My first second life - cz. 11.

-Ale że już? Dzisiaj? Teraz, kurwa? – jęknął Tony, pocierając dłonią czoło.  
-Tak, teraz. – policjant nieustępliwie stał jak posąg nad siedzącym w samych slipkach Berettim. – Proszę nie utrudniać. To tylko kilka pytań, nie zajmiemy panu dużo czasu. Też się nam śpieszy.  
-Mi się już nigdzie kurwa nie śpieszy…. – z rezygnacją mruknął blondyn, podnosząc obolałe ciało z fotela. – Chwila…. Wezmę szybki prysznic.  
Bez czekania na zgodę poczłapał na piętro.  
Po pół godzinie siedział przed biurkiem porucznika Truman’a, łypiąc raz na policjanta, raz na siedzącą z boku, starszą sekretarkę. Z kwaśną miną, przez chwilę znad rogowych okularów przyglądała się przesłuchiwanemu. W końcu wsunęła czystą kartkę w maszynę do pisania i usztywniła się na krześle.  
-Już mówiłem… - z rezygnacją w głosie powtórzył Tony. – Zatrudniłem ją na moim wydziale trzy, niecałe cztery  tygodnie temu. Nigdy wcześniej jej nie widziałem.  
-No dobrze… A jak to dokładnie wyglądało. Daliście jakieś ogłoszenie o pracy? Sama się zgłosiła? A może ktoś ją zarekomendował?  
Beretti potarł spocone czoło. Niedzielne popołudnie nie było upalne, ale w połączeniu z resztkami  alkoholu we krwi i niewygodnymi pytaniami dawało oczywisty efekt. Ciało rozgrzane od wrześniowego słońca tej porze miał chłodzić w niebieskiej toni jeziora Michigan. Z jedną ręką na biodrze Mari. Z zimnym piwem w drugiej.  
-Panie Beretti?  
-Przepraszam, niezbyt dobrze się czuję. Mogę prosić o wodę? – Tony czuł, że z zaplanowanych na dzisiaj rzeczy skusiłby się już jedynie na piwo. Woda musiała wystarczyć.
Komendant spojrzał na jednoznacznie sekretarkę, która z niechęcią podniosła ciężkie cztery litery. Beretti był niemal pewien, że napluje mu do szklanki.
-Pytałem, czy ktoś ją zarekomendował.
„Matka!” – Tony z miejsca wytrzeźwiał.
-Nie, sama się zgłosiła. –odchylił się na krześle.- Nie dawaliśmy ogłoszenia, przyszła wprost z ulicy i spytała o pracę.
-I ją dostała.  
-Najwyraźniej. – Beretti z ulgą zanurzył usta w zimnym płynie, dając sobie chwilę na zastanowienie. I wymyślenie przeszłości od nowa. – Oczywiście porozmawiałem z nią i zaproponowałem miejsce na linii produkcyjnej.
-Co mówiła? – śledczy wbił w niego paskudnie jasnobrązowe, wręcz żółtawe ślepia.  
-Nie pamiętam. Widocznie nic specjalnego. Że niedawno przyjechała do Stanów, że owszem nie zna się na mechanice, ale zależy jej na pracy. Takie typowe rzeczy jak na rozmowie kwalifikacyjnej.
