My first second life - cz. 4.

-Mamo, błagam… - Tony z rezygnacją rozgrzebał widelcem kolejną dokładkę bolonese.  
-Cicho siedź! Prawie nic nie zjadłeś! Co to jest na takiego chłopa! – kobieta wytarła ręce w fartuch.  
-Daj mu spokój! Ten chłop zaraz pęknie! To już trzecia porcja! – młoda dziewczyna roześmiała się promiennie i tarmosząc za czuprynę, pocałowała mężczyznę w czoło. – Jeszcze soku? – zgarnęła ze stołu pustą szklankę.  
Beretti z błogim uśmiechem odprowadził postać wzrokiem. Była śliczna, wiotka i pełna energii. Dziewiętnaście lat. Piękny wiek. Nagle uśmiech zszedł mu z twarzy. „Urodzona 1922. Jeden rok. Marie była tylko rok starsza, gdy …Boże…” Gdzieś w prawym boku poczuł dziwne ukłucie i  raz jeszcze spojrzał na młodszą siostrę, jakby upewniając się, że nadal tu jest. Czując na plecach spojrzenie, Julia odwróciła się i mrugnęła do brata.  Wzdrygnął się na myśl, której nawet nie dopuścił do świadomości.  Wtem zreflektował się po raz drugi. „Dwadzieścia pięć lat.” – przed oczami znów stanęła mu postać nowej pracownicy. „Nie wygląda. Nie… nie staro… Poważnie. Zbyt poważnie… To wszystko, co się stało… zaledwie w kilka lat…” Słyszeć o tych rzeczach, czytać w gazetach – to jedno. Spotkać kogoś, kto na własnej skórze tego doświadczył, spojrzeć w puste, pozbawione blasku oczy – to zupełnie coś innego.  Nagle ze swoją trzydziestką na karku poczuł się  jak kretyn. Niedojrzały gówniarz, który niczego w życiu nie przeszedł, nie widział i nie doznał. Trochę pracy, trochę zabawy amerykańskiego chłoptasia, latającego za spódniczkami. Problemy rzędu zepsuty silnik pick-up’a, kosz od gorącej laski z sąsiedztwa, wypłata przechlana z kolegami…  
-Anthony Beretti! Jedz! Stygnie! – karcący głos rodzicielki sprowadził mężczyznę na ziemię. Ostatnie ostrzeżenie przed trzepnięciem mokrą szmatą. Tony uśmiechnął się promiennie i złapał matkę za rękę gdy przechodziła obok stołu. Przycisnął oliwkowy, pomarszczony grzbiet dłoni do warg, równocześnie szukając wzrokiem trzeciej kobiecej postaci. Jeszcze jedna kobieta, seniorka,  nie zważając na kuchenne odgłosy ucinała sobie poobiednią drzemkę w fotelu. Tony poczuł błogość, przyjemne uczucie spokoju, że ma je wszystkie, swój cały babiniec obok siebie. Ale tez zrobiło mu się głupio, przypomniawszy sobie, że nie zawsze było mu z tym po drodze. Nie tylko gdy zginął brat, ale i wcześniej, gdy ojciec porzucił żonę z trójką małych dzieci skuszony wspaniałym życiem na zachodnim wybrzeżu. Na myśl o ojcu przez wiele lat dłonie same zaciskały się w pięści.
Nagle mężczyzna poczuł dziwny metaliczny smak w ustach. „Gdyby coś im się stało…” – niepokój zmarszczył ciemne brwi.  Matka lekko wysunęła rękę z uścisku syna.
-Co tobie, dziecko? – zdziwienie zmieszane z troską pobrzmiało w głosie kobiety.  
-Nic, mamo. Nic… - Anthony wbił widelec w skąpane w pomidorowym sosie, długie  wstążki makaronu.  
***
-Dzieeeeń dooooobry, miiiiilaaaaady! – złośliwe pozdrowienie przedarło się przez odgłos pracującej na pełnych obrotach maszyny. Marie Anne odwróciła się w kierunku irytującego głosu. Z końca niewielkiej hali, szczerząc się głupkowato, zbliżały się cztery identycznie ubrane postacie. Z krępym, łysawym Meksykaninem na czele. Kobieta nacisnęła czerwoną dźwignię i urządzenie zaczęło wytracać na szybkości, by w końcu całkowicie się zatrzymać.  
-Czego chcesz, Taco?  
-Właśnie się zastanawiałem razem z kolegami… – rzucił szybkie spojrzenie na podekscytowanych kumpli.- Powiedz mi, Żydówo, dlaczego cały świat was nienawidzi?!  I wszyscy kurwa mają przez was problemy!
