My first second life - cz. 2.

-„Marie. Anne. De’Croix” – wycedził przez zęby Tony i powoli odłożył kartę danych osobowych na metalowe biurko.  
-„D’ Lacroix.” – korektę zagłuszył syk spuszczanego ciśnienia pompy nadmuchowej. Przez cienkie, metalowe ściany dyżurki, odgłosy pracy fabryki przedzierały się jak przez sito.  
-„D’ Lacroix.” – powtórzył w udawanej zadumie szef. – Pracujesz u nas już…  
-…dwa tygodnie. – dokończyła kobieta, wpatrując się w teczkę z dokumentami. Nie musiała podnosić wzroku. Czuła na skórze wlepione z  nieukrywaną nienawiścią spojrzenie.
-…dwa tygodnie… - westchnął fałszywie Tony. – A ja dla Boinga pracuję  8 lat. I powiem ci… panno D’ Lacroix…
-„Pani” – poprawiła spokojnie, choć stanowczo.
-Co?! – zaskoczony przerwaniem pouczającego wywodu, cofnął w zdumieniu głowę.
-„Pani D’ Lacroix”. Jestem… byłam mężatką.  
Zbity z tropu przełożony, rzucił okiem na dokumenty. „Wdowa”. Jak tysiące innych kobiet pod koniec lat czterdziestych. Na obu półkulach ziemi.  „Dlaczego do cholery zapamiętałem, że wolna?” – przeleciało mu przez głowę. „No… w sumie wolna.”
Z prychnięciem odsunął od siebie teczkę.
-Osiem lat. Osiem lat tu pracuję i powiem ci… oprócz kilku akcji trochę zbyt energicznych chłopaków z południa – nikt tu się tak nie zachowuje. Nie tolerujemy tego!  
-Za to tolerujecie obmacywanie? – Marie Anne w końcu podniosła głowę.  – Coś więcej też tolerujecie? – zmrużyła oczy.  
- Jakie obmacywanie, kobieto? Nic nie widziałem! – wrzasnął Tony, łupiąc dla efektu pięścią w stół. – Coś ci się chyba wydaje!  Nikt tu nikogo nie obmacuje, zresztą … - zaśmiał się jak z kiepskiego żartu- tu są prawie sami faceci. Jak ty tu w ogóle trafiłaś? I to teraz, kiedy po wojnie nie ma już tylu zamówień i jedynie zwalniamy ludzi?!  
D’ Lacroix zagryzła wargę. Pytanie było aż do bólu retoryczne. Oboje znali odpowiedź, którą jednak szef postanowił głośno i dobitnie przypomnieć.
-Niech no zgadnę…. – nieśpiesznie wstał od biurka. – Jak to szło? Zadzwoniła do mnie moja matka, której sąsiadka jest znajomą twojej kuzynki… Nie pomieszałem? To twoja kuzynka poruszyła niebo i ziemię, żeby coś dla ciebie znaleźć, czyż nie? Jak to mówiła?  „Jest w stanach od pół roku, nie ma papierów, nie ma pracy. Niewiele potrafi, słabo zna język, weźmie cokolwiek…” Tak, teraz sobie przypominam….  
Marie Anne odwróciła głowę. Skupiła się na studiowaniu nielicznych certyfikatów, krzywo wiszących na brudnej ścianie.  
-„Weźmie cokolwiek…”. Nie dostałaś „czegokolwiek”, dostałaś całkiem dobrą pracę i… ładnie się odwdzięczasz rodzinie. – Tony przysiadł na biurku tuż przy udzie dziewczyny. Skrzyżował ręce na piersi.  
Irytująca cisza wypełniła niewielką przestrzeń pomiędzy rozmówcami.  
-Spójrz na mnie! – warknął nagle. – Chyba nie zdajesz sobie sprawy z powagi sytuacji! Mogę… - zacisnął pięść. – Mogę przedłużyć ci umowę. Mogę cię awansować. Ale mogę cię wywalić  już teraz! Z wilczym biletem! Nigdzie nie znajdziesz pracy!  
-Rozumiem.
-„Rozumiem” … i ? – zawiesił głos.  
Cisza. Kobieta nie podjęła wyzwania.  
-Chyba jednak nie rozumiesz! – oczy zwężyły się do rozmiaru złośliwych szparek, a w popołudniowej poświacie blond czupryna nabrała rudawego odcienia.- Mam setki takich jak ty na to miejsce. Nie, lepszych od ciebie. Setki! Z pocałowaniem ręki!  
Marie Anne spojrzała ze spokojem na czerwieniejącą ze złości twarz.  
-Może nie ogarniasz co się wokół ciebie dzieje? – nachylił się do dziewczyny. -Nie ma pracy dla takich jak ty! Nie ma pracy dla kobiet! Wojna się skończyła, faceci wrócili do fabryk, a wy – wracacie do garów! Rozumiesz, francuska przybłędo?  
„Anthony Beretti też nie brzmi zbyt jankesko” – zdążyło przelecieć przez głowę, nim energicznie odsunęła krzesło.  
-Więc tak? Wychodzisz? Nie zależy ci na pracy? Unosisz się dumą, „lady” D’Lacroix?  –  prychnął, w ostatniej chwili łapiąc wstającą kobietę  za rękaw uniformu. Mocny, płócienny  materiał w momencie poddał się presji dwóch przeciwstawnych sił. Rozerwany  na szwie odsłonił  gładką, jasną skórę przedramienia. Oznaczoną niewielkim, ale wyraźnym, czarnym tatuażem numeru złożonego z sześciu cyfr.  
-O kurwa… - Beretti cofnął rękę jak oparzony i odsunął się raptownie.  Marie Anne strzępem potarganego rękawa pośpiesznie zakryła rękę i w sekundzie znalazła się przy drzwiach. Nacisnęła klamkę.
-Zależy mi na pracy. – rzuciła jednym tchem, nie odwracając się do szefa, wciąż w oszołomieniu wpatrzonego w powoli zamykające się drzwi dyżurki.  

353 czyt.
100%75
angie

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 789 słów i 4813 znaków, zaktualizowała 14 lip o 19:09.

5 komentarzy

 
  • kaszmir

    kaszmir · 14 lipca

    Witam
    A jednak mężczyzna nigdy nie przyzna się do porażki. Jego ego zostało zachwiane. Kobieta dla niego jest tylko obiektem pożądania i dlatego zachował się wobec niej jak zwykły cham. Jako szef  nie powinien. Szok z numerem tak skrzętnie ukrytym przed ludźmi. Co teraz zrobi on, czy zwolni , czy pomoże jej.  

    Milej nocy

  • Pani123

    Pani123 · 14 lipca

    Podoba mi sie, moje klimaty  🙌

  • AnonimS

    AnonimS · 14 lipca

    Numer obozowy szesciocyfrowy hmm. Zaintrygowalas mnie

  • AlexAthame

    AlexAthame · 14 lipca

    Jak zawsze mocna kobieta, która wiele przeszla.Tylko nie kończ w polowie

  • agnes1709

    agnes1709 · 14 lipca

    PIERWSZA! Ma na nią parcie, temu zachowuje się jak dupek. Numerek? Tu pojechałaś