My first second life - cz. 14.

-Dlaczego mnie goniłeś? – bawarski  akcent przebijał się na końcówkach wyrazów.  
-Dlaczego uciekałeś? – dociśnięte do krtani ostrze sprawiło, że Tony szybko pożałował zaczepki. Podnosząc powoli ręce, uznał swoją przegraną pozycję. – Chcę tylko porozmawiać. Byłeś przed fabryką, ostrzegałeś przed czymś Marie… znaczy Gabrielle…
-Gdzie ona jest? Dlaczego nie wsiadła do pociągu? – Niemiec szarpnął za kołnierz. – Gadaj!  
-Puść mnie! – zacharczał Beretti. – Też chcę jej pomóc.  
Blondyn odsunął nóż od szyi i mocno popchnął Tony’ego przed siebie. Mężczyzna odwrócił się i opuścił ręce, choć ostrze wciąż pobłyskiwało w słabym świetle latarni.
-Dlaczego nie przyszła na pociąg? – warknął nieznajomy.
„Kurwa, to ja miałem się czegoś dowiedzieć.” – Beretti zacisnął pięści.
-Ma problemy…
-Jakie kurwa problemy?!
- Została aresztowana… Przez policję i jakąś dziwną agencję, sam nie wiem kim oni są…  
-Scheisse! – przeklął po swojemu Niemiec. – Ty ją wydałeś! – nóż zbliżył się niebezpiecznie.
-Zwariowałeś?! Od dwóch dni próbuję się dowiedzieć o co w tym wszystkim chodzi! Może ty mi wytłumaczysz?  
-Co powiedziała policja?  
-Twierdzą, że …
-No co?! Gadaj! – ponaglał blondyn.
-Pracowała w obozie jako kapo…  
-Kurwa! Wiedziałem!  
-To nieprawda? – Beretti zagryzł zęby, by nadać swojemu głosowi ostrzejszy ton.
-To nie jest wszystko tak proste jak myślisz. – Niemiec myślami był już całkiem gdzie indziej.  
-Powiedz mi, że to nieprawda!  
-Co im powiedziała?  
-Co?! – Tony poczuł, że gotująca się w nim wściekłość bierze górę nad wolą porozumienia. Wciąż niczego się nie dowiedział, a szwab przesłuchiwał go jak gówniarza. – Nie wiem!!! Pieprzę to!!! Powiedz mi tylko, że to nieprawda! Nie była kapo! Nie jest nazistką!  

