Doskonała broń. część 7

– Mamy środki by się o tym nie dowiedzieli, a jeżeli to odkryją, zapomną. Pomożemy im w tym tak szybko jak to możliwe.
– Chyba przeceniasz swoje możliwości.
– Wcale nie. Wiem, że nikomu nie zależy na publicznym ujawnieniu tych informacji. Sam masz świadomość tego, że ludzie są tak naprawdę głupi i pewnych rzeczy nie powinni wiedzieć. Cieszą się, że mają jedzenie, mieszkania i swoje funkcje. Wiesz, co im zostało z bycia człowiekiem, tym najbardziej prymitywnym? Arena mistrzów walki. W czasach starożytnego Rzymu cieszyły ich walki gladiatorów, a w dwudziestym pierwszym wieku, MMA. Było tak od zawsze.
– Wspomniałeś coś o zagrożeniu dla Federacji. To są jakieś chore mrzonki. Większość jest zadowolona z tego jak żyje i nigdy by nie chciała cofnąć się w rozwoju i zrezygnować z ułatwień, jakie oferuje nauka i nasza cywilizacja. Odczuwam, że jak zawsze chodzi o utrzymanie się przy władzy.
– Mylisz się. Chodzi o coś innego. Tylko w takim stanie skonsolidowania możemy dalej się rozwijać. Słyszałeś coś o granicy skoków nadświetlnych?
Stanley sądził, że Carmal specjalnie zszedł z tematu.
– Co to ma do rzeczy?
– Wszystko. Jeżeli Federacja się rozpadnie, bo ludzie wybiorą życie w pierwotnych warunkach, cała Droga Mleczna zniknie. Od dziesięciu lat poświęcamy ogromne środki na to, by to coś powstrzymać. Niestety jak do tej pory nie potrafimy. Kilka milionów istnień nie znaczy nic w porównaniu do czterdziestu miliardów ludzi zamieszkałych na kilkuset planetach.
– Przecież ta strefa jest stabilna. Z jakiś bliżej nieznanych powodów nie możemy jej przekroczyć, to wszystko.
– Jesteś źle poinformowany. Mówię ci, że poświęcamy sześćdziesiąt procent naszej energii i środków, by to badać. Zostało nam maksymalnie pięćdziesiąt lat. To się zbliża. Teraz o kilka kilometrów dziennie, potem nastąpi przełom. Krytyczna chwila jest już oszacowana. Czterdzieści siedem lat, sześć miesięcy i trzy dni. Wszystko zniknie. Zamiast Drogi mlecznej powstanie kosmiczna dziura. Nie wiemy na pewno czy czarna, bo przy takich rozmiarach, wchłonęłaby cały znany wszechświat.
– Jestem żołnierzem, ale nie liczę strat statystycznie. Nie sądzę, że czymkolwiek można usprawiedliwić takie środki zaradcze, o jakich się dowiedziałem. To skandal, że mnie, generała armii federacji, o tym nie poinformowano. Powiedziałem ci, że to jednostki w porównaniu całej populacji, które chcą inności.
– W takim razie nie osiągniemy porozumienia. Wracaj do swojego oszklonego biura. Pozdrów żonę i Klaudię, kiedy wróci.
– Dziękuję za dobre słowo. O ile wiem, nie masz nikogo, więc nie powiem, wzajemnie.
– W odróżnieniu od ciebie poświeciłam się CAŁKOWICIE dla dobra ludzkości.
Generał wstał i skierował się do drzwi.
– Uważaj na siebie – powiedział cicho Carmal.
Clark się nie odwrócił. Otworzył drzwi i wyszedł.
– To trwało wyjątkowo krótko – odezwał się Samuel, ale musiał dostrzec coś na twarzy swojego przełożonego, bo natychmiast się zamknął. Generał nie wypowiedział słowa i dopiero kiedy ruszyli w górę, powiedział.
– Czy twoja broń przyda się do obrony przed czymś z zewnątrz?
– Aż tak źle?
Clark rzucił okiem na pozycję manualnego przycisku. Nasłuch był nadal wyłączony.
– Ostanie jego zdanie brzmiało: Uważaj na siebie. To oznacza tylko jedno, że po drodze może się coś nam przydarzyć.
– Ta broń jest do ataku i obrony. Działa na pięćdziesiąt mil.
