Pęknięty diament – rozdział 8

Matthew

Kilka dni później Cat wpadła do domu rozradowana i oznajmiła, że znalazła organizatorkę. Jakaś koleżanka z pracy zachwalała pewną dziewczynę, podała namiary, ale obawiała się, że może już nie mieć wolnych terminów. Rzekomo była najlepsza w okolicy. Cat więc nie zwlekała i od razu do niej zadzwoniła. Może to było przeznaczenie, a może po prostu zwykłe szczęście, bo organizatorce właśnie zwolniło się miejsce w kalendarzu i mogła przyjąć nasze zlecenie. Mieliśmy się spotkać z tą dziewczyną za dwa dni na sali. Nie bardzo miałem na to ochotę i nie interesowało mnie to jakoś specjalnie, ale Cat się uparła. Do tego sama organizatorka chciała się spotkać z obojgiem nas. Powoli zaczynało do mnie docierać, że to jest realne. Ślub za pasem, a ja wcale nie byłem obok tego wszystkiego, tylko w samym jego centrum.


Prue

Stałam na środku sali i niepewnie rozglądałam się wokół. Wszędzie złoto. Fiolet był idealnym dodatkiem, ale został zepchnięty na bok z powodu białych róż. Nie dość, że ściany były białe, to nawet kwiaty na stołach, obrusy i inne dodatki również. Na ślubie wystarczy biała sukienka, więcej nie potrzeba. Zresztą, nie ma co przesadzać. To Państwo Młodzi powinni być w centrum uwagi.  
Podniosłam głowę i szczęka mi opadła. Ten żyrandol… Zagwizdałam cicho pod nosem. Ten jeden element dał mi stuprocentową pewność, że moi pracodawcy będą oczekiwać ode mnie więcej niż inni. Musiałam przyznać, że nawet byłam ich ciekawa. Niecodziennie dostawałam zlecenie, w którym na pierwszym miejscu króluje złoto i kryształowy żyrandol.  
Westchnęłam cicho, gdy mój wzrok zatrzymał się na miejscu, w którym usiądą Państwo Młodzi. Czy ja kiedyś również zajmę to miejsce?
Głośny stukot obcasów oraz śmiech sprawiły, że zamarłam na krótką chwilę. Zaczęłam odczuwać lekki stres. To chyba oni. Odwróciłam się i zacisnęłam mocno usta. Tak, to na pewno oni. Słodka blondyneczka i równie słodki… Nie. Od razu wbiłam sobie do głowy, że przecież najważniejszą osobą na ślubie jest właśnie Panna Młoda. To ona zawsze chce podejmować decyzje, bo ma swoją własną wizję. No cóż, nie za bardzo za tym przepadałam, ale odkąd zastosowałam tę zasadę, moja kariera zaczęła się rozkręcać.  
Byli coraz bliżej, więc przywołałam na twarz naturalny i ładny uśmiech. Wzbudzenie zaufania to również bardzo ważna kwestia. Panna Młoda powinna mnie polubić. Pan Młody był nieistotny, bo jeśli zaczęłabym z nim flirtować, dałoby to odwrotny skutek.  
— Dzień dobry. Nazywam się Prue Bonett. I jak rozumiem, mam przyjemność poznać przyszłych Państwa Cole?
— Tak, dzień dobry. — Blondynka uśmiechnęła się promiennie i wyciągnęła rękę w moją stronę. — Bardzo nam miło. Jestem Caterina, a to mój narzeczony, Matthew.
Zerknęłam przelotnie na narzeczonego. Do rozgadanych to on chyba nie należał. Musiałam powstrzymać się od grymasu.  
— Jeśli nie mają Państwo nic przeciwko, przeszlibyśmy na “ty”. Tak będzie łatwiej. Więc?
— Jasne, tak będzie o wiele wygodniej. — Uśmiechnął się Matt.
Przekrzywiłam delikatnie głowę i przyjrzałam mu się uważnie. Nie wyglądał na kogoś mało bystrego. Najwidoczniej to Caterina miała więcej do powiedzenia w wielu kwestiach, a on grał słodkiego chłopaka, którym z pewnością był, patrząc po uśmiechu.
Przeniosłam wzrok na Cat i uśmiechnęłam się szerzej.  
— To może w skrócie opowiesz o swoich oczekiwaniach?
— Przede wszystkim chcielibyśmy spróbować się zmieścić z zaplanowaniem wszystkiego w pół roku, mniej więcej. Czy to jest wykonalne?
