Miłość, przyjaźń i inne ustrojstwa - 14

Poniedziałek:

Miałam cudowny humor. Uśmiechnęłam się chyba do wszystkich kwiatów w sklepie cioci, gdzie pracowałam jako jej pomocnik i zastępca. Nawet sama ciotka zauważyła, że energia mnie rozpierała, ale przypisała to wpływowi ciepłego końca wiosny. Nawet to, że w domu pokończyło mi się prawie wszystko na raz, nie zepsuło mojego fantastycznego nastroju. Zaszłam po prostu do Biedronki i wyszłam obładowana tobołami jak wielbłąd. Ludzie się dziwnie na mnie patrzyli. Chyba tylko u mnie jak już się coś kończy, to wszystko na raz.

Pod klatką czekał na mnie Bartek.

- Cześć. Przyszedłem Cię przeprosić. Mam nadzieję, że nie miałaś przeze mnie nieprzyjemności. Zachowałem się jak, za przeproszeniem, zwykły chuj. Nie wiem co mi odbiło. Miałem ciężki okres w życiu. Wiem, że to mnie nie tłumaczy, ale chciałem żebyś wiedziała, że bardzo żałuję - przeprosił.

Miał naprawdę smutną minę. Czułam, że mówił prawdę. Dlatego moje niewypowiedziane "wypierdalaj stąd, nie jesteś tu mile widziany", nie opuściło- moich ust.

- Co to w ogóle wtedy miało być? - zapytałam spokojnie.

- Nie wiem. Nie pamiętam wszystkiego. Za dużo wypiłem - wzruszył ramionami.

Dobrze świnia pamiętał, ale przecież nie byłam w stanie mu tego udowodnić. Zawsze mnie to wkurzało, jeśli ktoś się tłumaczył jak pieprzony tchórz. Tyle tylko, że Bartek przecież nie miał jaj.

- Daj, pomogę ci - wziął ode mnie siatki z tobołami. Przynajmniej raz się na coś przydał.

Zaprosiłam go na kawę. Bez zastanowienia przyjął ofertę. Usiedliśmy więc w kuchni i zaczęliśmy rozmawiać o jego życiu. Przyznaję się, byłam ciekawa co konkretnie się z nim działo przez te lata.

Opowiadając o serii nieszczęść, które go spotkały, przypomniał mi o ostatnim dniu, kiedy za nim płakałam. Wzięłam wtedy wszystkie nasze wspólne zdjęcia i poszłam z tym dziadostwem nad Wisłę. Podpalałam je pojedynczo, a kiedy płomienie zbliżały się do moich palców, wypuszczałam ustrojstwa z rąk do wody. Rzucając ostatnią fotografię pomyślałam: "oby życie obeszło się z tobą tak czule, jak ty ze mną". Jak widać urok zadziałał. Jestem wiedźmą.

Uśmiechnęłam się w myślach i kubek wysunął mi się z dłoni. Udało mi się go złapać, ale cała oblałam się kawą. Dobrze, że nie była już gorąca. Przeprosiłam Bartka i poszłam do łazienki doprowadzić się do porządku. Ktoś dobijał się do drzwi, więc krzyknęłam byłemu żeby otworzył. Gdy ogarnęłam się jako tako i wyszłam, Bartek trzymał ogromny bukiet czerwonych róż. Uśmiechał się szeroko.

- Miały tu dotrzeć przede mną, ale kurier widocznie się nie śpieszył - zrobił przepraszającą minę.

Łał! Byłam pod wrażeniem. Po kim jak po kim, ale po nim nie spodziewałabym się takiego gestu. Zawsze uważał kwiaty za banał. Czyżby się aż tak zmienił? Z myśli wyrywał mnie nagły pisk opon, wlatujący przez uchylone okno w kuchni. Czyżby Wojtas kupił nową furę i przyjechał się pochwalić? Tylko on tak tu świrował. Podbiegłam ciekawa do okna i mina mi zrzedła. Zobaczyłam oddalające się audi Rafała. W mojej wyobraźni od razu pojawia się obraz tego co się mogło stać.

Przyszedł żeby mi zrobić niespodziankę i otworzył mu Bartek. Za pewne zapytał kim jest, a mój głupi ex go okłamał. Przyjrzałam się lepiej kwiatom. Z jednej strony zaczynały bardzo ciemnieć i brakowało im trochę płatków. Rafał musiał nimi rzucić. Zabiję chuja!!! Znaczy nie Romea za jebnięcie bukietem, tylko Bartka za oszukiwanie.

