My first second life - cz. 10.

Przepraszam, miał był koniec, ale wena to suka   

Kilka sekund po tym po zgarnięciu z blatu zrolowanych  banknotów, ostatni z mężczyzn pożegnał siedzącą na sofie rodzinę trzaśnięciem wejściowych drzwi. Julia podskoczyła ze strachu, przylgnęła jeszcze mocniej do ramienia brata. Stłumiony szloch ponownie przerwał dźwięczącą w uszach, ciężką ciszę.  
-Nie płacz, kochanie. Proszę. Nie warto…  - Tony gładził dziewczynę po głowie i z niepewnością spojrzał na matkę. Kobieta wstała, powoli, jakby z obrzydzeniem omijając ławę, przeszła do jadalni i sięgnęła do parapetu po papierosy syna. jak nigdy, zaciągnęła się powoli, bez słowa wpatrując się w mężczyznę.  
Beretti delikatnie odsunął od siebie siostrę. Ciężko, ze spuszczoną głową podszedł do matki. Mimo, że górował nad nią wzrostem, czuł się jak mały chłopiec, który znów rozbił szybę. Pochylił głowę.
-Przepraszam Cię, mamo… - szepnął.  
Zgarnął paczkę papierosów z okna, wyszedł bez słowa.  
Pokój zajmowany przez Marie Anne wyglądał jak po przejściu tornada. Tony stojąc w drzwiach, przyglądając się rzeczom rozrzuconym w czasie przeszukania, powoli zaciągał się nikotyną. Rzeczy Marie nie było zbyt wiele, wszak przyjechała z jedną tylko torbą. Beretti rzucił niedopałek na ziemię i przydeptał ubrudzonym błotem z ogrodu butem. Ogarnął wzrokiem leżącą na łóżku, pożyczoną od Juli,  walizkę. Kilka sukienek, rybaczki, nowy strój kąpielowy. Najwyraźniej Marie zaczęła przygotowywać się do wspólnego wyjazdu nad jezioro.  
„Urwałabyś się znad Michigan czy w ogóle byśmy nie pojechali?!  Pewnie szalejąc z niepokoju szukałbym cię, zachodząc w głowę gdzie jesteś i co się stało. Może zostawiłabyś ubranie na brzegu, fingując własną śmierć? Nie mialabys mnie już wtedy na głowie...” - Tony parsknął krótkim, rozgoryczonym  śmiechem.  
Przeniósł wzrok na leżącą na poduszce obok walizki białą nocną koszulkę dziewczyny. Podszedł bliżej i wziął do ręki delikatny, koronkowy materiał. Miał wrażenie, że jeszcze pachnie słodkim zapachem Marie Anne. Że jest jeszcze rozgrzany od ciepła jej ciała i wspólnie spędzanych nocy. Choćby dzisiejszej,  kiedy nieśpiesznie, z czułością zsuwał nieskalaną biel z drobnych ramion, badając teren z ostrożnością, przezornie mając na uwadze tragiczne doświadczenia dziewczyny. Nigdy nie miał śmiałości spytać, czy oddała się komendantowi dobrowolnie czy  wziął ją siłą. Jakie to miało znaczenie? Jeśli posiadł ją  w tym samym dniu w którym widziała śmierć swojego ukochanego, równie dobrze mogła bez sprzeciwu, w apatii położyć się na łóżku i zamknąć oczy, udając przed samą sobą, że martwi nie czują bólu.  
Ale okazuje się, że tak raczej nie było.  
-Dziwka! – wrzasnął Beretti i jednym ruchem roztargał na pół białą koronkę. – Francuska kurwa!  
Walizka koszącym lotem dotarła do drewnianego stolika, rozbijając stojący na nim flakon z polnymi kwiatami. Kilka ubrań leżących na łóżku jednym ruchem ręki trafiło pod buty mężczyzny.  
Beretti wpadł w szał, krzycząc i rzucając o ściany wszystkim co wpadło mu w ręce.  
-Tony! – matka stanęła w drzwiach.  
Mężczyzna zastygł w bezruchu, ściskając w dłoni  białą, gipsową figurkę łabędzia.
-Tony. – powtórzyła łagodniej.  
Beretti delikatnie odłożył pamiątkę na półkę.  
Bez słowa podszedł do kobiety.  
-Mamo… - wyciągnął rękę, by objąć jej ramię, ale poczuł jak nogi odmawiając posłuszeństwa zginają się w kolanach. Klęcząc przed rodzicielką, krzycząc z bezsilności, wtulał twarz w brzuch kobiety. Położyła dłonie na jasnych włosach, przygarnęła syna mocno do siebie.  
-Już dobrze, Tony… Cicho… Nie warto…  

