Pamiętnik Alicji. Zeszyt drugi.

Pamiętnik Alicji. Zeszyt drugi.Ostrzeżenie: Postacie i zdarzenia są wyciągnięte z fikcyjnego buta. Tekst zawiera wulgaryzmy, elementy przemocy, sceny miłosne i zdania złożone. Czytasz na własne ryzyko!

1.
Mój tata od roku powtarza, że kraj zszedł na psy. W gościnnym pokoju, zamiast trzech obrazów – pamiątek z różnych wakacji – powiesił kalendarz i kiedy tylko jest w domu, a nie w jakiejś dalekiej delegacji, skreśla kolejne dni, obowiązkowo czerwonym ołówkiem.

- Odmierzam czas do początku świata. – wyjaśnia gościom.

Tym początkiem ma być szósty sierpnia dwa tysiące dwudziestego roku. To pierwszy dzień w kalendarzu taty. Ostatnim jest również szósty sierpnia, ubiegłego roku, dwa tysiące piętnastego – dla taty data symboliczna, koniec pewnej epoki.

Z początku nie rozumiałam, dlaczego on, człowiek z natury spokojny i bardzo życzliwie nastawiony do otoczenia, tolerancyjny i z humorem podchodzący do głupoty nadętych przemądrzalców w wielkiej polityce i w naszym małym miasteczku, chociażby w kościele i szkole, tak bardzo przejął się wejściem "Arki Noego“ do Pałacu Namiestnikowskiego. Dlaczego zaczął prowadzić tajny pamiętnik, o którego istnieniu z domowników wiem tylko ja i dlaczego, pierwszy raz w życiu, sprzeciwił się mamie, gdy naszykowała kopertę dla księdza kwestującego "po kolędzie“. W styczniu to było. Powiedział, że nie pora podejmować "czarnego“ w domu i że na walkę z in vitro nie da ani złotówki. Jak się mama uparła przyjąć księdza, przelał tysiąc złotych na jakiś fundusz walczący z sektami, w tym z Kościołem Katolickim i drugi tysiąc na Owsiaka. Podczas wizyty, tak zwanej duszpasterskiej, z miną niewiniątka zadał pytanie, dlaczego Kościół zwalcza te dwie szlachetne instytucje. Ha, ha! Ksiądz o mało zawału nie dostał zobaczywszy kopie przelewów, które tata w udawanej dobrodusznej naiwności oczywiście mu pokazał. Mama dopiero po paru minutach zorientowała się, jakiej obrazy ołtarza dopuścił się tata. Przez tydzień się do niego nie odzywała, a i jeszcze teraz panuje napięcie między nimi. Teraz już go w pełni rozumiem. Ma rację. Chciałabym jednak, mój drogi Pamiętniku, żeby rodzice mi się nie rozwiedli z powodu polityki. Cóż… Jak się mówi, wszystko w rękach Boga.

Drogi P., tata twierdzi, że Polska zeszła na psy, a ksiądz katecheta, który godzinę przemawiał pierwszego września, grzmi, że władzę nad światem przejmuje szatan. Choć to zakrawa na ironię, z księdzem też się zgadzam. Już sama jego obecność w szkole i nabożna cześć, z jaką traktuje go dyrektorka i nauczyciele, stanowią potwierdzenie jego tezy. Tym bardziej, że jeszcze nie minął miesiąc, a katecheta zniknął z naszego liceum. Po cichu, ale zegar tyka i wcześniej czy później wybuchnie bomba. Ewa, tropicielka skandali, odkryła, że jakiś ksiądz z naszej diecezji został oskarżony o pedofilię. Daję głowę, że to ksiądz Franciszek, nasz póki co urlopowany nauczyciel religii. Niedługo się okaże, dlaczego odszedł i dokąd.

Szkoda tylko ostatniej ofiary tego znawcy diabłów. Podczas apelu, na rozpoczęciu roku, ktoś zaśmiał się na głos, po tym jak ksiądz któryś raz z rzędu postraszył szatanem. Nie ze złośliwości. Po prostu chłopak nie wytrzymał, nie mógł dłużej znieść komizmu przemówienia i śmiertelnie poważnych min znakomitej większości audytorium. Ja się wyłączyłam, ktoś inny mógł zapłakać, a on się zaśmiał. Skończyło się to dla niego przykro. Musiał odbyć długą rozmowę z dyrektorką, dostał pisemną naganę oraz obietnicę obniżenia oceny ze sprawowania. W przypadku recydywy zagrożono mu nawet zawieszeniem w prawach ucznia bądź wręcz wydaleniem ze szkoły. Koszmar jakiś! Jeszcze większą karą może dla niego być to, że wpadł w oko Ewie. Jak na razie ratuje go tylko to, że jest w innej klasie, a moja kochana przyjaciółka była po dziś dzień zbyt nieśmiała, by go zaczepić na korytarzu i porozmawiać. Ja zamieniłam z nim kilka słów, o czym Ewa jeszcze nie wie. Chłopak ma na imię Zbyszek, chodzi do trzeciej A, maturalnej, jest przystojny i całkiem niegłupi. Próbuje sił w olimpiadzie z historii. Coś czuję, kochany Pamiętniku, że jeszcze o nim przeczytasz.

