy weszła, z dymiącym pistoletem, Morgan klęczał przed Kirą. Nie klęczał w prośbie o litość czy wybaczenie. Morgan wytrzeźwiał całkiem jeszcze zanim usłyszeli strzały. Ukląkł przed Kirą jak przed bóstwem, które zmieniło jego serce. Serce i coś jeszcze, czego nie pojmował.  
— Ty żałosny błaźnie — syczała Linda. Błagasz ją o pocałunek, czy o litość — cedziła. Jesteś niczym, Kira — zwróciła się do dziewczyny. Nie będziesz się cieszyć tym co masz.
Dwa pistolety wystrzeliły prawie jednocześnie. Morgan zareagował szybko. Kiedy Linda prowadziła monolog z Kirą, wyciągnął broń z biurka... Gdyby Morgan nie strzelił pierwszy, pewnie kula z pistoletu Lindy rozbiła by mózg Kiry w drobną mazię. A tak trafiła ją w piersi i kula utkwiła blisko serca. Morgan również chybił. Kula z jego broni utkwiła kilka cali za wysoko, ponad sercem, w torsie Lindy.
— Nie rezygnujesz nigdy — rzekł spokojnie.
Linda mogła strzelać do niego, ale nie zrobiła tego. Morgan spokojnie wymierzył w jej głowę.  
— Żegnaj Lindo, do zobaczenia w piekle.
Jego palec powoli naciskał spust.  
— Nie rób tego — szepnęła słabo Kira, zasłaniając ciało Lindy, swoim.
Morgan mierzył chwilę, a potem opuścił broń. Kira, powoli opierając się o ścianę doszła do drzwi. Suzan była lekko ranna w lewe ramię. Z piersi Kenetha płynęła krew. Usłyszeli strzał z drugiego pokoju.
— Zabiła się — rzekł Morgan, wychodzac w chwilę potem z gabinetu. Powiedziała, że nie może żyć po tym, kiedy poznała dobro.
Morgan popatrzył smutno na Kirę.  
— Wezwałem pomoc, trzymajcie się.  
— Za późno — rzekł cicho Keneth.
Kira potykając się, dotarła do niego.  
— Nie zdążyłem ci powiedzieć, że cię kocham — szepnął cicho.
— I ja ciebie, Keneth.
Pocałowała jego usta. Kiedy oderwała je od jego warg, skonał.
— Byłam z tobą w tym śnie... Ale to... to też tylko sen — szepnęła.
— Trzymaj się Kira, kochanie — powiedziała Suzan — pomoc już nadchodzi.
Ale Kira już nie słyszała. Tam gdzie przeszła, nie docierał żaden dźwiek z tego świata.
                                        
   Na pogrzeb Kiry Price i Kenetha przyszło tysiące ludzi. Major Portland kazał opuścić flagę miasta do połowy. Wszyscy płakali. Natomiast Lindę Large, złożono do grobu w obecności zaledwie kilku osób. Nikt nie płakał. Szeptano tylko, że jeśli by tam była Kira Price, pewnie by uroniła łzy.

