Błękit cz 4

— Brać go — ryknął. Ty sukinsynu — wrzeszczał.
Dwóch kompanów brodacza ruszyło na Chrystiana. Max i Pasquale stali dalej i spóźnili się o sekundy. Podwładni zranionego znali się na rycerskim rzemiośle. Wydawało się, że Chrystian nie ma szans. Chrystian zrobił błyskawiczny unik w bok, a jego miecz przeciął powietrze z sykiem. Młody blondyn ugodzony w ramię i bok, padł na ziemię. Miecz Chrystiana nie skończył swego biegu. Prowadzony nienagannie, ugodził drugiego z napastników w brzuch. Pozostała piątka otoczyła Chrystiana, Maxa i Pasquale. Max odzyskał mowę.
— Zostawcie go, chcecie wszyscy zginąć! Jesteście na posiadłości Louisa de Bergerone, a on jest dowódcą jego wojska.
Słowa Maxymiliana musiały poskutkować, bowiem pozostali z ósemki, zaczęli się wycofywać. Chrystian trzymał nadal miecz. Schował go dopiero kiedy cała piątka i pozbawiony dłoni brodacz, odwiązali konie i zaczęli odjeżdzać.  
— Ja bym nigdy nie zostawił swoich, rannych żołnierzy — rzekł spokojnie Chrystian.
— Pasqual, zawołaj karczmarza, by ich opatrzył. Nic im nie będzie, lekko ich drasnąłem — dodał.                                            
Pomocnicy karczmarza zabrali rannych do środka. Max, Pasqual i Chrystian zamierzali wracać. Na placu została tylko dziewczyna. Płakała.
— Dziękuję panie, to nie było konieczne — wyjąkała.
— Może i tak — odparł sucho Chrystian.  
Rzucił jej złotą monetę.
— Masz gdzie mieszkać? — zapytał.
— Tak panie — odrzekła, ciągle wystraszona.
— Idź do domu, nic tu po tobie, zabawa skończona...
                                                                                                                               Maxymilian miał ciągle te scenę przed oczami. Dojechali, wrota zamku de Lonre, mieli przed sobą.  
Otwarto bramę. Na dziedzińcu służba Olafa pomagała wyładowywać kufry, a sam Olaf pomógł Samancie wyjść z powozu.
— Co za niespodzianka, spodziewałem się najwyżej listu. Ogromnie się cieszę, witaj Samanto w moich progach.                                                                                                               Maxymilian powrócił następnego dnia wraz ze swoimi rycerzami do posiadłości Samanty.

    Następne dni wydawały się Samancie jak z bajki. Olaf nie robił żadnych szybkich posunięć. Przeciwnie, zdawał się ignorować zaczepne i czasem zalotne słowa młodej kobiety. Powoli zdobywał jej przyjaźń i nawet nie zauważyła jak jej serce zaczęło mocniej bić dla niego...
                                                        *
    Maxymilian siedział przy pustym stole. Od czasu wyjazdu Samanty, nie widział Chrystiana. Poza krótkim listem, dowódca straży, nie zostawił innych wiadomości.
,,Mam ważne sprawy na wschodzie. Zajmuj się zamkiem, traktuj wszystkich  jak Samanta i jej ojciec. Chrystian.”        
Max dawno nie pił tyle wina. Siedział posępny. Nie miał pewności, czy list mówi prawdę. Gdzie zatem był Chrystian? Nie wiedział. Bo przecież nie mógł wiedzieć tego! Ponieważ nie wiedział, co stało się wówczas, prawie rok temu, kiedy kompani brodacza odjechali...
                                                         *
— Jedziemy panie? — zapytał Max.
— Tak — odrzekł młodzieniec.
Wskoczyli na konie. Czarnowłosa ciągle stała, a złota moneta błyszczała na piasku. Zobaczył jej spojrzenie. Podbiegła do jego konia i ujęła go za but.
— Jak mogę ci odpłacić, panie, zato co uczyniłeś. Jestem prostą, biedną dziewczyną.
