Zaskakujące Lądowanie cz II rozdział 27

Zaskakujące Lądowanie cz II rozdział 2727
Mia

   Ten smród aż wypala włosy w nosie. Ocet, jakiego nikt nie wąchał. Końskie łajno w porównaniu do tego, to perfumy Dior. Naprawdę!
– Kto się nie bał i zaje… – pyta Konrad, wchodząc do pomieszczenia, wachluje sobie świeże powietrze pod nosem. Od razu wskazujemy na Brutusa. Choć zatykam sobie nos materiałem mojej nowej okazyjnej bluzki, to Jul przyciska poduszkę do twarzy.
Cudownie. Najpiękniejsza scena z bajki, kiedy Elsa swoją mocą czaruje lodowy zamek, będzie mi się kojarzyć z siarką w nosie!
– Ale kanał! Gorszy od obory. – Pan Berger pochodzi do dużego okna, przez które można wyjść na taras i otwiera je na oścież. – Gratulacje synu. Igły choinki opadną w parę godzin. Przynajmniej nie będę na nią patrzeć przez kolejne dwa tygodnie – mówi z lekkością i śmiechem w głosie, ratując gazownię. Owszem jestem przyzwyczajona do bąków kundla, ale ten kaliber jest i dla mnie za duży.
– Konradzie, czy ty zapaliłeś tę cuchnącą świeczkę od proboszcza? – krzyczy Lucy z kuchni.  
– Samuel odpalił, ale już wietrzę tę naftę – woła w odpowiedzi pan Berger.  
Przysięgam! Zaraz ze śmiechu popuszczę w majtki. Łapiąc się za brzuch, skulona i ze skrzyżowanymi nogami uciekam do toalety.  
Seans telewizyjny został zakończony. Drugi raz sobie tego nie zrobię, a przynajmniej, kiedy obok mnie będzie siedział Pluto. Dlatego po wyjściu z łazienki postanawiam pomóc w przygotowywaniu kolacji, w ten sposób nie będę na linii ognia z morderczą naturą jelita mojego chłopaka. Mama i pani Berger bardzo dobrze się dogadują, czują się swobodnie w swoim towarzystwie, tak jakby znały się od lat. Nikt nie pomyślałby, iż to jest ich drugie spotkanie. Robi mi się ciepło na sercu, widząc je takie wesołe, obdarzające się sympatią i niekończącymi tematami. W sumie byłam przekonana, że popołudnie miedzy naszymi rodzinami będzie bardziej napięte, ale tak nie jest. Tutaj panuje świąteczna atmosfera, pełna radości i harmonii. W powietrzu unosi się zapach cynamonu zmieszany z pomarańczą, a z radia płyną kolędy. Jak nigdy dotąd odczuwam błogość, która utrzymuje się do wigilijnej kolacji połączonej z dwoma tradycjami.
Stół został kreatywnie udekorowany przez mężczyzn, którzy nie zapomnieli o najmniejszym detalu. Serwetki zostały złożone w kształt choinki, umożliwiając włożenie do nich sztućców. Pan Berger w końcu zrobił nam tę przysługę i zmienił swój dres na ciemne jeansy oraz granatowy sweterek. Gdyby jakiś ksiądz widział naszą wieczerzę, to by nas z wiary wypisał. Dlaczego?
Zamiast dwunastu potraw jest dwadzieścia cztery, bez trunków - rzecz jasna. Cały stół załadowany jest jadłem. Na wolnym miejscu stawiam koszyczek, następnie obok talerza kładę portfel, a mój chłopak marszczy brwi.
– Co to ma być, jak się skończy i w ogóle, co to za pochlastana szynka z serem w tej plecionce? – pyta z dziwną miną, na co przewracam oczami.
– W naszej rodzinie to tradycja. Nazywamy go koszyczkiem roku. No wiesz… by niczego z tych rzeczy nie zabrakło przez kolejne dwanaście miesięcy – informuję go. Chłopak zerka na zawartość plecionego naczynia wypełnionego małymi ilościami jedzenia. Od soli po szynkę.
– Mamo! Masz kukurydzę i kostkę cukru, a najlepiej całą czekoladę! – woła Sam. Nie oczekując odpowiedzi bombarduje dalej. – A portfel, po co? – Więc tłumaczę baranowi, iż to jest tak samo, jak ze środkami do życia, a bez pieniędzy ich nie kupi.
Zgadnijcie ile mężczyzna potrzebuje czasu, aby wyrwać się z miejsca i biec do wiszącej na wieszaku torebki dziewczyny po kawałek imitacji skóry?  
Nie zdążyłam dwa razy mrugnąć oczami, a już odkłada portfel w miejscu, gdzie będzie siedział, czyli po mojej prawej stronie. Julian spocznie naprzeciw Brutusa, a obok brata zasiądzie mama. Lucy z Konradem, jak na gospodarzy przystało zajmą miejsce po obu końcach stołu niczym król i królowa. Na szczęście jesteśmy sami w pokoju, w innym razie Julian zadbałby o pikantny temat.
– Teraz już wiem, dlaczego twoje szafki kuchenne przypominają regały w sklepie – stwierdza, przyciągając mnie do siebie. Składa na ustach słodki pocałunek.
– Bo cię żywię od pół roku? – pytam głupio. Na twarzy szczeniaka pojawia się ten ukochany uśmiech.
– To też Dziubek, ale…
– A skąd ci to teraz wytrzasnę synek? Cukier mam, ale sypany – krzyczy Lucy z kuchni. Zaczynam się cicho śmiać.  
– Tu masz odpowiedź. W tej chałupie zawsze wszystkiego brakuje – szepcze, a słowo ‘zawsze’ podkreśla takim tonem, że muszę zakryć sobie usta, by nie rechotać.
Zapowiada się wesoły wieczór.
  Prowadzone przy kolacji dyskusje są bardzo przyjemne. Obie rodziny wzajemnie chwalą swoje specjały, a mój brat ciągle ukradkiem patrzy w stronę Brutusa, któremu podejrzanie drżą usta. Jak kocham śledzia, tak zaraz wezmę go w dłonie i wystrzelam im  po pyskach, aby w końcu się zachowywali, a nie przypominali na okrągło wydarzenie sprzed paru godzin. Całe szczęście paraliż nozdrzy nie jest więcej wyczuwalny, dzięki płonącej świecy o zapachu wanilii.
– Jak rozwija się remont sali? – pyta pan Konrad.
– Rewelacyjnie – informuję.
– Koszmarnie.