Pewnie się dziwisz, że piszę dopiero po kilku tygodniach przerwy. Od pierwszego dnia miałam dużo nauki, czasu na internet, książki i pisanie jak na lekarstwo. Nie to jednak było przyczyną. Powodem zwłoki było zejście kraju na psy i szatan szalejący w środkach publicznej komunikacji. Nie wierzysz? To poczytaj!

Jak wiesz, Bartek obiecał mi nowy zeszyt, bym mogła kontynuować pisanie. Byliśmy umówieni na sobotę w pierwszy weekend września. Do spotkania jednak nie doszło. Biedny Bartek wybrał się pociągiem do supermarketu. W naszych małych mieścinach wybór zeszytów jest spory, ale on chciał wybrać dla mnie coś wyjątkowego, co mozna dostać tylko w galerii. Dwie stacje, dziesięć minut jazdy plus kwadrans pieszo – z jego miasteczka to najwygodniejsze połączenie, znacznie lepsze niż motor. Droga krótka, znana, bezpieczna. Nic złego nie powinno się stać, a jednak. Zamiast do sklepu, Bartek dojechał do szpitala…

Pech chciał, że w jego przedziale jechały dwie ładne dziewczyny. To że ładne, to nie problem. Jakby mu kturaś wpadła w oko i, nie daj Boże, zacząłby ją podrywać, a za nieadekwatne zachowanie zarobiłby w twarz od niej albo od zazdrosnego narzeczonego, powiedziałabym chłodno, że sam sobie zasłużył. Nie, rzecz nie w urodzie a w tym, że jedna z nich jest Azjatką. Właściwie jest Polką, urodzoną w Warszawie, kończącą polskie liceum, tyle że jej rodzice pochodzą z Wietnamu. Wyobraź sobie, że tym samym pociągiem jechało dwóch typków - jeden z nich pijany – i oni, idąc wzdłuż wagonu, zwrócili uwagę na tę dziewczynę.

- Wyperdalać stąd! Chińskich kurew nam nie potrzeba! Won do Pekinu, do zasranych Niemiec, do Merkel! – ten pijany posłał taką długą i soczystą wiązankę, że ani Bartek, ani Vanessa – zaatakowana dziewczyna, ani jej przyjaciółka Ania nie zdołali dokładnie zapamiętać. Tych kilka słów to tylko mocno zubożona wersja, by dać Ci jako takie wyobrażenie o zaistniałej sytuacji.

Facet zaczął nawet szarpać Vanessę. Odepchnął Anię, która w naturalnym odruchu z krzykiem stanęła w obronie koleżanki i próbował wyciągnąć "Chinkę“ z przedziału. Nie wiem, jak ja bym się zachowała na jej miejscu. Nawet nie umiem sobie wyobrazić jej przerażenia.

W przedziale było jeszcze z dziesięć innych osób. W większości położyli po sobie uszy, udając że nic nie widzieli i niczego nie słyszeli. Ktoś ukradkiem się oddalił i tylko Bartek znalazł w sobie odwagę, by przeszkodzić napastnikom. Ten pijany pobił go oczywiście, a na przystanku obaj wypchnęli go, krwawiącego, na peron. Tacy są teraz polscy patrioci, w czarnych koszulkach z orłem na piersi! Dobrze, że przynajmniej dziewczynom dali spokój. To one zadzwoniły na 112, poczekały na przyjazd policji i towarzyszyły Bartkowi aż zajęli się nim lekarze w szpitalu.

Biedny, mój Bartuś, dwa tygodnie tam przeleżał! Przeszedł wstrząśnienie mózgu. Całe szczęście, że lekkie i że szybko doszedł do siebie. Oprychy cudem nie połamali mu też żeber ani innych kości, ale twarz zdołali zmasakrować. Nawet po opatrzeniu ran, Bartek przedstawiał sobą opłakany widok. A dziadygi do dziś są na wolności! Mimo monitoringu policja nie potrafi ich ani zidentyfikować, ani tym bardziej złapać. Skandal! Kraj rzeczywiście zszedł na psy i rządzi tu szatan!