Pół roku? Kto jej wymarzoną sukienkę uszyje w pół roku?
— Tak, oczywiście.  
— Na pewno? — zapytała nieco sceptycznie.
— Zależy, czy chcesz dać sukienkę do uszycia, czy kupić gotową.  
— Gotową — oświadczyła.
— Ale jesteś świadoma, że model może ci nie do końca odpowiadać? A w najlepszym przypadku, będzie wymagała poprawek krawieckich?
Oczy Cat nieco się zwęziły.
— Jestem tego świadoma — odparła chłodno. — Dlatego właśnie zapytałam, czy pół roku to odpowiedni czas. Jeśli nie, mów wprost i nie koloryzuj.
Słodka blondyneczka? Dobre sobie.  
— W żadnym wypadku nie koloryzuję, po prostu wolę się upewnić. Jesteś tuż przed ślubem i z pewnością masz wiele spraw na głowie. Nie chcę, abyś poczuła się przytłoczona.  
— W takim razie sprawę z suknią możemy zacząć załatwiać od razu, by ewentualne poprawki wprowadzać jak najwcześniej.  
— W porządku. Pod koniec spotkania ustalimy dogodny dla ciebie termin. — Obróciłam się i zawiesiłam wzrok na narzeczonym. — A co z tobą? Garnitur czy smoking? Krawat czy muszka? Jesteś zdecydowany?
Matt wytrzeszczył oczy.
— Jeszcze nie, ale zaraz mogę być. — Uśmiechnął się łobuzersko.  
— Widzę, że jesteście już w gorączce ślubnej.  
— To dlatego, że Matt uważa, że jego rola skończyła się po podarowaniu pierścionka — wtrąciła się Cat i wywróciła oczami, jednak nadal się uśmiechała. — Ciekawe, czy pamięta, że w ogóle musi się stawić na tym ślubie.
— Nie bój się, nie zapomnę. Jak zbyt długo będziesz sam na sam z żyrandolem, to obawiam się, że nie będziesz mnie więcej potrzebowała — powiedział i puścił do niej oczko. — A do tego nie dopuszczę, kochanie.  
Cat zaśmiała się krótko i ścisnęła jego dłoń. Nie za bardzo miałam pojęcie, o czym mówili. Owszem, żyrandol był piękny, ale czy aż tak, żeby podziwiać go godzinami? Niekoniecznie.  
— No dobrze, ubrania zostawmy na potem. Matt, z tobą również umówię się na termin, abyśmy mogli dobrać strój pasujący do sukienki Cat. — Klasnęłam dłońmi i obróciłam się wokół osi. — A co z tą ładną salą? Zostawiamy to jak jest, czy coś zmieniamy? Osobiście nie podoba mi się przewaga bieli. Złoto jest w porządku, ten fiolet bardzo ładnie kontrastuje, więc może bukiety również byłyby w tym kolorze? — Zerknęłam przez ramię na Cat. — Co ty na to?
— Zgadzam się odnośnie bukietów, ewentualnie do fioletu można dołączyć róż, ale co do tej bieli mam trochę inne zdanie. — Cat jeszcze raz spojrzała na salę. — Wcale nie ma jej tu tak dużo, jeśli patrzy się na całokształt. Na suficie są kolorowe elementy, złota też tu całkiem sporo, w dodatku gdy dojdą kolorowe reflektory, ta biel niemalże zniknie.
— Nie sądzisz, że trzy kolory prowadzące wystarczą? Ten róż kiepsko będzie prezentował się ze złotem. Wazony będą złote, aby wyróżniać się na tle obrusów. Kolorowe reflektory są świetnym dodatkiem, ale z kolorystyką również bym nie przesadzała. Co za dużo to niezdrowo.  
Cat uśmiechnęła się, ale przypominało to bardziej grymas. To był jasny znak, że czekała nas długa droga do porozumienia.
— Dlatego powiedziałam, że ten róż może być dodany ewentualnie — zaakcentowała. — Na suficie są fioletowe elementy, ale światło za stołem Młodych jest różowe. Nie wymyśliłam tego koloru sama, tak już zaprojektowali salę.
— W każdej chwili można zmienić kolor. One nie są tu na stałe. A tak w ogóle sam fakt, że coś tu jest, wcale nie oznacza, że być powinno. — Westchnęłam ciężko. — Róż odpada.