— Nic nie musisz robić, zabierz dukata i idź do domu.
— Mogę czyścić twoją zbroję i doglądać konia, znam się na tym — nie dawała za wygraną.
Zaczęła go irytować
— Idź do domu — powiedział ostro.
Ona zaczęła płakać. Chrystian mimo młodego wieku odznaczał się wielką wrażliwością. Górowała to nawet nad jego porywczością. Poza tym miał jedną słabość. Kobiece łzy. Zeskoczył z konia.  
— Max! Wracajcie, mam tu jeszcze coś do załatwienia. Powiedz Louisowi co zaszło. Bez detali.                                                                                                                Max bez słowa odjechał z kompanem.
— No już dobrze, nie płacz — powiedział łagodnie Chrystian.  
Dziewczyna otarła łzy dłonią.
— Skończyłam 16 lat, mieszkam w pobliskiej wsi z chorą matką. Ojca nie bardzo pamiętam, umarł kiedy miałam trzy lata. Wybacz panie, że się rozgadałam, ale jak do tej pory, nikt nie ujął się za mną i nie okazał mi tyle serca co wy, panie.                                                                                                                    — Możnaby to zeszyć, ale nie wiem jakby to wygladało.
Brakowało kawałka, jakiś pies porwał go wraz z odciętą dłonią. Jej suknia pamiętała lepsze czasy. Serce Chrystiana ścisnęło się. Znał swoją pozycję. Nie należał do biednych, chociaż byli od niego tysiąckrotnie bogatsi. Nie myślał jednak o nich, absorbowała go bieda. Rozmyślał w swoim sercu, że możnaby było coś z tym zrobić. To w pewnym sensie tłumaczyło chłopskie bunty. Świat, w którym mieszkał, nie należał do sprawiedliwych.
— Chodź ze mną — powiedział do dziewczyny.  
Przywiązał swojego ślicznego, rocznego ogiera zaraz przy wejściu do karczmy.
— Poczekaj Wiatr, muszę coś załatwić — szepnął do konia.
Wiatr zarżał krótko i uderzył pyskiem w jego ramie.
— Ty lepiej to wszystko rozumiesz niż nie jeden człowiek — szepnął do konia.
Weszli do gospody. Dziewczyna trzymała się krok za nim.
— Twój koń jest mądry i piękny — powiedziała nieśmiało.                                                                                              
— Masz całkowita rację — odparł. Jak ci na imię?                                                                                                
— Mam na imię Michelle, panie.                                                                                                                — Jestem Chrystian Aragon — odparł.
Stanęli za szorstkim, dębowym barem. Na nim stały misy i butle wina.
— Masz jakiś ubiór na nią? — zapytał karczmarza.
— Coś się znajdzie, panie Aragon — rzekł cicho.
— Jak wiesz moje imię?                                                                                                                 — No cóż panie, mam moją skromną karczmę na włościach dobroczyńcy Bergerone i wiem jak się nazywa jego dowódca straży. No i sława twojego miecza też trochę pomogła — dodał.
Wyraźnie czekał na coś.
— Jak tam twoi podopieczni, zająłeś się nimi?
— O tak wielmożny panie Aragon, jakbym mógł tego nie zrobić. Ten z raną ramienia w porządku, a ten z raną brzucha, karczmarz wymownie spojrzał do góry.
— Nie bajaj, nic mu nie będzie — rzekł wesoło Chrystian. Specjalnie ciąłem lekko, by nie uszkodzić nic w środku. Trzymaj go czysto, zmieniaj opatrunki, a za dwa tygodnie, wsiądzie na konia. Powiedz mu to, co ci powiedziałem — dodał Chrystian.
— Jakie lubisz kolory? — zapytał Michelle.
Jej wielkie oczy, zrobiły się jeszcze większe.
— Jestem prostą chłopką, a ty mówisz do mnie jak do damy, panie — rzekła cicho i wielkie jak groch łzy zaczęły płynąć po policzkach. Słowa, dławiły jej gardło.
