Zaskakujące Lądowanie rozdział 67

67
Mia

  Wkładam ostanie papiery do segregatora, w międzyczasie informuję Samuela, w którym kolorze są umowy pracowników, na jakiej półce leżą rachunki do zapłaty i które zostały zapłacone. Daję mu do wiadomość, że niektóre rachunki może przechowywać przez miesiąc a inne najlepiej do pół roku, a później może opróżnić koszulki i rozpocząć zabawę od nowa. Przynajmniej z mojego punktu widzenia, on może zrobić, co zechce. Te świstki, które moim zdaniem są niepotrzebne, włożyłam do osobnego skoroszytu i ma zerknąć czy się ze mną zgadza. Następnie mówię mu, co oznaczają opisy, jak najlepiej wyszuka to, czego potrzebuje, a także, do którego przedziału ma włożyć codzienny wykaz z kasy. Mój chłopak słucha mnie uważnie i za każdym razem, kiedy mówię o nowym kolorze i tym, co się w nim mieści, wysuwa go, słychać szelest obracanych w nim foliowych koszulek, lecz nic nie mówi ani nie komentuje. Sama dziwię się mojemu biznesowemu tonowi, czuję się jak jakaś sekretarka, informująca swojego zdezorientowanego szefa, gdzie ma zacząć poszukiwania w czarnej godzinie. Zatrzaskuję ostatni skoroszyt, podnoszę się z gracją z krzesła, podchodząc do szafy mijam Samuela mającego minę nierozumiejącego, ile to 1x1. Wsuwam trzymaną rzecz w odpowiednie miejsce i odczuwam małą dumę, iż w parę dni osiągnęłam w tym chaosie taki sukces. Brutus otacza mnie od tyłu ramionami i tuli mocno do siebie.
– Dziękuję skarbie. Jestem pod wrażeniem. Miałaś rację, to był burdel. Nie wiem, jak tego dokonałaś, ale jesteś profesjonalistką w tej dziedzinie. – Obdarowuje mnie całusem w kark. Robi mi się przyjemnie na duszy, słysząc komplement, chociaż tak naprawdę powinnam być zła za to, jak sadystycznie mnie potraktował i zmusił do prowadzenia jego samochodu w stanie przerażenia jutrzejszą wyżerką, mało tego, jego wzrok wypalał mi dziury na twarzy, gdy się na mnie gapił jak na upolowanego królika. Teraz pomału rozumiem, co chciał tym osiągnąć. Abym w końcu otworzyła oczy, zrozumiała, że potrafię więcej i nie wszystko zostało stracone, lecz moja pewność siebie trzyma się w granicach. Boję się konsekwencji, które nadejdą, gdy popełnię jakiś błąd. Jestem Samuelowi wdzięczna za ten poświęcony czas, nerwy a przede wszystkim jego zaufanie do mnie, które powala mnie z nóg, przynajmniej w ten sposób mogę mu się odwdzięczyć. Pomocą w barze.
– Nie dziękuj, zrobiłam to z przyjemnością. – Odwracam się o sto osiemdziesiąt stopni, aby móc wspiąć się na palcach i dać mu szybkiego buziaka. – To ja dziękuję, a teraz znów będę się nudzić. – ciągnę, opierając głowę o jego pierś. Jego ciało jest jak grzejnik, bije od niego takie ciepło, że nawet lodowiec mógłby się roztopić.
– Kotku, tak prawdę mówiąc… eh mmm… – Puszcza mnie. Podnoszę na niego wzrok. Mężczyzna drapie się po tyle głowy. Od kiedy nie wie, co ma powiedzieć? Bierze głęboki oddech, a jego błękit oczu jest jak fala oceanu, przykuwa moją uwagę. – Boże, robię z siebie kretyna – mamrocze pod nosem, lecz idealnie usłyszałam te słowa. Niby, w jaki sposób robi z siebie kretyna? Nie podoba mu się ten porządek? Zaczynam mieć znowu obawy. Zrezygnowana odwracam oczy na buty, ramiona opadają mi na dół. Już myślałam, że zaczynam dobrze interpretować jego czyny, ale jednak znów się myliłam.
– Myślałem, że resztą też się zajmiesz, bo ja nawet nie wiem, od czego zacząć, z resztą wiesz, jak wyglądają moje notatki i zanim wszystko schrzanię, wole oddać to w twoje ręce. Tu mam na myśli, całość. Wiem, że za dużo od ciebie wymagam, ale ty umiesz nad tym lepiej zapanować. Zobacz, jak rewelacyjnie dałaś sobie radę i na pewno już masz ułożony w głowie schemat, który będzie łatwiejszy do ogarnięcia, niż ten, którego ja używałem, a później wprowadzisz mnie w twój system. Co ty na to? – Detonuje dynamit pod moim nogami. To ja jestem kretynka! Jednoznacznie! Tkwiąca we mnie dziewczynka, zaczyna podskakiwać, klaszcząc w dłonie, ponieważ trafił jak ślepa kura ziarno. Mam już plan, a palce świerzbią, by go zrealizować.