                                       **
   Księżniczka Katarzyna patrzyła na ogród. Zaczynały kwitnąć jabłonie. Lubiła ich zapach. Kwiaty, ptaki, wszystko co żywe. Kochała ludzi, chociaż wiedziała jak potrafią być okrutni. Teraz, kiedy ojciec umarł, stała się królem i królową całej Hernecji. Królestwa od gór, aż do wielkiej wody. Miejsca o żyznej ziemi, rzekach pełnych ryb. Trzech królów rywalizowało o jej rękę. Albo o jej ziemię, pełne złota, srebra i kamieni przedniej wody. Trzy dni temu pochowała ojca. Matka zmarła prawie dziesięć lat temu. Ojciec kochał Katarzynę ponad wszystko, bo trudno było jej nie kochać. Nie pozwalała, by komukolwiek stała się krzywda. Czasami naginała prawo, wypraszała u ojca ułaskawienie. Teraz myślała, by te prawo zmienić. Miała dopiero 26 lat, ale mądrości mógł pozazdrościć jej starzec. Czuła, że ludzie czynią zło, bo jest niesprawiedliwe prawo. Przynajmniej większość z nich. Czy życie chłopa było mniej warte niż księcia? Czy nie ta sama krew płynęła w ich żyłach? Czy złodziej nie kradł czasem, bo nie miał wyboru? Czy ktoś nie zabijał czasem w rozpaczy, bo zgwałcono mu córkę? A ten kto to uczynił, miał złoto by oślepić sędziów. Doradcy widzieli niebezpieczeństwo w takich myślach. To o czym myślała, groziło całemu systemowi. Przecież nikt nie wierzył, że wszyscy są równi. No może tylko księżniczka Katarzyna. A teraz wojna wisiała na włosku. Każdy z trzech królów rościł sobie prawo do jej ręki. Tak, Katarzyna znała swoich wielbicieli.  
   Na wschodniej granicy Markus III. Czterdziestoletni, nie znający litości. Odważny i sprawiedliwy, ale srogi. Przestrzegał prawa. Nigdy nie korzystał z prawa łaski. Nieprzekupny. Ścinał możnych, wieszał chłopów, jeśli popełnili straszny czyn. Miał wielu przyjaciół, którzy mu sprzyjali i jeszcze więcej wrogów. Gdyby nie był bez serca, może Katarzyna zdecydowałaby się na niego. Mogła by dzielić łoże z kimś brzydkim, ale dobrym. Markus był postawny, czarnowłosy i ciemnooki. Znakomicie władał mieczem jak i toporem. Znał kilka języków, popierał sztukę i nowe wynalazki. Nie obawiał się kleru i trzymał rękę nad całym państwem. Miał wiele pozytywnych cech, lecz brakowało mu jednej, która dla Katarzyny miała wielkie znaczenie.
   Z południa królował Leryn śmieszny. Jego imię pochodziło od wyrazu twarzy, bowiem po przebytej chorobie w dzieciństwie na jego twarzy panowł dziwny uśmiech. Przeciwnie do Markusa nie popierał władzy silnej reki. W jego państwie panowały liberalne prawa. Na to niechętnie patrzyło papiestwo. Poddaństwo chłopów było jedynie na papierze. Szlachta górowała nad nimi, ale nie całkowicie. Leryn miał swoich ludzi wszędzie. I nie pozwalał krzywdzić słabych. Nie był zbyt urodziwy, ale też i nie brzydki. Miał dopiero 32 wiosny. Gdyby nie to, że lubił zabawy, pijaństwo i kobiety Katarzyna wybrała by jego za małżonka. Dobro ludu miało dla niej wielkie znaczenie, ale nie mogłaby dzielić łoża z kimś kto spał jednej nocy z szlachcianką i chłopką. Sława jego męskości raczej odpychała go od niej, niż przybliżała.
   Z zachodu stał z wojskiem młodzian, prawie 25 letni, Arnisz Wielki. Sam nadał sobie tytuł wielkiego. Nie był ani wysoki, ani niski. Szczupły, postawny o brązowej czuprynie. Miał wielkie wojsko po ojcu, który zmarł na nieznaną chorobę. Arnisz nie miał charakteru. Był zmienny jak choragiew na wietrze. Nie miał swojego zdania, a władzę trzymali jego doradcy. Sprytni, przebiegli. Nie mogli dojść do porozumienia, chociaż na razie władali we troje. Od przewrotu oddalało ich wojsko i generałowie służący za czasów ojca Arnisza, Artura mocnego, którego Arnisz był całkowitym przeciwieństwem. Chodziły plotki, że chciał wydziedziczyć syna z tronu, widzac jego zmienność i słabość. Mówiono po cichu, że to sam Arnisz go otruł. Trucizna wywołała skutki, wyglądające na chorobę i Artur zmarł po tygodniu. Katarzyna czuła, że Arnisz przyczynił się do śmierci ojca.  
   Teraz właśnie patrzyła na jabłonie otoczone rojem pszczół pracowitych, a jej serce biło niespokojnie. Była królową i nie mogła zostawić swojego ludu. Lecz cóż miała uczynić?  