— Jak nie przestaniesz płakać, to cię spiorę, a rękę mam ciętą — uśmiechnął się.  
Michelle uspokoiła się od razu.
— Ładnie mi w jasnych pastelach, zielonym albo różowym.
— Słyszałeś karczmarzu? — rzekł Chrystian.
Chrystian wiedział na co ten czeka.
— Jesteś Żydem, bardziej stwierdził niż zapytał.
— Nic się przed wielmożnym panem nie ukryje — odrzekł karczmarz.
Jego oczy zrobiły się okrągłe na widok wielkiego, złotego talara. Ukłonił się nisko ze trzy razy zanim zniknął za grubą kotarą.
— Głodna jesteś? — zapytał dziewczyny.
— Nie, zupełnie nie — szepnęła.
— Nie kłam, widziałem jak patrzyłaś na strawę w misie.
— To prawda co mówił ten karczmarz, nic się przed tobą, panie nie ukryje. Prawdę mówiąc, nie miałam nic w ustach od rana. Przyszłam tu, bo jedna dziewczyna z mojej wsi, powiedziała, że tu można trochę poswawolić. I że tu, panowie rycerze, dadzą jeść, a czasem rzucą srebro i nie ukrzywdzą. Ja może i tak bym nie przyszła, ale matka ma suchoty — zaczęła płakać.
— Ja jeszcze nigdy... ja tak nie umiem — gubiła się.
Teraz Chrystianowi zrobiło się przykro.  
— Przepraszam cię Michelle, źle cię oceniłem.
Michelle stała zaszokowana.
— Ty mnie przepraszasz, wiedząc po co tu przyszłam! Jesteś aniołem z nieba  — rzekła wzruszona.
Uklękła przed nim i objęła mu nogi.
— Wstań, nie trzeba — szepnął. Co chcesz zjeść? — zapytał, kiedy wstała.  
Nie czekając na odpowiedź zawołał do kucharki.  
— Podaj sałatę, pomidory i jakieś mięso — rzucił.
— Pan dobry, ja słyszałam rozmowę — rzekła kucharka o obfitych kształtach.
Zniknęła za kotarą.
Po chwili pojawił się karczmarz. Trzymał w ręku trzy sukienki. Jedna różowa, druga kremowa z lnu. Trzecia to istne cudo. Nawet królowa by się jej nie powstydziła. Prawdopodobnie pochodziła z dalekiego wschodu. Persji, a może nawet z Indii.
— Ta powinna być dobra — wskazał na cudo, karczmarz.
Suknia była z delikatnego jedwabiu, jasno zielona, wyszywana perłami i przetykana złotą nicią.  
Na jej widok oczy Michelle zrobiły się wilgotne, ale przypomniała sobie ostrzeżenie.
Nie chciała lania. Kucharka przyniosła jadło, wyglądało świeżo. Tak jak sobie zażyczył Chrystian: sałata, pomidory, gotowana marchewka i strączki. Do tego lekko usmarzony kurczak, polany sosem grzybowym z wonnymi przyprawami. Na deser korzenne ciasto i świeży sok z pomarańczy.
— Daj też trochę czerwonego wina — rzekł Chrystian.  
— Zaraz podam, najlepsze jakie mam.
— Podoba się suknia, dałem za nią majątek — rzekł nieśmiało karczmarz.
Młodzieniec spojrzał na niego z gniewem w oczach.
— Czy dałem ci za mało?  
— Ależ nie panie, dosyć — odparł lekko wystraszony.
— Dosyć? Ten talar waży trzecią część funta! Mógłbyś postawić za to następną gospodę — rzekł ciągle zły Chrystian. Nie nadużywaj mojej hojności.      
Pokazała się kucharka.  
— To ode mnie — rzekła, stawiając przed Michelle, winogrona i truskawki.