W tym całym nieszczęściu jest też element zabawny, przynajmniej dla pracowników szpitala. Lekarka pełniąca dyżur, kiedy odwiedzałam Bartka ostatnim razem, rozbawiona powiedziała, że nigdy jeszcze nie widziała tak licznych pielgrzymek dziewczyn do chorego. Byłam u niego ja z Ewą, Ania z Vanessą oraz warszawska kuzynka, oczywiście z Danką. Do tego jeszcze jakieś laski z jego szkoły – delegacja klasowa – i czort wie, kto jeszcze.

Ciekawa historia wyszła z tą Vanessą. Za eksces w pociągu w domu spotkała ją sroga kara. Inaczej nie mogę tego nazwać. Rodzice nałożyli szlaban na jej wyjścia z domu. Teraz ojciec codziennie zawozi ją i odwozi ze szkoły samochodem. Dziewczyna nie może spotykać się ze znajomymi poza domem, nie może nawet odwiedzić Ani w jej mieszkaniu ani iść samej do księgarni czy biblioteki. Rodzice de facto uwięzili ją - z miłości. O tym, żeby pojechać do Bartka oczywiście nawet nie było mowy. To zdecydowanie ostatnia rzecz, na jaką wyraziłby zgodę jej troskliwy ojciec. Wizyty w szpitalu – trzy, nie licząc pierwszego dnia – odbyły się więc po kryjomu, dzięki życzliwości nauczyciela, opiekuna klasy. Sama Vanessa była zbyt skromna, by poprosić go o pomoc, ale Ania nie miała żadnych obiekcji. Dyskretnie wyjaśniła matematykowi sytuację. Nie wiem, jakich użyła argumentów i czy poraziła go swoim niewątpliwym wdziękiem. Ważne, że facet swoim samochodem zawiózł dziewczyny do szpitala podczas swojego "okienka“ i usprawiedliwił ich nieobecności na opuszczonych w środku dnia lekcjach. Widać, są jeszcze na świecie porządni nauczyciele.

Gdybym była Vanessą, z miejsca bym się zakochała w odważnym rycerzu. Minęłam ją raz na korytarzu. Po wyjściu od Bartka, myślami błądziła gdzieś wysoko w chmurach. Szła powoli, uśmiechnięta, wręcz rozpromieniona. On też był tego dnia w wyjatkowo dobrym nastroju. Obawiam się więc, mój drogi P., że się zakochała i że ona jemu też nie jest obojętna. Ach, dlaczego mnie musiał się akurat taki przyjaciel trafić? Już postanowiłam, że jakby co, nie będę mu przeszkadzać, byle tylko nie przestał się ze mną kolegować. Chciałaby jednak poznać i Vanessę i jej przyjaciółkę Anię. Ciekawe muszą z nich być osóbki.

Co jeszcze, mój Pamiętniku, powinieneś wiedzieć z ostatnich wydarzeń? Chyba tylko to, że w końcu dostałam nowy zeszyt, tak jak poprzednio z dziurką przewierconą przez wszystkie kartki w górnym prawym rogu, zamykany na kłódkę. Bartek dał mi go wczoraj przed swoją pierwszą, próbną lekcją z Dżessiką. Przyjechał najpierw do nas. Klientka czekała na niego w pokoju Marylki. Oficjalnie plan był taki, że mieli we dwoje przejść od nas do jej domu. W ten sposób Bartek miał poznać jej adres. Oczywiście, nie omieszkałam zaciągnąć go do siebie i przy okazji wycałować rekonwalescenta jak należy.

2.
Od poprzedniego wpisu minął tylko tydzień, a zaszło tyle zmian, że nie wiem, od czego zacząć.

Dostałam pierwszą jedynkę. Wstyd! Przez głupie zapomnienie, nie przeczytałam Bogurodzicy, a polonistka – nawiedzona kryptozakonnica – zgotowała nam niezapowiedzianą kartkówkę. Z innych przedmiotów też nie jest łatwo, ale staram się i nawet nienajgorzej mi idzie.

Za to z Bartkiem bryndza. Przyznał się, na fejsiu, że odwiedza Vanessę. Dziewczyna zapisała mu swój adres, dała numer telefonu, zaprosiła, więc przyjechał do niej. Był już dwa razy. Wizyty mają bardzo niewinny przebieg, ale komu on próbuje zamydlić oczy? Dziewczyna na pewno nie przyjmuje go z kurtuazji, tylko dlatego że narobiła sobie wobec niego nadzieje. On też nie traciłby czasu na obcą osobę, przypadkiem poznaną w pociągu, gdyby nie wpadła mu w oko.