— Pani! — rzekł minister skarbu. Królestwo w potrzebie. Trzech królów czeka na twoją zgodę. Jeśli wybierzesz jednego, reszta odejdzie do swoich ziem.  
— Wierzysz w to, zacny ministrze?
Starzec o mocnych rysach i ogorzałym ciele popatrzył na młodą dziewczynę w koronie.  
— Mądrości ci zazdrościć, o pani. Zaiste wojna nieunikniona, nie odpuszczą inni.  
— Wojna nieunikniona, ale naród przetrwać może — powiedziała królowa.
— Generał armi ukląkł przed Katarzyną.  
— Jak, o pani, stać się to może?
— Nasze wojsko silne, jeśli wojsko Arnisza z nami będzie, pokonamy łatwo Leryna śmiesznego, a może też Markus ustąpi, widząc w tym sprawiedliwość.
— Nasze wojsko silne, ale chce widzieć męską prawicę, a nie niewieście szaty, o pani — rzekł generał armi i padł na twarz przed Katarzyną.
— Powstań generale, wiem co czujesz w swoim sercu.
— Wiem pani, żeś waleczna i silna. Niejednego rycerza pokonałabyś na udeptanej ziemi, ale nie mnie słuchać będą.  
Katarzyna wstała z tronu. Podeszła do wciąż leżącego generała.
— Prosze powstań. Jeśli nie, ja położę się na kamiennej posadzce obok ciebie.  
Generał wstał.
— Wybacz mi pani, wiem że miłujesz ludzi, zwierzeta i rośliny. Powiedz co czynić, nie ma mędrca nad tobą.
Do sali tronowej wszedł dowódca straży.
— Wybacz pani. Wiem, że sprawy królestwa rozważasz, ale twoje prawa przestrzegamy.  
— Mów, co wiedzieć muszę — powiedziała Katarzyna.  
— Drwala z lasu przyprowadzono. Zabił trzech rycerzy, jeden z nich dalekim krewnym twoim.  
— Jak się to stało? — zapytała Katarzyna.
— Krewny twój dziewkę z prostego ludu sponiewierał, pomocy wzywała. Drwal z pomoca przybiegł.  
Prosił, nie usłuchali. Dwóch poddanych krewnego wraz z nim, zabić drwala chcieli. Bronił się drwal prosty i zabił wszystkich trzech.
— Przyprowadź drwala przed oblicze moje.
   Po kilku minutach czterech zbrojnych przywlokło zakutego w łańcuchy młodzieńca. Z jego dolnej wargi płynęła krew. Prawica rozcięta mieczem, krwawiła również. Na szczęście rana głeboka nie była.  
Katarzyna spojrzała w oczy młodzieńca. Dziwny dreszcz przeszedł przez jej ciało. Jakaś dziwna jasność biła z jego oblicza, a oczy jego przenikliwie patrzyły na nią.
— Zdjąć łańcuchy i opatrzyć mu rany.
— Ależ pani, on siłacz niespotykany, niebezpieczny człek. Łatwo wziąść się nie dał — rzekł dowódca straży.
— Przynieście świeże płótna i wodę — powiedziała Katarzyna — jakby nie słyszała ostrzeżeń. Rozkuć go natychmiast, sama go opatrze, niech wszyscy wyjdą.  
— Nie może to być, o pani — rzekł generał armi.
— Nie? Jestem królową, czy nie? Jeśli nie usłuchacie, zrzekam się tronu — rzekła Katarzyna.
Generał, minister skarbu i dowódca straży popatrzyli po sobie. Drwala rozkuto, przyniesiono wody i czyste płótno. Siłacz stał nieruchomo.
Ukląkł przed Katarzyną.  
— Zaiste, prawdę mówi lud o tobie. Ja i mi podobni, życie za ciebie oddamy, do ostatniego tchnienia walczyć za ciebie będziemy.  
— Powstań.  
Podeszła do niego, rozerwała bawełnianą szmatkę i zaczęła przemywać mu ramię, a potem usta. Zostali sami.
— Jak masz na imię?  
— Kartys z Boru stuletniego. Mogę i ja powiedzieć coś, o pani?
— Mów.  
— Powiem nawet jeśli wychłostać karzesz.
— Mów — rzekła powtórnie.  
— Mądra jesteś i dobra, o pani, ale piękna ponad wszystko com widział. Żadna sarna nie ma oczu jak ty, a jodła najpiękniejsza nie równa się z tobą w postawie.
— Twoja warga nadal krwawi, chociaż mniej — rzekła tylko. Tylko jednym mogę to powstrzymać — dodała.
Kartys widział co robi królowa, ale nie śmiał jej powstrzymać.
Ona powoli zbliżyła swoje malinowe wargi do jego ust. Poczuł pocałunek. Cudowny, ciepły, dziewiczy. Jego silne nogi zmiękły w kolanach.  
— Czemu, o pani?  
— Dowiesz się, kiedy będzie pora.  
Zachwiała się i upadłaby, gdyby jej nie uchwycił jak piórko.
— Co się stało? — zapytała słabo kiedy wróciły jej zmysły.
— Pocałowałaś mnie, pani — rzekł Kartys.  
— Och, doprawdy?  
Podeszła do tronu i usiadła.
— Czy to prawda o co cię oskarżają?
— Zabiłem trzech zbrojnych.  
— Jak?