— I całe szczęście. Nie zamierzam siedzieć w snopie różowego światła cały wieczór jak… — W tym momencie Matt urwał, bo Cat skierowała na niego chłodny wzrok. — No co?
— Nic — powiedziała po chwili. — Skoro nie chcesz różu, to go nie będzie.
Niechętnie musiałam przyznać, że się pomyliłam. Jednak to Cat była pod wpływem Matta. Jeśli coś mu się nie podobało, przyjmowała to nad wyraz spokojnie. Może zaczęłam temat z niewłaściwą osobą?  
— No dobrze. Zostawmy już ten nieszczęsny róż w spokoju. — Przyjrzałam się uważnie Cat. Nie wyglądała na zadowoloną. — Nasuwają ci się jakieś pytania? Masz jeszcze inne wątpliwości?
— Co do samego ślubu? Nie — odparła ironicznie, ale po chwili wzięła głęboki oddech i odezwała się już spokojniej: — Widziałaś ogród? Zdecydowaliśmy, że tam chcemy urządzić ceremonię.
— Tak — odpowiedziałam z wahaniem. — Jest bardzo piękny, ale… Znowu za dużo bieli. Widziałam zdjęcia. W białej sukience będziesz się zlewać z otoczeniem, a chyba wolałabyś tego uniknąć, prawda?  
— Chyba masz jakąś awersję do tej bieli — odpowiedziała Cat neutralnym tonem, ale jej oczy rzucały błyskawice. — Zakładam, że skoro różowe światła można zmienić na inne, to i z białymi krzesłami dla gości nie będzie większego problemu.
— W Japonii kolor biały symbolizuje śmierć. — Uśmiechnęłam się, chociaż przyszło mi to z trudem. — Rodzina uznaje Pannę Młodą za martwą. To tak w ramach ciekawostki.
Matt wyraźnie się ożywił na tę wzmiankę.
— Wszystko pięknie, tylko nie jesteśmy w Japonii. I wątpię, by moja rodzina chciała już urządzać mi pogrzeb.
— Cat, kochanie, to taka tradycja. Taka metafora, że Panna Młoda rozpoczyna nowe życie — wtrącił Matthew.
— Nie musisz mi tego tłumaczyć, rozumiem pojęcie metafory. — Cat zmrużyła oczy. — Myślisz, że mówiłam całkiem na serio o tym pogrzebie? Nie rozumiem, po co ta wzmianka. — Przeniosła wzrok z powrotem na mnie. — Miałoby to sens, gdybyśmy byli w Japonii, a nie jesteśmy. Mamy własne tradycje.
— Japonia to piękny kraj.  
— Tak, to prawda — przyznał Matt.
No dobra, musiałam przyznać, że nie było z nim aż tak źle. Z chęcią podyskutowałabym z nim o Japonii, ale Cat była strasznie czepialska.  
— Tak jak wiele innych, co nie znaczy, że mamy nagle stosować się do ich wszystkich obyczajów.
— Problem w tym, że w chwili obecnej, to oni inspirują się ślubami zachodnimi, przez co ich tradycje zaczęły zanikać.  
— Problem w tym, że dla mnie biały kolor nie oznacza śmierci, tylko coś odwrotnego. Nie bez powodu pierwotnie tylko dziewice miały prawo zakładać białą suknię. To był kolor niewinności. Wolę o nim myśleć raczej w takich kategoriach, bo przychodzę tu rozpocząć nowe życie, a nie je zakończyć.
— Skoro już poruszyłaś temat białej sukienki i niewinności, to rozumiem, że jesteś “czysta” i możesz ją ubrać bez wyrzutów sumienia? — zapytałam z lekką nutą złośliwości.  
Cat wyprostowała się gwałtownie i rzuciła mi nieprzychylne spojrzenie.
— Ciekawe, że o to pytasz, zwłaszcza, że to kompletnie nie twoja sprawa — odpowiedziała prawie że spokojnym tonem. — Ty masz tylko pomóc w organizacji wesela, w dodatku pod nasze życzenia. Nikt nie daje ci prawa do wygłaszania osądów.
Sprawy zaszły za daleko. Jeśli pociągnęłabym temat dalej, mogłabym stracić pracę. Musiałam się uspokoić.  
— No właśnie to nie do końca tak wygląda. Wybraliście mnie, ponieważ jestem dobra. Mam doświadczenie, znam rynek i widziałam setki ślubów. Chcę, aby wasz dzień był najpiękniejszym dniem w waszym życiu. Żebyście patrzyli na zdjęcia i mieli pewność, że wszystko poszło po waszej myśli.