Ale dziwne to randki… Polegają na siedzeniu na przeciw siebie za stołem, w dużym pokoju, zajmującym całą kondygnację, nie podzieloną na mniejsze pomieszczenia żadnymi ścianami. Z jednej strony jest kąt kuchenny, z drugiej salon. Rodzice i siostra dziewczyny są cały czas w pobliżu. Albo ktoś coś gotuje, albo siedzi na kanapie. Domownicy rozmawiają głośno, po wietnamsku, od czasu do czasu angażując Vanessę w wymianę zdań, niezrozumiałych Bartkowi. Ha, ha! Pełna kontrola! Ani jej nie przytuli, ani nie pocałuje, ani nie wyciągnie na spacer. Nie wiem, czy bardziej współczuć chłopakowi, czy się zło-radować, że mój, jak by nie było przyjaciel, zdradzić może mnie tylko w myślach.

Niemniej, będę musiała jeszcze raz przemyśleć, co nas łączy i zmienić stosunek do Bartka. Pora zacząć go ograniaczać w kontaktach z babami. Dobrze, że za dwa dni Marylka wyjeżdża na szkolną wycieczkę. Będzie wolna chata. Będzie czas wszystko omówić. Rany, mój P., jak ja za nim tęsknię!

Ewa za to cała w skowronkach! Wyobraź sobie, że ta mała płochliwa dziewuszka, czerwieniąca się z byle powodu, reagująca wstydem na każde męskie spojrzenie, będzie mieć chłopaka. No dobrze, nic nie jest pewne, zwłaszcza u niej, ale jutro pierwszy raz w życiu idzie do kina z kolegą. Tylko ona i on, we dwoje. Czyż to nic nie znaczy?

Może to jeszcze nie miłość, ale wybuchem śmiechu na apelu oraz represjami, których doświadczył w jego następstwie ze strony dyrekcji, Zbyszek z trzeciej A zaskarbił sobie przychylność Ewy. Do tego jest całkiem przystojny. Nie wiem tylko, na ile ona jemu się podoba, bo chyba częściej niż na nią zerka na mnie. Niemniej do kina zaprosił Ewę. A może to ona go zaprosiła? Nie wiem dokładnie. Nie było mnie przy tej rozmowie.

W ogóle, przedstawienie sobie Ewci i tego akurat chłopaka, mimo jej zainteresowania jego osobą, z początku wcale nie było łatwe. Zaczęło się od spotkania na jakiejś przerwie. Odnalazłam najpierw ją, złapałam za rękę i poprowadziłam na siłę po schodach z piętra na piętro, nie zdradzając celu. Błądziłyśmy po szkole dobrych kilka minut, zanim na horyzoncie pojawiła się bujna blond czupryna. W tłumie, właśnie po włosach najłątwiej go rozpoznać z daleka. Ledwie podali sobie dłonie, policzki Ewy oblały się purpurą. Poza "cześć“, "Ewa“, "miło mi“ i drugim "cześć“ na pożegnanie, nie odezwała się ani słowem. Stała tylko niespokojnie przestępując z nogi na nogę i przysłuchiwała się naszej bezdarnej konwersacji bez ładu i składu.

Wieczorem przybiegła do mnie do domu z groźbą, że mnie zabije za podstęp, a najpierw zakatrupi siebie za chorobliwą nieśmiałość. Właściwie była zdruzgotana, bo chłopak jej się ewidentnie spodobał. Musiałam ją jeszcze zapewnić, że sama nie mam wobec niego żadnych skrytych planów. Kilka razy musiałam zapewniać, że poza Bartkiem świata nie widzę. By ją lepiej przekonać i uspokoić, opowiedziałam jej jak doszło do naszego pierwszego pocałunku. Usłyszawszy, że Bartek bardzo skromnie – co w jej mniemaniu nie jest typowe dla niego - cichym szeptem poprosił mnie o zgodę, rozmarzyła się. Wskoczyła mi na kolana, oparła głowę na moim ramieniu, wtuliła się jak małe dziecko i powiedziała:

- Też tak chcę. Chyba się zakochałam.

O innych zabawach z Bartkiem jej nie powiedziałam. Jeszcze nie pora na zwierzenia z igraszek w łóżku. Zresztą, wstydziłabym się o tym mówić.  

