My first second life - cz. 5.

-Och, cukiereczku! – gruba murzynka zaśmiała się rubasznie i z impetem klepnęła po szerokich udach, szczelnie wypełniających szare spodnie roboczego kombinezonu.- Śliczna jesteś! Czemu cię ten playboy Tony wysłał na koniec świata?  
„Zazwyczaj trzyma takie sztuki blisko siebie…” – dokończyła w myślach, bo choć zazwyczaj mówiła wszystko prosto z mostu,  to zwyczajnie nie chciała zbytnio wystraszyć dziewczyny.  
-Pani Taylor…
-Jackie! Mów mi Jackie, kochanie! Tylko nie babciu Jackie, jak Rico, bo choć mam ośmioro wnucząt to wcale się na babcię nie czuję, ha! – zagrzmiała ze śmiechem i kokieteryjnie poprawiła kolorową spinkę przytrzymującą gładko zaczesane, czarne jak smoła włosy. – No dobrze, chodźmy!  
Kobieta ruszyła środkiem hali,  szerokim gestem wskazując kolejne regały. Marie Anne podążyła  za nią z  uśmiechem, każdy kolejny krok stawiając z coraz większą pewnością.  
-Oto całe moje królestwo! Magazyn odzieży roboczej  i sprzętu osobistego! Kombinezony, rękawice, kaski…  A po prawej sanitarka, bo udzielamy też pierwszej pomocy. Niestety wypadki, jak w każdej fabryce, czasem się zdarzają.  Słuchasz mnie, kochanie?  
Murzynka stanęła jak wryta.  
-Słuchasz mnie?
Marie kiwnęła głową.  
-„Wypadki się zdarzają”. – powtórzyła.  
-Coś taka blada? Chyba nie boisz się widoku krwi? – kierowniczka chwyciła się pod boki.
-Nie, Jackie. – szepnęła dziewczyna. –Nie boję się.

***

-I jak tam, D’ Lacroix? Nowe miejsce jest w porządku? – Tony z nonszalancją przerzucił kilka dokumentów, wstał od biurka, oparł się o parapet i skrzyżował ręce na piersi. Z mieszanymi uczuciami przyglądał się dziewczynie. Dwa dni. Obiecał sobie, że nie będzie zaglądał na magazyn. Obiecał sobie, że nie będzie myślał o ciemnych, pięknych oczach.  Wytrzymał dwa dni i pod byle pretekstem wezwał podwładną do biura.  Był na siebie wściekły. I równocześnie czuł niezwykle przyjemne, ciepłe napięcie w podbrzuszu.  
-Tak, Jackie… to znaczy pani Taylor … jest bardzo sympatyczna. -  Beretti z satysfakcją obserwował jak pełne usta układają się w nieśmiały, uroczy uśmiech.  
-Znaczy… jesteś zadowolona?
-Tak. I dziękuję. Dziękuję za drugą szansę. – na chwilę zatrzymała wzrok na ustach mężczyzny, tylko po to by szybko skromnie opuścić powieki.  
Beretti wstrzymał oddech. „Cholera…” – zwilżył suche wargi.
-Marie, chciałbym … chciałbym żebyś coś dla mnie zrobiła.  
-Tak? – lekki niepokój w głosie zabrzmiał równie pociągająco co podniesiona brew.
-To nic takiego. Chodzi tylko o popołudniową zmianę. Marquez się rozchorował, a Smith jest na urlopie. Chciałbym żebyś w piątek wróciła na linię. Jackie sobie poradzi.
Marie Anne wzięła głęboki oddech.
-Nic się nie martw! – mężczyzna uspokajająco wyciągnął przed siebie dłoń. – Będę na miejscu do końca zmiany.
-To… - westchnęła. – To nawet nie o to chodzi. Ja… nie będę miała jak wrócić. Ostatni autobus na stancję odjeżdża godzinę przed końcem pracy.  
-Nie ma problemu, Mari! – Tony rozłożył ręce na boki w geście zaproszenia. – Ty pomagasz mi, ja pomagam tobie. Z przyjemnością cię odwiozę.
„Nawet nie zdajesz sobie sprawy z jak wielką przyjemnością”. – Uśmiechnął się szeroko do dziewczyny.