Samuel uznał, że sytuacja jest bardzo poważna i w momencie generał zobaczył sprzęt, który widział po raz pierwszy.
– Czy to jest lepsze niż to, co ma na sobie Palmer?
– Tak. Niestety nie posiadam jego umiejętności. Nie jestem jednak całkowitym ignorantem. Wytrzyma osiemdziesiąt mega ton. Wątpię, czy ośmielą się nas zaatakować nad miastem.
– Nie wiem, czy na pewno coś się stanie. Dla twojej wiadomości, Issa Carmal jest od, spojrzał na deskę rozdzielczą, trzech minut moim wrogiem. Uruchomię wszystkie moje kontakty i wpływy, by go usunąć ze stanowiska przewodniczącego.
Marks kiwnął głową, że rozumie.
– On chce pana usunąć z planu życia, to nie to samo.
– Nie wracamy do biura. Lecimy do mojego domu.
– To coś nowego – kapitan rzucił krótkie spojrzenie generałowi.
Chyba chciał coś jeszcze dodać, ale jedna z małych skrzyneczek na jego torsie zaczęła błyskać czerwonym światłem.  
– Proszę się lepiej zapiąć. Chyba będziemy mieli gości. 
Po dwóch minutach z sześciu stron otoczyły ich pojazdy latające o wyraźnym przeznaczeniu wojskowym.
– Generale Clark, proszę lecieć z nami. W wypadku odmowy jesteśmy upoważnieni użyć środków przemocy.
– Co mam robić, generale? – zapytał Marks.
Zamiast odpowiedzi, generał sam odpowiedział intruzom.
– Macie dziesięć sekund na odlot, bez odbioru.
Samuel rozwinął konsolę czterowymiarową. Statkiem sterował niezależny system automatycznego pilota. Wojskowe statki nie zareagowały. Kiedy brakowało sekundy, Marks spojrzał na generała, a ten skinął głową.  
Po chwili sześć jednostek zostało zniszczonych. Nie było widać dymu, tylko eksplozja szarpnęła ich statkiem.
– Wejdź w nadprzestrzeń. Chodzi mi o Rebekę. Chcę byśmy byli w domu jak najszybciej. Nie zna się na procedurze uruchamiania systemu obrony.
Kapitan wiedział, że żarty się skończyły. Czas negocjacji i rozmów, również. W kilka sekund dokonał obliczeń. Potrzebowali ponad stu metrów, by wyhamować z prędkości świetlnej do warunków, gdzie wytrzymają przeciążenia. Nie dyskutował z generałem. Zrobił to, co mógł. Przyspieszyli w ułamku sekundy i natychmiast wyhamowali. Trwało to mniej niż sekundę. Ogromna siła wcisnęła ich w fotel. Już wylądowali przed domem generała, a jeszcze przed ich oczami migotały czarne płatki.
– Jestem za stary na takie manewry. Pospieszmy się. – rzekł generał.
Na szczęście dotarli do domu bezpiecznie. Stanley nie zareagował na uśmiech żony i jej powitanie. Po dwudziestu sekundach dom był chroniony.  
– W razie problemów, zejdziemy pięćdziesiąt metrów pod ziemię. – powiedział szybko.
– Myślę, że odpuścili. – kapitan starał się mieć spokojną minę.
– Wątpię. Ten lis będzie czekał na moją pomyłkę.
– Co się stało kochanie? – twarz Rebeki wskazywała, że czuje rodzaj zagrożenia, ale nie zna dokładnie przyczyny.
– Wszystko ci powiem. To kapitan Samuel Marks, mój adiutant, sekretarz i ...przyjaciel. Klaudii również.
– Miło mi – żona generała skinęła głową.
– Dotrzymaj towarzystwa mojej żonie. Idę rozmawiać z kim mogę. Trzeba kończyć tę sytuację. Im szybciej, tym lepiej.
Oddalił się pospiesznie do swojego gabinetu.
– Co się stało, kapitanie Marks, mogę mówić Samuelu?
– Oczywiście, pani Clark.
– W takim razie proszę mi mówić Rebeko.
– Dobrze, postaram się – uśmiechnął się krótko – nie wiem, jak dalece jestem upoważniony ujawnić informacje.
Clark musiał mieć doskonałe wyczucie, bo dosłownie ułamek chwili potem kapitan otrzymał od niego wiadomość.