Blondyn spojrzał na niego jak na szaleńca. Nagle Beretti uświadomił sobie o co, a przede wszystkim kogo pyta. Mężczyzna wyglądał jak starszy członek Hitlerjugend. Jak idealny przykład aryjskich „Neue Leute”, nowych ludzi. Nowej rasy panów. Jeśli ktoś taki pomagał Mari w ucieczce do Argentyny… Jeśli w ogóle miała powód do ucieczki… Tony poczuł jak upada ostatnia zasłona, którą zbyt długo trzymał na wyciągniętych w górze, obolałych rękach. Oszukiwał sam siebie. Bilet, dokumenty, zgromadzona gotówka, ale przede wszystkim ani jedna próba zaprzeczenia, zbuntowania się przeciwko postawionym zarzutom. Cały czas szukał prawdy. Prawda stała tuż przed nim. Tylko nie chciał jej dostrzec, bo była dla niego niewygodna.  
-Nic im nie powiedziała. Nie chce z nimi gadać. -  odparł zrezygnowany. Nie ucieszył go wyraz ulgi na twarzy Niemca.  
-Dobrze. Jeśli tylko wytrzyma kilka dni…  - zaczął blondyn i ugryzł się w język.  
-Wytrzyma kilka dni? Co ty gadasz?! Deportują ją! Powieszą! Zresztą… - zacisnął zęby, by zapanować nad łamiącym się głosem. - Pieprzę to! Pierdolę!  
Beretti wyciągnął przed siebie dłoń, jakby chciał zatrzymać słowa niewygodnej prawdy. Cofnął się kilka kroków.
– Pierdolę, słyszysz?! –wrzasnął na całą ulicę, a w kilku oknach zapaliło się światło.
-Uspokój się, nic jej nie będzie. – warknął Niemiec. – Schiller ją wyciągnie.
-Schiller? Komendant? On jej pomoże? Ten… - kolejny cios jak sierpowy  w śledzionę dobił rozjuszonego mężczyznę. Chwycił się za głowę, odwrócił niczym ranne zwierzę. – Kurwa…  
Od dwóch dni narażał życie, byleby  czegokolwiek się dowiedzieć, jakkolwiek pomóc Mari. Tylko po to, by usłyszeć, że pomoże jej były oprawca.  
Po zdesperowanej minie mężczyzny, blondyn zrozumiał, że do zapanowania nad sytuacją musi użyć ostatecznego argumentu. Strachu.
– Masz rodzinę? To jedź do domu i zapomnij, że kiedykolwiek znałeś Arpin. Nie masz pojęcia co tu się dzieje. Odpuść sobie! Za mały jesteś na to!  
Nie trzeba było dwa razy powtarzać. Beretti odwrócił się na pięcie i wyszedł z ciemnej bocznicy na szerszą, oświetloną ulicę.  Kłębowisko myśli powoli opadało jak kurz po bitwie, zakończonej jednoznacznym  wynikiem. Czuł się zmiażdżony. Już nie tylko wściekły, że oszukany przez kobietę. Czuł się jak gówno, oszukiwany przez samego siebie. Przez nadzieję, której uchwycił się jak zakochany kretyn.  
Bilet, fałszywe dokumenty, kupa szmalu, pomagający  Niemiec, Argentyna, a na koniec komendant… Był ślepy na oczywistą prawdę. Nie było już o co walczyć. Opadła ostatnia złudna nadzieja. Mógłby sobie wmawiać jeszcze długo, ale w końcu do niego dotarło - zatrzymanie Marie Anne De’Lacroix  to nie była pomyłka.  

363 czyt.
100%54
angie

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 777 słów i 4738 znaków, zaktualizowała 23 lip o 9:45.

4 komentarze

 
  • kaszmir

    kaszmir · 23 lipca

    Wow jaka mocna część. tony spotyka się z prawdą w ciemnym zaułku i nie może się z tym pogodzić. Czy blondyn jest naprawdę autentyczny w swoich słowach. Takie rzeczy nie powinny wyjść z jego ust przed nieznajomym. Bohaterka świadczyła usługi seksualne dla komendanta i tak do końca nie wiemy czy była też donosicielką. Jednak z wypowiedzi Niemca można przypuszczać, że tak skoro prowadzone jest na szeroką skalę jej uwolnienie. Zwykłą prostytutką nikt by głowy sobie nie zawracał. A może jak Mata Hari okaże się szpiegiem, i Rzesza chce ją sprzątnąć? Ciekawie zaciekawiasz.  

    W dodatku procesy nazistowskich zbrodniarzy do niedawna były owiane tajemnicą, a zbrodniarze, strażnicy obozów koncentracyjnych byli bezkarni. Ponieważ zachodnioniemiecki Trybunał Federalny orzekł w 1969 roku, że warunkiem skazania za pomoc w morderstwach jest udowodnienie indywidualnej winy oskarżonego. Ze względu na brak świadków zbrodni było to w większości przypadków niemożliwe.  

    Pozdrawiam serdecznie

  • AnonimS

    AnonimS · 23 lipca

    No to nasz Tony się przekonał  że " nie wierz nigdy kobiecie" . ( Budka Suflera) . A na poważnie to trochę mi go żal . Wychodzi że ta Marie to jego femme fatale. Pozdrawiam

  • Speker

    Speker · 23 lipca

    Ehhh... Strasznie ciekawe to to
    Więcej

  • AlexAthame

    AlexAthame · 23 lipca

    To już nie wiem. Musze czytać i czekać. Wyglada ze się tylko wszystko bardziej komplikuje