Wyciągnął ręce.
— Nie miałeś siekiery albo innej broni?
— Nie, o pani.  
— Dlaczego to się stało?
— Patrzyłem, dziewczyna uboga szła drogą. Jechał możny z dwoma. Zatrzymał konia i zaczął zdzierać z niej szatę, aż z małą przepaską na biodrach została. Płakała, może 14 wiosen miała — ciągnął.  
Prosiłem na świętości aby zaniechali — kontynuował. Z mieczami się rzucili, zanim dziewcze bez przytomności na ziemię padło. Broniłem się, pobiłem ich. Dziewcze uciekło, a ja czekałem na wojsko.  
Pobiłem kilku, raniąc lekko, bo kiedy przybyli zaatakowali bez zapowiedzi. Jeden z nich, dowódca twój, do ciebie prowadzić rozkazał. Wówczas zaniechałem walki, zakuć się pozwoliłem.  
Katarzyna klasnęła dwukrotnie. Straż przybyła natychmiast. Pewnie stali za drzwiami.  
— Nie słuchaliście?  
— Nie śmieliśmy — rzekł dowódca straży.  
— Przyprowadzić generała.  
Po chwili generał wszedł do sali.
— Rozkaż przynieść zbroję lekką, największy rozmiar.
Po kilku chwilach zbroję przyniesiono.  
— Załóż ją, Kartys.  
Kiedy młodzieniec założył zbroję, poprosiła miecz od generała.  
— Uklęknij, Kartys.  
Kartys ukląkł.  
— Ja Katarzyna, królowa całej Hernecji mianuję cię Kartysie z Boru stuletniego, rycerzem.
Udrzyła go lekko mieczem po barkach.  
— Będziesz mi wierny?
— Póki ostatni dech w płucach i ostatnia kropla krwi we mnie, wiernie będę bronić wolności twojej, życia i sławy.  
— Powstań.  
— Jesteś niewinny, to co uczyniłeś chwalebne jest. Czynię cię moim osobistym strażnikiem. Od dziś jeść będziesz ze mną, spać w mojej sypialni będziesz.  
Generał chciał coś powiedzieć, ale zobaczył wzrok Katarzyny.  
— Przynieście łoże do mojej sypialni — rzekła.  
— Oto co nakazuję — rzekła do generała.
Usiadła na tronie.  
— Wyślesz zaufanych ludzi do generałów Arnisza, unię z nimi zawrzeć chcę. O tym, że szczęścia ludu pragnę, przekażcie. Larynowi samemu przekażcie podobnie. Do Markusa udam się osobiście.  
— To zbyt ryzykowne — rzekł generał.  
— Nie pojadę sama, zabieram ze sobą Kartysa — rzekła lekko rozbawiona.
— Pani, zaczął generał...
— O jego sile wiesz. Chcę tobie i wojsku, pokazać moją. Przyprowadź na plac główny, czterech najlepszych z armi.  
Wstała z tronu i udała się do swojej komnaty. Stanęła przy drzwiach.
— Kartysie, nie idziesz za swoją panią?  
Olbrzym ruszył za nią i zatrzymał się przy drzwiach.
— Nie zjem cię — szepnęła — chodź.
Weszli do sypialni.  
— Nic nie wiedzą o moich zdolnościach. Czas żeby zobaczyli, że ich królowa jest waleczna. Kartysie, widziałeś kobietę nago?  
— Prawie, choćby to dziewczę dzisiaj.
— Nie prawie, zupełnie?  
— Zupełnie, nigdy — rzekł lekko zaskoczony.  
— Widzę w tobie coś, czego nie dostrzegłam w nikim. Jestem pewna, że przejdziesz ostatnią próbę.  
— Nie wiem o czym mówisz, pani.
— Mów mi Katarzyno, jak będziemy sami. Oni nie rozumieją...
Otworzyła skrzynię. Zaczęła wyjmować ubranie giermka, a potem lekką zbroję. Prosty miecz, kuszę.
Kartys zobaczył, że zaczyna zdejmować suknię.
— Nie odwracaj się, pomożesz mi rozsupłać ten okropny strój.
— Nie masz pani, służki?  
— Mówiłeś coś Kartysie?
— Nie masz Katarzyno, służącej?
— Nie dosłyszałam?
Kartys zrozumiał. Podszedł i rozsupłał sznurki na jej plecach. Po chwili suknia z drogimi kamieniami i złotem, upadła na drewnianą podłogę. Katarzyna stała w białej koszuli. Kartys odwrócił oczy.  
— Dobry strażnik nie spuszcza oczu z tego co ma chronić — rzekła.  
— Ale jesteś w bieliźnie, Katarzyno.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii miłość, użył 2967 słów i 17426 znaków, zaktualizował 11 cze 2017.

3 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Margerita

    łapka w górę biedna Kira

  • Almach99

    Oooo pomysl z odradzaniem sie duszy w innym zyciu, w innej rzeczywistosci. Fajno. Oby tylko jazda odslona nie konczyla sie przedwczesna smiercia

  • AlexAthame

    @Almach99 Ale to nie jest zupełnie tak.Zobaczysz na końcu.

  • AuRoRa

    Kira zginęła, smutne w kwiecie wieku,kariery. Katarzyna ciekawa postać.

  • AlexAthame

    @AuRoRa  :danss: Tak ja wykreowany.