My first second life - cz. 1.

Marie Anne  dołożyła na talerz drugą łyżkę sałatki i sięgnęła po jabłko. Przesunęła tacę w kierunku deserów, lekkim uśmiechem posłanym kucharzowi po drugiej stronie witryny udowadniając, że wołanie z sali nie dociera do otulonych kasztanowymi włosami uszu. A przynajmniej, że nie dotyczy.
-Marie Anne, dlaczego nie chcesz z nami usiąść? Przecież ładnie zapraszamy. – blond przywódca wzbudził salwę śmiechu kilkunastu męskich gardeł.  
-„Lady”! Powinieneś zwołać „Lady Marie Anne” ! – rechocząc poprawił go przydupas po prawej.  

-Taki jesteś kurwa światowy? To sam idź i ją zaproś, pieprzony  vicehrabio! – szef zrobił kwaśną minę, równocześnie posyłając młodemu kuksańca.- Może dla ciebie nie będzie za wysoko, bo na mnie już nawet nie raczy spojrzeć…  

Ugryzł się w język na wspomnienie bolesnej porażki kończącej ostatnią próbę umówienia się na kawę z nową pracownicą fabryki. Nową, niepasującą do zespolonych części silnika Boeinga począwszy od imienia, a na płci skończywszy. Wiedział, że wszystko w niej tu nie pasowało, tak jak i wszystko w niej mu pasowało. Może oprócz tego cholernego wywyższania się. Od wywyższania się był on. Tak jak i od decydowania, kto po okresie próbnym dostaje pracę na stałe. Ale ta niewdzięczna, francuska Żydówa zdawała się tego nie rozumieć. Lub co gorsza – lekceważyć.  
Mrużąc niebieskie oczy po raz kolejny przyglądnął się odwróconej tyłem postaci. „Gdzieś ty była dziewczyno w czasie wojny?” – w myślach po raz kolejny zadał sobie pytanie, na które sprytnie i wykrętnie odpowiedziała na rozmowy kwalifikacyjnej. Ta jej niepasująca do przedmieść Chicago europejskość, inność, francuski akcent , a przede wszystkim cała ta zagadkowość pochodzenia i przeszłości  były dla Tony'ego  tyleż pociągające, co wkurwiające.  Rozdrażniony, miał ochotę zwolnić ją już pierwszego dnia. Rozdrażniony, miał ochotę przelecieć ją już pierwszego dnia. I na tym samym stole podpisać kontrakt na stałe, by móc powtarzać to codziennie po każdej porannej i popołudniowej zmianie.
Młody wytarł niedomyte ręce o jeszcze brudniejsze robocze spodnie, przeczesał palcami zawadiacko opadający na czoło kosmyk przetłuszczonych, półdługich włosów i z animuszem odsunął krzesło.  

-Marie Anne! Kochanie, poczekaj! – zaświergotał melodyjnym fałszem i w akompaniamencie rechotu kolegów ruszył za postacią oddalającą się w kierunku przeciwnego końca kantyny.  
Tony wyciągnął się wygodnie na krześle, jakby przygotowując do obejrzenia niezłego show. Młody zdecydowanie nie miał gotowego scenariusza. Dopadł w końcu do dziewczyny, która złośliwie wybrała stolik z jednym tylko krzesłem. Usiadła odwrócona tyłem do obserwującej całą scenę ośmiu mechaników działu trzeciego. I tak byli zbyt daleko, by cokolwiek usłyszeć. A już na pewno nie nieśmiałe zapytanie młodego, z każdą sekundą tracącego pewność siebie jak przebity balonik powietrze.  

-Hej! Mary Anne! Mari, tak? Chcę pogadać. Mogę usiąść? No tak, nie mam gdzie usiąść. Mogę przynieść krzesło? – spontanicznie gadał jak nakręcony nie mogąc wymyśleć niczego lepszego. –Hej! Mówię do ciebie!
Irytująca, totalna ignorancja kobiety wyostrzyły głos i ruchy mężczyzny. Czuł na sobie pełne drwiny spojrzenia kolegów  
-Mówię do ciebie, damulko! Nawet na mnie nie spojrzysz? – szarpnięcie za ramię jakby włączyło dziewczynę.
-Zabierz rękę. – warknęła.
-Haha! O jednak mówisz po angielsku! Bo już myślałem, że mnie nie rozumiesz i trzeba ci wytłumaczyć ręcznie! – krzyknął mając nadzieję, że do rozbawionych widzów oprócz wizji dotrze i fonia.
-Zabierz rękę! – Marie Anne  odkładając sztućce czarnymi jak węgiel oczyma lodowato przeszyła młodego.  
Dwudziestolatek znów się zaśmiał, zerkając na czekających na więcej kolegów.
-Och, Mari, dlaczego? No i gdzie miałbym ją przesunąć? – z głupią miną, udając, że się zastanawia położył dłoń na  piersi  osłoniętej roboczym, szarym uniformem.- Może tutaj?

Chrupnięcie wykręcanego stawu zlało się w jeden dźwięk z okrzykiem bólu i brzdękiem talerza rozbijającego się o kamienną posadzkę kantyny. Przytrzymując za nienaturalnie wygięty łokieć, Marie Anne zmusiła mężczyznę do pochylania tułowia, równocześnie drugą ręką podnosząc jego głowę do góry za włosy. Młody ponownie zawył. Desperacka, intuicyjna próba uwolnienia łokcia skończyła się kolejnym szarpnięciem, tym razem w kierunku stolika mechaników. Zgięty w pół mężczyzna już nie stawiając oporu pozwolił się doprowadzić do zamarłych w bezruchu kolegów, wpatrujących się w nienaturalnie złączoną parę. Marie Anne spojrzała tylko w jedną twarz.
-„To” chyba twoje?! – warknęła do przełożonego i w geście zwracania własności popchnęła trzymanego mężczyznę wprost na blat przed Tonym. W ostatniej chwili odsunął się przed wątpliwą przyjemnością ugoszczenia głowy młodego na swoim kroczu.  
-Masz przesrane, suko! – o sekundę za późno wrzasnął do pleców kobiety.  



529 czyt.
100%64
angie

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i obyczajowe, użyła 896 słów i 5230 znaków, zaktualizowała 15 lip o 8:34.

4 komentarze

 
  • kaszmir

    kaszmir · 14 lipca ·

    Witam
    Marie Anne twardo stoi na ziemi. Ośmieszając młodego pewnie wróży kłopoty, albo?  
    Moje pierwsze drugie życie... coś ten tytuł ma na rzeczy.  
    Szef też dostał kosza, więc młody nie jest odosbniony w tych podbojach. Ciekawy zamysł Autorki i ciekawa bohaterka.
    Pozdrawiam

  • AlexAthame

    AlexAthame · 14 lipca

    I zrobiła sobie wroga.Twoj styl.

  • agnes1709

    agnes1709 · 14 lipca

    I dlatego Cię lubię, zawsze tak niegrzecznie P.s. Tony'ego - zjadłaś apostrof

  • AnonimS

    AnonimS · 14 lipca

    Jakaś wyszkolona ta babka. Wstyd dla mlodego. Zestaw na tak. Pozdrawiam