— Niech pana Bóg błogosławi, wasząłaskawość — rzekła obciągając lekko zabrudzony fartuch. Piersi miała wielkie i ciężkie, wypukłe pośladki i grube, silne uda. Chrystian domyślił się, że karczmarz gustuje w okrągłych kształtach. Dostrzegł bowiem jak patrzy na nią. Michelle pałaszowała wszystko w mig. Nagle zatrzymała się jakby sobie coś przypomniała. Zaczęła dyskretnie odsuwać jedzenie na bok porcelanowego talerza. Podawano zwykle na glinianych, drenianych albo metalowych talerzach, ale chytry Żyd uznał, że to specjalni goście. Dziewczyna spoglądała ukradkiem na Chrystiana. On domyślił się.  
— Jedz spokojnie, pamiętam o twojej matce, zabierzemy dla niej dosyć. Nie mogę pomóc wszystkim, ale mogę pomóc... komuś — rzekł niby do siebie.
— Ksiądz mówi w niedzielę z ambony, że trzeba się dzielić, ale sam zgarnia tłuste świnki do siebie — rzekła Michelle.
— Jak zjesz, możesz przymierzyć.
— Och, na pewno będzie dobra, szkodaby ją było ubrudzić. Jestem trochę spocona. Pół mili do mojej chaty to piach i ziemia, dopiero potem trawa.
— Nic się nie martw, nie będziesz szła, pojedziemy na moim koniu.
— Ja chyba śnię — szepnęła. Twoja żona musi być najszczęśliwszą kobietą.      
— Nie mam żony.                                                                                                                 Przed oczami stanął mu obraz Samanty i przez serce przeszedł lekki skurcz.
— Co się stało panie, twoja twarz się zmieniła?
— Nic nic, zdwało ci się — skłamał.  
Jestem już gotowa — powiedziała Michelle.  
Chrystian  zabrał przygotowane jedzenie i rozmawiał cicho z karczmarzem, tak by dziewczyna nie słyszała. Kiedy ładowano wszystko na konia, sam dał mu wody i trochę owsa.                                                                            
— Nie będzie mu za ciężko? — zapytała.                                                                                                           — Nie, przecież ty nic nie ważysz — uśmiechnął się.                                                                                                      
— To prawda, niewiele, ale mam silne ręce i nogi od pracy na polu — dodała dumnie.                                            
Chrystian uniósł ją lekko jak piórko, posadził na rumaka po czym sam wskoczył.  
Posadził ją przed sobą i trzymał uzdę z obu jej stron. Ona gładziła wieszchowca po grzywie.
— Śliczny jest — szepnęła.  
Minęli piach i wjechali na lekko kamienisty grunt porośniety trawą. Po lewej stronie minęli lasek.  W oddali, około mili, stało kilkanaście chat.  
— To już tam — pokazała ręką. Panie? — zapytała nieśmiało.
— Co się stało, Michelle?
— Tam, może pół mili, jest lasek, a w nim czyste jeziorko. Mało kto je zna, nawet z mojej wsi. Ja chodzę tam pływać. Mogłabym się obmyć i przymierzyć to cudo.
Zdziwiła się sama, skąd tyle u niej odwagi.
— Nie gniewaj się, dobrze... panie? — dodała asekuracyjnie.
Chrystian zmienił kierunek i po kilku minutach dotarli na miejsce. Lasek był dziewiczy, pachniał. Rosło tu pełno jagód, poziomek i grzybów. Po stu jardach dotarli do jeziorka. Przez kryształową, czystą wodę, widać było dno.
— Jest naprawdę czyste — rzekł.
Wiatr też uznał, że to prawda. Kiedy Chrystian zdjął z niego wszystko, poszedł pić, a potem zaczął skubać soczystą trawę.                                                                                                             Głębokie?                                                                                                         — Pewnie tak, umiem pływać, ale nie wypływam za daleko. Pewnie poza mna nikt tu nie przychodzi. Przychodzę tu od wiosny, aż do późnej jesieni, po pracy w polu. Tu jest tak pięknie. Kiedy leżę na trawie, patrzę na niebo i słucham ptaków, zapominam o wszystkim. Czasem dojrzę lisa albo bobra i jestem taka szczęśliwa. Z brzegu i dalej są drobne kamienie, że nawet kiedy wchodzę, to woda się nie mąci.                                                                                                                — Popływaj sobie, a ja wytrę konia.  