< Możesz powiedzieć Rebece wszystko, łącznie z tym co powiedziałeś mi, odnośnie Klaudii. >  
Adiutant spojrzał na żonę generała.  
–  To już wiem, po kim panienka Klaudia odziedziczyła urodę.
Rebeka przyjęła ten niewątpliwy komplement, lekkim uśmiechem.
–  Generał ma wyczucie i dosłownie przed chwilą udzielił mi pozwolenia na wyjawienie niejasności. Ponieważ on sam nie wie wszystkiego, niektóre informacje przekażę kiedy pan generał do nas dołączy. Tak skrótowo. Issa Carmal wezwał pana generała. Ich porozumienie nie doszło do skutku. Po naszym powrocie zostaliśmy otoczeni, przesz sześć wojskowych pojazdów latających i nakazano nam lecieć z nimi. Pan generał wydał im rozkaz oddalenia się w czasie dziesięciu sekund. Nie usłuchali, wobec tego dostałem polecenie ich zniszczenia. Z tego co rozumiem, przewodniczący Rady Ziemi zagroził panu generałowi.
–  Zagroził! –  głos Rebeki podniósł się o kilka tonów.
–  Czy Klaudia coś mówiła o tym co się stało ćwierć wieku temu?
–  Tak. Jakieś straszne rzeczy o zniszczonej planecie. Sądziliśmy, że to był niekontrolowany wybuch energii gwiazdy. Chodziło o ACK–  264 i planetę Lurne. Wspomniała, że to było planowane zniszczenie jakąś straszną bronią i że dokonał tego Carmal, wówczas jeszcze ceniony agent bezpieczeństwa. Teraz podobną funkcję ma nasz Palmer.
Rebeka zasłoniła odruchowo usta i otworzyła szerzej oczy.
–  Przepraszam, wygadałam się.
W tej chwili całe jestestwo Samuela Marksa zalał fluid rozkoszy i rozluźnienia. Wahał się przez chwilę, ale w końcu zdecydował się powiedzieć.
–  Czy mogę liczyć na pani dyskrecję?
–  Oczywiście, ale nie wiem, o co chodzi. Nie pytasz Samuelu, dlaczego powiedziałam nieświadomie, nasz Palmer?
–  Nie jestem może geniuszem, ale się domyśliłem. To wasz syn, prawda?
–  Tak, musieliśmy tak zrobić. Czemu się pan ucieszył?
Patrzyła na niego dłużej.
–  Chyba rozumiem. Czy pan i ona...
–  Och nie. Łączy nas sprawa. Ona nie wie nic o moich do niej uczuciach. Cóż, ucieszyłem się, bo skoro Palmer jest jej bratem, moje szanse wzrosły.
–  Boże, bardzo się obawiam. To wszystko stało się tak szybko. Chcieliśmy jej powiedzieć wczoraj. Pocałowała go, a teraz poleciała za nim na Magar. Oby do niczego między nimi nie doszło...
–  Czasem kochamy kogoś, bo jest nam po prostu bliski. Sądzę, a raczej mam nadzieję, że będą zajęci sprawą.
–  A ja mam nadzieję, że Palmer nie jest pokroju Carmala i nie wykona rozkazu, który mu dał Stanley. To wszystko nie mieści się w głowie.
Nieoczekiwanie Rebeka dotknęła jego dłoni.
–  Jest pan bardzo przystojny i chyba dobry. Mój Stanley nie wziąłby innego człowieka za adiutanta. Dostał ode mnie mycie głowy za ten rozkaz, jednak wytłumaczył mi, że zna Palmera i wie, że on nie wykona tego strasznego rozkazu. Podam coś do jedzenia. Chyba że wolisz, Samuelu jakiś napój. Energetyczny, zdrowy czy jeszcze inny.
–  W tym wypadku może coś mocnego. A może lepiej poczekamy na pana generała?
–  To podam jakieś jedzenie. Proszę się czuć jak u siebie w domu.
Kobieta oddaliła się w kierunku kuchni. Samuel poprawił się na kanapie, na której do tej pory siedzieli. Rebeka tak szybko wstała, że nie zdołał nawet się podnieść, a chciał to zrobić z powodu szacunku. Pani Clark przygotowywała jedzenie przez prawie dziesięć minut, a w tym czasie adiutant generała odbierał tajne informacje od przyjaciół. Już wiedzieli i wyrazili zadowolenie, że bardzo mocna figura w tej grze przeszła na ich stronę. Kiedy Rebeka wróciła z pożywieniem, co prawda sztucznym, ale najwyższej klasy, Clark właśnie skończył rozmowy.