Od Autora.
Strach się bać, więc łapy dać :)
Pozdrawiam AHopeS <3

AHopeS

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i dramaty, użyła 923 słów i 5407 znaków, zaktualizowała 4 lip 2020.

4 komentarze

 
  • nanoc

    A w tym kawałku pachnie świętami, śnieg sypie, Mikołaj stoi na dachu i czeka........ Brawo brawo brawo. Nawet bą Sama zamienił się w zapach wanilii. Super.

  • AHopeS

    @nanoc Dziękuję bardzo. :)

  • Aladyn

    Ten bąk, wypuszczony przez Samuela na wolność, musiał być bardzo zjadliwy, skoro poczynił takie spustoszenia w nosach.
    Dobrze, że rozpoczynająca się wigilijna kolacja pozwoliła zapomnieć o tym incydencie.

  • AHopeS

    @Aladyn Dziękuję bardzo.
    Zapach musiał być naprawdę powalający :)

  • agnes1709

    "Ten smród aż wypala włosy w nosie". :lol2::lol2: Rzuciło mi się to w oczy. Śmiechłam.

  • AHopeS

    @agnes1709 Dziękuję.

  • shakadap

    Brawo.
    Jak zwykle świetna robota. Tylko niedosyt czuję.  
    Pozdrawiam i powodzenia

  • AHopeS

    @shakadap Dziękuję😊