***

-Dzięki, to tutaj! – Marie w pośpiechu zgarnęła torebkę, jakby chciała się jak najszybciej ulotnić z samochodu szefa. Choć całą jazdę zachowywał się przyzwoicie, a nawet kilkukrotnie rozbawił dziewczynę, opowiadając stare kawały, to jednak zatrzymanie samochodu, w piątkowy wieczór, po odwiezieniu kobiety pod drzwi domu,  miało swój przewidywalny ciąg dalszy.  
-Tutaj?! W hotelu robotniczym! – rzucił podejrzliwe spojrzenie na obskurny budynek. –Myślałem, że wynajmujesz gdzieś pokój.
-Tu wynajmuję pokój. Dzięki, cześć!  
Beretti  spode łba rzucił okiem na kilku zarośniętych facetów, żłopiących piwo na ławce przed wejściem. Miejsce coraz mniej mu się podobało.
-Marie Anne, stój! Cholera! Nie puszczę cię samej!
-Daj spokój, codziennie sama wracam. Znam ich, nie są groźni.  
-Bez dyskusji!  Nie podoba mi się tutaj!  
Trzaśnięcie drzwi samochodu przypieczętowało decyzję.  
-Ok, ale tylko do wejścia. – dziewczyna śmiechem zakryła obawę.
-Tylko do wejścia. Muszę się upewnić, że jesteś bezpieczna. – szef podniósł ręce w geście zgody. Mijając pijaczków, opiekuńczo położył dłoń na plechach kobiety.  
-Nie powinnaś tu mieszkać. – skomentował, gdy znaleźli się sami na obskurnej klatce.  
-Nie powinnam wielu  rzeczy. – zaśmiała się dziewczyna.
-Mari, ja nie żartuję. To nie jest bezpieczna dzielnica, a ten lokal to już w ogóle nie miejsce dla grzecznych panienek. – uśmiechając się udawał groźnego, ale naprawdę był wkurzony zastaną sytuacją.
-No cóż… Nie każdą grzeczną panienkę stać na ładny, bezpieczny domek z ogródkiem…
-Mari… Przestań! Znajdę ci coś lepszego, a już na pewno bezpieczniejszego. A na razie… -  stanął w progu brzydkiego, ciemnego pokoju. Rozglądnął się z niesmakiem i kiełkującym uczuciem  współczucia dla dziewczyny. – Na razie zarygluj dobrze tą dyktę, którą nazywasz drzwiami.  Trzymaj się!
Niespodziewanie dla siebie i Marie,  nachylił się szybko i pocałował dziewczynę w policzek. Nim zdążyła zaprotestować, był już w połowie schodów prowadzących na parter.  
„Kurwa! Jak nieopierzony gówniarz!” – po chwili mężczyzna siedząc w samochodzie walnął z otwartej dłoni w kierownicę pick-up’a.  

***

-Ty, patrz, patrz! – młody robotnik odstawiając kubek z kawą zamachnął się wierzchem dłoni na siedzącego obok kolegę. Ruchem głowy wskazał na kilka osób stojących przy ladzie z jedzeniem.  Było oczywiste, że miał na myśli tylko dwie z nich. Odwrócony tyłem do sali mężczyzna nachylił się do stojącej bokiem kobiety. Nawet z odległości kilkunastu metrów widać było napięte mięśnie przedramienia i zaciśniętą w pięść dłoń szefa.
-Co to kurwa jest?! – Tony warknął  i czując na sobie wzrok podwładnych, ledwo powstrzymał się przed zaciśnięciem dłoni na szczupłej twarzy kobiety. Wbił wzrok w dwucentymetrową, jednoznaczną ranę na kości policzkowej. –Kto ci to zrobił?!  
- To nic takiego. Nic się nie stało, Tony! Proszę cię, nie tutaj… Wszyscy na nas patrzą! - kobieta rozejrzała się po sali. Z zażenowaniem założyła kosmyk włosów za ucho.  
-Kto?!  Gadaj! – szef wycedził przez zaciśnięte zęby.  
-To… w hotelu… ale nic się nie stało, naprawdę! – Marie machinalnie schowała przed wzrokiem mężczyzny prawą dłoń. Zdarta do krwi skóra na kłykciach pięści sprowokowałaby kolejne pytania.
-Wiedziałem, że to się tak skończy! Kurwa, masz mi mówić o takich rzeczach! Rozumiesz?!  
Marie Anne kiwnęła bez słowa głową.  
Nachylając się nad kobietą, Beretti przezornie rozejrzał się po sali. Kilkunastu jedzących obiad pracowników łaskawie udawało pełne skupienie na posiłku.  
-I to od razu! Przecież widzę, że to ma kilka dni! –  wziął głęboki oddech. Może faktycznie tym razem nic więcej się nie stało. Ale nie zamierzał ryzykować. – Skończysz dziś wcześniej. Zabieram cię stamtąd!
-Ale…
-Ani słowa, D’ Lacroix ! – warknął. – Po przerwie widzę cię w biurze.  
Ściskając tacę, wyprzedził dziewczynę w kolejce, by po chwili usiąść z wpatrzonymi w talerze, niespotykanie milczącymi mechanikami.  

324 czyt.
100%73
angie

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 1262 słów i 7606 znaków, zaktualizowała 17 lip o 12:32.

3 komentarze

 
  • agnes1709

    agnes1709 · 17 lipca

    Czekam na fiku miku  

  • kaszmir

    kaszmir · 16 lipca

    No, no Tony całkowicie utonął i dobrze, że opiekuje się kobietą. Podoba mi się jej niezależność, ale czasem trzeba ulec i dać się ponieść. Czas leczy rany i trzeba iść dalej. Ciekawie rozkręcasz akcję.

    Pozdrawiam

  • AnonimS

    AnonimS · 16 lipca

    Opieka rzecz szlachetna. Motywy już niekoniecznie