–  Nie jest dobrze – rzekł tylko.
–  Zjesz również? Pan Marks, a właściwie Samuel, bo przeszliśmy na ty, trochę mi objaśnił. Oznajmił, że więcej powie kiedy wrócisz, bo podobno wie to, o czym ty nie.
–  W takim razie ja podzielę się z wami tym, czego się dowiedziałem. Od jakiegoś czasu jesteśmy w jednej drużynie. –  spojrzał na adiutanta.
Na wstępie Carmal zrobił ruch w kierunku zgody. Przeprosił i obiecał, że nie będzie więcej takich incydentów. Ma silne poparcie. Prawie połowa ludzi, na których poparcie liczyłem, jest po jego stronie. Nie wierzyłem, co mówi, ale chyba to jest prawda. Nie znaczy to, że kiedykolwiek przyłączę się do mordercy niewinnych ludzi. Jego opowiadanie o poświęceniu miliona dla miliardów mnie nie przekonuje.  
–  O co chodzi, Stanleyu? –  Rebeka zapytała o to, ale i Samuel nie wiedział.
–  Podobno granica skoków nadprzestrzennych się ma zwężać. Za mniej niż pięćdziesiąt lat ma się zacząć lawinowe kurczenie, znanego nam rejonu gdzie żyjemy, a nazywamy to naszą galaktyką lub Drogą mleczną. Dlatego Issa i ci, co go popierają, nie chcą dopuścić, by gdziekolwiek, nawet w małym rejonie, ktoś chciał zmienić sposób życia. Oni wszyscy twierdzą, że tylko tak zdołamy coś wymyślić, by zapobiec katastrofie na miarę galaktyki. Jestem oczywiście za szukaniem pomocy, ale nie jestem i nigdy nie będę za tym, by zabijać ludzi. A tu nie chodzi o pojedyncze osoby, bo sam przed godziną zabiłem tuzin ludzi, ale chodzi o miliony niewinnych istot. Nie wiem, czy mam prawo do obrony, ale zagrożono mi bezprawnie i nie mogłem ryzykować zdrowia, wolności a może życia swojego i kapitana Marksa.
–  Szczególnie że może być naszym zięciem.
–  Nie bardzo rozumiem – rzekł generał.
–  Bardzo bym chciał –  powiedział prawie w tym samym czasie adiutant.
–  Powiedziałam kim jest dla nas Palmer, prawdę mówiąc w sposób niezamierzony. Dla równowagi Samuel wyznał, że kocha naszą Klaudię. Ucieszył się z powodu, że są rodzeństwem, ze zrozumiałych względów.
–  Wiesz, czym się martwię? Gdybyśmy mogli im powiedzieć teraz...ale z tego co wiemy, na Magar nie docierają żadne informacje. Nie bardzo to rozumiem, ale nie jestem w tym odosobniony. Większość, a właściwie wszyscy moi rozmówcy, zarówno ci, co popierają stanowisko Carmala jak i ci po naszej stronie uważają, że są tam jakieś anomalia, nie do wytłumaczenia z odległości.
–  Ważne by jej się nic nie stało. I jemu też. Może jednak zrobiliśmy błąd.
–  Palmer jest urodzonym żołnierzem, super–bronią. Nigdy nie miałem co do tego wątpliwości. Z powodu przepisów nie mógłby być tym, kim jest, z powodu mojego stanowiska. Skąd mogłem wiedzieć, że Klaudia się w nim zakocha i to tak szybko?
–  Trzeba wierzyć, że wszystko będzie dobrze.
Generał się zamyślił i rzekł.
–  Jestem ciekawy ile ludzi spośród tego ateistycznego świata, wierzy.
–  Kto to może wiedzieć, Stan.
–  O ile wiem, Palmer jest niewierzący. –  powiedział generał.
–  Wszystko jest możliwe i może się zmienić – odrzekł blondyn.