Od tamtej pory już kilka razy przypadkiem spotkała Zbyszka na korytarzu. Na temat zupełnej przypadkowości wcale nie jestem pewna. Jedno z nich, a może obydwoje, musiał się starać, by ich drogi przecinały się tak często. Ja w tym samym czasie widziałam go tylko jeden raz i pierwsze pytanie, jakie mi zadał dotyczyło Ewy. Chciał wiedzieć, jak długo się znamy i czy Ewcia miała chłopaka.

- Tysiące, ale teraz jest wolna. – odpowiedziałam i oddaliłam się czym prędzej, udając że mam pilnie coś do zdobienia przed lekcją. Bałam się, że chłopak mógłby w moich oczach odczytać zazdrość.

Nie ma się czemu dziwić. Przyjaciółki nierzadko mają podobny gust odnośnie mężczyzn. Cóż, Ewcia idzie na randkę i trzymam za nią kciuki.

3.
Mój P., nie będę się dziś rozpisywać. Kino rozczarowało Ewę zupełnie. Zwierzyła mi się, że Zbyszek wcale nie jest ortodoksyjnym ateistą. Przyznał się, nie wiedząc jak bardzo to dla niej ważne, że na apelu zaśmiał się nie z diabłów a z grubiańskiego dowcipu jakiegoś kolegi.

Zdradził też, że grupka chłopaków z klas maturalnych prowadzi ranking pierwszoklasistek. Porobili nam zdjęcia, wyłożyli na jakiejś stronce w internecie, dostępnej po wpisaniu hasła i robią tam głosowanie na najbardziej seksowną laskę. Podobno w tej chwili moja osoba zajmuje drugie miejsce, a Ewa, zupełnie niesprawiedliwie ma być gdzieś na końcu rankingu. Jak stwierdził Zbyszek, jej zdjęcie jest mało korzystne, zrobione pod słońce, ciemne, czy coś w tym stylu. Chłopak, w naiwności swej zaproponował nawet pomoc w naprawieniu tego błędu. Skomplementował koszulę, jaką Ewa założyła do kina, tę samą, którą miała na sobie w pizzerii, rozpiętą niemal do połowy, tak by w dekolcie wyraźnie było widać krawędź stanika. Zaproponował sesję zdjęciową, najpierw w końcu foyer, gdzie nie było ludzi, potem u niego w domu. Odpowiedziała śmiechem, domyślając się, że na zdjęciach mogłoby się nie skończyć, ale wiedząc też, że nie da mu się poderwać. Z człowiekiem chwiejnym światopoglądowo, jak się wyraziła relacjonując spotkanie, ani nie ma zamiaru się spotykać, ani nie będzie się dzielić piersiami.

Na domiar złego, w połowie seansu Zbyszek pozwolił sobie pogłaskać Ewcię po kolanie. Powiedziała mi, że parzył ją ten dotyk, ale siedziała jak sparaliżowana, zaskoczona śmiałością chłopaka. Dopiero gdy po kilku scenach dotykająca ją ręka przeniosła się z uda na szyję, w próbie objęcia, delikatnie chwyciła ją w nadgarstku i skierowała z powrotem do właściciela. Minutę potem, Ewa dyplomatycznie pocałowała śmiałka w policzek i szepnęła, by ją wypuścił do toalety. Jak wyszła z sali, tak już nie wróciła. Zamiast ze Zbyszkiem resztę wieczora spędziła ze mną - o ironio! - na łóżku.

- Zobaczysz, zostanę starą panną! Zapiszę się do dziewic konsekrowanych! W życiu nie znajdę sobie chłopaka! Bartek jest tylko jeden i należy do ciebie. – narzekała pół żartem, pół serio, nim po dwóch godzinach pozwoliła mi odprowadzić się do domu.

Sam widzisz, mój P., jaka niereformowalna cnotka z tej mojej Ewuni. Jestem pewna, że po spalonej randce, wyląduje na ostatnim miejscu w rankingu trzecioklasistów, o ile on w ogóle istnieje.

Następnego dnia rano, czyli dzisiaj, przyjechał do mnie Bartek. Mieliśmy dla siebie całe półtorej godziny. Co z tego? Nie porozmawialiśmy wcale. Zamiast na dzień dobry zrobić mu zrobić scenę zazdrości o wizyty u Vanessy, rzuciłam mu się na szyję. Zamiast spokojnie spytać, jakie ma wobec niej plany, uniosłam rąbek koszulki wysoko, pod szyję. Zamiast zmusić go, by błagał mnie o wybaczenie na klęczkach, sama przed nim uklękłam. Krótko mówiąc, cały ranek spędziliśmy w łóżku, nie na rozmowie. Gdy skończyliśmy się kochać - wcale nie skończyliśmy, to budzik brutalnie ogłosił dziewiątą trzydzieści - szybciutko, cali spoceni, pobiegliśmy pod prysznic. Tam, w strugach wody, Bartek wszedł we mnie ponownie i nie wypuszczał mnie z ramion przez co najmniej kwadrans. Drugi raz tego samego dnia zostawił we mnie odrobinę siebie.  