— Akurat kolor sukni ma tu najmniejsze znaczenie, ale skoro jesteś taka doświadczona i wiesz lepiej… chcesz mnie może zbadać ginekologicznie? — zapytała z wyraźną ironią i rosnącą wściekłością. — Żeby później zezwolić mi na białą suknię bądź nie?
Cat była wściekła. Nie, to za mało powiedziane. Rozmowa przybrała bardzo zły obrót. Może i znałam się bardziej na organizacji wesela niż ona, ale przecież nie mogłam się z nią kłócić. Zatrudniła mnie, więc musiałam zacisnąć zęby i przeprosić.  
— Myślę, że…
— Dość tego — wtrącił się Matt, wkraczając między nas. Ujął twarz Cat w swoje dłonie i spojrzał jej w oczy. — Kochanie, to była tylko głupia ciekawostka. Nie ma sensu się tak nakręcać. Szkoda twoich nerwów. Przyjechaliśmy tu planować wesele, a nie skakać sobie do gardeł z powodu durnego koloru. Po prostu zakończmy to spotkanie, dobrze? — A kiedy kiwnęła głową, pocałował ją w czoło.  
Sposób, w jaki patrzył jej w oczy… Poczułam nieokreślony żal. Szczęśliwa singielka to mit. Matt naprawdę kochał Cat. Ich ślub nie był chwilową zachcianką. Nie chciałam im zazdrościć, ale może właśnie z tego powodu rozkręciła się kłótnia o głupi kolor? Biel w sumie nie była taka zła. Wiedziałam, że tłumaczenie się w tamtej chwili nic nie da. Cat była na mnie naprawdę wściekła.
— A ty… — zwrócił się do mnie i zmierzył chłodnym wzrokiem. — Co cię to w ogóle obchodzi? To są nasze prywatne sprawy i nie masz prawa zwracać się tak do mojej narzeczonej. Jeśli chcesz zachować pracę, to radzę ci najpierw ładnie przeprosić, a potem przemyśleć swoje zachowanie, bo nie było w najmniejszym stopniu profesjonalne.  
Pod wpływem jego spojrzenia musiałam odwrócić wzrok. Miał dużo racji. Moje zachowanie nie było profesjonalne, a przecież nigdy wcześniej nie popełniałam tego typu błędów.  
— Chodźmy już stąd — rzuciła nagle Cat, odwracając się. — Mam dość. Po prostu chodźmy, Matt.
— Do widzenia — rzucił Matthew oschle, wziął za rękę narzeczoną i odeszli.
Patrzyłam na nich tak długo, dopóki nie trzasnęły drzwi. Zacisnęłam mocno usta i przeczesałam palcami włosy. Byłam w kompletnej rozsypce, prawie odebrałam sobie zlecenie. To idiotyczne! Przecież pomogłam już tylu parom i nigdy wcześniej nie kłóciłam się tak zajadle z przyszłą Panną Młodą. Zazwyczaj moi klienci byli mną zachwyceni.  
Wzięłam głęboki wdech i jeszcze raz przyjrzałam się uważnie sali. Tak, biel wcale nie była taka zła.  


Caterina

Przez dwadzieścia osiem lat swojego życia spotkałam już wiele różnych ludzi, ale nie pamiętałam, by ktoś inny tak bardzo wyprowadził mnie z równowagi.
Pozwoliłam sobie na wybuch dopiero, gdy znaleźliśmy się w samochodzie, poza zasięgiem słuchu kogokolwiek.
— Dasz wiarę?! — wybuchłam, wściekle szarpiąc się z pasem bezpieczeństwa, gdy Matthew wsiadał od strony kierowcy. — Bo ja po prostu nie wierzę! Co za suka! Nie obchodzi mnie, czy jest dobra! Od samego początku mnie oceniała, czułam się przez nią jak idiotka… a to jej pytanie o to, czy jestem czysta?! Do cholery, w księdza się bawiła?!
— Cat, spokojnie, skarbie. Ten pas ci nic nie zrobił. — Matt odpalił silnik i ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. — Masz rację. Przesadziła i to grubo.