Truman  kiwnął głową ze zrozumieniem i przeniósł wzrok na dokumenty. Zaczął od niechcenia przerzucać papiery.
-Panie Beretti… Dobrze pamiętam, że Boeing w ciągu ostatnich 18 miesięcy zwolnił 40 tysięcy osób?
Tony przełknął ślinę. Wiedział, że nie wygląda to dobrze. „Kurwa… ” – łypnął okiem na sekretarkę. „Że ta franca musiała już wrócić. Mogłem poprosić o colę, może poszłaby do Krogera i doczłapała z powrotem za pół godziny.”  
-Ok… - zaczął powoli. – Nie zatrudniamy zbyt wielu ludzi ostatnio. A już na pewno nie bez doświadczenia. Marie Anne dostała pracę…
-Gabrielle Arpin. – poprawił go Truman.    
-…dostała pracę z jednego tylko powodu. – Beretti spojrzał beznamiętnie na śledczego. Mina nie zdradzała skrywanej  głęboko nadziei, że starszy policjant zrozumie go jak facet faceta. – Spodobała mi się. Dałem jej pracę, bo … chciałem ją zaliczyć.
Truman powoli podniósł wzrok. Sekretarka z całej siły uderzyła w ostatni klawisz maszyny i  ostentacyjnie zamarła w bezruchu.  
-Chciał Pan co?
-Chciałem ją przelecieć. – Tony wytrzymał spojrzenie.  
Po kilku sekundach nieznośnej ciszy, śledczy dociągnął temat.
-A później?
-Później bym ją zwolnił.
-Podejrzewam, że się dopiął Pan swego, skoro zamieszkała z Pana rodziną.
-To był największy błąd jaki popełniłem… - westchnął mężczyzna, nie potwierdzając domysłów śledczego.
-A wiedział Pan o jej przeszłości?
-To znaczy?
-Czy wiedział Pan, że była w obozie? Bo chyba nie mówimy o pracy dla nazistów?
-Nie, oczywiście, że nie! Powiedziała mi o obozie, dopiero gdy przypadkiem zobaczyłem tatuaż. Oczywiście mówiła, że była więźniem, ale nie podała żadnych szczegółów. Powiedziałbym, że… - Tony poczuł ulgę, że przynajmniej w tej części może powiedzieć jak było. - …że się tego wstydziła.  
Truman prychnął ironicznie, ale nie skomentował.  
-No dobrze…  Na razie to wszystko. Jeśli będziemy mieli jeszcze jakieś pytania, to zgłosimy się do Pana. – ostentacyjnie zamknął leżące na blacie akta.  
-Czy… - Tony potarł dłonią skroń.- Czy mogę się z nią zobaczyć?
Śledczy podniósł brew.
-W jakim celu?
Beretti zmieszał się brakiem odpowiedzi. Policjant szybko wybawił go z zakłopotania.
-Nie ma takiej możliwości. – skwitował ostro.
-Ale…
-Nie ma takiej możliwości, Beretti. – warknął niespodziewanie.- I coś ci poradzę. – wstał i groźnie nachylił się nad biurkiem. –Cokolwiek pojawiło się między wami przez te kilka dni….  Pierdol to.  