– Mia? – Sam podnosi moją twarz, którą nadal trzymam skierowaną na obuwie. Za nic w świecie nie ujawnię mu tej radochy, jaką opanowują każdy milimetr mojego ciała. Czysta euforia. Tak mogę to nazwać. Zakładam szybko moją stalową maskę.
– Aha. Interesujące. Potrzebujesz kogoś, na kogo możesz się spuścić? – pytam prowokująco, a po głupkowatym uśmiechu na jego ustach mogę się domyślić, z czym wypali.
– Jest tylko jedna osoba, na którą mogę to zrobić i to w wielu znaczeniach tego słowa – odpiera zadowolony.  A tą osobą jestem ja. Czuję to w moczu.
– Mamusia? – Robię się za głupka, zaś Samuel wykrzywia twarz, jakby ugryzł zgniłego pomidora.
– Może lecę na starszą ode mnie żyletę, ale wapniakiem nie jestem specjalnie zainteresowany. Odkąd pamiętam, zawsze byłem samodzielny, dopóki nie zrobiłaś zadkiem awaryjnego lądowiska na posadzce baru. Od tego czasu jestem na etapie noworodka – przyznaje się, dając mi klapsa w określoną część ciała. Wzdycham, a w duchu wybucham śmiechem. Sam noworodkiem… Ciekawe.
– Skoro muszę. – Odpycham się lekko od niego, mijam go i człapię w kierunku biurka. W środku mojego JA następuje wybuch, najlepiej zagrałbym solówkę Radioactive, którą mam do tej pory w głowie. Przy meblu, naciskam guzik startu komputera, jak i monitora.
– Skarbie, nie musisz się chować za tą maską i tak widzę tę radochę małej dzidzi na widok cyca mamusi – stwierdza, przez co odwracam twarz w jego stronę i obdarowuję go promiennym uśmiechem. Tak, cieszę się niczym bobas, nawet nie przeszkadza mi przyznanie się do tego. Od niepamiętnych czasów odczuwam radość życia i przyjemność w tym, co robię. Sam obdarza mnie takim samym uśmiechem.
Na ekranie pojawia się okienko proszące o wprowadzenie hasła.  
– Musisz wpisać hasło – oznajmiam.
– Mia.  
– Jo? Ale chodź mi wpisz hasło. – Ponaglam chłoptasia.
– Mia – mówi po raz kolejny. Odwracam się w jego stronę.
– Co? – Podnoszę lekko głos z niecierpliwości. Po co mnie woła skoro milczy.
– Wpisz Mia – odpiera, a ja jestem tylko w stanie się na niego gapić, jak w Cappuccino. Ten łyk warty jest połknięcia, lecz nie ze mną te numery. Samuel przekręca oczami, gdy widzi, że z mojej strony nie ma reakcji. Podchodzi, wystukuje na klawiaturze trzy literki, a za chwilę na pulpicie pojawia się zdjęcie. MOJE zdjęcie, siedzę przy barze, w buzi mam czarną słomkę i śmieję się do kogoś, siedzącego obok mnie. Na sobie mam ulubioną fioletową sukienkę. Skąd on ma to zdjęcie? Kiedy…?
– Załamałaś mnie. Nie sądziłem, że nie wiesz, jak się pisze twoje imię. – Nabija się ze mnie, a ja nie potrafię nic powiedzieć. Z otwartym pyskiem wskazuję na ekran.
– Maga ujęcie, prawda? Wyszłaś apetycznie, musiałem sobie je walnąć na tapetę – stwierdza dumny. Faktycznie wygląda to całkiem, całkiem.
– Kiedy… dlaczego… czemu ja nic o tym nie wiem? – W końcu odnajduje mowę.
– Widzisz słońce, nie waham się zrobić ci foty w chwilach, kiedy jesteś szczęśliwa. Tak cię spostrzegam. Pewnie się pytasz, kiedy to było zrobione. To ci powiem. W tamtym tygodniu, kiedy Karin mówiła, cytuję ‘serduszka i miłość.’ Jesteś piękna. – Całuje mnie w policzek, a ja powstrzymuję łzy radości. Sam ma rację. Wyglądam na szczęśliwą, aż promienieję, ale do piękności to mi bardzo daleko. Prycham sobie pod nosem. Chyba muszę umówić go do okulisty, bo źle widzi.
– Nie. Nie potrzebuję, byłem tydzień po tym, gdy cię poznałem, bo sam nie mogłem uwierzyć w urodę bogini, którą ujrzałem. – Daje mi kasację, a jednocześnie do zrozumienia, że znów musiałam wypowiedzieć myśli na głos. Zaczynam walić głową o blat stołu. Perfekt!  Dłonie powstrzymują mnie przed kolejnym klepnięciem czołem o imitację drewna.  