— Jak można się tak zachowywać? Mówić, że jest się profesjonalistką, a jednocześnie naskakiwać na klientów, wściubiać nos w nie swoje sprawy?! — Oddychałam tak szybko, jakbym właśnie przebiegła maraton. Adrenalina krążyła mi po całym ciele. — Jak jest taka święta, niech wskakuje w habit i leci do zakonu. Akurat uwierzę, że ona jeszcze przed nikim nóg nie rozłożyła. Świętoszka się znalazła — prychnęłam donośnie.
Matt się tylko zaśmiał. Natychmiast przeniosłam na niego wzrok i zmrużyłam oczy, gotowa zabić.
— To cię bawi? — zapytałam z niedowierzaniem. — Naprawdę? Obrażała mnie w żywe oczy, a ty się śmiejesz?
— Nie śmieję się z tego powodu. Śmieję się, bo szkoda, że jej tego w twarz nie powiedziałaś. Może nikt nigdy jej porządnie nie wyruchał, a od nas biła taka aura seksualności, że jej nerwy puściły z wrażenia. — Położył dłoń na moim udzie i ścisnął lekko.
— Może masz rację — burknęłam, po czym wzięłam głęboki oddech, by trochę się uspokoić. — Ale i tak jestem oburzona. Niech kupi sobie wibrator, a nie wyżywa się na mnie. Pieprzona, oceniająca dzida. I masz rację, powinnam była jej to powiedzieć w twarz — dodałam. — I jeszcze będę miała okazję to zrobić, gdy będę ją zwalniać.
— Chcesz ją zwolnić? Może się trochę jednak wstrzymasz z tą decyzją? Nie mamy za bardzo czasu, żeby szukać innej organizatorki.  
— Nie mam zamiaru jej dłużej tolerować — wysyczałam, czując, jak ciśnienie znowu mi się podnosi. — Jedno spotkanie i byłam bliska przegryzienia jej aorty. Nie chcę, by ta nadęta idiotka organizowała nasz ślub, oceniała mnie, narzekała na nawet najmniejszą ilość białego koloru. Nie zdziwiłabym się, gdyby oblała mnie kolorową farbą tylko dlatego, żeby ta biel nie raziła jej w te fałszywe oczy.
— Cat, zwolnij trochę. Rozumiem, że jesteś wściekła i wcale się nie dziwię, ale może przemyślisz to na spokojnie, gdy już ochłoniesz? Naprawdę nie mamy za dużo czasu. Może poczekajmy na jej ruch i wtedy zdecydujemy, co dalej?
Miałam powiedzieć, że wcale jej nie potrzebujemy. Że to nasz ślub i nie potrzebuję do jego organizacji żadnej obłudnej i wrednej wywłoki, która wcale nas nie zna i ciągle ma jakiś problem. Fakty jednak pozostawały faktami — skoro chcieliśmy wyrobić się w pół roku, na załatwianie spraw samemu nie było dużo czasu. Choć na chwilę obecną wolałabym obudzić się nazajutrz łysa i bezzębna, niż ponownie się z nią spotkać, musiałam odsunąć uczucia na bok. Wszyscy mówili, że była świetna w swojej robocie. Charakteru najlepszego nie miała, ale to w końcu tylko pół roku. Za pół roku będę już szczęśliwą żoną Matthew i będę mogła puścić to wszystko w niepamięć.
— W porządku — odezwałam się dopiero wtedy, gdy byłam pewna, że w pełni nad sobą panowałam. — Ale niech tylko jeszcze raz mnie obrazi albo choć krzywo na mnie spojrzy, to…
— To ją osobiście zwolnię — uśmiechnął się łobuzersko, zerkając na mnie.  
— Raczej wywalisz z hukiem przez drzwi. Białe. Jak najbielsze.
— Tak białe, że będę musiał mieć okulary przeciwsłoneczne, żeby cokolwiek widzieć.
— Jakbyś ją jeszcze oblał wybielaczem, to byłoby wspaniale.
— To już sama zrobisz na sam koniec. To będzie taka wisienka na torcie.
— Rzucę jej go zamiast bukietu. Niedokręcony — westchnęłam, bo nagle poczułam, jak uderza mnie ciężki ból głowy. — Niepotrzebnie się tak denerwowałam. Teraz będę miała migrenę.
— Nie martw się, kochanie. Jak tylko dotrzemy do domu, zaraz się jej pozbędziemy. Na pewno ci się spodoba. — Spojrzał na mnie znacząco i poruszył brwiami kilka razy.

candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i dramaty, użyła 3279 słów i 18524 znaków.

Dodaj komentarz