Oderwałam nos od kwiatów. Popatrzyłam na tą fałszywą mordę tego podłego, zakłamanego skurwiela. Ręce mi drżały, a oddech przyspieszył jak zawsze, gdy się mocno zdenerwowałam. Podeszłam do niego pozornie spokojnie, tak jak bym chciała dać mu buziaka, w podzięce za świetną niespodziankę. I tak też planowałam zrobić. Podziękować mu za prezent.

Zarzuciłam mu dłonie na szyję i z całej siły uderzyłam go kolanem w krocze. Zgiął się w pół zaskoczony i złapał za sprzęt. Z całej siły strzeliłam go w pysk, tak jak nauczył mnie brat. No może niekoniecznie do atakowania, bo miał to być sposób obrony, ale kto by się tam szczegółami przejmował. Grunt, że mój ex wywrócił się na podłogę. Jedną rękę przyłozył do zakłamanego ryja, drugą zostawił między nogami.

- Wypierdalaj stąd zakłamana kurwo! - warknęłam głosem pełnym emocji, ale nie krzyczałam. Nie chciałam robić sensacji dla sąsiadów.

Podniósł się i uderzył mnie otwartą dłonią w twarz. Omal nie upadłam, ale mam dobry refleks i przytrzymałam się szafki. Bolało.

- Twój kochaś i tak już się więcej do ciebie nie odezwie, po tym co mu powiedziałem! - zaczął wrednie się śmiać. Żałowałam, że nie kopnęłam go w ten głupi pysk. Poszedł w stronę drzwi wyjściowych.

Nie wytrzymałam. Wbiegłam do kuchni i złapałam za największy kubek. Oberwiesz śmieciu granatem! Giń! Rzuciłam w jego plecy znajdujące się już za moimi drzwiami. Gdy fant osiągnął cel, Bartek aż się potknął.

- Ty mała bojowa kurwo! - wysyczał.

Odwrócił się podczas gdy pozbawiony już ucha kubek obracał się na ziemi. Podniósł go i odrzucił porcelanę z całej siły.

Nie zdążyłam się odsunąć. Dostałam w mostek i upadłam.

Nie mogę złapać powietrza! W panice patrzę na niego błagalnym wzrokiem, żeby mi jakoś pomógł. Rzucam się po podłodze jak ryba wyrzucona na brzeg. Ex robi przerażoną minę i ucieka. Skurwysyn! Robi mi się strasznie gorąco, a łzy płyną strumieniami z moich oczu. Nie mogę krzyczeć! Nie mogę się podnieść! Kurwa, jak ja się boję! Czas spowalnia. Życie przelatuje mi przed oczami. Matka, ojciec, Seba (brat - pojawi się za kilka rozdziałów), Natalia ( siostra, ale o niej będą tylko wzmianki, przynajmniej na razie) obie babcie, przyjaciele i koledzy. Moi byli i ich rodziny. Nawet zabawna pani Krysia. Ania. Rafał. Wojtas. Czy ja kurwa własnie umieram!? Czy tak wygląda śmierć?

I nagle obojętnieję na to wszystko. Przed oczami pojawia mi się uśmiechnięta twarz tego Niebieskookiego cholernika z białymi zębami. Przestaję się bać. Zmęczona poddaję się. Skoro tak ma wyglądać mój koniec, to niech i tak będzie. Miałam ostatnio całkiem fajne życie i właściwie nie czuję jakiegoś szczególnego żalu, że odchodzę z tego świata. Może tylko jestem ciekawa, czy zostalibyśmy parą z Rafałem.

Moje ciało się rozluźniło, a przed oczami zapadł mrok. Nadal byłam świadoma. Przez chwilę czułam się lekka jak wiatr. Nic mnie nie bolało i otaczała mnie nicość. Wiedziałam, że za raz stracę przytomność.

I wtedy płuca przyjęły pierwszą, niezwykle bolesną i malutką porcję tlenu. A za nią kolejną. Strasznie bolało mnie w miejscu, gdzie oberwałam. Leżałam jeszcze przez jakiś czas na podłodze, aż w końcu z moich ust wydobył się szloch.

Nie umarłam! Nie umarłam! Nie umarłam!

Pomału podniosłam się z podłogi i przeniosłam na łóżko.

Kurwa, żyję!!! Ale fajnie!

