My first second life - cz. 7.

Na przemian klnąc i łapiąc oddech, Tony zbiegał na główną halę, pokonując po trzy, cztery schody naraz.  
-Kurwa! Nie! – dopadł do metalowych drzwi. – Boże…  - zmienił inwektywy w bezgłośne błaganie Najwyższego. Widok nie pozostawiał złudzeń. Grube na dziesięć centymetrów ściany kotła powyginały się na wszystkie strony jak płatki dojrzałej róży. Ciśnienie wewnątrz maszyny wydostając się gwałtownie, rzuciło kilkoma pracownikami o ścianę, na podłogę, na ostre, wystające elementy innych urządzeń. Beretti  torując sobie drogę poprzez grupę gapiów szybko ocenił poszkodowanych. Trzech robotników, krwawiąc wiło się na ziemi. Dwóch pod ścianą nie dawało oznak życia. Rozpruty w pół Chińczyk, którego nazwiska nigdy nie mógł spamiętać, zastygł na taśmie transportowej z dziwną, na wpół uśmiechniętą miną.  
Tony odwrócił się do grupy kilkunastu zgromadzonych wokół pracowników. Wielu z nich stało w szoku, nie mogąc się ruszyć. Kilka starszych kobiet zanosiło się płaczem. Ktoś zemdlał. Ktoś zwymiotował. Mężczyzna rzucił okiem na drugi kocioł.  
-Kurwa mać! – rzucił się na czerwony zawór bezpieczeństwa. – Ewakuacja! Na zewnątrz! Już!  
Jakby dopiero po sekundzie, którą tłum potrzebował na zakonotowanie informacji, robotnicy rzucili się do ucieczki.  
-Boże, błagam…  - Tony dopadł do ciśnieniomierza. Wskaźnik powoli, ale jednak opuszczał czerwoną strefę. Wśród jęczących rannych już uwijali się sanitariusze od Jackie. Tony nagle uświadomił sobie, że w tłumie podświadomie dostrzegł znajomą twarz. Z pustym, beznamiętnym  wzrokiem, z rękami w kieszeniach Marie Anne stała i patrzyła na wijących się z bólu rannych tak, jak patrzy się na końcówkę gonitwy, której wynik jest już przesądzony. Półprzymknięte, puste oczy. Mina bez wyrazu, jakby znudzona, zblazowana. Jakże inna, odstająca od przerażonych, zszokowanych, płaczących pracowników.  
-Beretti! – głos głównego sanitariusza wyrwał go z oszołomienia. - Beretti! Kurwa, dzwoń po karetkę!  

