My first second life - cz. 15.

Drobna, jasna dłoń przesunęła się po białym prześcieradle. Opuszki palców dotknęły najpierw opalonego na złoty kolor ramienia, następnie szerokiej, umięśnionej klatki, by w końcu nieśpiesznie,  delikatnie  zjechać w dół. Tony mruknął z zadowoleniem i przeciągnął się leniwie pod kołdrą. Nagle otworzył oczy, wzdrygnął się i zmarszczył ze złości brwi. Nie podnosząc głowy z poduszki wpatrywał się w pustą przestrzeń łóżka.
-Kurwa, znowu… - warknął sam do siebie, zły na powracający co jakiś czas sen.  
Rzucił okiem na zegarek i stwierdziwszy, że odgłosy tysięcy witających poranek ptaków i tak nie pozwolą mu ponownie zasnąć, powoli zwlókł się z drewnianego łóżka. Po kilku minutach siedział już na schodach przed domkiem,  z kubkiem kawy w ręce, zapalając papierosa.  
Rzucił okiem na błękitne wody Torch Lake. Powoli przeniósł wzrok na przybierającą jesienne barwy ścianę liściastego lasu. Podniósł głowę, by przez chwilę śledzić lot stada dzikich gęsi.  
Odłożył kubek, wstał i podszedł do leżącej przed chatą blachy.
-Pięć arkuszy… - mruknął, zapalając jeszcze jednego papierosa. – Mało.

Od tygodnia naprawiał dach w zapomnianej przez Boga i ludzi chatce nad jeziorem. Skrócenie urlopu i powrót do fabryki były związane z nadzieją na kojące działanie strategii rzucenia się w wir pracy. Niestety pękła jak bańka, wraz z bójką, w jaką wdał się pierwszego dnia  ze swoim własnym kumplem z działu. Wystarczył jeden głupi komentarz. Zresztą, nawet bez komentarza, każde miejsce przypominało mu o jednym. A właściwie o jednej.
-Wypieprzaj na urlop, Beretti! – mało oficjalnie zażądał przełożony. – Nie mam zamiaru dyscyplinarnie  zwalniać jednego z najlepszych pracowników przez jakąś… - w porę ugryzł się w język. Choć  tak jak inni nie znał szczegółów, jak wszyscy domyślał się, o kogo chodzi.  -  Żebym cię tu nie widział do końca miesiąca!  

Propozycja zlecenia naprawy dachu gdzieś na końcu świata brzmiała równie terapeutycznie. Z tych samych powodów co w pracy, nie był w stanie spokojnie wysiedzieć w domu. Zmiana miejsca była kusząca, ale matka miała obawy. Musiał jej przysiąc, że nie będzie pił. Tym sposobem wieczorami siadał przy ognisku, piekł na kolację złowione w jeziorze ryby i z braku lepszych trunków, sączył gorzką herbatę. Leżący na podwórku, rozkręcony do przeczyszczenia silnik pick-up’a gwarantował, że Tony nie miał szans zbyt szybko wybrać się do miasteczka. Popić i narozrabiać.  

I tylko raz, nocą,  poszedł  popływać, oddalając się od brzegu na ile wystarczyło mu tchu. Nurkując w ozłoconej od poświaty księżyca toni, wykrzyczał w głębię wody całą swoją wściekłość i niemoc. Ostatkiem sił wrócił na brzeg, padł na piasek i zasnął wyczerpany.  Od tamtej pory, równie dużo siły i pracy co w naprawę dachu, wkładał w odganianie ponurych myśli i wspomnień.  