Przez niego, zanotowałam dzisiaj pierwsze spóźnienie do szkoły, odkąd zaczęłam liceum. Ale nie żałuję. Może następnym razem wygarnę mu, co myślę o tej jego samolubnej, niewiernej, jurnej, przepełnionej chucią, samczej naturze.  

4.
Mój drogi pamiętniku, chyba przyjdzie nam się rozstać. Dlaczego? – spytasz. Otóż zrywam z Bartkiem! Nie chcę, ale czuję, że muszę. Pamiętasz Dankę, tę przyciółkę jego siostry ciotecznej? Napisała mi na Facebooku, że znów się z nim spotkała, kiedy na weekend pojechał do Warszawy. Razem z obiema kuzynkami Bartka poszli do muzeum, konkretnie do Kopernika. Wygłupiali się tam przy różnych maszynach i urządzeniach, aż poszli do jakiejś Sali, gdzie panowała zupełna ciemność. Tam Bartek ją złapał w ramiona i pocałował. Danka, widząc we mnie przyjazną osobę, chciała się poradzić, czy dobrze zrobiła pozwalając mu na tę poufałość. Nie jest głupia. Wie doskonale, że łączy mnie z nim coś więcej niż czyste koleżeństwo. I nie sądzę, żeby chciała mnie drażnić swoimi wyznaniami. Dobra dziewczyna otwarcie wyłożyła przede mną karty.

Podpytałam trochę. Okazało się, że na jednym ukradkowym pocałunku się nie skończyło. Bartek, idąc za ciosem, zaprosił ją jeszcze raz to samo zaciemnione miejsce i ukradł drugiego buziaka. Potem wprosił się do mieszkania Danki i tam, będąc z nią sam na sam w pokoju, zaprezentował swoje umiejętności językowe. Po jej wargach popełzły ślimaki, jeden za drugim, z prawa i z lewa. Paru z nich udało się przecisnąć głębiej i dotrzeć aż do języka. Oszołomiona w pierwszej chwili dziewczyna w końcu szeroko otworzyła usta i odwzajemniła zachłanne pocałunki. Danuśka i Bartek przelizali się jak dwie spragnione siebie nawzajem ryby. Niespodziewanie spełniło się największe marzenie nastolatki, długo po tym, jak zupełnie przestała w nie wierzyć. Jednocześnie przyszła refleksja i pytanie o znaczenie tych pocałunków dla Bartka. Mądra dziewczyna. Zamiast poddać się pośpiesznie oderzeniu miłością, postanowiła zasięgnąć języka.

Na razie przyznałam się tylko do buziaków z Bartkiem, bez szczegółów dotyczących ich rodzaju, czasu i miejsca. Nie odniosłam wrażenia, by Dankę zdziwiła ta informacja. Myślę jednak, że przeżyła pewien zawód. Oczywiście może mieć jeszcze nadzieję, że to stare dzieje, że Bartek teraz interesuje się tylko nią, a nie dawną koleżanką. Jeśli tak jest istotnie, niedługo wyprowadzę ją z błędu. Dziś tylko nie potrafiłam z nią dalej pisać. Przerwałam rozmowę, właściwie nie podając przyczyny i obiecałam, że więcej napiszę jej jutro.

Tak, tak, mój Pamiętniku. Scenariusz jest banalnie prosty: wyznam Danusi, że z Bartkiem straciłam dziewictwo i że nie było to za niepamiętnych czasów, lecz całkiem niedawno, w ostatnim tygodniu sierpnia, dokładnie miesiąc temu. Jeśli spyta, powiem jej też o naszym ostatnim spotkaniu. Wstydzę się, ale jakoś muszę ją ostrzec. Niech się dziewczyna pilnuje, a jeśli na coś mu jeszcze zechce pozwolić, to niech wie, że dla tego człowieka nie będzie pierwszą i jedyną. Nie, nie zechce. Zerwie z nim w tej samej minucie, w której się dowie, że z nim spałam. Nie wiem jak, czy wyśle mu sms, czy odpowie wiecznym milczeniem na jego próby kontaktu, czy szepnie słówko przyjaciółce, że jej kuzyna nie chce więcej na oczy widzieć. Obojętnie jak, ale z nim zerwie. Wcześniej czyt później Bartek się dowie, że ztracił Danusię przeze mnie – najpóźniej ja sama mu o tym powiem. Wtedy mnie znienawidzi. Tak więc, mój P., na nowy zeszyt od Bartka nie mam co liczyć.