***

-Tony. Tony! – mężczyzna poczuł lekkie szarpnięcie za ramię. Otworzył oczy. Nad sobą ujrzał ukochaną twarz. Przyglądała mu się ze zmartwieniem. Lekko opuchnięte oczy dziewczyny  świadczyły o przepłakanej nocy.
- Julia… - szepnął i chwycił się za głowę. Ból przeszył czaszkę na wskroś. – Daj mi pić…  
Dziewczyna pokręciła głową z dezaprobatą, ale podała bratu szklankę z wodą.  
-Tony, jest prawie dwunasta idziemy do kościoła.  
-Nigdzie nie idę, idźcie same. – jęknął, czując jak potężny kac okraszony wizją  słuchania śpiewu starszych kobiet panuje nad każdą komórką wycieńczonego ciała.
-To widzę! Po prostu ci mówię, żebyś wiedział. – Julia uśmiechnęła się delikatnie. Od dziecka była jasnym promykiem, wesołym strzygiełkiem, który nawet przez łzy przynosił innym radość.  
Gdy odgłos zamykających się drzwi oznajmił opuszczenie domu przez kobiety, Beretti, nie bez problemu, usiadł na łóżku. Bolał go każdy mięsień. Zapalając papierosa próbował przypomnieć sobie zdarzenia sobotniej nocy. Ja przez mgłę zobaczył barmana, nalewającego mu kolejną whisky. Jak przez mgłę zobaczył twarz nieznajomej kobiety, która zaintrygowana przystojnym, rozrzutnym blondynem,   przysiadła się do niego przy barze.  
„Ty kurwo!”- zabrzmiało wyraźniej w głowie, aż poczuł jak skroń pulsuje krwią wciąż zmieszaną z alkoholem. Dotknął policzka i syknął z bólu. Rozcięta od uderzenia skóra piekła niemiłosiernie i szybko odświeżyła pamięć. Bójka z trzema obrońcami dobrego imienia nieznajomej. Wyrzucenie na bruk przed barem. Nocne łażenie bez celu, póki nogi same nie zaniosły go do Scarlett.  
Scarlett.
Kto nigdy nie poczuł smaku jej ust, nie dotknął aksamitnej skóry, nie wtulił się w ciepłe, miękkie podbrzusze, ten nie mógł powiedzieć, że naprawdę żyje.  
Scarlett nie zawsze była taka. Podobno kiedyś miała dom i rodzinę. Ukochanego męża i malutką córeczkę.
Teraz Scarlett miała już tylko dom, wianuszek lokalnych adoratorów i plotki, którymi się nie przejmowała. Tym bardziej, że były prawdziwe.  
-Tony!- z nieukrywaną radością, otulona czerwonym, jedwabnym szlafrokiem,  otworzyła drzwi niespodziewanemu nocnemu gościowi. Darzyła chłopaka sympatią, choć coraz rzadziej ją odwiedzał. Miał swoje własne powodzenie.  
Beretti wtargnął bez słowa, trzaśnięciem drzwiami komunikując swój nastrój i zamiary. Słaniając się od nadmiaru whisky, ostro popchnął kobietę w kierunku stołu. Zaśmiała się, ale szybko spoważniała, wpatrując we wściekłą minę mężczyzny. Bez słowa rozchyliła uda. Jęknęła. Po  chwili, milcząc,  Beretti rzucił studolarówką na ubrudzone spermą łono.  Dopinając spodnie, zniknął za drzwiami.

456 czyt.
100%42
angie

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 1120 słów i 6646 znaków, zaktualizowała 21 lip o 12:09.

2 komentarze

 
  • kaszmir

    kaszmir · 21 lipca

    Witam
    Mocno zakończyłaś. Tylko dlaczego Tony dramat swój widział w kobiecym łonie. Gdyby nie mężczyźni dziwki by nie istniały. Duży chłopiec... na złość odmrożę sobie uszy. Może ta suka jeszcze pociągnie dalej opowieść.
    Pozdrawia ciepło

  • AnonimS

    AnonimS · 21 lipca

    Dobre. Tak..zapach i smak to też odczucia bardzo ważne. Odreagowanie ..hm takie dużego chłopca ..na złość ( komu?) Się upiję i przelecę dziwkę. Pozdrawiam i Pisz dalej.