–  Tak, mamy broń, wiedzę i sztuczne jedzenie. Zniszczyliśmy przyrodę i teraz nasza nadzieja jest tylko w Bogu. Może stwierdził, że skoro w niego nie wierzymy to co jesteśmy warci i to On stoi za czernią, czyli granicą skoków w nad przestrzeń.
–  Nie, Stanleyu. Z pewnością jest inne wytłumaczenie.
Generał wymienił słowo, czerń i nawet na to nie zwrócił uwagi,że Carmal nie użył takiego stwierdzenia.
–  Sam nie wiem co o tym myśleć. Zniszczenie wszystkiego jest odległe. Teoretycznie możemy tego dożyć, bo większość dożywa teraz stu dwudziestu lat, ale bliższe nasze zmartwienie to bezpieczeństwo Klaudii i Palmera. I oczywiście, żeby nic między nimi nie doszło, bo wówczas tym moglibyśmy unieszczęśliwić pięć żyć. 
Oczywiście zarówno Rebeka jak i Samuel rozumieli, kogo generał miał na myśli.

Pasminka czekała na atak kobry. Wiedziała w jakiś sposób, że on nastąpi. Trwała odwieczna nienawiść między mangustami a wężami, szczególnie kobrą. W większości wypadków wygrywało to małe śmieszne zwierzątko. 
Palmer nie jest kobrą, ta myśl nie opuszczała jej jestestwa. Dlaczego to powiedział? Dziewczyna wiedział, że gdyby gdzieś uczyła się tysiąc lat wszelkiego rodzaju walk i potem wróciłaby, mając nadal tyle lat i tak nie miała z nim szans. Czuła się źle. Pierwszym jej problem była Klaudia. Co z tego, że sama śniła go, jak dawno sięgnie pamięcią. On czuł coś do dziewczyny z Ziemi, a ją najwyżej lubił. Pewnie nawet nie chodziło o to. Najbardziej odpowiednim uczuciem, jakie do niej miał to współczucie. Biedna mała kruszynka, to pewnie o niej myślał. Dziewczyna była jednak ambitna. Wiedziała, że nie ma żadnych szans, ale postanowiła wstawić się na pojedynek. Uderzy ją? Przydusi? Popchnie? Nie chodziło o to, że była kobietą. Palmer Pulsar był urodzonym wojownikiem. Skoro mieli walczyć, to nie miało znaczenia, że są różnej płci. Czy dlatego to powiedział, bo jej nie chce? Nawet dla drobnej blondynki jego postanowienie było niezrozumiałe, idiotyczne i z pewnością nieuczciwe. Czuła przecież jak on się z tym czuje. To, co powiedział, było ostatnią rzeczą, którą chciał powiedzieć. Dlaczego?
Pasminka nie tęskniła za cywilizacją. Czuła się dobrze tu gdzie żyła. Wcale jej nie przeszkadzało, że wszyscy, których znała, mieli nadprzyrodzone własności. Lubiła ich, a oni lubili ją. Do tego stopnia, że ponieważ poprosiła, by pomogli jej w tym, by jej chłopak ze snu ją odnalazł, wszyscy zgodnie obiecali jej pomóc i dotrzymali przyrzeczenia. Kiedy go zobaczyła, nie miała sekundy wątpliwości, że to jej wybrany. Ale do tanga trzeba dwojga. Wiedziała, że to taki taniec z niedalekiej przeszłości. Rozumiała przenośnię. Wiedział, że na miłość nie ma recepty. Czasem mniej niż nic wystarczy, by ktoś pokochał, a z drugiej strony można złożyć cały świat przed czyimiś stopami i to nic nie da. Serce nie sługa. Wiedziała, że słowo znaczy dla Palmera wiele. Będzie jej kiedy pokona go w walce. Czy to miało oznaczać, ze ją pokocha? Pasminka wiedziała z opowiadań, jak bywało w dalszej przeszłości. Czasem ona była przeznaczona dla niego i tylko się męczyli w tym związku. On miał swoje kochanki, ona miała swoich amantów. Przez cały czas panował patriarchat i kobieta znaczyła mniej. W jej osadzie, jedynym miejscu, które znała, był podział obowiązków. One rodziły, robiły posiłki, szyły i zajmowały się domem. Oni budowali, wychowywali synów. Czy mężczyźni mieli więcej do powiedzenia niż kobiety? Wcale. Może z racji darów tak było, ale Pasminka wiedziała, że nie. Wiedział coś o tych sprawach. Wiedział, że intymność była jedyną sferą gdzie, nikt nie używał mocy. Po prostu się kochali. Dziewczyna była czysta jak zresztą wszyscy w koło. Nigdy nie słyszała, by ktoś zdradził, nie dotrzymał słowa czy był złym ojcem, czy matką. Nikt z nich. W słabości rozważała, by poprosić Sameę o pomoc. Ona jako jedyna mogła być nazwana czarownicą. Potrafiła zmieniać wolę. Po chwili Pasminka sama się skarciła. Nigdy by nie chciała takiej miłości. Jedyną jej nadzieja były sny. Dlaczego je miała? Przecież nie po to, by z niej zadrwić. Niestety w obecnej sytuacji nie widziała dla siebie miejsca u boku Palmera. Na bycie z litości nigdy by się nie zgodziła. 