D’ Lacroix wzięła głęboki oddech, nieśpiesznie zmierzyła wzrokiem sięgającą jej do ramion posturę Latynosa. Perfidnie uniosła głowę, stając się jeszcze wyższą.  
-Nie jestem Żydówą. Ale pewnie ciężko to dostrzec tam z dołu. -Marie Anne z szyderczym uśmiechem powoli cedziła słowo po słowie. - Za to ty mi powiedz, Taco, czy twoja matka, gdyby wiedziała jaki kretyn z niej wyjdzie – dziewczyna kiwnęła głową na niskiego mężczyznę -  dałaby się zerżnąć osłowi?
-Puta! Ty dziwko! Zajebię cię! – Meksykanin z pianą na ustach błyskawicznie ruszył w kierunku kobiety.  
-Taco! Kurwa! – trzech kompanów bez wahania rzuciło się na kolegę, łapiąc go za ręce i barki.  
Marie Anne stala bez ruchu. Nie drgnęła. Nie przesunęła się ani o centymetr w tył.  Za to palcami wymacała kawałek luźnej, stalowej rurki i chwyciła ją mocno w obie dłonie. Bez mrugnięcia wpatrywała się w wyimaginowany cel pomiędzy szalejącymi z nienawiści źrenicami Latynosa. Mężczyzna ze wściekłością wyrywał się z trudem trzymającym go kolegom.  
- Taco! Nie! Przestań! Daj spokój!  
-Co tu się kurwa dzieje?! – zaalarmowany szef wpadł do pomieszczenia jak burza.- Sanchez, co ty kurwa odpierdalasz?! – stanął przed pracownikiem odgradzając go ciałem od obiektu niedoszłego ataku.  
-Ta kurwa… - Meksykanin uwolnił jedną rękę i oskarżycielsko wskazał na D’ Lacroix. -… ta kurwa powiedziała…
-Nie interesuje mnie co powiedziała!  Uspokój się! – wrzasnął wprost na śniadą twarz.  
-A on… - krzyknęła Marie Anne, niepostrzeżenie odkładając metal na miejsce.  
-Zamknij się! – z wściekłością odwrócił się do niej Tony. Zaskoczona kobieta cofnęła się wpół kroku.- Do biura! Już!
-On chciał…- krzyknęła z rozpaczą w głosie.
-Zamknij się, powiedziałem! – wrzasnął szef. – Do biura!
-Marquez na maszynę! – wskazał palcem na wyłączony sprzęt. – A ty – kiwnął na drugiego mężczyznę -zabierz stąd tego kretyna!
Sam chwycił dziewczynę pod ramię i szarpnął w kierunku wyjścia.  
***  
-Co to kurwa było?! – Tony popchnął kobietę na krzesło. Sam sięgnął po papierosy leżące na biurku. Stanął przy uchylonym oknie. Nagle doznał dziwnego uczucia – sposób w jaki przyciągnął Mari do biura, w jaki popchnął ją na krzesło… Nic innego jak tylko wypisz wymaluj on sam, jako dzieciak, raz po raz lądujący w gabinecie dyrektora szkoły. Po kolejnej rozróbie – za to kim jest, za to, że nie ma ojca, za to że odstawał, jako jedyny blondyn we włoskiej dzielnicy Chicago… „Karma. Mam teraz za swoje.” – prychnął, zaciągając się papierosem. Zastygł w bezruchu czekając na wyjaśnienia.  
Cisza.
W końcu odwrócił się powoli, zastając godny pożałowania widok. Drżące usta, pochylona głowa, włosy smętnie wiszące wokół zapłakanej twarzy, dłonie wciśnięte między uda.  
-Mari… - westchnął dogaszając papierosa. Zbliżył się do dziewczyny.  – Nie możesz tak…  Co to było? Dwie rozróby w ciągu trzech dni? Co to ma znaczyć? –próbował przybrać groźny wyraz twarzy.  
Podniosła na niego olbrzymie, zapłakane oczy.  
-Mari… - nieposłuszny głos ponownie złagodniał.
-Przyszli w czterech… Bałam się… - załamujący się głos stłumiły dłonie zakrywające twarz.  
-W czterech? Dobrze, że w czterech! Przynajmniej miał kto trzymać Sancheza. Do cholery, mógł cię tam roznieść na strzępy! -  Tony walnął otwartą dłonią w blat biurka. – Co ty robisz, dziewczyno?! Masz już tu samych wrogów!  
Spojrzała na niego pytająco.  
-Co z Tobą, Mari?! – z rezygnacją w głosie, wpatrując się w zapłakaną twarz, próbował  doszukać  się  odpowiedzi. Potarł dłonią czoło. Odwrócił się znów do okna. Nagle coś przyszło mu do głowy. Wrócił do dziewczyny. Przysunął bliżej drugie krzesło.