Powinnam jeszcze odnaleźć i ostrzec Vanessę. Ją jednak, zdaje się, dostatecznie chronią rodzice. Bartek być może pojeździ do niej jeszcze trochę, posiedzą sobie przy stole, aż mu się znudzi. Za łatwo mu ze mną poszło i z dziewczynami przede mną, by chciało mu się czekać, aż przyszli teściowie łaskawie pozwolą mu pobyć z ich córcią na osobności.  

To tyle o Bartku. Mam jeszcze dla ciebie dwie wiadomości. Dobrą i złą.

Dobra jest taka, że ni stąd ni zowąd, zaczął się kręcić wokół mnie Rafał, niepozorny chłopak z mojej klasy. To chyba na osłodę po utracie Bartka. Przez pierwsze dni w ogóle nie odnotowałam obecności tego niskiego i cichego kolegi w mojej nowej klasie. Ot jeden z wielu, element tła. Zauważyłam go dopiero, gdy błysnął intelektem najpierw na polskim, potem na matematyce. Gdy nikt nie znał odpowiedzi na podchwytliwe pytanie, on nieśmiało podniósł rękę, albo bez podnoszenia cicho, pytającym tonem udzielił odpowiedzi.

W weekend, od piątku do niedzieli, wtedy kiedy Bartek podrywał Dankę w Warszawie, ja byłam z klasą na wycieczce, z założenia "integracyjnej“. W programie był klasztor na Jasnej Górze i zamek Olsztyn pod Częstochową, nocleg w stuosobowej izbie w domu pielgrzyma. Nie wiem jak inni, ale o mnie i Rafale można powiedzieć, że się zintegrowaliśmy.

Już w autobusie usiadł ze mną. O mały włos nie podsiadł go bardziej śmiały koleżka, ale ja wolałam jednak towarzystwo chuchrawego inteligenta niż przystojnego koszykarza, mającego problemy z wielomianami. Pierwsza rozmowa zupełnie się nie kleiła. Chłopak nieśmiały, a moją pamięć wypełniał Bartek. To zrozumiałe – swoją ostatnią wizytą wywarł na mnie wyjątkowo głębokie wrażenie. Niemniej, podczas zwiedzania Jasnej Góry, Rafał nie odstępował ode mnie o krok. Stale był w pobliżu, snuł się to z prawa to z lewa i nie spuszczał mnie z oka. Poza mną nikt pewnie nie zwrócił na to uwagi, bo i nikt się specjalnie mocno Rafałem nie zainteresował - dziewczyny wzdychają do koszykarza. I dobrze. Mnie za to zrobiło się przyjemnie od jego atencji.  

Po jakimś czasie ja odezwałam się do niego. Na obiedzie usiedliśmy obok siebie i kiedy był czas wolny, we dwoje pozwiedzaliśmy mury obronne. Podczas spaceru nie rozmawialiśmy dużo. Niczego ważnego się o sobie nawzajem nie dowiedzieliśmy. Mimo to miło spędziliśmy czas. Zabawne było patrzeć na niego, jak zerkał na mnie kątem oka, starając się, by te jego spojrzenia nie wydały mi się podejrzane. I ja mu się przyjrzałam dokładnie. Po kilku godzinach spędzonych razem, jego rudo-brązowe włosy, zielone oczy i dwie rzadkie kępy bladych piegów po obu stronach nosa tak zapadły mi w pamięć, że widziałam je jeszcze w nocy, przez sen.

W ogóle dziwne sny miałam w tej Częstochowie. Nawiedzali mnie i Bartek i Rafał, zlewalając się w jedną postać. Brunet i rudy, wyższy i niższy, tęższy i chudszy, roześmiany i rozmarzony, spryciarz i fajtłapa, doświadczony koneser i prawiczek – taka hybryda przychodziła we śnie pieścić mnie i całować buzię, piersi i szyję. Niech no ktoś tylko spróbuje zaprzeczyć temu, że Jasna Góra to anielskie miejsce. Już ja mu coś powiem!