– Chodź, będziesz warować, gdy otworzę wrota dla załogi, muszę szybko coś zrobić. Później zajmiesz się twoim rejonem. Obiecuję. – Podnosi mnie z krzesła. Nawet nie protestuję. Przez to odkrycie, mam kichę w głowie. Moje imię jako hasło, fotki, o których nie mam bladego pojęcia, a jakby tego mało, muszę się jeszcze zmierzyć z ekipą, która będzie się dopytywać, co wczoraj zaszło. A już miałam cichą nadzieję na zabunkrowanie się przed komputerem.
  Siedząc na moim krześle za barem, biorę w wizir dekoracje lokalu, Zastanawiam się, czy można coś zmienić, by pomieścić więcej gości. W sumie jest wszystko dobrze zaplanowane, lecz gdyby te dwa stoły po prawej, przesunąć bardziej do ściany a te po lewej złączyć razem… Drzwi do Samtajl się otwierają. Najpierw ukazuje się Karin z Lilly, a za nimi Sabrina i Tom. Dziewczyny witają mnie gorąco, biorą w ramiona i cieszą się na mój widok.  
– Jak ty możesz wytrzymać przy Samie? Ciągle zmusza cię do pracy. Da ci chociaż chwilę odsapnąć? – pyta Karin na tyle głośno, aby szef mógł ją usłyszeć. Sam wystawia z zaplecza głowę.  
–Jej robota polega na opróżnianiu mi baru, a Tomowi lodówki – odpowiada z dumą, na co z zadowoleniem gwiazdorsko wyciągam w górę środkowy palec, prezentując go niczym sto euro. Sam kwituje to puszczeniem do mnie oczka i chowa się z powrotem w prowizorycznej kuchni. Tom bierze mnie w objęcia.
– Wszystko gra? Martwiliśmy się o ciebie – szepcze mi do ucha. Kiwam potwierdzająco głową. Nie muszą znać prawdy oraz przyczyny i mam nadzieje, że Kai będzie trzymać dziób na spinacze. – Wyspana? – dopytuje, na co po raz kolejny przytakuje. – Rozumiem, że jest wszystko wyjaśnione między wami i nie muszę kundlowi odrąbać worka, czy porachować kości – dodaje. Czuję, jakby ktoś właśnie włożył mi kij z miotły prosto w zad. Ile wie, a przede wszystkim skąd? Kucharz wypuszcza mnie z objęć, przykłada sobie palec do ust i nachyla się do przodu.  
– O niczym nie wiem – szepcze. Po jego oczach mogę stwierdzić, iż mówi prawdę.  
– Lilly, mogę cię prosić? – woła Samuel z zaplecza. Kelnerka spełnia jego prośbę.
Drzwi do baru ponownie się otwierają, tym razem z hukiem, Kai przekracza próg niczym król.
– Siemanowski! – krzyczy z uniesioną w górę prawą ręką. Zaczynamy bić brawa, Tom i Karin gwiżdżą na palcach, następnie barman kłania się, kładąc podniesioną dłoń na brzuch. – Dziękuje. Dziękuję – Zaczynam rechotać na całe pomieszczenie. Kai to wysoki, zabawny dwudziestojednolatek, jest ciągle uśmiechnięty, ma brązowe oczy oraz czarną czuprynę i wydziaraną całą prawą rękę. Na niektórych działa odstraszająco, ale tak naprawdę jest potulny jak baranek i nic nie potrafi go wyprowadzić z równowagi, a jak trzeba, to da każdemu strzał słownictwem godnym zapadnięciem się pod ziemię. Kai wita się pierw z dziewczynami, daje grabę kuzynowi, na końcu bierze mnie w swoje wyćwiczone bicepsy, przez co zmuszona jestem wstać ze stołka. Jak to w jego zwyczaju, znów robi durny komentarz względem mojego wzrostu.
– Mia, ale ty urosłaś! – mówi na cały głos swoim męskim tonem. Przekręcam oczami i wskazuję z szerokim bananem na gębie na obcasy. – Wszystko easy? – pyta, szepcząc mi w ucho, na co lekko kiwam głową. – Cieszy mnie.– Odrywa się ode mnie.
– A już myślałem, że szef podlał krzaczek – kwituje w typowy dla niego wesoły sposób
– No właśnie Kai. Krzaczek, a nie drzewo – objaśnia Samuel.

105 czyt.
100%42
AHopeS

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i erotyczne, użyła 2051 słów i 11797 znaków.

2 komentarze

 
  • Margerita

    Margerita · 21 lis 18:20

    łapka w górę taka księgowa to skarb

  • nanoc

    nanoc · 20 lis 21:43

    Usunęłaś, i znów jest przeczytałem i bałem się że coś pozmieniałaś, ale nie ufffff, dobrze bo to świetny odcinek