Starał się nie patrzyć na nią, kiedy się rozebrała. Po chwili usłyszał jej radosne okrzyki. Po paru minutach wyszła z wody. Walczył z soba by nie patrzeć
— Jest śliczna.  
Założyła najpierw tą z lnu.
— Załóż tą jasnoszmaragdową — zagadnął.
Ona wyraźnie nie była skrępowana, rozebrała się na jego oczach. Odwrócił szybko głowę.
— Och jest naprawdę piękna i pasuje doskonale.
Chrystian popatrzył. Sukienka leżała wyśmienicie.  
Wiedział już od pierwszej chwili, że Michelle miałe najpiękniejsze ciało i twarz jaką kiedykolwiek widział. Teraz kiedy patrzył na nią, próbował znaleźć jakąś wadę w jej urodzie, ale nie mógł. Wielkie brązowe oczy, piękne rzęsy i brwi. Usta w kolorze dojrzałej maliny o nienagannym wykroju, nie za wąskie i nie za szerokie. Włosy długie, czarne jak smoła, zasłaniały połowę pleców. Suknia sięgała lekko za kolana. Przez jej cinki materiał, dosłownie widział jej ciało. Szybko uciekł wzrokiem z jej misternie wykrojonych bioder, bo dostrzegł trójkąt czarnego łona. Jej brodawki stały twardo zadarte do góry i napinały w tym miejscu jedwab.  
To pewnie z zimna, pomyślał.  
Tak naprawdę starał się nie myśleć o tym, że jest prawie naga. Mimo dwudziestu pięciu lat, nie kochał się ani nie całował z żadną dziewczyną. Walczył teraz ze swoją męskością, by utrzymać ją w ryzach.
— Podoba ci się? — zapytał, chociaż wiedział jak odpowie.  
— Bardzo — odrzekła smutno — zaraz zacznę płakać i możesz mnie zbić, jeśli chcesz.
— Co się znowu stało? — zapytał zdziwiony.
— Myślałam, że chociaż trochę ci się podobam — szepnęła. Po tym wszystkim co dla mnie zrobiłeś poszłabym dla ciebie w piekło — powiedziała smutno.
— Nie bądź głupia — rzekł lekko zawstydzony. Jesteś piękna jak bogini — rzekł cicho.
— To, dlaczego?
— Bo...
A potem wszystko jakby zwolniło. Zobaczył jak jedwabna suknia spływa na trawę po jej zgrabnych nogach. Podeszła do niego, mięko stąpajac po trawie. Zatrzymała się przed nim tak blisko, że czuł jej oddech. Poczuł jej rozpalone usta na swoich. Objęła go rękami za kark.
Och co za cudowne uczucie, pomyślał.
Michelle zciągnęła jego kaftan przez głowę i zaczęła całować jego umięśniony tors. Odsłoniła jego naprężoną męskość. Jej usta poznawały coraz to nowe części jego świetnie wyrzeźbionego ciała. Przez kilka minut stał bez ruchu z zamkniętymi oczami i pozwalał jej całować dosłownie wszystko. Pieściła jego ciało nie tylko ustami, ale i dłońmi. Trwał w tym zauroczeniu długo, wiedząc jedynie, że jest mu niezwykle miło. Zapomniał na ten czas kim i gdzie jest. Jego rozkosz doszła zenitu i wiedział w jakiś naturalny sposób, że pragnie wszystko jej odwzajemnić. Każda część jego skóry reagowałana na jej pieszczoty, ale teraz chciał ją całować i dotykać. Czuł, że ona niczego innego nie pragnie. Wtopił usta w jej wilgotny karmin, składał pocałunki na jej oczach i brwiach. Całował jej szyje i uszy. Czuł zapach jej włosów. Przestał na chwilę, stał przed nią. Widział radość w jej pięknych oczach. Czuł jej napięte brodawki i lekko powiększonych chłodne piersi, na swoim torsie.
