My first second life - cz. 3.

-Marie Anne, dosiądziesz się w końcu do nas?!
-Siadaj na tyłku, albo oberwiesz jak młody. – Tony przełykając porządny kawał steku warknął na dyżurnego nocnej zmiany. Popił suche mięso wodą, znad kubka odprowadzając wzrokiem niewzruszoną postać.
-Właśnie! – podskoczył jak oparzony młody. – Co z tą dyscyplinarką?!  
-Rozmawiałem z nią. – przełożony powoli wytarł usta, dając sobie chwilę czasu. – Przeprosiła i obiecała, że to się już nie powtórzy. – skłamał gładko.  
-Przeprosiła?  Mnie powinna przeprosić! I to publicznie! – żachnął się robotnik.  
- Może ma ci jeszcze zrobić … - zarechotał drugi.    
-Zamknij ryj, Sanders! – niespodziewanie ryknął Tony.  
Zaskoczony mechanik błyskawicznie spełnił rozkaz przełożonego. Równie zaskoczonego swoją własną reakcją. Rzucił okiem w kąt niewielkiej sali. D’ Lacroix pochylona nad talerzem skupiała się na operowaniu sztućcami. Beretti poczuł dziwną ulgę,  że nie usłyszała słów Sandersa. I równoczesną, równie dziwną nadzieję, że usłyszała całą dyskusję. Zmieszany wstał. Dopił sok. Z impetem odstawił kubek na stół  i bez słowa wyszedł na papierosa.  
Podwładni, kierowani szóstym zmysłem instynktu samozachowawczego, rozsądnie, gremialnie poszli zapalić z inne miejsce, dając szefowi chwilę spokojnej samotności.  Tony zaciągając się dymem bezwiednie dopuścił do siebie tę samą myśl, która krążyła mu po głowie od kilku dni.  
„Numer obozowy.”
Nie miał wątpliwości, że to był numer. D’ Lacroix była w obozie. W którym? Jak długo?  Co przeszła?  Straszne pytania pozbawione jeszcze gorszych odpowiedzi nie dawały mu spokoju. Chciał wiedzieć. Musiał.  
Niedopałek zasyczał przyciśnięty do ramy metalowego kosza.
-Jest w porządku. -  z pewnym ociąganiem, po dłuższej kontroli partii sprawdzonych i spakowanych elementów silnika zawyrokował Tony. – Cieszę się, że się stosujesz do procedur. To znaczy…. dobrze, że to robisz. – poprawił się.  
Miał wrażenie, że na twarzy dziewczyny pojawił się wyraz ulgi. Niespodziewana kontrola stanowiska pracy dla nikogo nie jest przyjemnością.  Tak, ulga. Może nawet cień uśmiechu. Mimowolnie sam lekko uśmiechnął się do ciemnych jak węgle oczu.
-Ale jest problem z dokumentacją. – Beretti nienaturalnie wyostrzył głos i nadmiernie się wyprostował.
-Z kontrolą jakości? – węgielki błysnęły niepokojem.
-Nie, nie z kontrolą. Z twoimi dokumentami. Brakuje… życiorysu.  
-Wydaje mi się, że składałam razem z podaniem.  
-No właśnie. Wydaje ci się. Jakbyś złożyła, to by było, nieprawdaż? – mężczyzna podniósł brew i spojrzał przeciągle. – Ale, nic się nie martw. Możesz na miejscu uzupełnić. Przyjdziesz do mnie po zmianie i od razu napiszesz.
Tony uśmiechnął się z teatralnym pobłażaniem. Od niechcenia zerknął na pierwszy lepszy wskaźnik  na stojącej obok maszynie, po to by z powrotem z nonszalancją spojrzeć w twarz pracownicy.  
Wzdrygnął się odruchowo. Lekko przekrzywiając głowę, Marie Anne stała bez ruchu, wpatrując się w niego  z twarzą  jak  operowa, woskowa maska i pustym, martwym wzrokiem.
Beretti poczuł jak usta układają się w nerwowy, głupkowaty, obronny półuśmiech.  
-Oczywiście. Przyjdę zaraz po zmianie. – uroczy wyraz sympatii ponownie ożywił twarz Francuzki.  