Drugiego dnia wycieczki cały czas trzymaliśmy się razem, jak byśmy byli parą. W pewnej chwili nawet odruchowo złapałam Rafała za nadgarstek, kiedy się gramoliliśmy pod górę. Przeprosiłam go, ale nie było po nim widać, bym miała za co. Na zamku o mały włos go nie pocałowałam, zupełnie bez powodu, tylko dlatego że był obok mnie. Czy to normalne? Czy może porządna dziewczyna jednego dnia spóźniać się do szkoły z powodu orgazmowania z jednym chłopakiem, a dwa dni potem zakochiwać się, na razie platonicznie, w innym? Oj, Pamiętniku! Świat zwariował, opanowały go diabły i mnie razem z nim.  

Zła wiadomość jest dosłownie diabelska. Katecheta, o którym pisałam poprzednio, wrócił do szkoły tak samo po cichu, jak z niej zniknął. Oficjalnie, dwutygodniowa nieobecność - również w spisie nauczycieli na stronie www liceum - nazywa się urlopem. Ewa wytropiła jednak, że w rzeczy samej oskarżenia o pedofilię dotyczyły właśnie jego osoby. Podobno dziesięć lat temu miał zaglądać ministrantom w gatki. Ja tam do takich upodobań nic nie mam. Sama wolałabym ministrantów niż ministrantki. Ale żeby grzmieć zza ołtarza o rozpuście i przestrzegać przed grzechem z szóstego przykazania, a samemu molestować chłopców, to się nazywa obłuda. Niestety, poszkodowany wycofał oskarżenie – podobno w zamian za jakieś odszkodowanie od kurii – i prokurator błyskawicznie zamknął sprawę. Kościół, w swej bezkresnej dobroci, oczywiście nie będzie przed sądem dochodził prawdy, nie będzie się bronić przed zniesławieniem. Ważne tylko, żeby było cicho. Jeszcze jeden dowód, że tata i ksiądz mieli rację.  

Koniec zeszytu drugiego.

MrHyde

opublikował opowiadanie w kategorii miłość, użył 4950 słów i 28043 znaków, zaktualizował 14 gru 2016.

4 komentarze

 
  • Elf2309

    :barf:

  • TomaszZ

    Rzeczywiście zdania zbyt mocno rozbudowane... Pochłania się je na jednym tchu i cholercia - ciągle ten niedosyt. Wkurzasz tą dobrocią dobrego stylu, ale dobrze, że jesteś, przynajmniej jest to poczucie realnego profesjonalizmu.

  • MrHyde

    @TomaszZ prof...-czego? Blin! Nie udała się stylizacja na nastolatkę. ;)

  • master

    "spryciaż"

  • MrHyde

    @master i to jaki! Dziękuję za wskazanie błędu-sabotażysty.

  • Jagna

    Drogi, Szanowny Autorze, a gdzie się podziała pierwsza część? Bo tak od środka, to się trudno w fabule zorientować. Tak poza tym, opowiadanie bardzo mi się podoba :)

  • MrHyde

    @Jagna Droga, szanowna Czytelniczko, 1. część jest schowana. W obecnym stanie nie podlega publikacji na lolu. ;)

  • MrHyde

    @Jagna Dobra, przyznam się. Tylko ten zeszyt udało mi się otworzyć. ;)

  • Jagna

    @MrHyde Ty nicponiu! Czyjeż to pamiętniki kolekcjonujesz i próbujesz otwierać? Czym się różniło zamknięcie tych dwóch? :)

  • MrHyde

    @Jagna kluczykiem ;)

  • Jagna

    @MrHyde Myślałam, że będzie to coś o wiele bardziej fantazyjnego. Jakiś szyfr, czytnik linii papilarnych, czy coś w ten deseń. A na to zwykły wytrych z wsuwki nie poradzi? ;)

  • MrHyde

    @Jagna Nie mam w zwyczaju wytrychować cudzych kłódek. Otwieram tylko kluczykiem. ;)

  • Jagna

    @MrHyde Panie Hyde, gotowam pomyśleć, że pod tym pseudonimem, kryje się prawdziwy Doktor Jekyll ;)

  • MrHyde

    @Jagna Jekyll z sobowtórem :)

  • Jagna

    @MrHyde Takie dwa wilki? ;)

  • MrHyde

    @Jagna tak. z wielkimi nosami i obrośniętymi uszami.

  • Jagna

    @MrHyde Mięciusie i włochate? ;)

  • MrHyde

    @Jagna tak tak i wszystkosłyszące

  • Jagna

    @MrHyde Myśli też te bestie słyszą? ;)

  • MrHyde

    @Jagna słyszą... ale tylko na dużą odległość ;)

  • Jagna

    @MrHyde To jakoś tak... dziwnie. Czemu tylko na dużą odległość? ;)

  • MrHyde

    @Jagna Też nie wiem. :)