-Powiedz mi… - zaczął nie wiedząc jak zacząć.- … nigdy wcześniej nie pracowałaś, prawda?  
Pokręciła głową, ale Tony  nie poczuł satysfakcji z trafnej diagnozy. To nie mogło być to. Przecież nie była idiotką. Nawet dziecko wie, jakie są zasady normalnych relacji międzyludzkich. To nie było to. Musiało być coś jeszcze.
-A w … ? - zagryzł zęby, jakby słowo „obóz” nie mogło przejść mu przez gardło.  Spojrzał w bok, po ścianach szukając pomocy.
„Nie. Inaczej.”  
-Mari… To jest normalna praca. Tu jest w porządku. Jesteś bezpieczna. Nic ci nie grozi! Po prostu pracuj, traktuj innych z szacunkiem i życzliwością, a oni w odpłacą ci tym samym. Po prostu…  I… - zawahał się. - … w każdej chwili możesz odejść. To ty decydujesz. Rozumiesz? Tu jesteś wolna. Wolna. - zaakcentował ostatnie słowo, wpatrując się w czarne, wystraszone oczy.  
-Rozumiesz? – dopytał.  
Zwilżyła usta, lekko kiwnęła głową. Tony nie wyglądał na przekonanego. „Cholera… Ona się boi. Po prostu się boi!” – przeleciało mu przez myśl. A następnie, że ma wielką ochotę odsunąć brązowy kosmyk ze szczupłej, delikatnej szyi.
-Jeśli faktycznie zależy ci na pracy, to… - nachylił się w kierunku dziewczyny. Powstrzymał się, by nie dotknąć wciśniętych między uda dłoni. - … to po prostu normalnie pracuj. Nie jesteś uwięziona! – ponownie  potarł czoło. - Tutaj to ty musisz się starać, żeby cię nie wyrzucili. A jak będziesz tak dalej rozrabiać, to cię wywalą i nawet ja cię nie obronię. Rozumiesz?  
-Tak… - szepnęła w końcu. Wysunęła dłonie spomiędzy ud. Tony odchylił się na krześle. Westchnął ciężko.
-Och, Mari…. Co ja mam teraz z tobą zrobić? Przecież nie możesz tam wrócić. Dojadą cię! – mężczyzna zagryzł ze złością zęby.- Co ja mam z tobą zrobić, dziewczyno?!
Spojrzała na niego pytająco. Wyłapał mgnienie strachu na bladych policzkach. Zmrużył oczy. Wiedział co chce zrobić. Co może zrobić. W ostatniej chwili powstrzymał się przed wykorzystaniem sytuacji. Wstał z impetem i przeszedł na drugi koniec dyżurki.
„Kurwa, nie może być normalnie?” – zacisnął pięści. - „Nie może być tak jak zawsze? Szybki romans, jasne zasady, satysfakcja obojga, a potem każdy idzie w swoją stronę.” – niepostrzeżenie rzucił okiem na Marie Anne. Na szczęście patrzyła w inną stronę.  „Kurwa, Beretti, jesteś skończoną świnią! Dziewczyna przeszła piekło, a ty kombinujesz jak dobrać się jej do tyłka.”  Przed oczami stanęła mu Julia. Gdyby tyle przeszła, gdyby ktoś chciał ją tak wykorzystać…  Zazgrzytał zębami. Powoli odwrócił się do podwładnej.  
-Dobra. Przeniosę cię gdzieś na jakiś czas. Teraz idź już do domu. Jutro… - zastanowił się , wpatrując w pełne wdzięczności, piękne, ciemne oczy. – … jutro Taylor się tobą zajmie.  

307 czyt.
100%82
angie

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 1826 słów i 10629 znaków, zaktualizowała 16 lip o 9:26.

2 komentarze

 
  • AnonimS

    AnonimS · 16 lipca

    Mistrzowsko   . Sielski obrazek rodziny i zderzenie samotnej Mari z traumą. Brawo.

  • kaszmir

    kaszmir · 16 lipca

    Piękna część choć zabarwiona rasizmem i to od kogo... meksykanina w Ameryce. A kobieta ma też ostry języczek chociaż w głębi duszy jest zamknięta, ale nie dziwię się. Po takich przejściach trudno jest wbić się w normalność. Tony pośród trzech kobiet zna doskonale słabości i psychikę kobiet. Jednak hardość Marie Anny jest nie do przebicia. No i gdzieś z tylu głowy rodzi się uczucie, czy będzie odwzajemnione?
    Bardzo na tak i czekam na ciąg dalszy i to szybko.  
    Pozdrawiam ciepło.