-W zasadzie to nie wiem co mam napisać. – Marie Anne siedziała od dłuższej chwili przy metalowym biurku szefa, udającego zaabsorbowanie innymi dokumentami. – Skończyłam liceum, ale… - Tony przysiągłby , że słyszy lekkie załamanie w głosie dziewczyny. - …nie zdążyłam zdać matury…
-Nie ma problemu. – podniósł zatroskany wzrok na pracownicę. – Nie przejmuj się. To o niczym nie decyduje. Pracę przecież już masz. Teraz po prostu potrzebuję mieć komplet dokumentów. Napisz od początku.
„Marie Anne D’ Lacroix. Urodzona w Paryżu 15 sierpnia 1922 roku. Ojciec – bankier. Matka – pianistka. Dwie młodsze siostry: Juliette i Charlotte. 1940 – ukończenie liceum dla dziewcząt St.Laurent w Dziesiątej dzielnicy z wynikiem bardzo dobrym. 1941 – małżeństwo z Pierr’em D’ Lacroix.”
Tony szybko przebiegł wzrokiem po ładnym, równym piśmie.  
-Trochę mało…. Wciąż nosisz nazwisko męża? – bardziej stwierdził, niż spytał.
-Nie rozwiodłam się z nim.  – Marie spojrzała na szefa z wyrzutem. Pożałował pytania, ale nie dał po sobie nic poznać.  
- A rodzice? Jesteś Żydówką, prawda?
-Nie, moja matka była i to jedynie od strony babki. W dodatku niepraktykującą. Ale później to już nie miało żadnego znaczenia…  
-To znaczy? – wyrzucił z siebie pytanie, zanim zorientował się, że domyśla się odpowiedzi.  Domyśla się, zna, wie. „Cholera, Beretti, zamknij pysk!” – zganił sam siebie.
D’ Lacroix podniosła głowę. Ciemne oczy zmatowiały.  
-To znaczy uznano nas za Żydów. Wszystkich. Łącznie z moim mężem. „Trochę mało”? – złośliwie powtórzyła za szefem. – Dopisać o „Vel d’Hiv”? Chociaż, właściwie to nie moja historia…
-Vel d’Hiv?  
-Łapance Vel d’Hiv w Paryżu.  Masowych aresztowaniach francuskich obywateli przez…- kobieta zaczerpnęła powietrza. - …przez francuską policję. W upale pod wieżą Eiffla po trzech dniach zmarła moja matka i siostry. Ojciec - w drodze do obozu Compeigne.
-Czekaj… aresztowała ich francuska policja? Nie Hitlerowcy?! – Tony zmrużył oczy.  
D’ Lacroix powoli pokręciła głową.  
- Mnie i męża aresztowano miesiąc później. Po wyjściu z obozu przez kilka miesięcy szukałam dalszej rodziny. W końcu odezwała się kuzynka z Detroit. Opłaciła mój bilet na statek. Resztę znasz…  
Kiwnął głową w zamyśleniu. Znał? Znał. Reszta była trywialna. Jedna z milionów takich samych historii. Emigracja, szukanie pracy, załatwianie dokumentów. Znał, aż za dobrze.  
-Twoja rodzina… Bardzo mi przykro…  
-To już jest dawno za mną. - D’ Lacroix wstała od biurka, delikatnie sugerując zakończenie rozmowy.  
Tony miał niedosyt. Czuł, że coś  jeszcze gdzieś mu umknęło.
-A mąż? Co się z nim stało?  
Marie Anne podeszła do niewielkiego okna. Słońce wpadające przez brudne, fabryczne szyby delikatnie rozświetliło mocno zaciśnięte usta.
-Oboje trafiliśmy do obozu Ravensbrück, niedaleko Berlina. – kobieta wzięła głęboki oddech. -  Został zastrzelony pierwszego dnia, kiedy z grupą  dziesięciu innych więźniów rzucił się na wartowników. Zginął na moich oczach. Byliśmy kilka miesięcy po ślubie.  Czy udzieliłam ci już wystarczająco wyczerpującej odpowiedzi?
Chwili ciszy nie przerwała żadna reakcja mężczyzny. W końcu kobieta odwróciła się z kierunku przełożonego. Przysiadł na rogu biurka. Założył ręce na piersi, jakby nie dopuszczając  do siebie wszystkich informacji.    
-Dokumenty w porządku? Mogę już iść? – Marie znacząco rzuciła okiem na w połowie zapisaną  kartkę papieru, a następnie na dziwny wyraz twarzy szefa.  
Beretti nie miał czasu bić się z myślami. Wiedział, że jeśli się zawaha, to już nie wrócą do tej rozmowy. Po odkryciu tatuażu domyślał się wszystkiego. To nie miała być przyjemna rozmowa, a on nie miał zamiaru się rozklejać.  Wiedział o obozach. Cały świat już wiedział. Auschwitz, krematoria, Mengele. Wszyscy kurwa wiedzieli. I powoli przechodzili nad tym do porządku dziennego. Układał się nowy, powojenny porządek i Ameryka już stawiała czoło kolejnym wyzwaniom. Stara Europa lizała rany. Na tej półkuli nie było czasu na rozpamiętywanie przeszłości.  
-Byłaś w Ravensbrück dwa lata, tak? Pewnie przeszłaś tam przez piekło…
„Idiota!” – skarcił się w myślach. Ale wciąż było to lepsze niż trywialne przytulenie kobiety, na co miał cholerną ochotę. Może akcja w kantynie była tylko na pokaz? Może potrzebuje opieki, pocieszenia? Kogoś takiego jak on?  
-Teraz już pytasz z litości czy z czystej ciekawości? – Marie warknęła niespodziewanie i nerwowo założyła brązowy kosmyk za ucho.  
-Pytam…- zaciął się zaskoczony nagłym atakiem. – Pytam, bo muszę to wiedzieć.  
-Przepraszam, z całym szacunkiem, ale jak do cholery ta wiedza będzie się przekładać na pakowanie części do turbin silników? Co chcesz kurwa wiedzieć? Czy byłam przesłuchiwana? Bita? Zgwałcona? Czy głodowałam? Czy robili na mnie eksperymenty i czy będę mogła mieć dzieci? Śmiało, kurwa, pytaj! Usiądziemy przy kawie, opowiem ci ze szczegółami!  
-Mari, spokojnie, jeśli nie chcesz… - w uspokajającym geście uniósł ręce w górę. Przez chwilę przyszło mu na myśl, żeby położyć je na ramionach wzburzonej dziewczyny.
Nagle D’ Lacroix uspokoiła się jak ręka odjął i stanęła tuż przed szefem.  Zdecydowanie za blisko.
-Powiedz mi dlaczego właściwie nie wzięli cię do wojska? – spojrzała w górę w niebieskie, zachmurzone oczy. - Przecież jesteś świetnym mechanikiem! Czy to ma coś wspólnego z tym,  że pomimo włoskiego nazwiska wyglądasz jak typowy Szwab? Martwili się o morale pozostałych żołnierzy?  Czy wolałeś grzać dupę w bezpiecznej Ameryce, z dala od tego całego syfu?  
-Mój brat walczył i zginął w Normandii. I nie, nie wyglądał jak typowy Szwab. – spokojnie przerwał potok pretensji.
Mari zrobiła krok w tył. Podniosła w górę dłoń i  otworzyła usta jakby chciała coś dodać. Ale nagle zmrużyła oczy, pokręciła głową i z rezygnacją machnęła ręką. Odwróciła się na pięcie w kierunku drzwi.  
„No to sobie wszystko wyjaśniliśmy.” – uśmiechnął się z przekąsem Tony.  
-Kurwa! – z wściekłością walnął pięścią w biurko.  