-Podobno przechodzenie pod drabiną przynosi pecha.- usłyszał głos z dołu. Wzdrygnął się, ale nie na tyle żeby spaść z kalenicy. Nie mógł udawać, że był zaskoczony. Nie spodziewał się, ale w głębi duszy miał nadzieję, na usłyszenie melodyjnego, francuskiego akcentu. Nadzieję, której nie potrafił zdławić.  
-Nie mniejszego niż wpuszczenie kobiety na statek. – Tony powoli zszedł na dół i ściągnąwszy skórzane rękawice, rzucił nimi niechlujnie pod nogi. Przystawił dłoń do czoła, by lepiej dojrzeć stojącą pod słońce postać.  
- Jak tu trafiłaś?
-Julia mi…
-Oczywiście. –przerwał ostro. – Wszystko wypapla.
Demonstrując swoją niechęć, stanął bokiem do kobiety. Wyciągnął papierosy. Wpatrując się w tańczące na wodzie refleksy słońca, zaciągnął się nikotyną.
-Nie jesteś zaskoczony.
-A dlaczego miałbym być? – odpowiedział spokojnie i odwrócił głowę w stronę dziewczyny. Zmrużył oczy nie tylko od oślepiającego słońca.– Twój… niemiecki znajomy stwierdził, że sobie poradzisz. Że nic ci nie będzie i faktycznie widzę, że nic ci nie ma. Komendant Schiller pomógł? Szybko się wyrobił. – zlustrował  stojącą bezradnie kobietę.
-Będziemy tak stać czy możemy porozmawiać?  
-O! Jednak potrafisz  mówić po angielsku! I chcesz rozmawiać. – uśmiechnął się złośliwie. Ponownie mocno wciągnął nikotynowy dym. Schylił się po rękawice i odwrócił do drabiny.- Nie mamy już o czym, Marie… czy tam Gabrielle…  
-Jesteś na mnie wściekły… - szepnęła kobieta.  
-Wiesz co?! Nie. Nie jestem już wściekły. Jest mi ciebie już tylko żal. Bez domu, rodziny, tułasz się, uciekasz po całym świecie, myśląc, że gdzieś na jego końcu będziesz bezpieczna. Nie, nie będziesz…. Może to jest twoją karą i innej nie będzie? Nie wiem. Nie obchodzi mnie już to.
-Nie zrobiłam tego, Tony.  
-Już mnie to nie interesuje. Nie ja cię będę rozliczał.
-Nie zrobiłam tego! Nie byłam kapo!
-Jeśli szukałaś mnie przez pół stanu, tylko po to, żeby mi to powiedzieć, to trochę za późno. Mam już co innego na głowie. Nie interesuje mnie twoje życie. Ani przeszłe, ani tym bardziej przyszłe. Więc jeśli to wszystko, to sorry ale muszę wracać na dach… - chwycił za drewniany szczebel.  
-Poczekaj! – dziewczyna gorączkowo szukała sposobu, żeby zatrzymać mężczyznę. Postawiła wszystko na jedną kartę. – Twoja matka!
-Co z nią?! –  Tony odwrócił  się gwałtownie.  
-Twoja matka wygląda jak typowa Włoszka. Twój ojciec też miał ciemną karnację. Tak jak i Julia. Brat też, bo widziałam na zdjęciu.  
-No i ? – warknął mężczyzna.  
- Dlaczego nie jesteś do nich podobny, Beretti?  
-Przyszłaś tu, żeby pogadać o wyglądzie mojej rodziny?! – prychnął, udając, że nie wie o co chodzi.  
-Twój ojciec nie był twoim ojcem, a Julia nie jest twoją prawdziwą siostrą, prawda?
Tony poczerwieniał ze złości.  
-Tak, Mari. Chcesz to usłyszeć? Proszę bardzo!  Masz rację! Moim ojcem był Niemiec, taki sam jak ten twój przydupas! Aryjski blondyn, który przyznał sobie prawo zgwałcenia młodej, bezbronnej Włoszki! Dowiedziałaś się?! To  teraz spieprzaj, bo nie ręczę za siebie!  
Beretti zrobił krok do przodu, ale dziewczyna nie cofnęła się nawet o milimetr. Spojrzała hardo na mężczyznę. Gra va banque, wzbudzenie jakichkolwiek, choćby negatywnych emocji, było ryzykowne, ale opłaciło się.
-Więc wiesz najlepiej, jak to jest kogoś kochać i chronić, mimo, że de facto nie jest twoją rodziną. Ja wiem, co znaczy być nienawidzoną przez własną rodzinę. – kobieta sprawnym ruchem wyciągnęła z kieszeni złożoną w kostkę, podniszczoną fotografię i wcisnęła  ją  w dłoń mężczyzny.
-Co ty …? – rozwinął zdjęcie do połowy. Przedstawiało parę młodych, uśmiechniętych ludzi. Przystojnego mężczyznę w mundurze SS-mana i kobietę w mundurze kapo. Marie Anne.  
Beretti  spojrzał wściekle  i miał ochotę rzucić haniebnym zdjęciem dziewczynie  w twarz,  ale machinalnie rozłożył dalej fotografię. Po prawej stronie stała jeszcze jedna kobieta. Ubrana w szarą, skromną sukienkę. Z poważną miną, zapatrzona gdzieś w dal, Marie Anne.  
-Co… do cholery?  
-Tony… - dziewczyna z nadzieją chwyciła z trzymające zdjęcie dłonie i wzięła głęboki oddech. – Nazywam się Charlotte Arpin. A to –wskazała palcem na strażniczkę. – moja siostra, Gabrielle Arpin.

1 058 czyt.
100%73
angie

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 1282 słów i 7495 znaków, zaktualizowała 24 lip o 0:03.

3 komentarze

 
  • AlexAthame

    AlexAthame · 24 lipca

    Bardzo dobrze się potoczyło. Bo myślę że wielu czytalnikow zaczęła poprzednio nabierać sympatii do Marie Ann. To teraz co? Tony pozbędzie się męskiej dumy, czyli przeważnie głupoty małego chłopczyka i pozwoli swojemu sercu bić znowu mocniej dla Mari?   

  • AnonimS

    AnonimS · 23 lipca

    No i zaskoczenie. Nieoczekiwany zwrot w sprawie. Tylko czemu się spodziewałem że coś mnie zaskoczy? Bo zaskoczyło . Brawo Ty . Pozdrawiam

  • kaszmir

    kaszmir · 23 lipca

    Witam
    I proszę jak ciekawie rozwijasz akcję. Niesamowite. Jednak cały czas miałam cichą nadzieję, że coś tutaj nie gra. Tak łatwo można kogoś oskarżyć niesprawiedliwie.  
    Tony zasługuje na prawdę.
    Bardzo na tak.