Przypominam sobie o Niebieskookim i moja radość zgasła. Teraz na pewno nie będzie chciał ze mną gadać. Będę go przepraszać, a on mi nie uwierzy. Prowadzę hulaszczy tryb życia, więc i opinię mam kiepską. Ludzie myślą, że jestem dziwką. Dziewczyna jak często wychodzi na noc z domu, to jest kurwą, nie? Bo przecież jak pije, to jest łatwa. Lepiej się trzymać z daleka, prawda? Oczywiście, że prawda. Ale od każdej zasady są wyjątki. Ja byłam właśnie takim wyjątkiem.

"Marta, jebnij się w ten zakuty łeb! Przestań się użalać nad sobą, bo go stracisz jak nic nie zrobisz!" - rzekło do mnie zdesperowane serducho. Kocham cię mój wewnętrzny głosie!

Zawlekłam moje niedoszłe zwłoki do łazienki. Musiałam wziąć prysznic. Wciąż miałam nierówny oddech i bolały mnie żebra. Do tego dosyć bardzo się usmarkałam.

Ubrałam się w pośpiechu w dżinsy i bokserkę. Odruchowo pomalowałam rzęsy tuszem i to tyle jeśli szło o mój makijaż. Założyłam adidasy, zamknęłam drzwi i zbiegłam po schodach. Ruszyłam szybkim krokiem w stronę mieszkanie Rafała. Serce mi biło strasznie szybko. Emocje były tak chaotyczne, że nie potrafiłam ich określić. Nie byłam pewna co czuję oprócz strachu przed porażką.

Drzwi jego klatki schodowej stały otworem, ale przed blokiem nie dostrzegłam auta pomimo wolnych miejsc na parkingu. Wdrapałam się na to pieprzone czwarte piętro i dzwoniłam natarczywie dzwonkiem. Dupa, nie było go. Trudno, poczekam. Siadłam na ostatnim stopniu, oparłam się plecami o ścianę, a nogami o barierkę i pogrążyłam się w myślach.

Minęła godzina. Druga. Trzecia. Czwarta. Żałowałam, że nie wzięłam z sobą żadnej książki. Znudzona wyobraźnia tworzyła sobie zabawne obrazki, żeby zabić lęk po ostatnim zdarzeniu. Czasami lepiej wyśmiać strach, wtedy staje się dużo słabszy. Po chwili zasnęłam.

Śmierć stała z nieodłączną kosą w kościanej ręce. Okrywała ją długa czarna szata. Twarz zakrywał jej obszerny kaptur. Cień padał tam, gdzie nie sięgał. Patrzyła na mnie wyczekująco. Kiedy już położyłam głowę pod ostrze tej kostuchy, ta odrzuciła swój kaptur. Skrzywiła gołą czaszkę pozbawioną wszystkich miękkich tkanek i co drugiego zęba, popatrzyła na mnie upiornie i rzekła: "Spierdalaj mi stąd za raz! Jeszcze nie czas na ciebie, idiotko! Spotkamy się jeszcze nie raz, ale teraz won! Kto to widział odpierdalać żniwa w maju!?"

Obudził mnie jakiś hałas. Spojrzałam na telefon. Dochodziła pierwsza w nocy. Podniosłam się i przeciągnęłam. Znowu hałas. Zbiegłam ze schodów zaciekawiona. Rafał wywracał się na schodach pierwszego piętra. Był tak pijany, że szedł na czworakach. Podbiegłam do niego i zabrałam się za podnoszenie. Nie mógł zogniskować na mnie wzroku, ale może własnie dzięki temu mnie nie odepchnął. Strasznie ciężko było go donieść do mieszkania, ale po dziesięciu wiecznościach w końcu się udało.

Pomogłam mu się ulokować na łóżku. Wtedy na mnie spojrzał. Uśmiechnął się, pokręcił głową i zamknął oczy. Po minucie już chrapał. Zdjęłam mu buty i położyłam się obok. Po chwili zmieniłam zdanie i przytuliłam się do niego, a z moich oczu zaczęły płynąć łzy. Czasami sama nie rozumiem swojego organizmu. Nastawiłam budzik na piątą rano i o tejże samej godzinie zwlekłam się z jego łóżka.

Napisałam mu liścik, że chcę się spotkać i porozmawiać. Dopisałam swój numer telefonu i złożyłam autograf. Karteczkę zostawiłam na kuchennym stole. Poszłam do siebie, a następnie do pracy. Nie miałam żadnej gwarancji, że się do mnie odezwie. Dziś już mi się magiczne moce wiosny nie udzielały...

1 komentarz

 
  • AuRoRa

    AuRoRa 4 gru 2018

    Emocjonujący rozdział. Bartek to szuja, bez dwóch zdań.