— Jesteś najcudowniejszym stworzeniem jakie widziałem — szepnął — mając jej twarz blisko.
Ona stała w milczeniu, otworzyła swoje namiętne, lekko wilgotne usta, a jej nozdrza rozchylały się kiedy wydychała powietrze. Patrząc mu prosto w oczy, położyła dłonie na jego barkach. Chrystian patrzył w jej oczy. Widział w nich radość. Czuł, że ona jest mu wdzięczna, że zadbał o nią. Nakarmił i kupił suknie. Ale to nie było to. Ona radowała się, że jest z nim!  
Oplotła smukłymi, ale silnymi ramionami jego kark. Ani na moment nie przestawała patrzeć mu w oczy. Jej wzrok zdawał się docierać do głebi jego duszy. Poczuł, że jej uda oplatają mu biodra. Ona uniosła swoje ciało i wygięła biodra do tyłu. Po chwili poczuł wilgoć jej kobiecości. Kiedy tylko zaczęła, już graniczyło to z ekstazą. A każda następna chwila niosła ich wyżej. Cały czas patrzyła mu w oczy. On odbierał jej rozkosz i sam wiedział, że dochodzą do szczytu. Pieściła jego ciało i doprowadzała jego i siebie prawie do ekstazy, a mimo to utrzymywała dystans i nie schodziła niżej. A on, mimo, że rozpalony do białości, honorował to. W końcu zdobył się na coś niemożliwego. Delikatnie ułożył dłonie na jej zgrabnym tyłeczku, uniósł ją do góry i postawił na trawie. Zobaczył zdziwienie w jej oczach. Zanim zdążyła zapytać, powiedział cicho.                                                                                    
— Zaczekaj chwilę, ja też chcę nasycić moje usta tobą — szepnął.                                                                                                    Rozpalona Michelle stała spokojnie, jednak jej biodra nadal falowały. Chrystian powoli całował jej szyję, potem kule piersi, nadgryzał i lizał jej napięte ciemnobrazowe guziczki. Ona cały czas gładziła jego włosy. Schodził niżej, poprzez brzuch, aż do łona. Zjechał dłońmi z pleców na jędrne pośladki. Omijając trójkąt loczków, jego usta dotarły do źródła jej rozkoszy. Ustami poczuł nektar jej intymności. Był doskonałym szermierzem, ale zupełnie nie znał się na budowie kobiecego ciała. Ale uczył się szybko. Odbierał jej znaki i wiedział co jest rozkoszne, a co doprowadza ją do ekstazy. Wyraźnie sprawiało mu radość, kiedy doprowadzał ją do szczytu. W końcu po kilku razach odsunęła się i położyła na trawę.
— Pragnę — szepnęła. Chcę mieć z tobą.
Wydała krótki jęk kiedy przedarł się przez jej wrota. Zatrzymał się, ale ona dała mu znak, że wszystko dobrze. Nie był pewny czy to on ją, czy raczej ona jego bierze. Raczej to drugie. Przypominała ognistego rumaka to znowu falę spokojnego morza, w końcu wszystko ustało. Leżeli na trawie, a ona dotykała go źdźbłem trawy po torsie.  
— Co tak się gapisz — zawołał do Wiatra, który patrzył w ich stronę. Zaczęli się śmiać.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii miłość i inne, użył 3264 słów i 19091 znaków.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Margerita

    lepiej niech Christian uważa bo jeszcze jej coś zrobi skoro z niego jest słaby casanowa pięć

  • AlexAthame

    @Margerita Uważał jak mógł. Co to pięć?

  • Margerita

    @AlexAthame  
    miało być łapka w górę