***

Tony stał na podjeździe nie mając specjalnej ochoty na powrót do domu. Kończył papierosa, kiedy firanki w oknie sąsiedniego budynku poruszyły się jednoznacznie.  
„Kurwa! No przecież!” – szybko przydusił niedopałek i ruszył w kierunku drzwi burmistrzowej  Johnson.  
-Tony! - starsza, dystyngowana pani chwyciła policzki mężczyzny i ucałowała z obu stron, jakby nie widziała go co najmniej kilka miesięcy. – Siadaj, ukroję ci szarlotki!
-Pani Johnson, ja tylko na chwilę! Chodzi o telefon.  
-Potrzebujesz zadzwonić? -wdowa po burmistrzu jako jedyna w okolicy miała prywatny aparat i życzliwie użyczała go wszystkim potrzebującym- Ale najpierw szarlotka!
-Nie nie potrzebuję zadzwonić i nie chcę szarlotki! – widząc nagle posmutniałą minę kobiety Tony poczuł, że niepotrzebnie podniósł glos. – Pani Johnson, błagam, niech się pani na chwilę skupi. Telefon od znajomej! W sprawie pracy! Dla Marie Anne!
-Co, kochany? A ciasto chcesz z bitą śmietaną ? – zniknęła w kuchni.
Beretti poczuł jak upadają z niego siły. Kac nadal miał nad nim władzę.
- Tak, z bitą śmietaną. Telefon. Dzwoniła do pani znajoma! Kto to był? Skąd dzwoniła?  
-A, praca dla waszej Mari?  
Gdyby nie siedział, Tony  zgiął by się w pół. Ukłucie w piersi było jak bokserskie  uderzenie w splot słoneczny. „Wasza Mari”. Matka musiała być dumna, skoro rozpowiedziała już wszystkim sąsiadkom. „Nasza Mari”.  
-Tak. Praca dla Mari. Kto o nią prosił? Bo przekazała to pani mojej mamie, a potem ona…
-Kate. – Beretti wyprostował się na krześle, tylko po to by po sekundzie opaść na niego z powrotem.-  To chyba Kate dzwoniła.
-„Chyba”? – „…kurwa”  dokończył w myślach.
-Bo Kate ma jednak trochę inny głos, jest przecież w moim wieku. Ale u niej jest bardzo słaba linia. Może coś zakłócało… - zastanawiała się na głos starsza pani.  
-„Zakłócało”? – jęknał Beretti, tylko po to by znów nie przekląć.  
-Ale przedstawiła się jako Kate! – pani Johnson uniosła się honorem. – Kate… Kate…
-Nie podała nazwiska. – bardziej stwierdził, niż spytał Tony.  
„To była po prostu jedną z tysięcy Kate w Chicago. O ile nie dzwoniła sama Marie Anne. Lub Gabrielle.” – skrzywił się z niesmakiem.
Szybko ucałował starszą panią w policzek i nie tknąwszy szarlotki pod pierwszym lepszym pretekstem zniknął z eleganckiego domu. Miejsce, do którego się udawał diametralnie różniło się od przyjemnego dla oka przedmieścia.  

***

-To ty pytasz o Mari? – zarośnięty, olbrzymi mężczyzna lustrując Tony’ego  zaciągnął się ręcznie skręcanym papierosem.  Miał akcent kogoś ze wschodu Europy i zniechęcającą do nawiązywania znajomości, podłużną bliznę na policzku. Beretti pożałował ignorowania głosu rozsądku, który dobijał się przez całą drogę do robotniczego hotelu. – Dlaczego jej szukasz?
„Świetnie! Zamiast się czegoś dowiedzieć to zaraz będę się tłumaczył. O ile w ogóle zdążę.” – Tony przełknął ślinę, ale nabrał powietrza w płuca, by stać się choć trochę większym w oczach olbrzyma.  
-Bo … nagle zniknęła. Chyba wyjechała, bo zabrała swoje rzeczy… - skłamał gładko.
-A ty tęsknisz jak psiak? Poruchałeś chociaż czy nie zdążyłeś? – olbrzym zagrzmiał szyderczo, rozglądając na boki po minach kolegów. Zareagowali prawidłowo, charczącym śmiechem ukrywając gorzką prawdę, że jak i on, sami też nie zdążyli.
-Coś ci powiem, makarońcu.- mężczyzna z blizną zmrużył groźnie oczy. - Mari Anne nie mieszkała tu długo, ale zawsze stawiała na swoim. Skoro chciała wyjechać, to wyjechała. A teraz to przyjmiesz do wiadomości i już nie będziesz o nią pytał, panimajesz? Zresztą… - odpalił kolejnego papierosa. Powoli wypuścił dym z płuc. – Żadna Mari nigdy tu nie mieszkała….  

263 czyt.
100%52
angie

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 1529 słów i 9126 znaków, zaktualizowała 22 lip o 8:08.

2 komentarze

 
  • AnonimS

    AnonimS · 22 lipca

    Np to się kolega wpakował. Kręci z zeznaniami na policji. I zaczyna szukać wyjaśnienia na własną rękę co zwiastuje kłopoty.  I co to typ ten co gada po rosyjsku ? pozdrawiam

  • kaszmir

    kaszmir · 22 lipca

    Witam
    No proszę jest ciąg dalszy. Tony prowadzi śledztwo na własna rękę i nawet dobrze mu idzie. Czy zobaczy jeszcze dziewczynę?

    Pozdrawiam