***

Pomimo dwóch kieliszków w dłoni, wspinając się powoli na piętro, Tony łyknął wytrawnego wina prosto z butelki. Wiedział, że wytrawne to nie jest coś co kobiety lubią najbardziej, ale w domu nie było innego.  Nie było też siostry, matki ani babci, które udały się na wieczorne, pierwszo piątkowe nabożeństwo.  Była za to Mari. Sama  w swoim pokoju. Czekająca. Tak przynajmniej myślał. On sam już nie mógł dłużej czekać. Buzujące w krwi wino podpowiadało, że ma rację - Marie Anne czeka na niego. Choć nawet nie wiedziała, że jest w domu.
Zapukał do drzwi sypialni dla gości. Otworzyła.  
-Jesteś pijany, Tony. – stwierdziła z niesmakiem.
-Nie, kochanie. Jestem zmęczony. To był ciężki tydzień. Straszny tydzień. – lekko ucałował dziewczynę w usta i postawił kieliszki na blacie małego stolika. Faktycznie, czuł przede wszystkim zmęczenie. Może nawet nie chciał iść dziś do łóżka. Może zwyczajnie potrzebował jedynie przytulenia. – Ale i tak mam co świętować.  
-Masz co świętować? – Marie podniosła brew. Zmoczyła usta w rubinowym płynie.
Beretti wstał i z tylniej kieszeni wyciągnął złożony na cztery dokument.  
-Nie chciałem ci mówić, żeby nie rozbudzać nadziei. Nie było łatwo, Marie, mogło się nie udać, jesteś dopiero na próbnym…
Dziewczyna chwyciła kartkę. „Umowa o pracę.”  
-Na stałe.- dodał Beretti, z oczekiwaniem wpatrując się w twarz dziewczyny.  
-Boże, Tony! – Marie Anne odłożyła wino, usiadła na kolanach mężczyzny. – Nie wiem jak ci dziękować.  
„Wiesz dobrze, Marie…” – przeleciało mu przez myśl, tak jak i wewnętrzny głos, że jest skończoną świnią. Już o to nie dbał. Chwycił w dłonie twarz dziewczyny. Zaczął całować coraz mocniej, bez opamiętania.  
-Tony, nie… - delikatnie odsunęła jego dłonie. – Nie chcę…
-Chcesz, kochanie. Od początku chciałaś. – wbijał wargi w zgrabną szyję.  
-Ok, chcę, ale nie tak! Jesteś pijany! – odsunęła mężczyznę od siebie. Wściekły, zsunął ja z kolan. Wstał z fotela.
-Nie jestem pijany, Marie Anne! Wziąłem tylko jednego łyka, teraz na schodach. Po tym całym tygodniu jestem cholernie zmęczony i jedyne czego chcę dziś od życia to przytulić się do ciebie. Ale ty chciałaś chyba tylko tego!  
Teatralnym gestem uniósł umowę i z impetem rzucił nią o blat stołu.  
-Dobranoc, Marie. – ruszył w kierunku drzwi. – Śpij dobrze.
-Nie chcesz mnie, Tony. – szepnęła.
-Co? – zatrzymał dłoń na klamce.  
-Uwierz mi, nie chcesz takiej mnie. A ja nie jestem inna i nie mam zamiaru udawać, że jest inaczej. Nie mam zamiaru cię okłamywać.
-O czym ty mówisz? – mężczyzna odwrócił się powoli.  
Dziewczyna stała skulona, z pochyloną głową, trzymając się za ręce.  
-O mojej przeszłości. Gdybyś wiedział…
-Gdybym wiedział co?! – krzyknął z niecierpliwością.
Marie odsłoniła rękaw koszuli. Czarny tatuaż ostro odznaczał się od bladej skory przedramienia.
-Moje ciało… nie spodoba ci się… - kobieta odpięła kilka górnych guzików zbyt dużej koszuli. Skóra na bladym, szczupłym ramieniu ujrzała światło dzienne.  
-Co ty pieprzysz, Mari?! Jest piękne! Jest idealne. – mężczyzna doskoczył w amoku i chwycił dziewczynę za przedramiona, wzrokiem błądząc po odkrytych i ubranych częściach ciała dziewczyny.
-Tak, Tony, jest idealne. Piękne. Nie domyślasz się, dlaczego? Byłam w obozie dwa lata. Oprócz tatuażu, nie ma na nim żadnego śladu. Żadnego!  Nie rozumiesz? Nigdy nikt mnie nie uderzył, nie skrzywdził. Nie cierpiałam głodu. Miałam własny pokój, ładne stroje, smaczne posiłki…  
Beretti opuścił ręce. W zdumieniu przypatrywał się dziewczynie, jakby opowiadała bajki. Jakby wskutek traumatycznych przeżyć oszalała, wyparła wszystko ze świadomości.  
-Nie chcesz mnie! Jeśli teraz powiem ci prawdę, to tylko będziesz się mnie brzydził! Ale nie potrafię i nie chcę cię okłamywać!
Beretti pokręcił głową jakby nie dopuszczając do siebie nacierających jak nawałnica, okropnych informacji. Z przerażeniem patrzył na skuloną, drżącą dziewczynę.  
-Tony… Musisz wiedzieć, że od pierwszego do ostatniego dnia byłam kochanką Maxa Schillera, komendanta Maxa Schillera …  

360 czyt.
100%53
angie

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 1085 słów i 6416 znaków, zaktualizowała 17 lip o 15:22.

3 komentarze

 
  • AnonimS

    AnonimS · 17 lipca

    A to zaskoczenie . Ciekawe czy duży chłopiec się z tym pogodzi. Mądrzy ludzie dobrze radzą zeby nie pytać partnerów o przeszłość.  Bo jak jest dobrze to po co psuć zazdrością o to co już się zdażylo ? Pozdrawiam

  • kaszmir

    kaszmir · 17 lipca

    Dzień dobry
    Wybory. Czasem tak trudno jest wybrać to zło pomiędzy złem ostatecznym. Nigdy nie dowiemy się tego, kiedy się nie znajdziemy w takiej sytuacji. Jej zachowanie i moment wypadku w fabryce i jej bezczynność usprawiedliwiałam tym, że była w obozie. Człowiek po takich przejściach staje się bezuczuciowy i ból przestaje boleć. Jednak myliłam się.  
    Chociaż pewnie też bolało ją wówczas, i obecnie, tylko inaczej, w środku. I nie wiem, czy to nie jest gorszy ból. Strach paraliżuje umysł. Druga sprawa czy nie wykorzystywała swojej pozycji w celu krzywdzenia innych. Mogła też pomagać. dlatego w tej chwili rozgrzeszam ją, chciała za wszelką cenę przeżyć. Co  zrobi Tony... przecież mogła nie powiedzieć.  
    Kat i ofiara, ten sam początek rozpoczęcia współpracy, tylko z innej pozycji.  
    Pozdrawiam i miłego dnia życzę

  • AlexAthame

    AlexAthame · 17 lipca

    Cóż, czasami nie ma wyboru. Znałem Żyda który miał blond włosy i niebieskie oczy i sprzątać w domu komendanta obozu Oświęcim. Facet mówił ze nigdy nie był głodny i komendant go dobrze traktował. Wiedział oczywiście ze jest Żydem. A tu całkiem inna historia.Ale gdyby powiedziała nie? Ciekawy pomysł.