W końcu zobaczyła, chyba samca kobry królewskiej. Oczywiście nieznacznie różniący się od ziemskiej kobry. Podobnie było z mangustą. Samiec kobry jest większy niż samica, co jest rzadkie wśród węży. Natomiast jeżeli chodziło o wynik pojedynków, w więcej niż trzech czwartych wygrywała mangusta. Niestety czasem mogła umrzeć wskutek zatrucia jadem kiedy zjadła pokonaną kobrę. Wkrótce pokazał się jego przeciwnik. Pasminka patrzyła ciekawie. Na początku kobra próbowała kilka razy zaatakować, a mały ssak tylko uskakiwał. W końcu doszło do decydującego ataku. Pasminka widziała ruchy zarówno mangusty jak i węża. Tym razem samiec zginął. Mimo to poczuła żal. Nie lubiła walki. Żadnej i między kimkolwiek, ale wiedział, że w świecie zwierzęcym tak jest. W ludzkim tak nie musiało być. Ponoć przez tysiące lat ludzie walczyli. Teraz ponoć nie, ale jak dowiedziała się z opowiadań ojca jak i Lone, to co teraz się działo, było czymś gorszym. Mili w swojej osadzie ludzi potrafiących przewidzieć zagrożenie i udaremnić działanie nawet tak strasznej broni jak antymateria. Wytrzymaliby zmasowany atak tysiąca rakiet nuklearnych. Dziesięciu tysięcy? O tym piękna i zarazem delikatna w budowie, a o wielkim sercu dziewczyna, nie wiedziała.  
– To mi nie wystarczy – powiedziała na głos – patrzeć to jedno, a walczyć to drugie.
Omre spalił statek Palmera. Co prawda, Lone powiedział, że to Polar, bo do tego dnia tak wszyscy nazywali jej ojca. Dziewczyna nie zastanawiała się, dlaczego jej tata ukrywał swoje prawdziqe imię do dnia przybycia czlowieka z jej snu, Palmera Pulsara. A przydałby się jej teraz ten statek, bo chciał polecieć do miasta. Dalczego? Wiedziała o jednym miejscu, gdzie walczą o zwycięstwo. Ludzie w Atylli lubili obserwować walki wyćwiczonych zawodników. Podobno na wszystkich planetach federacji się tym pasjonowali, płacili dobre pieniądze i robili zakłady, kto wygra. Dziewczyna zupełnie tego nie pojmowała, ale czuła, że tam będzie mogła powalczyć. Oczywiście mieli swoje zasady i nie była to walka na śmierć i życie. O takich pojedynkach nie słyszała.  
– Tatusiu jak mnie słyszysz, to spełnij moją prośbę.
Usiadła, patrząc na polne kwiaty. Potem położyła się na trawie i patrzyła na niebo. Pewnie się o nią martwili, ale czuła, że Omre już wie, gdzie jest. Poczuła dziwną wibrację. Spojrzała w tamtym kierunku i uśmiechnęła się szczerze
– Jak on to robi? Gdybym ja tak potrafiła.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i miłosne, użył 3604 słów i 21153 znaków, zaktualizował 12 lip o 4:41.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • dreamer1897

    Koniec Drogi Mlecznej? To się nie wydarzy i autor tego nie zrobi. Clark wrogiem Carmala? Zaczyna się jakaś nieczysta rywalizacja. Klaudia siostrą Palmera...tego się nie spodziewałem, ale teraz czuję, że Pasminka może zostać kobietą Palmera...