282 czyt.
100%104
angie

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 1645 słów i 9766 znaków, zaktualizowała 15 lip o 8:18.

4 komentarze

 
  • kaszmir

    kaszmir · 15 lipca

    A jednak ciekawość nie zna granic. Szef okazał się zwykłym fiutem, gorzej niż zapyziała plotkara. I bardzo dobrze, że odgryzła się jemu. Myślę, że tych dwoje nie będzie sobie obojętnymi... zobaczymy.

    Bardzo wciągasz czytelnika i nawiązanie do okrucieństwa wojny ma duże znaczenie dla opowieści. Pozdrawiam.

  • AlexAthame

    AlexAthame · 15 lipca

    Nie daje się dziewczyna a swoje przeszla  

  • agnes1709

    agnes1709 · 15 lipca

    Ale mu dojebała Fajnie byłoby, jakbyś napisała, ile laska ma lat lub który to rok; nie lubię niedomówień

  • AnonimS

    AnonimS · 15 lipca

    Bardzo ciekawie to piszesz. chapeau bas. Obóz to straszna rzecz. Dziadek mojego kolegi byl w obozie. To do.konca zycia a zmarł w latach siedemdziesiątych chleb pod siennik chował. Suchy, spleśnialy ale musiał miec zapas. Oni nic mu nie mowili tylko co jakis czas wyrzucali ten splesnialy a reszte zostawiali. Ot taki zywot. Jak slysze ze teraz ludzie narzekają to pusty śmiech zostaje. Pozdrawiam